09.01.2020

Nowy Napis Co Tydzień #031 / Natchnienie do litery życia i litery słowa

Zobacz całe wystąpienie Wojciecha Kassa

1.

Kiedy wiersz zapisuje się naturalnie, pisze się niejako ze wszystkich stron naraz, wówczas każdy jego językowy i uczuciowy, gramatyczny i metafizyczny, semantyczny i intelektualny element sytuuje się w nim bez przeszkód i w zgodzie z pozostałymi tworzy organizm zdolny do wypełnienia swojego przeznaczenia. Gdy jednak zapis wiersza został wymuszony, czy to przez ambicję, czy pragnienie demonstracji „ja”, czy też ze względów koniunkturalnych lub środowiskowych, takiemu wierszowi biada, gdyż żaden składnik nie posadowił się w nim na swoim miejscu i w zgodzie z otoczeniem. Dlatego ledwie dysząc, musi paść, zanim zacznie odrabiać lekcję z przeznaczenia.

2.

Po czym poznasz poetę, który cierpliwie i konsekwentnie rozwija artystyczny warsztat, doskonali językowy wyraz i poszerza swoją duchowość pokonując jej kolejne stopnie? To proste: po obozowisku. Co tom, to inne obozowisko, obozowisko inaczej założone, z tego samego tworzywa (słowa), a jednak inaczej ulepione. W każdym odmienny punkt obserwacyjny i nie te same widoki, inne ułożenie ciała i inne pozycja duszy, inny stopień poznania i inny kąt spojrzenia na świat. Po tych obozowiskach poznasz drogę, którą przebył i przez którą właśnie teraz ciebie prowadzi. Niektóre z tych miejsc, dzięki sile językowej energii mogą jeszcze przechowywać coś z jego obecności, niedopalone i jeszcze ciepłe szczapy drewna, głownię kostura, która ułamała się w chwili, gdy ruszał dalej, urwane sznurowadło, rdzewiejącą puszkę po szprotach w oleju. I tak na swojej drodze stawia obóz za obozem, którym na imię doświadczenie i poznanie, a do żadnego z nich zanadto się nie przyzwyczaja, zarówno do obozu, jak i budulca językowego, jakim posłużył się do jego założenia, gdyż każdy z tych obozów jest tylko etapem niekończącej się zewnętrzno-wewnętrznej oraz światowo-zaświatowej wędrówki przez krajobraz egzystencji i krajobraz mistyczny, czyli pełnię Rzeczywistości. Literą jednego z ostatnich postojów powinno być pogodzenie i wybaczenie, uspokojenie i wyjaśnienie wszystkiego, bo dokonało się, bo wybaczenie i wyjaśnienie są obozami najdalszymi, dalej już człowiek zajść nie może. Co jeszcze? Są poeci wielu, bardzo wielu tomów poezji. Ale kiedy kartkujesz te tomy, możesz odnieść wrażenie, że ich autorzy wciąż tkwią w jednym obozowisku, coś niby się w nim zmienia lecz właściwe co? Trochę budulec, jakiś kształt, barwa, zapach, przestawienie rzeczy, słów, ale tylko ledwie, tak jakby. W sumie jednak to jedno i to samo obozowisko, po którym poeta drepcze wkoło i obgryza paznokcie jak znakomita większość z nas.

 

3.

Niechlujstwo języka jako program? Paplanie jako manifest? Pisarz ma swój początek w miejscu, gdzie zaczyna się praca nad językiem, nad jego surówką, mowną prowizorką. Pisarz podnosi język, a tym samym godność życia. Białoszewski poza dwoma pierwszymi tomami jest dla mnie niestrawny, a jego autentyzm strzępów i szumów języka wcale mnie nie przekonuje. Nie da się naśladować Białoszewskiego, te próby kończą się grafomanią. Z innych powodów nie sposób pisać jak Różewicz i Gałczyński, którego, o dziwo, ten pierwszy podziwiał. Poetyki przez nich powołane są im tylko przynależne, próby – nie tyle ich podjęcia, co naśladownictwa – muszą skończyć się grafomańskim poślizgiem.

Szukam porównania czy też obrazu dla wyrażenia potężnego impulsu, jakim jest uniesienie, ów huragan Orfeusza, który medium zagarnia w swoją trąbę lub w którąś z piszczałek albo pobocznych dzwonków. Bo przecież ten impuls nie jest jednym z letnich zapisów wiersza, które należą do dziennej i nocnej czynności powszedniej, w swojej większości nazbyt fantazyjnych i wymuszonych, nie tyle wynikających z miłosnego uścisku z logosem, co z nieudacznego i agresywnego gwałtu nad jego duchową cielesnością; aj, ten językowy impuls jest potężny jak żywioł, który wyrywa słabo ukorzenioną i niedojrzałą poetycką florę, co nie rozpoznała swoich możliwości, a więc ciemnych i przepastnych głębi korzennych, co ją wpierw należało przetrawić i zagospodarować, przepracować i ogarnąć.

Jak zwykle podaje mi rękę niezawodny w swojej prawdomówności Sándor Márai, w Dzienniku ów święty impuls skojarzył z wydarzeniem genezyjskim, porównując  twórczy akt do trzęsienia ziemi, do powstawania góry, jeziora lub kanionu, zaś gotowe dzieło do tworu tektonicznego.

Aż tak daleko? Poeta jako rodząca i wstrząsana rodzeniem ziemia? Ziemia tworząca, a tym samym przemieniająca, odnawiająca oblicze swoich skorup i złóż? A jego wiersz; tektonika lingwistycznej materii wyznaczająca językowi nowe pola semantyczne, zmieniająca jego kartograficzne ustalenia? Językowi, którego znaki są porównywalne z geologicznymi bliznami, powulkanicznymi bruzdami, a ich muzyka z ciekami i żyłami wodnymi?

Poecie bliżej do geologii (świat nieprzewidywalnych i nieobliczalnych aktów niewymiernych), wersyfikatorowi do geodezji (świat miar i wag, norm i granic).

Sumując: czy poezja może być lingwistycznym wyznacznikiem nowej ziemi? Wyspy szczęśliwej? (co z kolei brzmi zanadto sentymentalnie). Czy poezja ma zdolność przemiany człowieka wewnętrznego, który jest w każdym z nas? Podnoszenia go z poziomu samolubnych instynktów na pozycje, na których czynienie dobra jest najwyższą formą wolności? Aż tak daleko bym jej nie wyceniał. Rodu ludzkiego, jak i poszczególnych ludzi nie da się „zbawić”, ale celem poezji i całej literatury, celem ducha, który jak promień załamuje się w człowieku, przez co staje się zrozumiały, jest podtrzymywanie w ich duszach ogniska żywej świadomości takiego zadania.

W przypowiastce Co to jestpoezja Krzysztof Rutkowski na marginesie rozważania o losie Artura Rimbauda zapisał zdanie: – „Powiedzmy sobie – poezja to miłowanie”. Jeśli nie weźmiesz sobie do serca tego przykazania – ty sięgający właśnie po pióro, aby skreślić sarkastyczny wers, a następnie drugi – nienawistny i trzeci cuchnący siarką, czwarty nihilizujący i piąty głaszczący twoje, ach, jakie biedne ego, a przy tym jakże spotworniałe, aż wreszcie szósty, który zaczyna gnić – no więc jeśli nie zapamiętasz tego zdania, to sczeźniesz pogrążony w glątwach swoich chorych ambicji, poniżony własną goryczą, z czarną żółcią na ustach.

Wersy wiersza są jak łódeczki. Po co wodować łódeczki, które natychmiast toną?

4.

Człowiek nie jest organizmem czysto biologicznym. Należy do istot obdarzonych „naddatkiem”, którego pochodzenie jest wciąż niedocieczone. Być może ten naddatek pochodzi od jakiegoś wielce tajemnego tchnienia niedostępnego ani naukowemu, ani potocznemu, ani pragmatycznemu poznaniu. Poezja, w moim przekonaniu, potrafi postawić nas na progu „niewidzialnego” i „niepoznawalnego”. Dlatego Adrian Gleń w swojej najnowszej książce Krytyka i metafizyka (Biblioteka Krytyki / Biblioteka Toposu, 2017) pisze o poezji, która jest „zadaniem metafizycznym”, wykraczającym daleko poza pojmowanie jej jako „inżynierii znaków słownych”, „biologicznego i behawioralnego organizmu słów”.

Poezja to coś więcej niż sam język, to namagnetyzowane opiłki Tajemnicy w szczelinach Semantyki, tęsknota lingwistycznego tworu do przestworu (pełnia będąca jednią zewnętrznego i wewnętrznego). Któryś z głębinowych korzeni poezji wprost wyrasta z obrzędowości, między innymi z rozbudowanych obrzędów pogrzebowych, angażujących kiedyś chóry i całe zespoły celebrantów, śpiewaków, asystentów oraz statystów. Była i jest zanurzona w śmierci, a jednocześnie jest próbą jej przezwyciężenia, a zatem i nonsensem. Mallarmé pisząc, że poeta to człowiek pradawny miał między innymi na myśli homo ritualis. Gdyby wynalezienie poezji zależało od naszej scjentystycznie i pragmatycznie nastawionej epoki, to taki wynalazek uznałaby ona za całkowicie zbędny, gdyż istnienie obrzędowe z niej wyparowuje lub anektowane jest przez rynek, jako towar, usługa.

 

5.

Strofa/katastrofa; przedkładam poetów katastrofy nad poetów strofy. Ci pierwsi bowiem demolują strofę – jako twór dany, gotowy – po to, żeby złożyć ją niby tak samo, ale inaczej. Robią to świadomie, gdyż zbyt ciasno czują się w tworze ustanowionym przed nimi i przekazanym, zbadanymi i zbanalizowanym, stąd więc zamierzają go nieco przemeblować, po swojemu, na własną modłę, tak aby odpowiadał ich odczuwaniu świata i nieustającym próbom domowienia się w nim. W pewnym sensie poeta mówi tak: – Strofa jest nie moja, ale katastrofa jest moją, choćby dlatego, że wpisana jest w życie każdego z ludzi. Jedni uważają, że wszystko mają pod kontrolą i nic złego nie może im się wydarzyć, dlatego kiedy katastrofa nadchodzi pytają: – Jak mogło do niej dojść? Gdzie został popełniony błąd? Inni, tych jest mniej – biorą ją na klatę, biorą na bark, podkładają się jej. A kiedy się z niej podnoszą są już ludźmi w przemianie, stają się kimś innym, a ten inny wyłania się w pogłębieniu samego siebie. Strofa i katastrofa splatają się jak splata się litera poezji z literą egzystencji, jak gotowy i zastany model życia z życiem, którego każdy z nas doświadczyć musi osobiście. Katastrofa to także strofa, tyle że w trakcie kataleptycznego wstrząsu, strofa po przejściu przez kataraktę, strofa wyłaniająca z ruiny strofy. Parafrazując słynne dwa wersy Rilkego z Elegii VIII związek strofy z katastrofą brzmiałby tak: porządkujemy strofę (życie). Lecz się rozpada (katastrofa). Znów scalamy strofę (życie). I rozpadamy się sami (katastrofa). Podejrzyj poetę w porze stawiania znaku. Może zobaczysz, jak któraś z linijek strofy zaczyna osuwać się w katastrofę. A ona to z kolei jest przyszłością strofy, może prawdziwie Twojej, żadnej innej, za którą kryłaby się któraś z rąk wielkiego męża poezji.

6.

„Twórczy cud” w postaci wiersza, poematu czy innego dzieła sztuki wydarza się raz, od początku do końca świata, jest niepowtarzalny. Trudno więc spodziewać się repliki cudu, jego dalszych multiplikacji. Niemniej wytycza on horyzont, zarówno ten duchowy jak i językowy, który podejmować będą inni, niestety konwencjonalizując i formalizując fenomen cudowności. Poeta idzie pierwszy, a ci następni podążający za jego frazą biorącą się z „nasłuchiwania tajemnic” stają się już nieco podejrzani i bezwiednie, chcąc nie chcąc, przystępują do ustanowienia cechu, gdzie co prawda nabędą status wybitności, niemniej na ich „poetyckie twory” padnie cień wtórności i rzemieślniczej roboty. Tak, rzemiosło przynależy do przeszłości. Warto je podjąć i przetwarzać.

Nie warto kontynuować w naśladownictwie.

Osip Mandelsztam zapisał: „z niczym nie porównasz żywego”. Warto więc być żywym do ostatniego znaku. Kropki.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Kass, Natchnienie do litery życia i litery słowa, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 31

Przypisy

    Powiązane artykuły