16.04.2020

Nowy Napis Co Tydzień #045 / Zaczarowanie, samokształcenie i mądrość ze wschodu

1.

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy, jakie wiążą się z przyznaniem Oldze Tokarczuk literackiego Nobla, jest powszechne (przynajmniej w mediach i social mediach) przedstawianie pisarki jako autorki „lewicowej”. A w zasadzie nie tyle sam mit „lewicowości” Tokarczuk, ile to, że krytykę noblowskiego werdyktu domyślnie traktuje się jako „prawicową”, jakby wyłącznie konserwatywni publicyści i politycy mieli do wrocławskiej pisarki sceptyczny stosunek. Tymczasem w obiegu krytycznoliterackim – owszem, przechylonym względem debaty publicznej „na lewo od centrum”, ale zbyt niszowym, by regularnie przenikać do fejsbukowo-twitterowej bańki i tygodnikowych „recenzji” na dwa tysiące znaków – opinia o Tokarczuk jest od dawna (by nie powiedzieć: od zawsze) bardzo podzielona. Wydaje się wręcz, że przez lata dominowały głosy negatywne, zaś ten najbardziej konsekwentny, radykalny, podbudowany materialistyczną perspektywą i klasową analizą należał do Krzysztofa Uniłowskiego, wielkiej postaci polskiej lewicy literackiej.

To Uniłowski, w oparciu zresztą o pewne rozpoznania Kingi DuninK. Dunin, Nowe Jeruzalem dla nowego mieszczucha, „Res Publica Nowa” 2000, nr 9.[1], związał w krytycznoliterackiej recepcji nazwisko Tokarczuk z terminem „proza środka”, zauważając jednocześnie, że termin ten w równym stopniu lokuje twórczynię na „osi zastanego systemu literatury”, co określa klasowo jej domyślnego odbiorcęK. Uniłowski, „Proza środka”, czyli stereotyp literatury nowoczesnej, [w:] tegoż, Granice nowoczesności. Proza polska i wyczerpanie modernizmu, Katowice 2006.[2]. Proza środka – zaaprobowana przez mainstream, wsparta komercyjną machiną promocyjno-wydawniczą, kierowana do klasy średniej; w swojej zaś formie, kompozycji, estetyce – łącząca „wysokoliterackie” stereotypy i odniesienia z „popularnym” stylem w służbie rynkowo intratnej rozrywki(inaczej, niż próbował to niedawno przedstawić na łamach „Dwutygodnika” Maciej JakubowiakM. Jakubowiak, Kibicowskie emocje, „Dwutygodnik” 2019, nr 10 (266).[3], nie tyle „uprzystępniająca progresywne pomysły”, ile żerująca na nich). Tokarczuk ostro krytykował Tomasz Mizerkiewicz, krytyk znany naraz ze świetnych intuicji i rzetelnego, metodycznego podejścia do lektury, którego politycznie moglibyśmy lokować – Mizerkiewicz wybaczy, mam nadzieję, uproszczenie – na „miękkiej”, niemarksistowskiej lewicyZob. np. T. Mizerkiewicz, E.E. Kwadrans, „Arkusz” 1996, nr 2.[4].

Z rozterek związanych z noblowskim werdyktem zdawał nawet sprawę (zgoda, że nieco lękliwie) wspomniany Maciej Jakubowiak, daleki przecież od lewicowego radykalizmu, piszący dla relatywnie mainstreamowego „Dwutygodnika”. Głos Przemysława CzaplińskiegoZob. np. P. Czapliński, Innego przełomu nie będzie, „Gazeta-Książki” 1998, nr 3.[5], którego gest „kanonizacji” Tokarczuk Uniłowski widział jako zapowiedź późniejszego przesunięcia w recepcji (od zasadniczo negatywnej do przytłaczająco pozytywnej), należałoby widzieć jako konstytuujący raczej wyjątek niż regułę: owszem, wyjątek znaczący i niedający się zignorować, bo Czapliński to jeden z najlepszych i najważniejszych głosów lewicowej krytyki, ale jednak wyjątek.

2.

Tokarczuk jest modelową – jeśli o modelowości w takich sprawach można w ogóle mówić – pisarką liberalną, reprezentującą progresywne kulturowo/obyczajowo skrzydło polskiego liberalizmu. Jest, by posłużyć się terminem Waltera Benna Michaelsa, „lewicową neoliberałką” – w dużej mierze nieświadomą swojego neoliberalizmu, uprawiającą szereg walk tożsamościowych w sposób niekwestionujący zasadniczo neoliberalnej ideologii i kapitalistycznego status quo. Dowodów na tak określony charakter jej myśli i pisania nie trzeba szukać długo; wystarczy sięgnąć do poświęconego „heterotopii” eseju z Momentu niedźwiedzia.

2.1.

Tu krótka dygresja: jeśli z Tokarczuk nie miało się dotąd kontaktu, jej lekturę warto zacząć w sposób, zdaje się, kompletnie sprzeczny z tym przewidzianym przez autorkę – od Momentu niedźwiedzia oraz Opowiadań bizarnych, dwóch zbiorów złożonych z form krótkich. Pisarka lubi w swoich książkach mnożyć kulturalne, literackie, a zwłaszcza historyczne odniesienia, zawsze z niekłamanym entuzjazmem, ale nie zawsze z jasnym celem czy dobrym uzasadnieniem; ich nagromadzenie potrafi ukrywać tak warsztatowe niedoróbki, jak i banalność myśli. Przy formach krótkich trudniej się za intertekstem schować. Dlatego w Opowiadaniach bizarnych widać na przykład, że Tokarczuk często nie potrafi wypełnić zamierzonego sobie, skądinąd ciekawego konceptu, a do tego zapędza się formalnie, gatunkowo i filozoficznie w rejony, które niekoniecznie zdążyła dobrze rozpoznać. Z kolei Moment niedźwiedzia jako zbiór esejów, felietonów i wykładów nie pozwala autorce skryć się za maskami bohaterów i ujawnia bardzo naiwny stosunek do takich kwestii, jak demokracja, prawa zwierząt czy historia literatury.

2.2.

Wróćmy do heterotopii – tego hipotetycznego, powołanego na zasadach eksperymentu myślowego quasi-państwowego konstruktu, który Tokarczuk deklaratywnie od utopii odróżnia, ale przez który ma na myśli po prostu utopię w roli prowokacji (a nie planu czy ideału). Pierwszy artykuł „konstytucji” Tokarczukowej heterotopii – według liberałów, jak wiadomo, najpierw pisze się konstytucję, potem powołuje społeczeństwo – brzmiałby tak:

Istota ludzka ma absolutne i niezbywalne prawo do przemieszczania się i wolnego wyboru miejsca osiedlenia, a także do życia zgodnie ze swoimi ideałami, o ile nie zagrażają one wolności drugiego człowieka.

Trzy elementy, które – połączone i postawione na piedestale – ujawniają bezrefleksyjnie liberalny odruch Tokarczuk. Po pierwsze, minimalistyczna, post-Millowska definicja wolności. Po drugie, prymat idei i wolnej autoekspresji. Po trzecie – a może po pierwsze, bo od tego autorka zaczyna – „absolutne i niezbywalne” (nadrzędne?) prawo jednostki do przemieszczania się ze swoją własnością, do zajęcia dowolnego niezajętego jeszcze miejsca; nie sposób nie dostrzec tu ledwo skrywanej, bezkrytycznej apologii swobodnego przepływu pracy i kapitału.

3.

W tym miejscu warto zauważyć, że Nobel dla Tokarczuk jest rzeczą mniej zaskakującą niż bezpośrednio po werdykcie zdawała się sądzić znaczna część naszych dziennikarzy kulturalnych – i to nie ze względu na jakość prozy Tokarczuk czy nawet grupę jej domyślnych i docelowych odbiorców, ale ze względu na historię samej nagrody. Literackiego Nobla regularnie otrzymują autorzy i autorki środka, co więcej, należący, najogólniej mówiąc, do tej samej co Tokarczuk politycznej orientacji (w jakimś sensie progresywnej, jednak zasadniczo centrowej).Na myśl przychodzi choćby porównanie z – typową pod wieloma względami „zaangażowaną” noblowską laureatką – Toni Morrison (oczywiście formalnie dużo ciekawszą od Tokarczuk). Obie autorki doceniane są za literaturę otwarcie polityczną, ale skupioną wyłącznie na kwestiach tożsamościowych, na krytyce niezagrażającej kapitalistycznemu status quo; obie są traktowane jako progresywne przez centrystów, ale atakowane z lewej strony; obie są ostatecznie bronione przez mainstream na gruncie abstrakcyjnych kategorii artystycznej jakości i emocjonalnych poruszeń.

Filozoficzny, etyczny, społeczny przekaz – a może raczej polityczną funkcję – pisarstwa Tokarczuk podsumować można bardzo zwięźle. Oddajmy głos wspomnianemu Uniłowskiemu: „Dzieło wałbrzyskiej pisarki wydaje się realizować zasadnicze kryterium rzetelnej sztuki dydaktycznej – proponuje ono zbiorową psychoterapię w ramach atrakcyjnej formuły literackiejK. Uniłowski, dz. cyt., s. 177.[6]. Kto jest „zbiorem” w owej zbiorowej psychoterapii? Aspirujące, potransformacyjne polskie mieszczaństwo, którego ego połechtać może „wyższy” aspekt „prozy środka”. Tokarczuk konsekwentnie – acz niekoniecznie świadomie – realizuje jeden tylko program: program kształcenia, a raczej zachęty do samokształcenia polskiej klasy średniej. Elementami tego programu są wszystkie filozoficzno-etyczne wątki, z których znana jest dziś pisarka: indywidualistyczny i podszyty mistycyzmem feminizm Anny Inn; polityczny weganizm Prowadź swój pług; ezoteryczny, nastawiony na „doświadczanie świata” kosmopolityzm Biegunów. Przekaz jest oszczędny i przystępny: traktujmy lepiej zwierzęta; bądźmy wielokulturowi i gościnni dla imigrantów; segregujmy śmieci; walczmy z uprzedzeniami. Pamiętajmy o planecie i nie rzucajmy w gejów kamieniami. Wszystko to w służbie tyleż mieszczańskiego samozadowolenia (lektura Tokarczuk pozwala i odhaczyć comiesięczny kontakt z kulturą, i poczuć się ze sobą lepiej), co jakiegoś podstawowego klasowego instynktu samozachowawczego (jeśli projekt liberalnej klasy średniej ma mieć sens, to kiedyś trzeba tę słomę upchać głębiej w buty). Zaskakująco dużą część pseudoetycznych monologów, które Tokarczuk mieści tyleż w narracji, co w ustach swoich bohaterów, podsumować można prostym wezwaniem: zachowujmy się, bo nas kiedyś wyniosą na widłach. Pisarka nie rzuca czytelnikom i czytelniczkom (etycznych, politycznych, intelektualnych) wyzwań – nie taki jest jej cel.

Żeby owemu skromnemu w gruncie rzeczy, przyziemnemu bardzo programowi samokształceniowemu nadać literacki powab, uczynić doświadczeniem raczej niż instruktażem, Tokarczuk raz po raz zaczarowuje świat: niemal wszystko zostaje u niej (realnie bądź pozornie, za pomocą stylizacji) włączone w część jakiejś mitologii. Krytyka rozpoznała to szybko; „domaganie się mitu” za zabieg kluczowy dla pisarki już w 1997 roku uznał Jerzy SosnowskiJ. Sosnowski, Budzik dla duszy, „Gazeta Wyborcza” 1997, nr 235.[7]. Wszystko więc u Tokarczuk błyszczy, nęci czytelnika, zwiastuje coś większego, jakąś głębszą mądrość. Niekoniecznie musi być to zresztą mądrość samej autorki: regularnie pozwala ona sobie na naiwną (i wynikającą pewnie z dobrych intencji) orientalizację własnych bohaterów, od chińskiego mędrca w Opowiadaniach bizarnych po Alego w Prowadź swój pług. (Ten drugi przykład trafnie wskazuje choćby przywoływany już Jakubowiak). Proza Tokarczuk regularnie odwołuje się do depozytów ukrytej mądrości, czających się niby tuż za rogiem, zawsze na kolejnej stronie, zawsze w niewypowiedzianych jeszcze kwestiach. Ostatecznie owej mądrości nie znajdujemy jednak na kartach samych książek: to mądrość Blake’a w Prowadź swój pług,frankistów w Księgach Jakubowych, sekty biegunów w Biegunach – projektowana, pozorowana intertekstem mądrość, która zawsze jest ostatecznie gdzie indziej.

4.

To nie znaczy, że Tokarczukowe mity nie działają w praktyce; nakłady jej książek, nagrody, rosnące znaczenie pisarki dla polskiej kultury to fakty, które trudno zignorować. Liberalne mieszczańskie zaczarowanie chwyciło i zderzyło się, jak się zdaje, z zaczarowaniem konserwatywnym, narodowym. Produktywne wydaje się takie właśnie spojrzenie na kulturową wojnę podjazdową między dziennikarzami, artystami i celebrytami z obu stron krajowej barykady: to nie konfrontacja między literacką prawicą i lewicą, między wartościami progresywnymi i tradycyjnymi, między zmianą i reakcją etc. To zderzenie dwóch mitów i dwóch modeli mitologizującej wyobraźni: tej, która wychodzi od dziedzictwa oraz mistycznej więzi z miejscem, wychodzi od krwi i ziemi, z tą, która widzi początek wszystkiego w doświadczeniu mobilności i jednostkowej autogenezieTo uproszczenie, rzecz jasna (mamy więcej mitów założycielskich, choćby te kolektywne i materialistyczne, z którymi niżej podpisany sympatyzuje), ale uproszczenie uzasadnione kontekstem: warianty tych właśnie dwóch mitów wchodzą w napięcia, które zdają się następnie organizować gros polskiej debaty publicznej.[8]. Dwie fantazje pozorujące, że kryje się za nimi coś więcej niż doraźny interes, coś więcej niż próba konsolidacji klasy średniej wokół zmyślonej narracji. Szkolny konkurs na (założycielskie) opowiadanie; przewidywalna rywalizacja mitów.

5.

Może dlatego głosy entuzjazmu po ogłoszeniu noblowskiego werdyktu uderzały tak mocno – znów, niekoniecznie przy pełnej świadomości nadawczyń i nadawców – w patriotyczne tony, zwłaszcza w obliczu krytyki z drugiej strony wyobrażonej barykady. To przecież bowiem sukces polskiej literatury, polskiej kultury jako takiej, chciałoby się wręcz powiedzieć: nas wszystkich. (Jest coś bardzo perwersyjnego w gratulowaniu jednostce sukcesu odniesionego rzekomo przez całą wspólnotę – w jednoczesnym gratulowaniu i utrzymywaniu, że samemu jest się owego sukcesu współautorem czy współbeneficjentem. Jesteśmy chyba niedaleko od frazesów o tym, że na bankiecie noblowskim piliśmy szampana ustami naszej przedstawicielki).

Z retoryki „my vs zagranica” korzysta najwyraźniej każdy, zgodnie z doraźną potrzebą. Czasem przybiera ona miękką, czasem twardą postać, ale nigdy nie znika z pola widzenia – nawet tutaj, w przypadku pisarki, która (wypada bowiem powiedzieć w niniejszym szkicu coś życzliwego) choćby z racji na swoją niechęć do geograficznych granic proponuje wizję polskości jednak trochę bardziej inkluzywną, ciekawszą, mniej najeżoną niż tradycyjne i konserwatywne narracje. Polska u Tokarczuk, przynajmniej w kilku najlepszych momentach pisarki, jest miejscem trochę bardziej nadającym się do życia niż Polska, w której faktycznie żyjemy. (Gdyby marzycielstwo nie osuwało się tutaj tak łatwo w mit, może łatwiej byłoby Tokarczukową naiwność przetrawić). Tymczasem chwalący ją i broniący jej dziennikarze, fani, krytycy – podobnie jak znajomi pisarze i artyści – szybko odwoływali się do tradycyjnych mechanizmów dystrybucji głosu, tak jakby czytelnicy niechętni Tokarczuk musieli udowodnić swoją przynależność do wspólnoty, ciesząc się z jej/naszego sukcesu. Tak jakby sukces jednego Polaka mógł być porażką innego tylko w granicach kraju – jakby nasze wewnętrzne podziały znikały automatycznie, gdy występujemy wobec Zachodu.

6.

W ten sposób przechodzimy do najciekawszego może problemu związanego z ostatnim literackim Noblem: tego, jaką funkcję pełni Tokarczuk na scenie międzynarodowej; nie dla nas, ale dla czytelników i czytelniczek z krajów globalnego centrum. Pełni zaś, moglibyśmy powiedzieć w największym uproszczeniu, funkcję Czesława Miłosza (nie bez powodu w zeszłorocznej laudacji pojawiło się stwierdzenie, że polska literatura jest „pełna poezji”). Mądrościowy głos z regionu świata, który, jak wiadomo, dotknęła w szczególny sposób Historia; historiozoficzne rozważania splecione z historiami konkretnych ludzi z krwi i kości; dydaktyzm przemycony pod postacią egzystencjalnej refleksji; literacka doniosłość ujęta w gatunkowo i językowo przystępną formę. Mit, który pozostaje zawsze tuż pod powierzchnią, tuż za rogiem; nie tylko historia, ale i poczucie historii. Historii, oczywiście, pełnej humoru i pocieszenia, ale zasadniczo mrocznej: historii grup i przedsięwzięć skazanych na częściową przynajmniej porażkę, historii desperatów i wykluczonych. O ile bowiem ex oriente lux, o tyle w globalnym systemie kultury ze wschodu, przynajmniej z naszego wschodu, przychodzić ma również mrok: Tokarczuk serwuje obie te rzeczy, mrok i oświecenie, w niemal równych proporcjach. (A przynajmniej jedna z tłumaczek na angielski, Jennifer Croft, wygładza stylistyczne nierówności i łagodzi momenty mistycznej egzaltacji).

Trudno powiedzieć, co w tym momencie skandalicznego miałoby być w stwierdzeniu, że kapituła, owszem, traktowała zapewne przyznanie Nobla polskiej autorce jako gest polityczny. Na scenie międzynarodowej Polska jest dziś powszechnie zestawiana z Węgrami pod ultrareakcyjnymi rządami Orbana; oba kraje funkcjonują jako dowód na powrót faszyzmu na półperyferiach. Przychodząca z Polski pisarka o liberalno-progresywnych poglądach – pisząca i mówiąca wprost tak o obowiązku otwarcia się na imigrantów, jak i o trudnej, pełnej horrorów historii polskich Żydów, o historii krzywd wyrządzonych im przez Polaków, o trudnej historii polskich mniejszości i wykluczonych grup w ogóle, o polskich wersjach kolonializmu i patriarchatu – zaczyna jawić się w tym kontekście jako ucieleśnienie liberalnych nadziei, symboliczne światełko w tunelu. Nagroda dla takiej pisarski ma być zaś ręką publicznie wyciągniętą przez centrum do półperyferiów; to pochwała dla nas, ale i gest mający dodać otuchy zachodniemu czytelnikowi, publiczne przypomnienie (jemu, nie nam), że przecież nie wszystko stracone.

Rozpoznanie tego mechanizmu nie powinno być zależne od stosunku do całego systemu nagród literackich (którego niżej podpisany nie jest fanem) czy do aktualnego rządu (którego niżej podpisany tym bardziej fanem nie jest). Literacka Nagroda Nobla nie ukrywa swojego politycznego wymiaru, laudacja na cześć Tokarczuk wprost dotykała wymienionych wyżej kwestii. Co ciekawe, słowa wygłaszającego ją Pera Wästberga o Polsce jako „sercu” Europy, o Polsce leżącej tam, gdzie „krzyżują się drogi Europy”, były jakby zaczerpnięte z tego samego słownika, z którego rytualnie korzysta „zmodernizowane” skrzydło polskiego konserwatyzmu.

7.

In Olga Tokarczuk’s category-defying work, mobility is the engine of creativityJ. Wood, “Flights”, a Novel That Never Settles Down, “The New Yorker” 1.10.2018.[9].

Olga is
the Nobel laureate. She’s the one the prize was made forJ. Croft, The Nobel Prize Was Made for Olga Tokarczuk, “theparisreview.org”, [online], [dostęp: 5.02.2020], https://www.theparisreview.org/blog/2019/10/10/the-nobel-prize-was-made-for-olga-tokarczuk/ .[10].

This book is not a mere whodunit: It’s a philosophical fairy tale about life and death that’s been trying to spill its secrets. Secrets that, if you’ve kept your ear to the ground, you knew in your bones all alongS. Crosley, One by One, Her Neighbors Are Dying. An Elderly Polish Woman Is on the Case [rec. O. Tokarczuk, Drive Your Plough Over the Bones of the Dead], “The New York Times” 1.09.2019.[11].

Olga Tokarczuk rewrites history to evoke what has been lost in Polish culture – its Jewish aspect – and to ask, as any founding text must, about the nature of human beings, the meaning of suffering, and the existence or non-existence of GodA. Ready, Word without God: Rewriting history through humanity, suffering and religion, “the-tls.co.uk”, [online], [dostęp: 5.02.2020], <https://www.the-tls.co.uk/articles/olga-tokarczuk-fiction/>.[12].

Towarzyszący fabule komentarz sugeruje, iż mamy do czynienia z wydarzeniami tajemniczymi, niezwykłymi. Z kolei jego prostota i jednoznaczność sprawiają, że tajemnica staje się przejrzysta. Czytelnik zatem raz po raz błyskawicznie przemierza drogę od zupełnej niewiedzy do pełnego wtajemniczenia, bez potrzeby pokonywania stadiów pośrednich, a właściwie – bez żadnego wysiłku ze swojej stronyK. Uniłowski, dz. cyt.[13].

Mit, który ma jakoby egzorcyzmować lęki, zsyłać kojące uczucie osadzenia w Sensie, dokonuje wszystkich tych cudów mocą tego, iż jest… mitem. Być mitem czy też być jak mit oznacza posiadać magiczną moc nadawania światu spójności, rzutowania jednostkowej biografii w plan powszechnego losu, tworzenia wspólnoty słuchaczy. A ponieważ mit staje się wartością już z tego powodu, że jest mitem, zaczyna funkcjonować na prawach fetyszuTenże, Anna Inn na straganach świata, „FA-art” 2006, nr 4.[14].

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Kaczmarski, Zaczarowanie, samokształcenie i mądrość ze wschodu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 45

Przypisy

    Powiązane artykuły