27.11.2019

Nowy Napis Co Tydzień #025 / „Pan Świat” – persona non grata?

Zobacz całe wystąpienie Roberta Gawłowskiego:
Tam, gdzie świat czyni się obrazem byt w całości zakłada się jako coś, na co człowiek się nastawia i co chce zatem pozwać przed siebie, mieć przed sobą. Światoobraz w rozumieniu istotnym nie oznacza więc obrazu świata, lecz świat pojmowany jako obraz. W tym ujęciu byt w całości bytuje dopiero i tylko o tyle, o ile postanawia go człowiek, który przedstawia i dostawia, wytwarza. Tam, gdzie powstaje światoobraz, zapada istotna decyzja o bycie w całości. Bycia bytu poszukuje się i znajduje się je w tym, że jest on przedstawiany. (Martin Heidegger)

Pierwsze miniatury z Panem Światem w roli głównej pojawiły się jako niewinne, ulotne, literackie żarty. Powstały przed piętnastu laty i nie zapowiadały niczego większego. Wróciłem wtedy ponownie do swojej młodzieńczej fascynacji twórczością znakomitego włoskiego pisarza – Italo Calvino, którą sygnalizowałem już w tomie poetyckim Marko Polo z roku 1987.

Niestety, krytyka literacka, komplementując tamte wiersze, szukała przede wszystkim podobieństw mojego bohatera lirycznego do Herbertowego Pana Cogito. Jako walor sugerował to zresztą na skrzydełku książki mój ówczesny wydawca. Inna rzecz, że w latach 80. pojawiło się niemało zbiorów wierszy, które (nie bez kozery) Dariusz Tomasz Lebioda nazwał „Dziećmi Pana Cogito”. Po trzech dekadach to szkicowe rozpoznanie Lebiody dopełniła ciekawa praca doktorska Katarzyny Wyszyńskiej z Uniwersytetu Śląskiego zatytułowana Formuły persony lirycznej po 1968 roku. Pan Cogito i jego sukcesorzy, którą – zupełnie przypadkowo – odnalazłem w nieogarniętych zasobach Internetu. Wspominam o tym, by choć częściowo, acz nie wprost, odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego piszę i dlaczego tak, a nie inaczej?”.

W jakiejś mierze mówi o tym wiersz zamykający tom Marko Polo, a zatytułowany Opisanie świata:

Udało mi się odtworzyć obrazy i kształty,
Udało mi się ułożyć zdania, wersy i frazy,
Okazało się jednak, że powtórzyłem i przepisałem
Co już dawno powiedzieli inni.
[…]
Cieszą mnie cząstki wiecznego tekstu.
Który jest mi dany.
Wielki to dar, lecz trzeba go nieustannie odnawiać.
Dlatego piszę.

 

Zatrzymajmy się przeto przy moim głównym antenacie, Italo Calvino, który przyszedł na świat 15 października 1923 roku w Santiago de Las Vegas na Kubie, a zmarł 19 września 1985 roku w Sienie i uważany jest za jednego ważniejszych twórców XX wieku. Ojciec pisarza, Mario Calvino, był znanym agronomem i botanikiem, matka, Eva Mameli, była profesorem botaniki na Uniwersytecie w Cagliari i jest uważana za „pierwszą i jedyną kobietę” ruchu na rzecz ochrony przyrody w okresie międzywojennym.

SIGNORA MAMELI

Signora Mameli siedzi przed mikroskopem. Mały Italo spoza czasu powraca w tę chwilę.

Chłopiec, jak zawsze z szacunkiem, przygląda się matce. Signora Eva odrywa oko od mikroskopu,
notuje. On widzi ją sponad książki. Pomiędzy nimi tylko wazonik z kwiatami — zapach Pana Świata
ulotny.
Skupienie matki zdaje się wykluczać, by właśnie myślała o synu. Spojrzenie chłopca nadal
wymownie wielbi matkę. Chłopiec wie, że jej oko dotyka niewidzialnych światów, a on latami
będzie przedzierać się przez kłącza słów, które mamią, obrastają prawdę.
Italo ponownie zanurza się w baśni.
Przeczuwa, że kiedyś będzie odwracał znaczenia, albo pisał przezroczyście, tak, by nic nie
przysłaniało odkrywanego.
Czas nie jest żadną zagadką.
Chłopiec zaraz poprosi matkę, aby znów pozwoliła mu zajrzeć do wnętrza liścia.


PLAŻA
– Jestem jak Pan Palomarzamarzył Pan Świat.
Przypływy i odpływy. Fala za falą. I ciągle nowa fala. Nieustanna zmiana, która
wzbogaca.

– Jestem plażąrozmarzył się Pan Świat.
Ślady ptasie, muszle i muszelki, drobiny bursztynu, obłe resztki drewna.

Moje marzenia wypływają w morze chwili,
Moje spełnienia u moich stóp, w tej samej chwili.
Jestem plażą.
Jestem plażą

Niepostrzeżenie, jakimś bocznym wejściem wszedł tam Pan Świat. I nie powinno to chyba dziwić, gdyż Italo Calvino wraz Marcelem Duchampem i Georgem Percem należał do paryskiej grupy literackich eksperymentatorów o dźwięcznej i wdzięcznej nazwie „OuLiPo”. Podobnie jak inni jego koledzy tworzył swoje metateksty, używając matematyki, jej wzorów i praw. W literackiej praktyce wykorzystywał kombinatorykę i odkrycia teorii gier.

W pewnym sensie i mój Pan Świat na charakter metatekstowy. Odwołuje się bowiem bezpośrednio lub pośrednio do wielu różnych utworów literackich czy, szerzej, tekstów kultury. Stara się wejść z nimi w dialog, odczytywać na nowo i po swojemu, ze świadomością, że – jak pisał Jorge Louis Borges, „książka nie jest bytem samoistnym, jest ona relacją, osią nieskończenie wielu powiązań ”. A jednak jako utwór literacki Pan Świat sam w sobie nie jest hipertekstem, choć poprzez swoją nielinearność do hipertekstu się zbliża. Narrator, słowami swoimi i słowami bohaterów, snuje opowieści, których ścieżki – co prawda – rozgałęziają się w mentalnym czasie i w mentalnej przestrzeni, ale, prowadzą jednak do jakichś zakończeń, nawet, gdy nic nie jest do końca i na zawsze rozstrzygnięte i gdy wciąż nie ma ostatecznej odpowiedzi na pytanie o własny sens.

Jakkolwiek Pan Świat już lata temu przerobił lekcje Mallarmé’go, Borgesa, Cortazara i wielu innych kombinatorów i kombinatoryków literatury, jakkolwiek nieustannie spaceruje po ogrodzie rozwidlających się ścieżek, to jednak tęskni za mirażem klasycznego, apollińskiego porządku, choć z drugiej strony wie, że władzę nad nim sprawuje Dionizos.

Jako autor Pana Świata powinienem też powtórzyć za Czesławem Miłoszem, iż podobnie jak on:

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

*

Muszę też wyznać, ze od pierwszego do ostatniego tekstu Pana Świata towarzyszyła swoista przekora, albowiem powody, by pomysł porzucić, były aż nadto oczywiste. I nie w tym rzecz, że Pan Świat nie mógł być pierwszym, że musiał stanąć na końcu ogonka literackiej galerii, w której od lat poczesne miejsca zajmują Pan Głowa, wymyślony przez Paula Valéry’ego, niejaki Pan Piórko Henriego Michaux, oraz oczywiście Herbertowy Pan Cogito, by wymienić tylko najważniejszych antenatów. Ale są tam nie tylko oni. Lista personalna takich osobliwych postaci w poezji polskiej ostatnich 50. lat jest znacznie dłuższa: szary N.N. Stanisława Barańczaka, Gnykć Tadeusza Sławka, Biskup Jansen Krzysztofa Ćwiklińskiego, Nikodem Jerzego Czarnoty, Józef Zdzisława Antolskiego, Krasnal Piotra Cielesza, Samuel Budeuf Adama Kalbarczyka, Pusto Jerzego Suchanka, Pan Sum Ryszarda Horodeckiego, Sejmur Andrzeja Strąka, Haldern Aleksandra Jenski, Grzegorz Adama Sikorskiego, Jaskierko Dariusza Tomasza Lebiody, pan Schmetterling Ewy Lipskiej, Madame Intuita Izabeli Filipiak, Pan Swen Gabriela Leonarda Kamińskiego i Pan Zy Grzegorza Wróblewskiego.

 

Podobnie jak niektórzy z wymienionych wyżej autorów, doświadczywszy, lata temu, zestawiania mojego Marko Polo z Panem Cogito zdawałem sobie doskonale sprawę, że już samo imię – Pan Świat – przywoła niemal natychmiast bohatera wierszy Zbigniewa Herberta, z całym uniwersum spraw i wartości obracającym się wokół tego, który „trzyma w ramionach/ ciepłą amforę głowy”.

Było i jest to nadal ryzyko, zwłaszcza, że postać Pana Cogito wciąż powraca w historycznoliterackich egzegezach. Pan Cogito należy do szkolnego kanonu poezji. Był i pozostaje w świadomości czytelniczej, także dzięki benedyktyńskiej pracy Ryszarda Krynickiego, który ogromną pieczołowitością podawał i podaje do druku wiele niepublikowanych utworów autora Struny światła.

BEZ ODPOWIEDZI

Pan Świat od zawsze szanował Pana Cogito.

I choć wie, że Pan Cogito zamilkł, to Pan Świat ma w sobie nadal tę przekorną dziecinną nadzieję, że może kiedyś jeszcze Pan Cogito się odezwie?

Może dobrze poradzi: jak nie zgłupieć, jak się nie poddać szpetocie i taniemu poklaskowi, jak nie lecieć na lep tandety, jak nie dać się podstępom fałszu, jak zachować godność i smak?

„W czasach, ani lepszych ani gorszych, w czasach, gdy tablice dekalogu wciąż są zadeptywane jak były zadeptywane”, w tych czasach Pan Świat ma wciąż te same pytania.

Nie ma odpowiedzi.

W tym kontekście mój Pan Świat może łatwo spłonąć w słusznym i pięknym blasku Pana Cogito, ba, może okazać się personą non grata, w najlepszym razie – enfant terrible. Ale zostawmy to przyszłości.

Na dowód autorskiej pokory w tym względzie sięgnę po jeden ze swoich dawniejszych wierszy, który zawiera swoistą autoprzestrogę:

ŚWIADECTWO EPIGONA

Chciał mówić o innych, a był wymyślony.
Nazbyt miękki, jak glina wabił cudze dłonie.
Lepiony przypadkiem, cytował, powtarzał;
widział wciąż onych, jakby lepsi byli.

I w sobie samym nie dostrzegał siebie.
Te twarze z wyboru stały się maskami.
Któraś z nich, myślał, będzie wreszcie moją.

Spragniony sławy naśladował gesty,
połykał słowa, żywił się mitami.
Lustro przejrzyste bez cienia człowieka.

Unikał cichej ofiary cierpienia. Wabiły go
style i, umykając, drwiła zeń istota rzeczy.
Czego dotykał stało się frazesem.


Późno zrozumiał, że lepsze milczenie,
niż chora rzeźba; zimna, ciemna mowa.
Chciał być poetą, a nie kochał świata.

Ożył dopiero, gdy w strachu umierał.

*

Kim zatem jest i nie jest Pan Świat?

Nie jest na pewno „osobistym koryfeuszem” piszącego, który w swoich małych narracjach zdaje krótkie relacje z  przypadków, trosk, przygód, rozterek, niepokojów i zmartwień swego bohatera. Nie jest więc Pan Świat przewodnikiem czy wiedzącym i widzącym więcej mędrcem.

Pan Świat jest jednym z wielu – w dwójnasób. Jest jednym z wielu ludzi, a także kimś pochodzącym z wielu, gdyż to z nich się narodził. Podobnie jak w Helingerowskich ustawieniach staje przed fantomami swoich antenatów. To im zwierza swoje troski i obawy. To z nimi dzieli się swoimi małymi olśnieniami i małymi odkryciami. Jego imaginacje są często oksymoronami, a on sam zazwyczaj jest pytajnikiem.

Pan Świat, w przeciwieństwie do Pana Cogito, nie ma postawy wyprostowanej. Nie ma jednego autorytetu, trwałego wzorca. Mówiąc słowami wiersza Kanon – zapominanego już Stanisława Grochowiaka – Pan Świat to „ten chory człowiek z drżącym kręgosłupem/ Z twarzą tak sztywną jakby bicz ją przeciął/ Lub cień/ Mknącego na obłokach diabła”.

EXPOSITIO

Zawsze pomiędzy komedią a tragedią, wcale nie wyrazisty, a pełen odcieni i litotesów.
Nazbyt niepewny swego, zagubiony pomiędzy racjami globalistów i alterglobalistów, kosmopolitów i szowinistów, gnostyków i agnostyków, wiecznie poszukujący Boga i siebie. Na przemian, wątpiący i, na przemian, pewny. Wciąż poznający i niepoznawalny. Jeszcze nadążający, a już słabnący.
Zaczynający ciągle od nowa z rzadka cokolwiek kończący. Świadom nieuchronności przemiany.


Oto onPan Świat.

CYBERCIAŁO

Pan Świat zmienia skórę. Od dawna nie jest już papierowa. Myśli nie biegną z głowy poprzez pióro, nie zastygają w druku
Ach ten zapomniany atramentwzdycha Pan Świat. Teraz tylko klawiatura i ekran. To wystarcza. Ba, można bez ustanku poprawiać, kasować, przestawiać słowo po słowie.
Pan Świat czuje też, że i on staje się coraz bardziej tylko cyberciałem, kopią posklejaną z wycinków, by wisieć, gdzieś w bezkształtnym wirtualium.
Jest i go nie ma. Nie ma go, a jest.

Skoro tak, to jestem fantomem, bytującym niebytem, paradoksem, cielesnym i bezcielesnym persyflażem, bezkształtem, który usiłuje uporządkować odrobinę samego siebie i może jeszcze kilka najbliższych spraw.
Tak Pan Świat definiuje, albo usiłuje cokolwiek zdefiniować.
Staje więc, na niewidzialnej krawędzi. Patrzy: za, przed, pod i ponad.
Odrywa się od samego siebie, wykonuje jakieś gesty, próbuje jeszcze coś powiedzieć, nim go osaczą żądni, pragnący, samotni i zaczną ciskać wszystkim, co tak boli
i co pod ręką.

Pan Świat jest zarówno bytem obserwowanym przez narratora, jak i samodzielnym obserwatorem zdarzeń. Usiłuje zrozumieć siebie poprzez próby dialogu i próby zrozumienia tych, z którymi spotyka się poza rzeczywistością w jakichś równoległych, tylko jemu dostępnych czasach i przestrzeniach. Pochyla się też, oczywiście, nad tym, co otacza nas „tu i teraz”. Boli go akcydentalność, opiera się akcydentalności i ulega akcydentalności. Rozumie, że jest bytem akcydentalnym. Przyznaje się, że nie pojmuje, choć stara się jeszcze nadążyć za żywymi. Albo eksploruje terytoria naszej współczesności, albo zanurza się w czasie zaprzeszłym czy – na przykład – w literackich imaginacjach wybitnego portugalskiego pisarza, poety i dramaturga, Gonçala Manuela Albuquerque Tavaresa, o którym José Saramago, wręczając mu nagrodę swojego imienia, mówił, że „za trzydzieści lat, jeśli nie wcześniej, on otrzyma Nagrodę Nobla”.

*

Złożyło się bowiem tak, że podczas jednej z licznych kwerend internetowych natknąłem się w roku 2007 na tytuł Pan Calvino, którym Tavares opatrzył jeden ze swoich zbiorów opowiadań, w tym czasie prawie nieznanych jeszcze polskim czytelnikom. Dość powiedzieć, że sprowokowany przeze mnie przyjazd Tavaresa na 4. Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, jaki w 2008 roku obywał się we Wrocławiu, zbiegł się szczęśliwie z wydaniem jego pierwszej książki w Polsce, zatytułowanej Panowie z dzielnicy, którą z portugalskiego przetłumaczył Michał Lipszyc.

SPOTKANIE

No więc usiedliśmy z Panem Tavaresem przy kawie, we Wrocławiu, w ogródku „Pod Złotym Psem”zaczyna wspominać Pan Świat.
Dzień był ciepły, ale nie zanadto. Pan Tavares owinął się szarym, wełnianym szalikiem. Podobał mu się ten kraj, podobało mu się to miasto. Trochę zdziwił go Pan Świat.

To piękne, że ludzie myślą podobnymi obrazami, choćpod każdym względemsą tak od siebie odleglistwierdził Pan Tavares.
Nie zgodzę sięzaoponował Pan Światjesteśmy sobie bardzo bliscy.
W zasadziezawiesił głosjesteśmy tacy sami.
I rozmowa zeszła na to, co łączy.
Pan Świat, i Pan Tavares z uśmiechem spoglądali na siebie. Obserwowali przechodzących ludzi, ale, tak naprawdę, widzieli swoje obrazy. Realne mieszało się z nierealnym.
Pan Tavares tu, w tym mieście, na tym rynku, w tym ogródku
przecież to nie mogło się zdarzyć!
A jednak…

Miałem przyjemność nie tylko poprowadzić to spotkanie, ale też przywitać autora z Lizbony krótkim, przekornym opowiadaniem Pan Tavares, w którym – nieco przewrotnie – bohaterem literackim uczyniłem samego pisarza.

PAN TAVARES

Do głowy Pana Tavaresa przychodzi Pan Valéry, rzecz jasna z Panem Głową.
A potem jeszcze i Pan Henri, i Pan Brecht, i Pan Keuner obok Pana Brechta, i Pan Juarroz, i Pan Kraus.
Ponoć wcześniej byli tu i Musil, i Beckett, i Profesor Barthes. A jeszcze zbliża się Pan Walser. I Pan Calvino widzi jeszcze jak on sam przychodzi do głowy Pana Tavaresa.

Co my wszyscy tu robimy?zastanawia się Pan Calvino.
Dlaczego jesteśmy właśnie w tej głowie, w głowie Pana Tavaresa?pyta wszystkich po kolei.
Opowiadamy tu historie fałszywemówi Pan Valéry.
Ale dlaczego w głowie Pana Tavaresa?domaga się Pan Calvino.
A dlaczego nie?retorycznie odbija piłeczkę Pan Kraus.
I zgryźliwie dodaje
Skromność jest prawem artystów…, próżność ich obowiązkiem. Pan Tavares zaprosił nas do swojej głowy i myśli w swojej głowie wspólnie z nami. Powiem więcej, Pan Tavares myśli o świecie nami, myśli tym, cośmy już powiedzieli. Wybiera z nas to, co mu pomaga.
Ależ nie tylko!dorzuca z boku Pan Juarroz. Pan Tavares także nas dopowiada. Dopowiada to, czegośmy nie powiedzieli, a co mogliśmy powiedzieć.
I on i my jesteśmy zakładnikami niewypowiedzianego. Niewypowiedziane nas zniewala. Niewypowiedziane nas przymusza i brata. Jesteśmy zbratani tym, co niewypowiedzianeobjaśnia nadchodzący Pan Walser.
A zatem?zastanawia się Pan Calvino.
Zatem i pan musi tu zostać!mówi Pan Świat.
Przecież każdy z nas przykładał głowę i  rękę, by wymyślić Pana Tavaresa,
Pan także, n’es pas?zamyka sprawę Pan Valéry.

Nasze rozmowy we Wrocławiu w dużej mierze przyczyniły się do późniejszego kształtu mojego zbioru Pan Świat. A było to siedem lat przed ponowną wizytą Tavaresa w Polsce, kiedy to zagościł ponownie na krakowskim Festiwalu Conrada w roku 2015. Stawał się coraz bardziej znany w Polsce, czego dowodem były kolejne tłumaczenia i wydania jego książek, a także szkice o jego twórczości i życiu, jak choćby ten pióra Marty Eloy Cichockiej, pomieszczony w „Tygodniku Powszechnym” z września 2015 roku, a zatytułowany Przypadki Pana Tavaresa.

 

Tuż po spotkaniu z Tavaresem we Wrocławiu powstało opowiadanie, którego fragment także przytoczę. 

OGRANY

 A to mnie pan ograł panie Tavares!śmieje się z siebie Pan Świat. A to mnie pan ograł.
Nie mogę być Panem Calvino. Nie mogę być Panem Brechtem, ani Panem Valéry, ani Panempanie Tavares.
Mogę być tylko i tylko Panem Światem, formą jeszcze bardziej pojemną niż jedno życie, niż jeden ślad. Formą, „która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą”.
Wypełnił pan nisze, puste miejsca. Tak, mój drogi Gonçalo. Usidlił pan ich myśli, wspomnienia po nich, zniewolił pan ich awatary, uwięził w swojej dzielnicy, która jest i nie jest Lizboną.

Ale czy poznał pan kiedyś Pana Cogito? Co pomyślałby pan o nim, gdy jeszcze był wśród nas, gdy zwierzał swoje rozterki, wyznaczał miary, przypominał o smaku? Co powiedziałby pan teraz, gdy ślad po nim ginie, gdy coraz bardziejjak poecizapomniany?
[…]

Gonçalo Tavares wówczas nie znał bliżej ani poezji Zbigniewa Herberta, ani Pana Cogito. Wspominał mi jedynie o swoim zainteresowaniu poezją Wisławy Szymborskiej i twórczością Witkacego. Wówczas trudno było mu zrozumieć, skąd, dlaczego i o czym mówi moja Ostatnia rozmowa z księciem poetów:

OSTATNIA ROZMOWA Z KSIĘCIEM POETÓW

Krzysztofowi Ćwiklińskiemu


Pośrodku Ardeńskiego Lasu, który nie jest lasem, a zamienił się w hałaśliwe miasto… Zatem, pośrodku tego miasta, w ciemnym zaułku dzielnicy uciech, Pan Świat spotyka się z Księciem Poetów. Ma to być już ich ostatnia rozmowa, bo Książę opuszcza Ardenię…

Nie oglądaj się już na mnie Panie Świat.
Nie patrz i nie słuchaj
– powiada Książę z żalem.
Nie patrz, bo moje prawdy uleciały, zamieniły się
w pozory, które już nic nie znaczą.
Przecież widzisz jak dookoła wszystko, tak szybko,
się zmienia.
A moja twarz, moja amorficzna twarz? Panie Świat!
Przyjrzyj się mojej twarzy! Portret odwrócony,
chimeryczny negatyw.
Popioły myśli, popioły.
Z tego lasu – tylko kilka drzew.
Z naszego ulubionego potoku, co? Leniwa
śmierdziawka.
Skończyło się Panie Świat, skończyło.

– A twoi wyznawcy? Książę? – bąka dławiącym się głosem Pan Świat.
Niech pozostaną w ułudzie.
I ty – Panie Świat – pozostań i trwaj w swojej nadziei,
bo przecież…? Tego nie można odebrać nikomu.
Największa zbrodnia – odbierać nadzieję.
A ja? Cóż, mój pobyt dobiegł tu kresu.
Ardenia? Karykatura utopii.
Tak, chcieliśmy zbudować idealne miasto, spełnić sen
Campanelli.
Ale rozejrzyj się Panie Świat. Co widzisz?
Jazgot, rechot, pełzające libido, sprzedajne ego, jedno
wielkie dzikie śmietnisko.
Nawet, gdyby je od nowa przegrzebać, znajdziemy „nic”.
Najwyżej cuchnące resztki.
Szczurze twarze, szczurze odchody.

– To jest nasza wymarzona Ardenia…?

Jesteśmy w stanie nieustannej nietrwałości. I my, i wszystko wokół ulega wiecznej przemianie. Przydarza się i znika. Zawieszeni pomiędzy pamięcią „było” a imaginacją „będzie”, w momentalnym i już rozpadającym się „teraz”, możemy jedynie „dawać świadectwo”, usiłować „ocalać”, „interweniować”, „wywierać wpływ” czy budować jakieś inne hipostazy „mocy sprawczej”. Nadal nazywamy to jeszcze literaturą: poezją, prozą i dramatem.

MOWA TRAWA

Będziesz w antologiach, w królewskich zbiorach,
w zastygłych poematach, w żywicy słów

wyzutych ze znaczeń, na wspak odwróconych.
Czas będzie szydził. Ironicznie odczytają Cię przyszli,

jeśli odczytają, jeśli zrozumieją cokolwiek
z Twego tu istnienia, jeśli jesteś zrozumiały.

A wykuwali w kamieniach i zostało, a żłobili w glinie
i zostało, skrobali na pergaminie i wciąż jeszcze płonie.

Asyryjczycy, Akkadowie, mieszkańcy Ur i Zikurrat,
kapłani, ewangeliści, heretycy – wszyscy oni w Słowie,

tak pojemnym, jak otchłanie kosmosu, tak otwartym,
jak usta w zadziwieniu, w bezkrzyku, gdy mami,

gdy łudzi, obiecuje góry, przenosi lądy, oddala
horyzonty. Czegóż więc się wzdragasz, wstrzymujesz?

Dołączże do grona złotników, szlifierzy, do mistrzów
piszących cacka, łudząco podobne do pszczoły,

ptaka, kwiatu, do szczenięcego kwilenia na dworze,
u tronu, gdzie słuchają Cię z czcią należną apologecie,

gdzie Twoja powaga jest powagą słuszną i uzasadnioną,
gdzie powtórzenia hymn wznoszą i wznoszą. I gmach

ogromny, refrenieje pośród ciszy. Stań obok czeladników,
którzy swojego dnia, swojej minuty czekają.

Odwracasz się? Chcesz nieustannie poznawać? Triumfy rozumu
fanfarami pośród marazmu i psich żartów roznosisz?

Cóż, zdobywasz się nawet na wielkie „nie wiem”. Powiadasz:
„Dzieje nie były aż tak bardzo oczywiste. Jest przecie

Jeszcze Słowo Pana, którym kupczyli bluźniercy.
Ono pierwsze i ostatnie, ono prawda, sprawiedliwość,

wiedza czysta i nieodczytana”. I pochylasz się nad światem
w skromności, o której myślisz, że czysta. A przecież tyle

pychy w tobie, tyle ucieczki od własnej niemocy, tyle
rozpaczy w jeszcze pewnym siebie głosie. Chciałbyś wyjść

z tej plątaniny, z tych mroków, ku Światłu Świateł,
ku wieczności, ku absolutnemu duchowi, ku zasadzie.

Mówisz: „przyczyna”, „mistyczne ciało”, „tajemnica”.
I stają wokół Ciebie wyznawcy Kościołów Języka.

I odprawiacie swoją mszę, poprzez mantry, zaklęcia,
wstrzymane oddechy. Chcecie dotknąć Początku, doznać

Pojednania. To uspokaja, koi, wycisza. Podziwiają Ciebie
i Tobie podobnych. Zapatrzeni w siebie nazywacie to
Poezją, dramatem, prozą.

Mowa, trawa.

Zobacz całe wystąpienie Roberta Gawłowskiego:

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Robert Gawłowski, „Pan Świat” – persona non grata?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 25

Przypisy

    Powiązane artykuły