27.06.2019

Nowy Napis Co Tydzień #003 / „Podwójna kosa”, czyli o konieczności otwarcia widoków

1.

To, co bierzemy za wybór wierszy z lat 1999–2015, wcale wyborem nie jest, lecz samodzielnym zbiorem nieznanych do tej pory utworów powstających obok tych zamieszczanych w wydawanych wtedy tomikach. Przypomnijmy tytuły: Kruszywo (2002), Locja (2005), Tremo(2010), Dzikie lilie (2012), Kapsle i etykietki (2013), Pan Optico (2014). Aż chciałoby się zapytać, dlaczego dopiero teraz autor wydobywa je z szuflad i z jakiego powodu nie pasowały do wcześniejszych zbiorów. Może czekały na właściwą okazję zebrania się w takim właśnie układzie, pod innym zawołaniem i hasłem? Może dopiero tytuł Podwójna kosawyzwolił tkwiącą w nich językową i poetycką energię? Odnosi się wrażenie, że nowa książka Andrzeja Niewiadomskiego przez swoją specyficzną „lekkość” umożliwiła wszelkim zjawiskom pokątnym, nieoczywistym i zaskakującym wypłynięcie z brulionu pisarza. To, co stało z boku, wrzucono nagle w główny nurt. Tak, jakby autor chciał pokazać jeszcze inne możliwości swojego języka poetyckiego – czułego na tradycję, historię poezji ostatnich wieków, dekad i lat, lecz również otwartego na bezpośrednie bodźce dostarczane bez przerwy przez żywą, mówioną polszczyznę.

I to jest właśnie w poezji Niewiadomskiego najciekawsze – obserwowanie, jak erudycja filologa radzi sobie z chwilą na gorąco chwytaną przez narzędzia charakterystyczne dla języka potocznego. Nie chciałbym mówić o powstającym zderzeniu czy rozgrywanym kontraście, ponieważ odczuwam to jako coś integralnego, udanie zespolonego i w tej „hybrydyczności” stanowiącego o istocie poezjowania eseisty, badacza literatury, pracownika naukowego i nauczyciela. Mimo wszystko udaje się ocalić figurę „żywego człowieka” – i to dla mnie jest najważniejsze. Oczywiście, żywość mowy poetyckiej i jej odczuwanie są tajemnicami lektury i odbioru. Moje prywatne doświadczenie w tym przypadku zadowala się rozwarciem, „podwójnością kosy”, językiem, w którym szlachetnie tętni Czechowicz („jest kosa/ będzie wichr”) i wybrzmiewa coś z gazetowego plugastwa („To stara gwardia decyduje, z kim jest zgoda, z kim jest kosa, a z kim układ”). I tu, i tam „kosa”, która jest, zawisa w języku, nad jego odczuwaniem, sygnując nakładanie się stylistycznych porządków i napięć między znaczeniami.

Książkę rozpoczyna utwór z 2012 roku, zatem nie mamy do czynienia z chronologicznym odtworzeniem poetyckiego rozwoju, lecz z układanką tworzoną pod dyktando czegoś ważniejszego niż upływający czas. Oczywiście, on zawsze jest w tle każdego zdania, niemniej w tej poezji w wyrazistszy sposób tematyzuje się przestrzeń czy miejsce niźli czas. We wcześniejszych tomikach lubelskiego poety odbywaliśmy razem z bohaterem nieustanne wojaże po Polsce. Na okładce zbioru z 1994 roku (Niebylec) Krzysztof Karasek pisał:

Pejzaże, jakie przywołuje w swoich wierszach, widziane są z perspektywy prowincjonalnej raczej niż wielkomiejskiej. Sławin, Elbląg, Ostrołęka, Horyniec-Zdrój, Limanowa […] nie są jednak tylko realiami świata, ale wyznaczają kierunek wyobraźni […]. Rozrzut terytorialny zdradza poetę przestrzeni raczej niż czasu; potrzeba przemieszczania się, wędrówki, jak u amerykańskich bitników, tyle że bardziej umiarkowana, ruch jako oś motoryczna wiersza.

2.

W najnowszej książce jest zdecydowanie mniej geografii, a o ulubionej przez autora kartografii mówi się stosunkowo rzadziej. Co innego wysuwa się na pierwszy plan. Odczuwam to jako rozrachunek, sugestię „obnażenia się”, cień konfesji. Skoro rozpoczyna się zbiór poetycki monologiem dotyczącym paplaniny, niepotrzebnego zagadywania poezji, to coś jest na rzeczy. Dlatego książka wydała mi się jakby swobodniejsza, dziwnie „lekka” jak na przyjęte przez tego autora zwyczaje. Wzięło się to chyba z odsłonięcia się, z pofolgowania sobie, chęci zrzucenia jakiegoś ciężaru. Pozwolił sobie na więcej, a rozluźnienie awangardowych rygorów umożliwiło coś, co sprawia wrażenie „mówienia wprost”. A o czym? O czymś dla samego twórcy najbardziej kłopotliwym, dokuczliwym. O tym, co współcześnie robi się z poezją, jak o niej i poetach się opowiada. O tym, jak sam padł ofiarą tych uproszczeń, i teraz w zjadliwy, humorystyczny sposób rozprawia się z nimi.

W następnym wierszu „paplanina” zmienia się w „gadaninę”, sygnalizując tym samym zmęczenie komunikacyjną konwencją. Zmęczenie literaturą, która tak naprawdę realizuje się w innym, jakby „pozaświatowym” czy „pozaczasowym”, planie rozmowy „z nimi”, ale nie z nami, tu i teraz żyjącymi. Mowa więc o iluzji komunikacji rozgrywającej się na naszych oczach i brzmiącej w naszych uszach, dotyczącej właściwie kogoś i czegoś innego, niż nam się wydaje. Iluzja, złudzenie, „wydawanie się” są w tym tomiku szczególnie ważnymi kategoriami, pogłębiając oznajmioną na okładce podwójność. A więc już nie tylko dyskomfort z powodu generującej nieporozumienia dwuznaczności słów, ale wręcz rozpacz wywołana rozmijaniem się nadawczych i odbiorczych intencji. Rozpacz opaczna, cokolwiek teatralna, pokrywana humorem, kabaretową „lekkością”. Podwójność, o której wspominam, dotyczy również możliwości interpretacji, bowiem wiele wierszy z nowego tomu Niewiadomskiego można odczytać co najmniej na dwa sposoby. Wyobrażam sobie czytelnika literalnie spijającego ich narracyjne sensy, co wcale nie będzie kolidować z obrazem odbiorcy pochłoniętego obserwacją gier stylistycznych, emocjonalnych i intertekstualnych, odbiorcy, który rzekomą powagę zastąpi sobie hipotetyczną zabawą.

Ta podwójność ma coś wspólnego z samoświadomością piszącego, raz po raz zamieniającego konfesję w opowieść o niej samej, o warunkach jej prowadzenia. Oczywiście, słowo „konfesja” jest w tym świetle czymś gubiącym swoje kontury, rozpływającym się w aurze samozaprzeczenia. I nie wiem, czy terminy typu „autotelizm” lub „autotematyzm” byłyby tu szczególnie adekwatne. Chyba że w jakimś bardzo ogólnym, nakładającym się na okołowierszowy dyskurs, kształcie. Wpisują się weń pojawiające się w tekstach nawiązania do imprez literackich, dyskusji i polemik, krytycznoliterackich ustaleń i „ułatwień”, literaturoznawczych konwencji, starć młodych poetów ze starymi i tym podobne. Z jednej strony Marcin Świetlicki jako żywy punkt odniesienia, a z drugiej Czesław Miłosz jako głos niemal zza grobu. Wiersz finałowy postbrulionowy, postforteczny, spełniający się w poetyce absurdu, ironicznie podsumowuje przygodę młodości twórców urodzonych w latach 60. i ich głośne wejście do literatury, porównywane z niegdysiejszym zaistnieniem skamandrytów.

Bo przecież żyliśmy w cieniu klasyka
i tych kolegów, których barwa rozpływa się
– jak kwiaty – w innym kręgu języka. Nie pisała o tym
ani „Tanew”, ani „Dziennik Warowny”, ani „Kultura
w stepach”. Niewątpliwie. Poezja jest tajemnicą.
Z pozdrowieniem i rżeniem konia.

Gdy już opadł bitewny pył symbolizujący przesadną promocję nowego pokolenia, okazało się, że sami zainteresowani brali udział w festiwalu pozorów – wiele hałasu o nic w świecie, którego poezja zupełnie nie obchodzi. Nie bez powodu przywoływany wiersz sąsiaduje z utworem pod tytułem Literatura polska. Początek wieku, który jeszcze pogłębia, znów ironicznie i polemicznie, to rozpoznanie.

Literatura polska. Początek wieku

 

Czyli treść jest ważna, niby ziarno w łupinie, a jak będą bawić się
łupinami, nie ma większego znaczenia.

                                                                     Cz. Miłosz

 

Niestety, literaturo, masz wyłącznie słabe strony.
A wszystko idzie z wiekiem, coraz niżej;
schodzisz i w tym dziwnym szyku zejść nie możesz,
na wyżynach nie dostaje ci religii, średniakom –
tożsamości brak, ach, a młodzi – ignorują obyczaje
rodem z telewizyjnego ekranu. Ale daje się to
jakoś usprawiedliwić; w końcu żyjemy w trudnym
kraju. Starcy składają wiersze piękne i jakby
młodzieńcze, poza tym gaworzą jak dzieci, wiedząc,
że nauka czytania nie będzie im dana po raz wtóry

Przypominają się słowa, które padły w poprzednim tomiku (Pan Optico), w liryku prozą zatytułowanym Historia. Kreśli się tam wizję upadku istotnych wartości kulturowych, „oświaty i gustu”, i upadek ten paradoksalnie kojarzy się z osiągnięciami awangardy, która oderwała sztukę (w tym również poezję) od rzeczywistych potrzeb społecznych. W tej futurystycznej wizji autor potraktował rok 2020 jako czas kulminacji owego powszechnego upadku.

Dość powiedzieć, że pośród tworzyw architektonicznych dominowały: plastik, styropian, kostka brukowa i niklowany metal, sztuki plastyczne ograniczały się do mętnych action, literatura nużyła publiczność rozważaniami o wyczerpywaniu się postmodernizmu i o konieczności przemianowania go na późną nowoczesność. Generalnie dominowało coś, co próbowaliśmy określić jako rywalizację dwóch nurtów: pragmatyki sztuki rywalizującej z życiem codziennym i tak zwanej taktyki nieobecności.

W Podwójnej kosie znajdujemy ślady podobnego myślenia w utworze dedykowanym Marcinowi Świetlickiemu, nawiązującym do tych wierszy krakowskiego poety, które bezpośrednio odnosiły się do ironicznie opisywanej Polski. To dość niezwykłe, trzeba przyznać, otwarcie się Niewiadomskiego na wprost potraktowaną tematykę patriotyczną. W Wierszu patriotycznym, jubileuszowym obok podstawowego problemu zapaści języka, którym współcześnie dałoby się formułować wiarygodne tezy o polskości, rzuca się w oczy donioślejsza kwestia „zepsucia poezji”, unicestwienia jej możliwości poznawczych i perswazyjnych przez wszechobecną ironię.

Ale ironia zaplątała się we własne sidła
i padła. Wiersze złożone ze słów nie żyją, wiersze
zdziałane z materii rozłożyły się doszczętnie, śmiech
uwiązł w gardle, gardło dano za śmiech i odnowienie.

W efekcie tej postawy wyschło, zdaniem autora, samo źródło ironicznych zaczepek, obiekt opisu zniknął z pola widzenia.

Mamy problem: dziś nie jest
ani od morza do morza, ani od dłoni do dłoni,
nie wiadomo w ogóle czy jest, nie wiadomo, w jaki sposób
jej nie ma.

3.

W jaki sposób we współczesnym wierszu „nie ma Polski”, a w jaki mimo wszystko jest – oto pytanie, które, być może, określa najważniejszą „podwójność” występującą w tej książce. I ściśle się łączy z ogólnym pytaniem filozoficznym – dręczącym pisarzy po lekcji dekonstrukcji („Piątego listopada dowiedziałem się, że/ istnieją dwa postmodernizmy: analityczny/ i syntetyczny”) – o to, w jaki sposób rzeczywistość ujawnia się (jeżeli się ujawnia) w „przestrzeni ze słów”. Niewiadomski, zdając sobie sprawę z relatywności i umowności tych „ujawnień”, mimo wszystko przekracza „smugę cienia” rozumianą tu jako granica samoświadomości. Mimo wszystko, jak się wydaje, otwiera swój wiersz na ciąg dalszy. Zgorzknienie, rozczarowanie, poczucie absurdalności wypełniania literackich obowiązków to jedno, natomiast próba odzyskania w miarę czystego i własnego głosu (po przebrzmiałej lekcji ironii) to drugie. Dlatego odbieram końcowe wersy Podwójnej kosy jako afirmatywne, w pewnym sensie – zwycięskie. Czytam, że „wszelkie żarty kiedyś/ więdną”, i wierzę razem z bohaterem w możliwość „odkrycia zapomnianego języka”, powrotu do punktu wyjścia, jakim było „zdawanie sprawy”, sumienne wyliczanie detali znajdujących się w zasięgu naszego wzroku (bo wzrok tu jednak dominuje, swoisty „panoptycyzm”). Rzeczowa enumeracja jako lek na całe zło rozpasanego, bujającego w abstrakcji i tendencji, języka. Spis rzeczy i spraw, cierpliwe przypisy do mijanego i mijającego ludzkiego krajobrazu. Dwa ostatnie utwory w dość szczegółowy sposób formułują program nowego otwarcia: „gołe/ oko lustruje tylko chłodny początek lata”, „powoli/ układam plan, widzę miejsca błękitne/ i chłodne” (to z wiersza Nigdzie) oraz „pozostańmy/ przy tych rzeczach i widokach”, „wiersze sprawdzają się,/ a oczy toną” (z wiersza Zawsze).

To działa, rzeczywiście sprawdza się, ponieważ zamykam książkę z dziwną ufnością. Z wiarą, że w każdej chwili przed współczesnym twórcą, jeśli tylko zdobędzie się on na surowość i czystość spojrzenia, może „otworzyć się widok”. I z przekonaniem, że jesteśmy świadkami otwarcia się polskiej poezji na dobry „nowy początek”. Który to już z kolei?

Andrzej Niewiadomski, Podwójna kosa, Lublin 2018.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Karol Maliszewski, „Podwójna kosa”, czyli o konieczności otwarcia widoków, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 3

Przypisy