02.04.2020

Nowy Napis Co Tydzień #043 / „Dziennik”, fragmenty piątego tomu (lata 1977–1989)

Tłumaczyła Teresa Worowska

1977 rok

16 stycznia

Każdej nocy fragment Second reader Virginii Woolf, a potem traktat z książki Edmunda Wilsona The Wound and the Bow. To oryginalny obserwator współczesnej amerykańskiej literatury krytycznej. Odważny i sprawiedliwy. Pisząc o Joysie jasno widzi, co w zakrojonym na wielką skalę, stworzonym z widocznym wysiłkiem powieściowym potworze z Loch Ness – w Finnegans Wake – jest wyzwalającą energią, a co manierą i kuglarstwem. W powieści Ulisses dwójka bohaterów, Mr. i Mrs. Bloom, mają jeszcze osobowości, ciała, są ludźmi z krwi i kości, i z tej cielesnej materii pisarz stara się wyczarować człowieczy mit, czyli to, co w człowieku zawsze było, jest odwiecznie, i co może jeszcze być. Dwójka bohaterów Finnegans Wake, mężczyzna i kobieta istnieją już tylko we śnie ludzkości. Anna Livia Plurabel i H.C. Earwicker są naraz rzeczywistością i snem, jak gdyby jednocześnie śnili samych siebie i coraz to zacinający się mit bytu. Wilson przekonująco, szczegółowo, na przykładach, i już w 1939 roku dostrzega i przedstawia coś, czego trzydzieści lat później, a także w narastającej obecnie epidemii pisania „pod Joyce’a” zaślepieni wyznawcy Mistrza nie mają odwagi ujrzeć: to mianowicie, że potok swobodnych asocjacji myślowych, sztuczka magiczna rzeczywistości przenikającej w sen miała wprawdzie pewien wyzwalający wpływ na ściśniętą jeszcze ciągle gorsetem purytanizmu postwiktoriańską literaturę anglojęzyczną, ale dwie trzecie dzieła Joyce’a można by z powodzeniem wykreślić i jeszcze ciągle najzupełniej wystarczy to, co po tych skreśleniach zostanie.

W Pradze dwustu inteligenckich dysydentów (jest wśród nich też podobno kilku robotników) ogłosiło dokument protestacyjny o nazwie Charta ‘77. Czechosłowackie władze komunistyczne zaczęły ich nękać, a w kręgach zachodniej inteligencji odezwały się od razu głośne chóry poparcia, żądające uwolnienia protestujących i dotrzymywania warunków porozumień helsińskich, dotyczących „swobody przepływu idei i osób”, a więc uszanowania wyborczych sztuczek, jak to się modnie nazywa: eurokomunizmu. Kiedy rozmaici ex- albo ciągle jeszcze aktywni komuniści domagają się uszanowania prawa do wolności myśli i żądają od systemu komunistycznego swobody wygłaszania opinii, ich pięknym, odważnym i szczerym deklaracjom brakuje jednego zasadniczego warunku: by zlikwidowany został sam komunizm jako idea i praktyka. Dopóki bowiem w państwie panuje system komunistyczny, nie zaistnieją tam ani wolność myślenia, ani inne wolności obywatelskie, na przykład własność prywatna – bo przecież w sporze Einaudiego z Crocem rację miał Einaudi, który twierdził, że nie ma wolności osobistej bez własności prywatnej. (Komuniści odpowiadają na to, że w świecie kapitalistycznym większość społeczeństwa również nie posiada dóbr, nie jest więc wolna – i to byłaby prawda, gdyby jednocześnie ustrój liberalnej demokracji i system kapitalistyczny nie przyznawał każdemu człowiekowi prawa do tego, by tę własność prywatną zdobył, a tego prawa system komunistyczny swoim obywatelom odmawia i toleruje jedynie gospodarstwa przyzagrodowe oraz przymyka oczy na własność zdobytą nieuczciwie.) Komuniści mają swoją rację, gdy cenzurują i ograniczają wolność myślenia, zdają sobie bowiem sprawę z tego, że wolność jest jedna i niepodzielna, a wiec nie istnieje odrębnie wolność polityczna, jeśli jednocześnie nie ma własności prywatnej, swobody inicjatyw gospodarczych, wolności zatrudnienia i wyrażania własnych przekonań politycznych.

Wilson pisząc o Hemingwayu (jeszcze przed ukazaniem się jego miniaturowego arcydzieła, Stary człowiek i morze), rzeczowo analizuje tego utalentowanego Kalibana, który – jak Orwell i wielu innych zachodnich pisarzy – wojnę hiszpańską traktował jak katalizator, dzięki któremu może zaistnieć szansa na stworzenie bardziej sprawiedliwego, bardziej ludzkiego społeczeństwa. Pomimo czystek, które już wówczas przeprowadzano na wielką skalę, pisarze ci wierzyli w socjalizm, w komunizm, i uspokajali samych siebie, że to tylko „przejściowe błędy”, dziecięca choroba systemu. Dlatego poszli do okopów wojny hiszpańskiej i walczyli po stronie lojalistów. Ale potem elita tych ludzi – Hemingway i co mądrzejsi – przekonali się, że Idea, w której interesie chwycili za pióro i karabin (czyli anarchia, socjalizm, komunizm), nie przyniesie rozwiązania, bo, obiecując wyzwolenie mas, jednocześnie niszczy Jednostkę, a więc rzeczywistego protagonistę tych eksperymentów. Co lepsi, jak Hemingway, odwrócili się od komunizmu i związanej z nim mafijnej lewicowości. I stawali się coraz bardziej samotni, bo to, co nadeszło – przypominające jako żywo falanster systemy posiadania, produkcji i rozdziału, które powstały w wyniku rewolucji technicznej i umasowienia towarów – wyobcowały jednostkę w takim samym stopniu jak komunizm.

Bohaterowie Homera czy Wergiliusza zachowują się jak kulturalny ateista w kościele – nie wierzą w nic, ale stając przed bogami przez wzgląd na dobre wychowanie nie uśmiechają się kpiąco, tylko taktownie milczą, są uprzejmie obojętni, nie protestują i nie chcą zwracać na siebie uwagi.

Fala mrozów. Europa i Ameryka trzęsą się z zimna. My też, ale u nas przynajmniej świeci słońce, choć zimne jak światło lasera. Na skraju drogi drży z zimna mały pies, a ja wstydzę się, żałując go, bo przecież ludzie też marzną… Leautaud już dawno wziąłby na ręce tę zziębniętą psinę i zabrał ze sobą do mieszkania. Ale ja nie mogę wziąć na ręce drżącej z zimna ludzkości. Zostawiłem psiaka na skraju drogi. To wszystko hańba, gorsza od opieszałości w czynieniu dobra. Haniebna opieszałość bezradności.

Przed dwudziestu laty napisałem w Nowym Jorku powieść Krew Świętego Januarego; fragment ukazał się po niemiecku w ‘57 roku, potem opublikowałem ją własnym kosztem, ponieważ nie znalazłem wydawcy; wyszła w liczbie tysiąca egzemplarzy w obskurnej rzymskiej drukarence. Oba wydania rozeszły się, ale bez odzewu. Teraz przygotowuję nowe wydanie węgierskie, i podczas czytania szczotek uderza mnie kilka zdań; jak sądzę, udało mi się tu ukazać, że za światem uchwytnym i dotykalnym kryje się coś jeszcze. Książka została przemilczana przez grasującą za granicą węgierską szajkę hyclów literackich (komunistów, poputczyków, krętaczy i dyletantów). Ale budapeszteńscy komuniści dostrzegli moją powieść i publicznie uznali twardą krytykę, którą można z książki wyczytać.

31 stycznia

W Ameryce dalej fala mrozów. Ludzie i auta zamarzają na szosach, zdarzają się przerwy w opalaniu. My tu w Salerno chodzimy po ulicach w cienkich płaszczach. Wszystko upside downupside down (ang.) – stoi na głowie[1]. Ale też wszystko jest niepojęte i cudowne, nawet rzeczy banalne.

Muszę się mobilizować, by pojechać do Neapolu, załatwić to i owo. Jeszcze przed rokiem niczego takiego nie musiałem specjalnie planować, w jednej chwili podejmowałem decyzję i jechałem. Dziś potrzeba mi do tego strategii, bo to wysiłek.

6 lutego

Dowiadywałem się w biurze amerykańskich linii lotniczych o warunki lotów do Kalifornii. Planowana podróż nie ma żadnego praktycznego sensu ani celu, jest na dodatek bardzo kosztowna. A jednak za tym, byśmy jeszcze raz zdecydowali się na dłuższy wyjazd, stoi poważny argument: nasz wiek. Teraz jeszcze jako tako poradzimy sobie w podróży. Ta szansa maleje z każdym mijającym rokiem.

10 lutego

Plantator orzeszków ziemnych, który zasiadł w Białym Domu, monotonnie powtarza banalne, wytarte obietnice swoich poprzedników: rozbrojenie, ograniczenie zbrojeń Rosyjskie i amerykańskie zapasy broni osiągnęły takie rozmiary, że nie można ich już „rozbroić”: są jak ogromna, ciężka lokomotywa, która pełną parą pędzi naprzód po szynach, nie może nagle zahamować, bo popycha ją do przodu ciężar własny, niezależny od zamiarów maszynisty.

W Pradze ponad dwustu „intelektualistów” ogłosiło list protestacyjny Charta 77, w którym domagają się więcej wolności i szacunku dla praw człowieka Komunistyczny rząd czechosłowacki grozi im, ale Rosjanie mitygują czeskich komunistów, bo nie można w nieskończoność powtarzać mordów rodzinnych, jakie już były w Budapeszcie, Poznaniu i Niemczech Wschodnich. Czesi potrzebowali dwudziestu lat, nim w ‘68 zrozumieli, że ustrój komunistyczny, na który w wolnych i demokratycznych wyborach zagłosowali w ‘48 roku, jest inny, niż myśleli. Po Praskiej Wiośnie weszły sowieckie czołgi, a teraz nastąpił protest Charta 77. Wśród sygnatariuszy jest komunista nazwiskiem Háyek, który był ministrem spraw zagranicznych w poprzednim rządzie. Ci świeżo upieczeni bojownicy o wolność przez dwadzieścia lat korzystali ze wszystkich przywilejów ustroju komunistycznego. Jak Imre Nagy, który z nędzy moskiewskiej emigracji w ‘45 wrócił do Budapesztu i przez następnych osiem lat nawet nie pisnął, gdy u boku Rákosiego przyszło mu brać udział w operacjach rozbijania przeciwników politycznych techniką salami, bez mrugnięcia okiem akceptował też wywózkę tysięcy i mordowanie setek Węgrów. Gdy w ‘53 Chruszczow ogłosił odwilż, Imre Nagy otrzymał z Moskwy rozkaz: ma zająć miejsce Rákosiego i „liberalizować” reżim komunistyczny. A lud węgierski z entuzjazmem przyjął jego orędzie wygłoszone na rozkaz moskiewski (tak samo, jak obecnie wielu słucha fletnich tryli eurokumunizmu, które, również pod dyktando Moskwy, wygrywają Berlinguer, Marchais i reszta). Czas rządów „liberalnego” Imre Nagya był krótki, potem aż do ‘56 roku trwał okres terroru i nędzy. A „emeryt” Imre Nagy z pogodną miną wysiadywał przedpołudniami w GerbaudGerbaud – najbardziej elegancka kawiarnia w Budapeszcie.[2], spokojnie spacerował sobie po Budapeszcie i kolekcjonowal obrazy. Rewolucja wyciągnęła go z wygodnej i bezpiecznej sytuacji procul negotiisprocul negotiis (łac.) – z dala od kłopotów[3], wystąpił na scenę, gdzie zaczął się jąkać, ale nie miał już szansy pozostać na stronie. Gdy wiatr się odwrócił, a Rosjanie potrzebowali kozła ofiarnego, Imre Nagy został stracony. A teraz wspomina się o nim jako o „męczenniku” Gdy w rzeczywistości był gamoniem, a nie męczennikiem. Możliwe, że pod koniec życia żałował tego, co tolerował, co osłaniał pomiędzy ‘45 a ‘53 rokiem, ale miał dość czasu i możliwości, by opuścić Węgry Rákosiego. Nie wyjechał, korzystał z przywilejów, podczas gdy naród się wykrwawiał. Dziś Háyek i jego kompani, jutro inni – to mieliby być męczennicy? Raczej nieudacznicy. A może nawet działający w złej wierze karierowicze i lawiranci.

14 lutego

Po południu telefon: dzwonimy do Jánosa do Kalifornii. Każde słowo przypływa z daleka i pozostaje daleko; nie tylko w sensie przestrzennym. Czas niszczy uczuciowe, zwyczajne więzi pomiędzy starymi a młodymi – i taki jest porządek rzeczy.

Pięć tysięcy studentów demonstrowało na Uniwersytecie Rzymskim przeciw kierownictwu organizacji młodzieżowej komunistycznych związków zawodowych – ale to nie „faszyści”, tylko ultralewicowi maoiści zagrozili włoskiej partii komunistycznej, którą uważają za „reakcyjną”, kompromisową, pseudorewolucyjną, żądną władzy, pozycji i łupów (i słusznie, bo taka jest), i przepędzili „czerwonych baronów”, którzy przed rozwścieczonym tłumem zmuszeni byli uciekać bocznym wyjściem. Policja (którą rektor wezwał na pomoc dopiero po upływie tygodnia) w końcu rozpędziła demonstrujących ultrasów, którzy jednak przedtem zdążyli zdemolować wyposażenie sal wykładowych i laboratoriów. Telewizja pokazuje pomieszczenia uniwersyteckie, w których wandale porozbijali i podpalili wszystko, co znaleźli, potłukli cenne pomoce naukowe, mikroskopy – dewastacja była żywiołowa jak trzęsienie ziemi, wandale nie mieli zamiaru argumentować, tylko zniszczyć wszystko, co się da. Fotografie tego spontanicznego wybuchu gniewu, erupcji damnatio memoriaedamnatio memoriae (łac.) – potępienie pamięci w sensie odrzucenia przeszłości[4] dają do myślenia. Komunistyczni uczniowie czarnoksiężnika, którzy rozwalają system prywatnych przedsiębiorstw, będą zmuszeni sobie wkrótce uświadomić, że poza pustymi obietnicami nie są w stanie dać niczego więcej. Jednocześnie zaś rozwścieczeni studenci krzyczą, że dyplom jest nic niewart, ponieważ absolwenci nie mogą dostać pracy. W takich chwilach komuniści milczą jak zaklęci o tym, że w krajach komunistycznych nie ma bezrobotnych inteligentów między innymi dlatego, że nie ma też zapomogi dla bezrobotnych, a komu nie mogą zapewnić pracy zgodnie z dyplomem, tego wysyłają do pracy fizycznej. Absolwenta, który nie podejmuje pracy, uważa się tam za bumelanta i karze się go. W Ameryce absolwent, który nie znajduje dla siebie pracy, idzie prowadzić ciężarówkę i nie czuje się przez to kimś mniej wartościowym. Zwodzony fałszywymi obietnicami włoski absolwent w podobnej sytuacji nie ma zamiaru na okres przejściowego kryzysu wziąć się do pracy fizycznej w Mediolanie czy Neapolu – raczej rozwala Uniwersytet i grozi związkom zawodowym.

Starzy ludzie byli zawsze. Ale nigdy nie było ich tak wielu. A teraz są. Dawniej starych ludzi respektowano – jeśli sobie na to zasłużyli. Tłumu starców nie respektuje nikt, ludzie patrzą na nich z niechęcią, dla społeczeństwa stanowią kłopot i obciążenie. Jestem jedną z jednostek składających się na ten tłum i czasami czuję smutek, że urodziłem się w wieku, w którym nie mam możliwości przeżyć osobistej starości: muszę być starcem w tłumie starych ludzi, jestem starym człowiekiem raczej statystycznie niż osobiście.

Studium o tym, że w społeczeństwie masowym kształtują się nowe snobizmy, które jak szalone trzymają się swoich sygnalizujących pozycję społeczną symboli. Już nie arystokrata, nawet nie bankier jest snobem, tylko prostak: auto i podróże przestały dziś być przywilejem niewielu, przeciwnie, stanowią przykład awansu mas. Obowiązkowy jest dziś nie frak, tylko blue jeans. Producent orzeszków ziemnych Jimmy Carter sfotografowany, jak siedzi oparłszy bose stopy na stole i w tej pozycji pisze przemówienie albo gdy spaceruje ubrany w dżinsy po Białym Domu czy sam nosi prezydencką aktówkę, jest popularny, bo just plain folk, einer von unserer Leutejust plain folk (ang.) – całkiem zwyczajny człowiek; einer von unserer Leute (niem.) – jeden z naszych[5]. Miliony jego zwolenników mówią: proszę, tak wygląda prawdziwa demokracja. Ale to nie jest żadna demokracja, tylko demagogia, ogłupianie i show business. Zmiana stylu sygnalizuje nie początek, tylko raczej koniec jakiejś epoki.

Każdej nocy Ulisses Joyce’a. Czytałem przed czterdziestu laty po niemiecku. Teraz w oryginale, po angielsku, i – rzecz jest zdumiewająca. Sądzę, że to był najbardziej przegadany i cyniczny literacki blef wieku.

Eurokomuniści. Jak podpalacz, który się przeraził i prędko przebrał się za strażaka.

Z jednego z włoskich cmentarzy zrabowano pogrzebanego już trupa i zażądano miliardowego okupu, taniej nie mieli zamiaru zwrócić trumny. Rodzina zdecydowała, że nie będą się spieszyć z okupem, nieboszczyk może poczekać. Trumnę znaleziono w końcu w obcym grobie, obyło się bez okupu. Ci, którzy zostali porwani za życia, nie mieli takiego szczęścia.

8 marca

Sen o świcie: pojawia się w nim nazwisko Ernsta Jüngera, pracowitego i zadufanego, ale nudnego niemieckiego pisarza. Nie znałem go osobiście, nigdy go też nie spotkałem, czytałem tylko jego dziennik, w którym wspomina swoją żonę imieniem Perpetua. Rankiem radio informuje, że dziś są imieniny Perpetui. Co to jest?

Życie pełne jest drobnych tajemnic, ledwie zauważalnych znaków, niepojętych wskazówek. To nie my myślimy to czy tamto – ono tylko przepływa przez nas, przez naszą osobistą antenę, my to tylko transmitujemy.

20 marca

W telewizji koncert, piąta symfonia Beethovena w wykonaniu filharmoników berlińskich. Dyryguje Karajan. Odczarowuje to komercjalnie wytarte już arcydzieło: ręce zanurza w nicość i lepi w niej duchową materię muzyki jak rzeźbiarz swój surowiec. Dzika, gniewna symfonia wyje, domaga się, wali do bram nieba, a potem opada w samą siebie. Cudowne dzieło i niedościgniona interpretacja. Ale gdy tak słucham, naraz czuję, że już za dużo, nie jestem w stanie tego wszystkiego przyjąć, pod koniec zaczynam się wręcz niecierpliwić, mam już dość tych nieziemskich brzmień. Kiedy religie obiecują, że po przeminięciu ziemskiej wrzawy i cierpień nastąpi ponadczasowa szczęśliwość dla sprawiedliwych, a zbawieni będą przez całą wieczność słuchać muzyki sfer – to ta groźba przejmuje mnie dreszczem. Gdyby zamknięto mnie w pokoju, w którym przez trzy dni musiałbym bez przerwy słuchać cudownej V Symfonii Beethovena, drugiego dnia byłbym zirytowany, a trzeciego żądałbym z krzykiem, by muzyka zamilkła, bo tego nie da się wytrzymać. Mahometanie twierdzą, że w Raju, w cieniu Allaha prawowierny będzie spędzał czas na pieszczotach hurys, ale i ta obietnica może napawać lękiem prawowiernych, bo spędzanie całej wieczności w towarzystwie hurys też musi być nużące. Przerażają mnie wszelkie zadośćuczynienia, jakie religie obiecują za ziemskie potworności.

27 marca

W początkowym okresie rozwoju ludzkiej świadomości tajemnice uniwersum wyjaśniały człowiekowi religie. Teraz rozpoczęła się epoka, w której ludzie już bez ich pomocy zaczynają się orientować we wszechświecie. Tę epokę w rozwoju świadomości psychologia dziecięca nazywa stöberl, dziecko już staje, zaczyna się interesować otoczeniem, wspina się na palce, wysuwa szuflady, myszkuje, co w nich jest – wylatuje na Księżyc, obmacuje Marsa, przez cyklotronową dziurkę od klucza zagląda do wnętrza atomu, szpera i bada. Zamiast bajek chciałoby wreszcie poznać coś pewnego.

Faust Marlowe’a to figura renesansowa: kiedy sprzedaje duszę diabłu, chce nie tyle wiedzy, co raczej rozkoszy. Faust Goethego jest natomiast figurą gotycką, pyta i chce wiedzieć, nie zaś posiadać. W końcowej tyradzie, samooskarżeniu wyruszającego do piekła, przeklętego Fausta, wiele gorących emocji. Ten renesansowy, szesnastowieczny Faust zaskakująco dużo wie o porządku planetarnym wszechświata, trasę planet – Saturna, Jupitera, Marsa – wokół słońca określa z niemal astronomiczną dokładnością.

Na pytanie Fausta: „Kto stworzył świat?” Mefistofeles odpowiada ostrożnie: „Nie powiem”. Prawdopodobnie Lucyfer też miał swój udział w stworzeniu świata, ale Mefistofeles milczy o tym.

Na ulicy z naprzeciwka zbliża się starszy człowiek: łysy, twarz pobrużdżona zmarszczkami. Ale w jego rysach jak embrion w spirytusie zachowała się twarz sześcioletniego dziecka.

17 kwietnia

Rocznica ślubu (54). Rano budzę się na odgłos upadku. Znajduję L. nieprzytomną w łazience. Nie widzi, nie słyszy, oczy ma szklane, nieruchome, leży na marmurowej posadzce. Z pomocą młodego sąsiada udaje mi się dociągnąć ją do łóżka. Sąsiedzi organizują pomoc, po półgodzinie pojawia się lekarz. L. odzyskuje przytomność; jej utrata nastąpiła podobno wskutek zatrucia pokarmowego. Przed dziesięciu, ośmiu laty zdarzyło się to trzykrotnie, ale w ciągu ostatnich dwóch lat była raczej zdrowa. Zastrzyki; wszyscy pomagają. Z przeminięciem ataku prędko wraca do siebie.

Podczas robienia porządku: co ma zrobić to drugie, gdy jedno z nas umrze? Najpierw rutyna, porządkowanie. A potem coś niewyobrażalnego. Można przeżyć rzeczywistość śmierci, ale wyobrazić jej sobie nie sposób.

Jak prędko zbiegli się sąsiedzi, lekarz, stróżka; nigdzie indziej tego nie doświadczyłem. Jedyną instytucją, która w dręczonej paraliżem politycznym i gospodarczym Italii sprawnie funkcjonuje jest rodzina. To ostatnia żywa, zdolna do działania placówka. Gdy potrzeba pomocy, jej członkowie zjawiają się natychmiast i pomagają, bo wiedzą, że w tym kraju poza rodziną nie można liczyć na nikogo.

Cohn-Bendit, bohater barykad paryskiego kataklizmu sprzed dziesięciu lat ogłosił swoje wspomnienia. Pisze, że nienawidzi wszystkich, kapitalistów i komunistów, żydów i chrześcijan, anarchistów i faszystów. Pojechał do Izraela, ale tamtejsza młodzież jest taka sama jak fanatycy z Hitlerjugend. Ich też nie cierpi. Konsekwentny.

26 kwietnia

Na Morzu Północnym, na platformie pomp między brzegami Danii i Norwegii zepsuł się zawór zamykający i ropa naftowa z dna morskiego rozlewa się od kilku dni po powierzchni morza jak czarna fontanna. Oleista plama ma już rozmiary dwa na dwadzieścia kilometrów, zawiezieni tam helikopterem fachowcy nie są w stanie naprawić zaworu, apokaliptyczna katastrofa zagraża wybrzeżom duńskim i norweskim. Tak to człowiek gmera w siłach i sekretach Natury: przerażeni uczniowie czarnoksiężnika z trwogą patrzą na duchy, których nie potrafią z powrotem zagonić do butelki, Faust dostaje kolki widząc, że biolodzy, fizycy nuklearni i żądni surowców przedsiębiorcy międzynarodowych firm rozwalają wszystko, co dotychczas, od początku czasów pozostawało w harmonii pod ziemią, w powietrzu i w głębi wód. Dochodzą wieści, że amerykańscy biolodzy są już w stanie przeszczepiać geny, manipulować nimi w próbówce i wszczepiać je do żywego organizmu; któregoś dnia jakiś meksykański pracownik elektrowni atomowej wypije za dużo kawy, pozostawi otwarty zawór cyklotronu i atomy wypłyną… Czasem wręcz się cieszę, że jestem już stary i tego – być może – nie dożyję.

Wieczorem chciałem przejść przez ulicę Via Trento, ale sznur powracających do domu samochodów był tak długi i nieprzerwany, że nie miałem szansy zrobić kroku. Widząc moją bezradność, pół tuzina brudnych dzieci, ośmiolatków wbiegło na szosę pomiędzy auta i podniesionymi rękami zatrzymało ich ciąg, a potem kiwnęli do mnie, że droga wolna, stary człowiek może przejść przez ulicę. Więc przeszedłem. A mogło się to zdarzyć tylko we Włoszech, gdzie poza tym wybuchają bomby i porywa się ludzi.

Cellini: Żywot własny. Z perspektywy blisko pięciuset lat mam wrażenie, jakby styl i język dzieła porosły mchem i pleśnią. Niektóre przymiotniki trzeba już przetrzeć, aby odzyskały dawny blask. Trudno sobie wyobrazić, że za pięćset lat znajdzie się student, który wyglansuje do blasku jakiś wers Valéry’ego czy Babitsa. Piękno językowego wyrazu zniknie w cywilizacji rysunkowej i ideogramach technicznego żargonu.

Borges, półślepy pisarz argentyński, był w Europie i oburzony skarżył się, że intelektualna lewica wszędzie bojkotowała jego utwory; na próżno jest antyfaszystą, nie przebaczą mu, że jest jednocześnie antykomunistą. Wspominał z goryczą, że dwulicowi zwolennicy demokracji z religijnym czy zabobonnym uporem wierzą w statystyki, przyjmują za pewnik to, za czym według instytutów badania opinii publicznej opowiada się pięćdziesiąt jeden procent zapytanych, i tylko dlatego, że tak sądzi większość, jest to jednocześnie „słuszne”. Możliwe, że w innych epokach było podobnie, ale nie istniał jeszcze wtedy uświęcający zabobony statystyki Instytut Gallupa.

Nixon udzielił kilkugodzinnego wywiadu telewizji amerykańskiej. Za ten występ otrzymał milion dolarów. W salonie swojego wspaniałego domu w Kalifornii opowiada o aferze Watergate, dowodzi, że chciał dobrze. Ten człowiek cynicznie zgodził się na osądzenie i wysłanie do więzienia swoich współpracowników, którzy dla niego i w jego interesie sprokurowali tę głupią aferę. On sam kupił sobie u Forda prezydenckie przebaczenie, a Ford za to przebaczenie kupił sobie fotel prezydencki i do tego osiemdziesiąt tysięcy dolarów prezydenckiej emerytury. Tyle dostaje i Nixon, któremu udało się wykręcić od odpowiedzialności i sądu. Cynizm tej sceny przyprawia o mdłości.

W Rzymie. Taksówkarz wiezie mnie okrężną drogą ze stacji do hotelu. W śródmieściu toczy się regularna bitwa, centro storico i część nadbrzeża zza Tybru rozbrzmiewa odgłosami walki tłumu w koszulach, który bije się z uzbrojonymi w tarcze i kaski oddziałami policji. Strzelanima, granaty łzawiące, koktajle Mołotowa. Ginie młoda kobieta, jest wielu rannych. O dziewiątej wieczorem autem na Gianicolo; krótki odcinek zajmuje ponad godzinę, dziesiątki tysięcy kierowców próbuje okrężnymi drogami wydostać się ze śródmieścia, chaos i paraliż przekraczają wszelkie wyobrażenia. Walki uliczne następnego dnia zostają wznowione, na Piazza del Popolo karetki pogotowia czekają na rannych. Nadchodzą informacje o demonstracjach i strzelaninie we Florencji, Turynie, Mediolanie i Neapolu. Państwo ukazuje oznaki rozkładu. Zorganizowane jednostki szturmowe guerra civile od dłuższego czasu szturmują porządek państwa, które nie posiada sił bezpieczeństwa zdolnych do działania. Te same partie, które w minionym dziesięcioleciu nazywały policjanta „wrogiem społeczeństwa”, żądają teraz, by „siły bezpieczeństwa zaprowadziły porządek”. A terroryści na motorowerach strzelają do policjantów jak wyrostki z wiatrówek do wróbli. Nikt nie wie, co z tym będzie, ale wszyscy każdego dnia doświadczają tego, co jest: rozpadu. Pół miliona dyplomowanych bezrobotnych rozbija uniwersyteckie laboratoria. System wolnej przedsiębiorczości nie jest w stanie przyjąć i wchłonąć absolwentów uczelni, podobnie jak gospodarka socjalistyczna nie jest w stanie dać absolwentom po studiach pracy w ich zawodach. A oni nie decydują się na pracę fizyczną, bo pogardzają nią.

Jednocześnie zaś Rzym pełen jest turystów. W śródmieściu, gdzie wieczorem powstają barykady, w ciągu dnia widać spokojnych spacerowiczów, wszędzie wałęsają się hippisi, dziewczęta i chłopcy z aparatami fotograficznymi, restauracje i kawiarnie pełne gości, inflacyjne ceny i objawy wojny domowej nie przeszkadzają cudzoziemcom, których miliony w dalszym ciągu oblegają Italię. Żyjemy w czasach, w których to, co nienormalne, jest na porządku dziennym. Wieczorem w restauracjach przy świetle świec siedzą porządnie ubrani ludzie, zamawiają drogie dania, jedzą kolację w dobrych humorach, spokojni. Ulice pełne są przechodniów, sklepy – kupujących, w muzeach tłumy grup turystycznych. Na Campidoglio w paradnej sali uroczystość: urzędnik stanu cywilnego kolejno udziela ślubu młodym parom; te szablonowe cywilne ceremonie są w głośnym od wojny domowej Rzymie w groteskowy sposób uspokajające.

W znakomitym sklepie książek anglojęzycznych przy Via Babuino znajduję dla siebie cztery książki: listy Byrona, eseje Orwella, Księciai inne pisma Machiavellego i drugi tom Gułagu Sołżenicyna. Umawiamy się, że w przyszłości na zamówienie będą mi przysyłać do domu książki Penguina.

To ulga, bo dzięki temu czasem będę mógł czytać to, co chciałbym, a nie tylko to, co akurat mi się trafi na półkach neapolitańskiej biblioteki.

Sołżenicyn. Lud Gułagu opisuje jak egzotyczne plemię, którego język, moralność, obyczaje są inne niż u sąsiednich ludów. Lektura tych potworności wtrąca czytelnika w stan beznadziei. Jeśli marksiści w ogóle kiedykolwiek to zrozumieją, będzie już za późno: nie wiedzą, że aby zmienić urządzenie państwa i społeczeństwa, najpierw trzeba zmienić człowieka. Człowiek nie zmienia się dlatego, że zmieniają się wokół niego instytucje: egoizm materialny, seksualna zachłanność, żądza odgrywania roli to odwieczne ludzkie cechy. Pouczające, co pisze o złodziejach, którzy są w łagrach uprzywilejowani (już Gorki chwalił złodziei). Ci łagrowi ulubieńcy, którzy okradają więźniów politycznych z czego się da, są istotami mitycznymi, łagierna młodzież w romantycznym zaślepieniu podziwia ich jak ongiś podziwiano rycerzy. Ta książka to wyznanie świadka w wielkim procesie tego wieku.

Cellini. W XVI wieku też mordowano, ale mordowano osobiście, co było jakoś bardziej ludzkie. Morderstwa administrowane w aktach to wynalazek naszych czasów.

Lato. Jestem zmęczony jak pustynny wielbłąd pod koniec wędrówki, kiedy jeszcze albo już nie widać oazy.

Czasy, w których żyjemy, to już nie kapitalizm, nie socjalizm, nawet nie epoka postindustrialna – to coś innego. Podobnie historia jest już „posteuropejska”. Przez dwa tysiące lat wszystko, co nazywano historią, było europejskie. Teraz – już czy jeszcze? – tak nie jest, ale nie jest to też historia amerykańska, rosyjska czy chińska. To, co dla mas i zatrutego świata stanie się kiedyś historią, nie ma jeszcze formy. Na razie wszystko jest „post”.

We włoskich miastach wybuchają bomby, słychać strzelaninę, terroryści mordują sędziów, policjantów, osoby prywatne. Policjanci czasami też strzelają, a wtedy prasa lewicowa wyraża oburzenie. My co ranka idziemy kąpać się w morzu. Słońce świeci. Lato nigdzie nie jest lepsze. A my chodzimy z niewinnym wyrazem twarzy jak biskup, który przypadkiem znalazł się w burdelu, rozdaje błogosławieństwa i udaje, że nie wie, gdzie jest.

Ponad sześćset stron drobnym drukiem drugiego tomu Gułagu, po angielsku. Ten tom wydaje mi się bardziej przekonywujący od poprzedniego. Pisarz jest rozgadany, a jego nacjonalizm i ostentacyjna religijność nie budzą sympatii. Ale w drugim tomie jest coś rozstrzygającego: smutek, który emanuje z każdej linijki. Autor jest równolatkiem komunistycznego eksperymentu, walczył podczas wojny i z powodu jakiegoś listownego żartu trafił do łagru jak miliony sowieckich żołnierzy po wojnie, bo Stalin obawiał się, że powracający do domu żołnierze, którzy widzieli inny świat na Zachodzie, rozniosą po Sowietach zarazę zwątpienia. Przez dziesięć lat Sołżenicyn marniał w arktycznych łagrach razem z piętnastoma milionami robotników przymusowych zaludniających archipelag Gułag (nawet jeśli ta liczba nie jest dokładna, to pewnie jest ich tam tylu, bo na miejsce umierających natychmiast przysyłani są nowi, do łagrów nieustannie napływają kolejne wielkie partie ludzi). Rozchorował się na raka, ale jakoś udało mu się przeżyć. Napisał Jeden dzień Iwana Denisowicza, znakomitą książkę, za którą otrzymał Nagrodę Nobla; literatura o rzeczywistości łagrów pasowała akurat do ówczesnych planów Chruszczowa, autor mógł opuścić obóz, ale potem z niewiadomych powodów został wraz z rodziną usunięty za granicę. I tam napisał drugi tom Gułagu o tym, co przeżył, a także o tym, czego nie przeżył, ale co jest decydujące, czyli o pozbawionym sensu i nadziei życiu „wolnych” sowieckich obywateli, o korupcji, ich zwierzęcej obojętności i wilczym głodzie wszystkiego, braku litości, tchórzostwie, w ogóle o całym Systemie, który jest równie podły i okrutny jak był nazistowski. To jest książka rozstrzygająca spór, nawet jeśli nie wszystkie dane są tu precyzyjne. Społeczeństwo, w którym dzieci mają Złodzieja za Bohatera. A Państwo wspiera Złodzieja, bo samo również kradnie. Mocna rzecz.

Płonne nadzieje wiązane z blagą zwaną eurokomunizmem: ten eksperyment najpierw skończy z komunizmem, a potem z komunistami. To drugie będzie trudniejsze. Trzeba będzie zwrócić łupy, a tego nie zrobią, prędzej umrą.

Noc, w której „Bóg się we śnie odzywa, raz albo i dwa razy…”. Tak, czasem się odzywa. Dziś w ciemności nocy jasność, gdzie jechać. Nie wiadomo, czy się uda, ani czy to będzie dobre, jeśli się uda, ale jasno, niewątpliwie Ktoś do mnie przemówił. Jak w ‘44, kiedy wyjechaliśmy z Budapesztu do Leányfalu, a potem w ’48, kiedy opuściliśmy Budapeszt i pojechaliśmy do Posillipo, stamtąd do Nowego Jorku, a stamtąd z kolei tu, do Salerno. Możliwe, że trzeba będzie jechać dalej. Biorę pod uwagę dwa kierunki: najpierw San Diego, potem ewentualnie południowy Tyrol, a więc Meran lub Bolzano.

15 sierpnia

Ferragosto. Każdego dnia morze. Przez pierwsze dwa tygodnie obezwładniające zmęczenie; tak odpowiedział mój organizm na kąpiele, ale teraz (po trzydziestu sześciu kąpielach) oboje czujemy się wzmocnieni. W wodzie morskiej jest jakaś siła regenerująca, której nie potrafi dostarczyć żadne lekarstwo. 

28 sierpnia

Koniec lata, deszcz odbył swoją próbę generalną. Parne dni, atmosfera jak w pralni. Ale tu jednak najlepiej. Słodko-słony, czysty zapach powietrza. Suwerenna postawa, uprzejmość ludzi. Nie znam nic lepszego na tę resztkę czasu, jaka nam została.

Z. w ciągu sześciu tygodni objechał pół świata, bez celu, ot tak, bo może sobie na to pozwolić. Był na Tahiti, w Indiach, Indonezji, w Japonii, Iranie, Izraelu… W niektórych miejscach spędzał czasami tylko parę godzin pomiędzy lotami. Na pytanie, co zapamiętał najbardziej, odpowiada zmieszany, że pewien dom w Beszkarze, do którego wprowadzają się starzy ludzie, którzy chcą spokojnie umrzeć.

Ulicą sunie wrzeszczący, wykrzykujący tłum. Niosą sztandary i krzyczą „Wolność”. A jednocześnie strajkuje poczta i kolej. Jeszcze nie wiedzą, że muszą wybrać. Albo porządek, albo wolność.

Rano „zwyczajny list” Piotra apostoła: „Jak ludzie wolni postępujcie, nie jak ci, dla których wolność jest usprawiedliwieniem zła”1 P 2,16.[6]. Czyli jak dziś postępowi intelektualiści w wolnej demokracji.

Letnie lektury. Vita Celliniego, listy Byrona, pierwszy tom Gułagu Sołżenicyna. Cellini i Byron żyli jeszcze własnym życiem. Sołżenicynowi udało się już tylko przeżyć to, co za jego życia było historią.

Wypowiedź Bertranda Russella o Conradzie: „A perfect polish gentleman…?”. Kilka słów o tym, że wiele dyskutowali o konieczności „discipline”, o tym, że Rousseau wszelki reżym uważał za zbędny, bo „natura” ludzka i tak sama opanowuje wyskoki, ale według innego stanowiska wyśrubowana dyscyplina nieuchronnie prowadzi do totalitaryzmu, posłuszeństwa wymuszonego z zewnątrz. Conrad uważał, że dyscyplina może wynikać tylko z wnętrza człowieka, z głębi jego ducha; gdy jest narzucona, wyzwala anarchię.

Dobrze by było umrzeć razem z L., prędko i w tej samej chwili. To wszystko, czego bym jeszcze pragnął.

8 listopada

We Florencji chowają La Pirę, burmistrza, kandydata na świętego, który był dobroczyńcą „biednych, młodych i starych”. Żył we franciszkańskim ubóstwie, mieszkał w jednej z cel klasztoru San Marco i całym jego majątkiem były łóżko i stół. Ostatnie lata spędził w sąsiedztwie celi Savonaroli. Ten tryb życia i ta postawa wszędzie indziej wydałyby się podejrzane, uznane za polityczny trik, neurotyczną pozę czy antyekshibicjonizm. Ale w Italii mogą być szczere i naturalne. Na włoskiej ziemi pośród mafijnych polityków, terrorystów, porywaczy i piromanów rodzą się jeszcze tacy cywilni święci, którzy są nimi z natury, bez udawania i demonstracji.

26 listopada

Na niebie cudowna zimowa tęcza, jakiej jeszcze nigdy nie widziałem. Do ostatniej chwili zdarzają się niespodzianki. Program świata jest niezmienny, ale nigdy nie nudny.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Sándor Márai, „Dziennik”, fragmenty piątego tomu (lata 1977–1989), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 43

Przypisy

    Powiązane artykuły