20.06.2019

Nowy Napis Co Tydzień #002 / Dlaczego piszę

Zobacz nagranie dyskusji z Arturem Pałygą

Odwlekam pisanie. Tak jak organizm ludzki w dziewięćdziesięciu procentach składa się z wody, tak pisanie w dziewięćdziesięciu procentach składa się z odwlekania. To strasznie męczące – robienie wszystkiego, żeby tylko nie pisać, żeby nie zacząć.

Boję się, że nie wyjdzie, że to sztuczna czynność, że ja tylko udaję, że jestem pisarzem i że umiem pisać, a tak naprawdę podszywam się, uzurpuję, robię to, o czym wiem, że robią to pisarze, i boję się, że się wyda. Że sam przed sobą ostatecznie i bez wątpliwości zdemaskuję się jako fałszerz, oszust, samozwaniec. I nie wiem, co wtedy dalej. Spacery po lesie. Boję się, że to nieuchronnie nastąpi, i odwlekam ten moment. Na razie ciągle balansuję. Ciągle mam nadzieję, że jednak. Wkurzam się, że się na tym skupiam. Że nie o to chodzi w pisaniu, żeby się skupiać na tym, czy się jest pisarzem. I to, że się na tym skupiam, już mnie demaskuje. Prawdziwy pisarz nie pisze po to, żeby sobie udowodnić, że jest pisarzem – myślę. Prawdziwy pisarz ma to w dupie. Ma inne, ważniejsze sprawy na głowie. A ja grzęznę.

Prawdziwy pisarz jest jak kobieta, która sika, kiedy chce się jej sikać. Na chodniku, przy stoliku w knajpie, pragmatycznie, w odwiecznej kobiecej trosce o innych, pilnując, aby strumień moczu nie przeszkadzał, aby popłynął w kierunku od-ludzi. Powiedziałby ktoś, że to niewychowane albo zdziczałe kobiety, że nie warto w ogóle rozmawiać o takich kobietach. Powiedziałby ktoś, że z całą pewnością są to kobiety bezwstydne. Ale mój pisarz uzurpator we mnie takie właśnie kobiety kocha. Kiedy widzi, jak kobieta wstaje od stolika, idzie kawałek w trawę, zsuwa majtki i po prostu zaczyna na tę trawę sikać, zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Mój pisarz uzurpator myśli wtedy o tym, że są to kobiety wrażliwsze, a więc mniej baczące na sprawy drugorzędne. Kiedy czujesz z całą ostrością, jak się sprawy mają na świecie, jaką gorącą i niesłychaną lawą jest życie ludzkie, jak z ostrością perwersyjnie zaostrzonej brzytwy czas tnie życie wszystkich tych małych stworzonek i jak pulsują czystą krwią owe z cieniutkich, niewidzialnych żyłek utkane sieci, z których wszystko jest uplecione, mocno powiązane, kiedy odczuwasz to wyraźnie każdym nanomilimetrem mózgu podtrzymywanego wciąż w tym cudownym i niesłychanym istnieniu przez wariacką i niezmordowaną pompę w niewiarygodny sposób wprowadzoną w wieloletni, jednostajny ruch, wtedy oddawanie moczu z całym jego zapachem i symboliką na żywą trawę, poprzez którą wsącza się on w głąb ziemi, lub na chodnikowe płytki zrobione z kamieni pamiętających nie wiadomo co, wydaje się naturalne, oczywiste, kosmiczne, zawiera w sobie odwieczną tajemnicę życia, gołego życia, nieznającego wstydu, a tylko lęk i rozkosz, rozpacz i ekstazę, trwanie i spełnianie. Facet, który sika, kiedy chce mu się siku, to zwykły cham, kumpel albo uzurpator, który udaje spontaniczność, udaje wolność, udaje bezwstyd.

Gdybym był prawdziwym pisarzem, umiałbym to wszystko powiedzieć po prostu, bez napinania się, bez sztuczek. Samo by płynęło. Organicznie, bezwstydnie.

Po czym odróżnić prawdziwe pisanie od udawanego? Prawdziwy mocz od zabarwionej wody? Po zapachu. Na początku jest zapach. Najtrudniejszy do opowiedzenia. Opowiadanie zapachu to jałowy bieg. Nic się nie dzieje. Można mnożyć setki tysięcy porównań i nie posunie się do przodu ani trochę. Ani w bok, ani w tył. Zapach nie posiada ukierunkowania. Jest się zapachem i jest się w zapachu. Mogę ci powiedzieć: tak pachnie igła sosnowa, tak pachnie żywica. Ale to już coś więcej niż zapach. To już wymaga obycia, otrzaskania, skojarzeń, łączenia się rzeczy, konturów i kształtów. Kiedy jest tylko zapach, jeszcze tylko zapach, jeszcze nie ma nic (bo jest przed wszystkim), wtedy nie oprzesz się na żadnej igle. Wtedy się nie oprzesz. Wtedy płyniesz ku igłom, ku żywicom, ku sosnowym lasom, ku ściółce, ku runu. Płyniesz w powietrzu, którego jeszcze nie ma, płyniesz w ziemi, która się jeszcze nie uziemiła, płyniesz tą nieuziemioną ziemią, płyniesz korytarzami, które dopiero staną się korytarzami za miliony lat, płyniesz w przestrzeni, która się stanie przestrzenią. I nie masz języka, nie masz oczu, nie słyszysz, jeszcze nie istnieje dotyk. Szybciej, szybciej, wolniej, szybciej, szybciej, wolniej. Przekształca się, przemienia, pręży, rozprzestrzenia, wygina się, wytryska, znika znów, przesącza się przez inne zapachy, bo pełno zapachów i nie ma nic, jedynie zapachy, strumienie zapachów, które krążą sobie dość bezładnie, łączą się, rozdzielają, tworzą wodospady, wulkany, gejzery. Szukają swych granic. Szukają konkretu, ściany, od której mogłyby się odbić, w którą by się mogły wsączyć, przeniknąć, zatrzymać. I ponieważ nie ma tych ścian, tworzą je. Gęstnieją, gęstnieją, cisną się, ściskają ograniczane tylko same sobą, kręcą piruety szybciej, szybciej, wolniej. Powstaje tornado, które przybiera kształt, jest kształtem, powstaje trąba powietrzna, która przybiera dźwięk, i piachem, piachem sypie w jeszcze nieotwarte usta. Umieć to opisać, a przez opisanie zatrzymać to uczucie, tę myśl po to, żeby móc do tego wracać, żeby móc to ożywić. Umieć używać słów i rytmów tak, żeby to się jakoś przedostało do tekstu. Próbuję.

Tylko że ja nie czuję swojego zapachu.

Wyobrażam sobie mojego pisarza samozwańca we mnie jako minotaura uwięzionego w labiryncie. Ten minotaur słyszy wszystko, wszystkie rozmowy, wszystkie dźwięki. Wie oczywiście, że Tezeusz się zbliża, ale gra przed nim komedię. Tezeusz to ja nie oszust, nie samozwaniec, nie uzurpator, to ja nikt. Minotaur pisze. Pisze różne rzeczy, które, jak sądzi, powinien pisać jako pisarz. I podczas pisania uświadamia sobie różne rzeczy. Po pierwsze, że jest minotaurem. Po drugie, że może stać się, kim zechce, czym zechce, bo przesiadywanie w labiryncie wykształciło w nim umiejętność empatii absolutnej, prawie absolutnej. To nieoczekiwana właściwość labiryntu. Podczas pisania dochodzi do momentu, kiedy wymyśla sam siebie i próbuje sam się w siebie wczuć, sobą się stać. Okazuje się to niemożliwe. Żeby stać się sobą, musi najpierw stać się całkiem kimś innym, porzucić siebie. Staje się więc Tezeuszem, bo on pierwszy przychodzi mu na myśl. Staje się Tezeuszem, który przychodzi go zabić. Staje się Tezeuszem, który przychodzi go zabić, bo chce się nim stać po to, żeby móc stać się sobą.

Prawdziwy pisarz pewnie potrafiłby to wytłumaczyć prościej, mądrzej, dosadniej. Ja grzęznę wciąż w chaosie, w mętliku, w gadaninie.

Dlatego dobrze mi robi, gdy dostanę temat. Tak mi się wydaje. Wtedy wydobywam się z tego, wtedy przestaję w tym czymś grzęznąć. Mam konkretny temat, na którym się skupiam. Dokucza mi. Próbuję go wziąć trawersem, na przekór, od spodu. Ale jest to jakaś pozytywna walka. Bardzo chcę się porozumieć z ludźmi. Z jednej strony imponują mi te wielkie połacie Joyce’a, w których odwraca się do czytelników tyłem i ma się wrażenie, że jest mu zupełnie wszystko jedno, czy ktoś to przeczyta, czy nie, z drugiej czuję nerwową potrzebę nawiązania porozumienia z odbiorcą. W teatrze to krótka piłka, reakcja natychmiastowa i widoczna. Myślę, że jestem od tego uzależniony. Podejrzewam się o najgorsze pobudki.

Myślę, że w pisaniu dla teatru najciekawsza jest świeżość. Nie chodzi o nowość. Tę świeżość mogą mieć Persowie Ajschylosa. Świeżość, czyli rezonowanie z tym, co jest w powietrzu tu i teraz. Nie wierzę w teksty uniwersalne i wieczne o nigdy nieprzemijającej aktualności. Nie wierzę w to modernistyczne złudzenie. Ale wierzę, że tekst może się stać znów aktualny i świeży po dwóch tysiącach lat, jeśli przetrwa. Może również być zmurszały i archaiczny, choć napisany przed chwilą. Coś rezonuje, a coś wcale. I tym mierzy się wartość tekstu w teatrze. Tak myślę. Teatr żyje, bo wciąż się aktualizuje. Jeśli się nie aktualizuje, dzieli los starych wersji oprogramowania. Jest zabawą coraz węższej grupy przywiązanych do tego, co przez jakiś czas było.

Dramat będzie żył w teatrze, jeśli będzie rezonował, jeśli będzie świeży, jeśli będzie wyzywający, jeśli będzie umiał się zaktualizować, jeśli nie zabrnie w koleiny estetyczności i samowystarczalności, jeśli nie zacznie się zajmować obroną samego siebie, okopywaniem się na z góry upatrzonych pozycjach. Bo nikt pod te okopy nie przyjdzie. Zarosną.

Estetyczność jest podejrzana. Piękno jest podejrzane. Uwodzi, odwracając uwagę od „o czym to właściwie jest”. Lubię to uwodzenie, sprawia mi przyjemność. Nie ufam tej przyjemności. Ufam mocy tekstu, która niekoniecznie związana jest z estetycznością. Brzydota ma większą moc niż piękno. Anarchia i antyestetyczność ma większą moc niż ładna konstrukcja. Niekonsekwencja jest ciekawsza. Ale lubię dać się uwodzić i uwodzę, udając pisarza. Nie jestem konsekwentny, nie dlatego że chcę być ciekawszy, ale dlatego że nosi mnie z boku na bok. Raz ładniej płynę tą łódką, raz daję się ponieść.

Moc jest w rytmie. To jest podstawa – rytm. Pisanie dla teatru jest pisaniem muzyki rytmicznej. Nie umiem sobie poradzić z tym, że na próbach ktoś przestawi słowa i rytm jest inny. Rozumiem, że on ma swój własny i jego własny bardziej mu pasuje, i mówię:trudno – teatr to praca wspólna. Odpuszczam, bo nie jestem pewny. Nawet teraz, kiedy to piszę, nie jestem pewny. Ale wydaje mi się, że rytm jest kluczowy. Nie wiem. Może nie. A może ja wcale nie czuję tego rytmu tak, jak mi się wydaje. Może aktor czuje lepiej. Nie wiem, nie wiem, nie wiem.

Kiedy wyobrażam sobie, że jestem prawdziwym pisarzem, lubię się umieścić w tej tradycji polskiego dramatu poetyckiego, w której w jednej sztuce jest sto pięćdziesiąt postaci, które lewitują, przenoszą się w czasie, gadają ze stworami, ze słomą albo z umarłymi, mają obłąkańcze „jazdy”, a bohater planuje zamach na Mont Blanc, by w następnej scenie pyskować papieżowi w watykańskim pałacu. Lubię się utożsamić z tym rozmachem, z tą zwariowaną orkiestrą, która przeskakuje, rwie, nie trzyma tempa, ale ma moc wodospadu i zapach tornada. Lubię do tego dodać tradycję punkową, rebeliancką, w której się wykrzykuje wprost, na trzech akordach, gwałcąc i depcząc szacowne szkoły kompozycji.

Lubię poczucie, że przez pisanie coś się ujawnia. Coś spoza mnie, sponad mnie, spode mnie. Coś, co się sączy, przesącza przeze mnie, jak przez filtr. Używa mojego umysłu, moich rąk. Coś, co jest w powietrzu. To jest w jakiś sposób nieludzkie. Lubię poczucie, że nieludzkie mówi przeze mnie z powietrza.

Lubię czuć ten wiatr, który pozwala stać się kimkolwiek, czymkolwiek się chce. Na chwilę. Umysłem. Słowem. Mówieniem. Poprzez umysł. Poprzez słowo i mówienie, myślenie, empatię, wczucie się.

Lubię kończyć tekst, kiedy jeszcze go nie przeczytałem, i mogę się łudzić, że coś potwierdziłem, coś sobie nazwałem, coś się stworzyło, coś się ułożyło, coś się nazwało, czegoś się pozbyło.

Lubię to dziwne poczucie, że to tylko moja przestrzeń, prywatna przestrzeń – pisanie. Choć przecież publiczna. Przecież z myślą o porozumieniu. Moje pisanie to ja. To prawdziwy ja. Tutaj trwam. Z tego miejsca naprawdę rozmawiam. Tak myślę tuż po.

Boję się ponapisaniowej zapaści. Poczucia, że już zrobiłem, więc już mniej jestem potrzebny. Szumu planet. Wielkiego „wszystko jedno, czy będę robił cokolwiek, czy nie”. Miażdżąco wielkiej wszystkojedności.

Ulga i strach. Z tym się zostaje.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Artur Pałyga, Dlaczego piszę, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 2

Przypisy

    Powiązane artykuły