30.04.2020

Nowy Napis Co Tydzień #047 / „Na poważnie weź tylko menu”. Ars poetica

Zapraszamy do obejrzenia nagrania

1.

Jest taki dialog w Wielkim pięknie Sorrentino, w scenie dziejącej się w restauracji:

– Kogo mam traktować poważnie, jeśli nie Prousta?

– Nikogo. Na poważnie weź tylko menu. 

2.

Pisanie bierze się z czytania. Banał. Ale ten akurat jest dla mnie ważny, bo częściej myślę o sobie jako o czytelniku niż jako o kimś, kto pisze; pewnie dlatego, że po prostu o wiele częściej jestem czytelnikiem niż piszącym. Czytelnikiem jest się najpierw. Zresztą lubię banały, mam też słabość do kiczu, do rzeczy w złym guście, do tautologii, do kilku innych rzeczy. Jako czytelnik mam też nieusuwalny i wstydliwy pociąg do autorytetu, więc czytam głównie klasykę; chyba z ciekawości, co kapryśne pole siłowe wytworzone przez ludzi wypchnęło w górę i kanonizowało. Mogę jakichś pisarzy jednocześnie podziwiać i być nimi poirytowany, jak Tomaszem Mannem (tym wice-dostojewskim dla kulturalnych mieszczan) – ale nawet jeśli perspektywa danego pisarza nie stanie się częścią mojego doświadczenia i filtrem, przez który będę przeżywał własne życie, to przynajmniej dowiem się czegoś o ludzkości; będę mianowicie wiedział tyle, że ludzkość to jest coś takiego, co uznało Tomasza Manna za wielkiego świętego literatury. Tak jest – każdy czytelnik ma swoją najzupełniej prywatną, nieuświadomioną nawet, teorię literatury, i ona jest podstawą. 

3.

Kilka lat temu w ciągu jednej nocy wymyśliło mi się, jak pisać wiersze, i postanowiłem, że jeśli ta kolejna z niezliczonych ścieżek i prób – podejmowanych od dziecka – zawiedzie, to będę musiał się pogodzić z tym, że naprawdę nie umiem napisać niczego, co miałoby jakąkolwiek literacką wartość.

Nie mogąc się całkiem uwolnić od wewnętrznego przymusu rymowania i rytmizowania swoich wierszy – zazwyczaj, kiedy pisałem inaczej, czułem się, jakbym oszukiwał – postanowiłem popsuć i rymy, i rytmy, jednocześnie okaleczyć je i uśmiesznić, uczynić, w zamierzeniu, groteskowymi, bolesnymi i zabawnymi. Jest w tym być może coś z poezji średniowiecznej (niedocenianej, nieukształtowanej, niedojrzałej, ale przecież momentami potężnej, zwłaszcza gdy odrzucić patrzenie na nią przez pryzmat tego, co nastało później – przez pryzmat Kochanowskiego, który skodyfikował, wypolerował i uklasycznił to, co wcześniej miało potencjał, aby pójść w zupełnie inną stronę). Z poezji średniowiecznej, ale i z hiphopowych piosenek: surowość, szorstkość, pokraczność, ale i – czemu nie? – efektowność, powierzchowność, zabawa.

To dokonane na mój prywatny użytek odkrycie, odkrycie osobistej formuły, dało mi dwie rzeczy: po pierwsze, pozwoliło zadośćuczynić rymotwórczemu przymusowi przy jednoczesnym uwolnieniu się od pisania epigońskich wierszy w stylu, powiedzmy, Stanisława Barańczaka; po drugie, dało mi dystans do siebie – odnalezione środki niemal uniemożliwiły mi pisanie fatalnych emo-wierszy, którymi zapełniałem pliki; pozwoliły mi się od siebie oddzielić, a przez to zyskać poczucie, że naprawdę odnalazłem coś swojego, siebie, na innym poziomie.

Dotarło też do mnie, że – zasadniczo – nie mogę pisać wierszy „na zadany temat”. Wiersz zazwyczaj bierze mi się z co najmniej dwóch różnych pomysłów na wiersz, z dwóch lub więcej różnych zalążków, fraz, obrazów, które dopiero zderzone, splecione i rozwinięte stają się wierszem. Dzięki temu zyskałem poczucie, że wolno mi w wierszu użyć nawet częstochowsko zrymowanej, banalnej frazy – skoro za chwilę mogę ją zderzyć z czymś, co ją odwoła, nada inny sens albo, przeciwnie, wzmocni z nieoczekiwanej strony. Innymi słowy, zyskałem poczucie, że wolno mi wszystko.

Tak powstały wiersze, które złożyły się na mój tomik Fantomowa głowa (2016) i wiersze kolejne. Kiedy kilku znajomych zobaczyło pierwsze próbki, które później weszły do książki, i napisało mi, że „co to jest”, że „tak się nie pisze”, „tak nie można” – wiedziałem, że znalazłem to, czego szukałem, lub przynajmniej wszedłem na dobrą drogę. Kiedy mówię: „wszedłem na dobrą drogę”, mam na myśli jedynie to, że znalazłem drogę do rozwiązania własnych problemów z pisaniem. Nie mam pojęcia na temat „literackiej wartości” tego, co piszę – mam poczucie załatwiania własnych spraw ze sobą i światem. Zresztą, kiedy i na ile moje prywatne znaleziska przestaną dla mnie działać, czego będę szukał dalej – tego, jak wiadomo, nie wiadomo.

4.

Z jednej strony, czytanie i pisanie – na użytek tego tekstu nie będę rozdzielał tych czynności – jest doświadczaniem nowości, naddatku, jak odkrycie nowego gatunku zwierzęcia, jak zetknięcie się z czymś, czego nie było, a nagle jest. Czytający zna uczucie, kiedy przeczytał coś, co dało mu dodatkową perspektywę widzenia świata czy dodatkowy filtr, przez który doświadcza samego siebie: uczucie rozszerzenia swoich granic. Piszący zna uczucie, jakby wyszło z niego coś, co go przekracza, co pozwoliło mu rozszerzyć jego granice, ale wychodząc, zyskało osobne istnienie i stało się osobnym przedmiotem – jak kawałek lawy, który oddzielił się od płynącego wulkanicznego płynu i zastygł w kamień. O tym mówimy zazwyczaj, kiedy używamy słowa „twórczość”.

Z drugiej jednak strony: literatura jest tylko protezą. Próbą wyrównania minusowego bilansu do zera, i nic ponadto. Protezą, lepieniem dziur, autoterapią, szukaniem utraconego raju: próbą uzupełnienia braku. Nie potrzebują jej ci, którzy są zdrowi, którzy nie odczuwają braku i dla których życie bez niej jest życiem pełnym.

Kolejna rzecz, związana z powyższym, ale ukazująca sprawę z innej strony: literatura jest reaktywna, jest protezą nie tylko w wymiarze osobistym, ale i dalece ponadosobistym. Ktoś mógłby na przykład powiedzieć, że Dół Płatonowa jest największą powieścią, jaką napisano w XX wieku, a więc jako taka, jako dzieło, jest niby rzeczą dodaną do świata – ale nie powstałaby gdyby nie zbrodnie stalinizmu. Ciemne tło jest zawsze obecne, właściwie jest warunkiem literatury: nie wiem, czy w świecie, który nie byłby upadły, w świecie – mówiąc teologią – sprzed grzechu pierworodnego, byłaby możliwa literatura; ale nawet jeśli byłaby, to nie jest możliwa do wyobrażenia.

Ci, którzy nie czytają i nie piszą, być może nie odczuwają żadnego braku po prostu dlatego, że naprawdę niczego im nie brakuje, natomiast czytający i piszący to być może zaledwie gatunek zasypywaczy dołów. Ludziom, którym wystarcza „samo życie”, literatura nie jest potrzebna – nie muszą brać Prousta na serio, na serio biorą menu. 

Może należałoby im zwyczajnie zazdrościć, zamiast organizować kampanie czytelnictwa?

5.

Zatem: pisanie jako równanie do zera, bohaterskie rozwiązywanie problemów, które stworzyło się samemu sobie i bez których można się doskonale obejść; pisanie, jeśli kto woli, jako walka ze skutkami grzechu pierworodnego. Ale też pisanie jako łaska, kreowanie (niemal) ex nihilo, odbijanie się od zera wzwyż, w plus nieskończoność. Ktoś napisał o moich wierszach, że są cyniczne i nihilistyczne; a mi zdaje się czasami, że ich głównym tematem jest jednak wdzięczność i łaska.

Kwestia smaku? Od najdawniejszych czasów i szczegółowo rozpisywano się o związkach literatury i malarstwa, literatury i muzyki. Istnieje natomiast oczywista, a zdaje się rzadko przyjmowana perspektywa powinowactwa literatury i sztuki kulinarnej. O ile malarstwo czy muzyka powstają niejako z niczego, są niekonieczne, posługują się środkami wynalezionymi specjalnie na potrzeby swoich dziedzin, o tyle zarówno słowa, jak i jedzenie są podstawowymi elementami ludzkiego życia. Wszyscy jedzą i mówią, i wszyscy jedliby i mówiliby nawet wtedy, gdyby nie istniał koncept o nazwie „literatura”; gdyby nikomu nie przyszłoby do głowy szukania w kuchni czegokolwiek więcej niż podtrzymywania życia. Kuchnia i literatura są zrobione z tego, co jest powszechne, codzienne i koniecznie używane przez wszystkich ludzi, i jedynie transmutowane zostają w nową jakość, kiedy umawiamy się na przyznanie im szczególnej, twórczej rangi.

Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej oczywiste wydaje mi się takie ujęcie i tym dziwniejsze jest, że nie właśnie przy pomocy takiej perspektywy nauczyła nas myśleć nasza kultura. W końcu jeśli nasze idee dają się ująć w ten sposób, że ich źródła są w teologii, nawet jeśli się od niej oderwały i zsekularyzowały, to i tu natrafimy na dowód, że właściwie powinniśmy uznawać wspólny mianownik literatury i kuchni. Przecież Chrystus jako wcielony Logos nie używał ani muzyki, ani obrazów, a słów – i słowami ustanowił sakrament swojej obecności w jedzeniu. Słowa i jedzenie. Ale zestaw.

– Kogo mam traktować poważnie, jeśli nie Prousta?

– Nikogo. Na poważnie weź tylko menu. 

 

Najnowszy tom poetycki Adama Leszkiewicza Apokalipsa psa do zakupienia w naszym e-sklepie.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Adam Leszkiewicz, „Na poważnie weź tylko menu”. Ars poetica, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 47

Przypisy

    Powiązane artykuły