16.01.2020

Nowy Napis Co Tydzień #032 / „Starość jest jak wrzód”

Sándor Márai (rocznik 1900) to węgierski prozaik, poeta, publicysta. Od kilku lat do polskich księgarń trafiają kolejne tomy znakomicie przetłumaczonego przez Teresę Worowską Dziennika. Pisarz prowadził go przez prawie pół wieku, aż do samobójczej śmierci w roku 1989. W oryginale to prawie 18 tomów!

Márai – jak przystało na intelektualistę pochodzącego z Europy Środkowo-Wschodniej – miał dość powikłany życiorys. Dzieciństwo spędził w Koszycach; jego ojciec był tam adwokatem. W latach 20. sporo podróżował. Odwiedził między innymi: Berlin, Frankfurt, Paryż, by w 1928 roku na dłużej osiąść w Budapeszcie. W 1948 roku wyjechał z kraju i nigdy już do niego nie powrócił. Mieszkał we Włoszech, potem przeniósł się do Nowego Jorku.

Pierwsze zapiski z 4. tomu Dziennika dotyczą schyłkowego okresu jego 15-letniego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Márai nie był zachwycony Ameryką. 7 lutego 1967 roku notował:

Tu ludzie żyją obok siebie, szczerząc zęby na innych i chorobliwie nie cierpiąc się nawzajem, w odrębnych małych gettach, w bojaźni, przerażeni perspektywą bliskości. Tam wygląda to jednak inaczej – „tam”, to znaczy w Italii czy Austrii. Wielu wróciło po piętnastoletnim pobycie w Ameryce: Thomas Mann, niedawno Schuschnigg, Fritz von Unruh, stary Menyhert Lengyel; i wszyscy byli starsi ode mnie, kiedy się na to zdecydowali.

Także Márai wraz z żoną Lolą spakowali się i przenieśli do włoskiego Salerno.

*

Pisarz przez wiele lat pracował w Stanach Zjednoczonych i wypracował sobie amerykańską emeryturę, miał też pewne oszczędności. Mimo to tuż przed odlotem nie szczędził Ameryce gorzkich słów. 18 maja 1967 roku pisał:

Nowy York. Piętnaście lat. Po tym czasie mniej więzi, niż kiedy tu przyjechaliśmy. Wszędzie korupcja i indolencja. W ciągu piętnastu lat nie ukazała się tu po angielsku ani jedna napisana przeze mnie linijka, mafia zdusiła w zarodku wszelkie możliwości publikacji. Teraz reklamują wspomnienia córki Stalina.

Będąc już w Europie, nieraz wspominał Amerykę. Czasami trochę w sposób metaforyczny, gdy twierdził, że kąpiel w morzu jest znacząco inna niż w oceanie. Dla Máraia Morze Śródziemne było kolebką cywilizacji, a więc w jakimś sensie rozpoznane – podczas kąpieli w Oceanie Atlantyckim niepokoiła go „oceaniczna obojętność”. Europa wydawała mu się bardziej swojska. Nawet, gdy podglądał zabawę włoskich dzieci stwierdzał:

[…] śmiały się tak serdecznie, tak z całego serca […]. W Ameryce nigdy nie widziałem, żeby dzieci śmiały się tak swobodnie.

Innym razem zdziwiła go ankieta, jaką otrzymał od Amerykańskiego Urzędu Emerytalnego z serią pytań na temat jego zawodu, a także z informacją, że jeśli będzie pracować więcej niż 45 godzin miesięcznie, to wypłata emerytury zostanie wstrzymana. Jaki jest sens tych kuriozalnych pytań? Czy gdy pisarz spaceruje i myśli, to też pracuje, czy może jednak nie? – pytał ironicznie w Dzienniku.

*

Márai przeprowadzkę do Włoch zniósł całkiem dobrze. Z żoną Lolą nie jechali w ciemno, ale do wcześniej już zakupionego mieszkania w Salerno, kilkadziesiąt kilometrów od Neapolu. We Włoszech pisarz zachwyca się światłem. Podczas wycieczki do Paestum notuje:

To śródziemnomorskie światło, które wszystkiemu nadaje sens, jest wielkim darem. Dobrze jest jeszcze raz przeżyć tę światłość.

I chwilę dalej dopowiada:

Światło śródziemnomorskie, światło przynoszące dojrzewanie; również dojrzewanie w sensie rozumienia. To światło sprawia, że w człowieku rodzi się mądra, pełna rezygnacji świadomość – tu czuje się ją wszędzie, w spojrzeniach ludzi, w ich zachowaniu.

Lato 1967 roku w Italii było okresem ładowania akumulatorów. Tymczasem już w połowie września pojawiają się pierwsze zgrzyty. Márai poruszony jest odczytem młodej Węgierki mieszkającej w Rzymie. Tamta, na antenie Radia Wolna Europa, pozwoliła sobie przedstawić fragment jego powieści Krew Świętego Januarego jako swój. Pisarz nazywa ją wprost: „złodziejka”. Sprawa boli go jeszcze bardziej, gdyż owa „złodziejka” niedawno korzystała z ich gościny.

We wspomnianym okresie Márai czyta Stendhalowskie Kroniki włoskie. Jest nimi zafascynowany. Ogląda włoski film na podstawie Obcego Alberta Camusa, który uważa za bardzo dobry. Jest pod wrażeniem Włochów, nie tylko ich gościnności i życzliwości, ale też talentów. Ale gdzieś pomiędzy wersami kołacze się myśl: tu żyje się znakomicie, ale jeszcze kiedyś będziemy musieli powrócić do Ameryki.

*

Studencka rewolta rozpoczyna się w marcu 1968 roku. Pod datą 13 marca Márai notuje:

W Pradze i w Warszawie protestują studenci, żądają wolności […]. Marzec. Tajemnicze i monotonne zjawisko – od najdawniejszych czasów protesty przypadają zawsze na te chłodne dni, kiedy w ziemi, wodzie i w ludziach budzi się ferment. To, co nazywa się historią, jest przynajmniej w tym samym stopniu zjawiskiem przyrodniczym, co jego rozumowym, myślowym skutkiem.

Wiosną tego samego roku ciemne chmury zbierają się też nad Charlesem de Gaulle’em – we Francji strajkuje 5 milionów robotników. Máraia wcale nie smucą jego kłopoty. Wspomina swoich rodaków osiedlonych tam po węgierskiej rewolucji i to, co z nimi zrobił de Gaulle: podczas jednej z wizyt Nikity Chruszczowa zabrano ich nocą i wywieziono na Korsykę, by zanadto nie protestowali. De Gaulle – według Máraia – uosabia wszystkie najgorsze cechy Francuzów: „arogancką, mówiącą przez nos butę i paranoiczne parweniuszostwo”.

W sierpniu dramatyczne informacje napływają z Czechosłowacji. Márai widzi, jak w Pradze powtarza się węgierski dramat sprzed 12 lat. Nie zgadza się ze słynnym zdaniem Nietzschego, że „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. „To, co się dzieje, może mnie nie zniszczy, ale na pewno nie stanę się od tego silniejszy” – komentuje.

Mogłoby się wydawać, że w czasie tych społeczno-politycznych przesileń i kryzysów, które przetaczają się przez kontynent w roku 1968, Márai odpuszcza sobie inne tematy. Nic bardziej mylnego. W Dzienniku istotna jest pewna harmonia, umiejętne rozkładanie akcentów. Márai wydaje się wytrawnym kucharzem, dobrze zna przepis na dziennik, i wie, że ten nie może być przeładowany polityką, sprawami społecznymi czy slajdami z podróży, nie może być informatorem kulturalnym. On wie (albo intuicyjnie to czuje), że wszystko musi ze sobą współgrać. Nie pisze Dziennika tylko dla siebie, ale po to, żeby po latach to niezwykłe świadectwo intelektualisty emigranta do nas przemówiło. I przemawia, dlatego że jest autentyczne, nie jest „pisane pod kogoś”, nie ma tam żadnych tez ideologicznych.

*

Pośród różnych zapisków natury politycznej, historycznej, społecznej, kulturowej, wspominkowej, rodzinnej, chyba najbardziej w pamięci pozostają te, które można by nazwać egzystencjalnymi, które wyrażają lęk autora przed starością, chorobami i śmiercią. Bo w istocie czwarty tom Dziennika jest kroniką zapowiedzianej starości. Upływ czasu, a dokładniej: problem przemijania jest jednym z kluczowych tematów tego tomu. 1 stycznia 1969 roku Márai notuje:

W starości jest jakiś element cyrkowy, coś jak człowiek porośnięty sierścią czy kobieta z brodą. Zjawisko wystawione na widok publiczny, na które oglądający patrzą ze szczyptą obrzydzenia i mówią: „Coś takiego…”.

Starość oznacza choroby. Po przeprowadzce do Włoch początkowo nic nie wskazuje, że niebawem nastąpi znaczne pogorszenie stanu zdrowia. Początek 1970 roku przynosi jednak pierwsze objawy. 2 lutego pisarz notuje:

Możliwe, że śmierć jest bardzo blisko – w ostatnim roku chorobliwie wychudłem itd. Nie wiem, czym jest śmierć. Ale możliwe, że jest „czymś”, bo czuję, że jest blisko.

Choroba wrzodowa, na którą cierpi, na szczęście nie okazuje się śmiertelna. Pisarz zmaga się z nią przez kolejne lata. Przez miesiąc leży w szpitalu, w czasie gdy akurat trwa strajk służby zdrowia. Jego wpisy i komentarze dotyczące organizacji włoskiego państwa, swoistego rozluźnienia struktur i zachowania się personelu bywają urokliwe. Pod datą 14 czerwca 1970 roku pisarz notuje:

Kiedy szpitale strajkują, niektórzy co bardziej ludzcy pielęgniarze zachowują się jak łamistrajki i – jednak – wynoszą spod chorych basen, ale jednocześnie mrugają do nich porozumiewawczo, że to, co robią, jest teraz zabronione, nie trzeba tego zauważać.

*

W czwartym tomie Dziennika pojawiają się Polacy. Przywoływani są Fryderyk Szopen czy Józef Conrad Korzeniowski. Na początku lutego 1969 roku Márai wspomina znakomity koncert orkiestry mediolańskiej i występ młodego wówczas solisty z Polski, Konstantego Andrzeja Kulki. Jest też pod wielkim wrażeniem prozy Tadeusza Borowskiego. Porównuje ją do prozy Sołżenicyna, ale – jego zdaniem – opowiadania Borowskiego o okropnościach Auschwitz są bardziej plastyczne niż powieść Rosjanina o Gułagu. Lektura Borowskiego zostawia w Máraiu ślad. Kilka dni po jej zakończeniu pisarz wciąż nie może się od niej uwolnić. 5 kwietnia 1976 roku notuje:

Nie mam już ochoty kiedykolwiek jechać do Niemiec; to jest niesprawiedliwe i prawdopodobnie tak nie będzie, ale czuję wielką odrazę na myśl o tym, że miałbym jako turysta odwiedzić kraj, w którym naprzeciw mnie w restauracji siedzi siwy, sympatyczny starszy pan i spokojnie popija piwo, ale jeszcze przed trzydziestu laty w wyglansowanych oficerkach spacerował wśród trupów po terenie Auschwitz.

Márai był niezwykle bystrym obserwatorem rzeczywistości. Codzienność była dla niego jak diament, który pisarz potrafił umiejętnie oszlifować. Jego zapiski od wielu lat pieczołowicie przegląda i tłumaczy na polski Teresa Worowska. To ona dokonuje wyboru i to dzięki jej pracy polski czytelnik otrzymuje ekstrakt dzieła słynnego Węgra. Warszawska hungarystka w jednym z wywiadów powiedziała, że Márai patrzy na to, co wszyscy, ale widzi coś innego. Tę oryginalność spojrzenia pisarz zawdzięczał temu, że zawsze był odrębny, szedł własną drogą i nie oglądał się na innych. Unikatowość Maraia polega też pewnie na tym, że ciągle wchodził w dyskurs z innymi pisarzami. Odbywał wędrówki w głąb historii literatury, pasjonowali go starożytni mędrcy, ale i zwykli ludzie. Cenił ludzi posiadających fach, stąd z wielką estymą odnosił się do wszelkiej maści rzemieślników. Chyba w ogóle dobrze się czuł wśród ludzi, choć bez wątpienia potrzebował także samotnych chwil, by w intymności pisać dalej swój znakomity dziennik.

S. Márai, Dziennik 1967–1976, t. 4, tłum. T. Worowska, Czytelnik, Warszawa 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bartłomiej Siwiec, „Starość jest jak wrzód”, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 32

Przypisy

    Powiązane artykuły