28.05.2020

Nowy Napis Co Tydzień #051 / Sztuka jako prezbiterium

Jerzy Nowosielski – artysta totalny? Znamy go przede wszystkim z ikon, ale jeśli dopisać kolejne dziedziny – epistolografia, eseistyka, malarstwo świeckie, wreszcie architektura – to stajemy przed twórcą niezwykle płodnym. Artystą, który będzie wymykał się nazbyt łatwym etykietkom. Już rozmowy ze Zbigniewem Podgórcem (Wokół ikony, Mój Chrystus oraz fragmenty, które złożyły się na nieukończony tom Mój Judasz) wskazywały, że Polska otrzymała człowieka, który rozsadza pojęcia sztuki i religii, do których byliśmy przyzwyczajeni. Mówił wszak o Bogu – co podkreślają zarówno jego słuchacze, jak również czują nieznający go czytelnicy – jakby miał z Nim swoją własną „gorącą linię”. A jednocześnie, co też daje się odczuć między wierszami, jego monologi były quasi wystąpieniami teatralnymi, prowokacyjnym stand up’em: burzyły poczucie religijnego bezpieczeństwa, wydawały na pastwę Bogu. I znać było, że Mistrz Jerzy miał w tym upodobanie.

Nowosielski mniej znany jest za to jako twórca sztuki sakralnej w świątyniach. To bardzo ciekawy rozdział w jego artystycznym życiu. Zwłaszcza jeśli wczytamy się w to zwierzenie malarza: „Od dziecka marzyłem, żeby zaprojektować obiekt sakralny. Współpracowałem z architektami, robiłem polichromie, ale to były kawałki. A chciałem stworzyć coś od podstaw”K. Czerni, Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego, Kraków 2011, s. 324.[1]. Jest w tych słowach ciekawa myśl. Z jednej strony widzimy artystę, który swoją twórczość postrzega w zupełnie innych kategoriach. Zaprojektować „obiekt sakralny” to wcielić się wraz ze swoją sztuką w kilka różnych funkcji, z których dwie będą dzierżyły palmę pierwszeństwa: architekt i malarz. Ciekawe jest w tym wyznaniu sformułowanie „obiekt sakralny”. Pojęcie niezwykle pojemne, ponieważ poza przychodzącą na pierwszą myśl cerkwią (świątynią) możemy tu wymieć jeszcze kaplicę, cmentarz, klasztor… I chociaż rzeczywiście Jerzy Nowosielski skupi swe wysiłki na zaprojektowaniu cerkwi, to warto pamiętać o tej rozciągłości „obiektu sakralnego”. Kto wie, co moglibyśmy jeszcze otrzymać od Mistrza Jerzego, gdyby jego życie potoczyłoby się inaczej. I druga myśl, być może jeszcze śmielsza: Nowosielski chce „stworzyć coś od podstaw”, jakby powtarzając mimochodem teologiczną myśl, że Bóg jest Stwórcą (dlatego jest świat), a człowiek jest twórcą (i dlatego ma sztukę). A przecież krakowski artysta nie był architektem. Te marginalne rozmyślania warto zebrać w jedną myśl: Jerzy Nowosielski widział swoją sztukę sakralną jako schronienie. Fundament, sklepienie, kamień węgielny. To przestrzeń, którą ograniczyć może jedynie wymiar modlitwy. Chwały i uwielbienia. Ta przestrzeń to prezbiterium.

Krystyna Czerni od wielu lat bada i popularyzuje twórczość kontrowersyjnego artysty. Po odważnej i mądrej biografii Nietoperz w świątyni oraz wydaniu licznych pism Nowosielskiego (wywiadów, listów, szkiców) Czerni porywa się na przedsięwzięcie niezwykle ambitne: zaprezentować Nowosielskiego tworzącego w kościołach. Całość przedsięwzięcia przewidziana jest na kilka tomów. Do tej pory ukazała się publikacja dotycząca sztuki sakralnej w Małopolsce. Najnowsza mówi wszystko swoim tytułem: Nowosielski – sztuka sakralna. Podlasie, Warmia i Mazury, Lublin. I jasno trzeba stwierdzić, że jest to książka niezwykła. Nie sposób nie docenić pięknej szaty graficznej, której dorównać mogą jedynie zdjęcia Piotra Sawickiego, Bogusława Floriana Skoka i Grzegorza Eliasiewicza. Aby zrozumieć trudność, przed jaką staje autorka, należy pamiętać, że nie zawsze malarz z Krakowa był rozumiany przez wspólnotę wierzących, że niektóre dzieła zostały zniszczone, a inne właśnie niszczeją. Specyfika Warmii i Mazur wymusiła zupełnie nowe, niespotykane rozwiązania zaproponowane przez Nowosielskiego. Artysta musiał tworzyć dla wspólnot prawosławnych i greckokatolickich, które w większości znalazły się na Ziemiach Odzyskanych z Ziem Zabranych. Nowe środowisko tworzących się parafii to również nowe świątynie. A te przede wszystkim, to budowane z czerwonej cegły pokrzyżackie kościoły. Piękne i dumne, ale tak odmienne od prawosławnych cerkwi. Spiczaste wieże, sklepienia krzyżowo-żebrowe, witraże w oknach… I tak jak bryła świątyni stanowiła materię, która stawiła twórczy opór, tak materię stanowiła również wspólnota wiernych. Spośród wielu przykładów wybieram dwa: ikonostas w Orzeszkowie (Podlasie) i polichromię w Górowie Iławeckim (Warmia i Mazury).

Czy artysta może być przewodnikiem wiary?

Orzeszkowo to przykład, gdzie twórczość Jerzego Nowosielskiego nie została zaakceptowana przez wspólnotę parafialną. Dziś nie sposób ocenić, dlaczego tak się stało. Nowosielski otrzymał zamówienie od proboszcza parafii i wykonał szereg ikon w latach 1966–1967. Artysta przyjeżdżał do Orzeszkowa, pokazywał proboszczowi ikony; wydawało się, że porozumienie jest obopólne. Parafianie mieli jednak odmienne zdanie, czemu dali zdecydowany wyraz. Proboszcz wstawił do cerkwi część ikon najpierw w 1967 roku, następnie rok później. Za każdym razem wierni ostro domagali się ich demontażu. Po latach proboszcz, ojciec Teofiluk, mówił:

To była moja wina, byłem zbyt pewny, że ludzie to przyjmą, przywiozłem, postawiłem na próbę – i niektórzy powiedzieli: jak będą takie ikony, to my nie pójdziemy do cerkwi! I wszystko zniweczyli… Trzeba było nie pokazywać, tylko normalnie wstawić, wszystko zrobić – wtedy już by tego nie ruszyli.

Ciekawe są te napięcia między proboszczem a wspólnotą wiernych. Ojciec Teofiluk wyjaśniał sens i estetykę ikon Nowosielskiego, przyzwyczajenie wiernych było jednak silniejsze. Domagano się ikon takich, jakie znano do tej pory. Gdzieś na marginesie tego sporu rysuje się problem roli artysty w tworzeniu (uobecnianiu?) zmysłu wiary. Proboszcz być może to wyczuwał, skoro stał przed dylematem: narzucić coś wiernym, gwałtownie „podciągnąć” ich w przeżywaniu wiary, czy jednak zdecydować się na wspólną wspinaczkę w zbiorowym tempie? Nie mnie to oceniać, dość powiedzieć, że ikony stworzone dla ikonostasu zostały zwrócone Nowosielskiemu. I od tego czasu rozpoczyna się ich inne, zupełnie nieprzewidziane życie. Ikony, które powinny być razem i tworzyć jedność, zostają rozdzielone. Wędrują po wystawach, towarzyszą obrzędom liturgicznym. Jest coś niezwykle symbolicznego w tym, że ikonostas został fizycznie rozdzielony i do tej pory nie złożony. Coś, co przypomina słowa o łamaniu, o ciele, o pamiątce… Ciekawie wyraził to Łukasz Tarkowski, który pisał:

Burzliwe losy przegrody ołtarzowej, odepchniętej przez wiernych, przenoszonej i wreszcie rozczłonkowanej, ukazują „cierpienia” ikonostasu, wprawdzie będącego materią pozbawioną uczuć, ale także materią stworzoną do konkretnego celu, którym jest kierowanie człowieka do Boga, elementem niezbędnym w Boskiej liturgii, unaoczniającym obcowanie świętych – z tego ikonostas z Orzeszkowa został ograbiony – z przestrzeni liturgicznej będącą naturalną teosferą dla sakralnego przedmiotu.

Dlaczego zatrzymuję się nad ikonostasem z Orzeszkowa? Nie tylko z powodu ciekawego napięcia na linii artysta – wspólnota wiernych. Bardziej z powodu piękna samego ikonostasu. Z powodu dominującej barwy tła nazywany jest „szafirowym”. Jest to barwa nie tylko odwołująca się do Rzeczywistości Istotnie Istniejącej (jak powiedziałby Ryszard Przybylski, przyjaciel Nowosielskiego), ale również niezwykle spokojna. Można siedzieć przed tymi ikonami, wpatrywać się w nie, napawać się spokojem, bijącą od nich łagodnością i dać się uleczyć… Duże wrażenie robią oczy Jezusa na ikonach typu Pantokrator i Mandylion. Ciemne, o jakby azjatyckim wykroju, dają wrażenie egzotyczności, właśnie jakby były „nie z tego świata”. Tym, co zwraca uwagę odbiorcy są jeszcze jasne oblicza namalowanych postaci. Nowosielski często malował świętych z pociemniałymi twarzami. Niektórzy zarzucali mu, że tworzy „ikony po Czarnobylu”. Tutaj dobór kolorów – jasne oblicze, ciemne oczy, szafirowe tło – dają uczucie błogości, wręcz płynącego błogosławieństwa. Zdaję sobie sprawę, że w pierwszym odruchu „szafirowy ikonostas” może wydawać się infantylny, ale jeśli odbiorca poświęci mu trochę czasu, jeśli wystawi się na jego działanie, ikony przemówią we właściwy sobie sposób.

Wymowa spojrzeń

Zupełnie inną historią jest polichromia w Górowie Iławeckiem. Przede wszystkim z powodu bryły świątyni gotyckiej, która została przekazana wspólnocie grecko-katolickiej. Jak wprowadzić ikony do kościoła, który w żaden sposób nie został do tego przeznaczony? Mało tego: to bardzo duża świątynia. Nowosielski podjął decyzję, aby malować bezpośrednio na ścianach świątyni. Dało to niesamowity efekt, gdy oblicza świętych spoglądają wprost z czerwonej gotyckiej cegły. W gotyckim kościele, w prezbiterium postawiono ikonostas (z pięknym Chrystusem Pantokratorem w niebieskiej szacie), zaś przez carskie wrota można dostrzec namalowany bezpośrednio na ścianie Mandylion. Ciemnoczerwona aureola Jezusa niemal krzyczy na tle czerwonej cegły. A ponieważ Wizerunek Nie Ludzką Ręką Uczyniony znajduje się na ścianie wschodniej, wpadające promienie słoneczne jeszcze potęgują to wrażenie. Oblicze Jezusa dosłownie goreje. I znów można doszukiwać się tu przeróżnych tropów, które zostawił Nowosielski. Dlaczego aureola jest czerwona (kolor męczeństwa), a nie złota (kolor chwały)? Czy jest tu jakieś nawiązanie do historii tych ziem, tego specyficznego ruchu ludności z Ziem Zabranych na Ziemie Odzyskane? Z ziem ofiar na ziemię ofiar, gdzie nikt nie jest zwycięzcą, są tylko sami poranieni? Jedyną odpowiedzią zdaje się być wizerunek Matki Bożej Orantki znajdujący się na wprost Mandylionu, na drugim końcu kościoła. Ciekawe jest nie tylko to, że aureole obu postaci są intensywne, ciemnoczerwone. Bardziej fascynujące jest, że umiejscowienie Oblicza Jezusa naprzeciw Matki Bożej jest swoistą wymianą spojrzeń. Oni patrzą na siebie. Jednocześnie droga ich wzroku to po prostu długość nawy głównej. Wszyscy modlący się w cerkwi greckokatolickiej w Górowie Iławeckim znajdują się w spojrzeniu Jezusa i Maryi. Mandylion i Orantka wskazują na realizację tych słów spod krzyża: „oto syn twój, oto matka twoja” (J 19, 26–27).

My wszyscy z Nowosielskiego?

Nowosielski – sztuka sakralna to książka przebogata. Duży format, kredowy papier oraz doskonałe zdjęcia pozwalają smakować jej lekturę wieloma zmysłami. Krystyna Czerni daje czytelnikowi nie tylko dokładną analizę sztuki sakralnej, ale również oddaje głos „wspólnocie Nowosielskiego”. Na szerokim marginesie obecności Mistrza Jerzego w przestrzeni świątyni przemawiają jego przyjaciele, komentują inni artyści; zabiera głos sam autor. Ten wielogłos, wyrażony w cytatach z listów, książek, wykładów, staje się dodatkową lekturą, która otwiera możliwości interpretacyjne na jeszcze inne poziomy. Zdaje się, że oglądamy sztukę sakralną jakby w grupie osób zaprzyjaźnionych, bo zapatrzonych.

Podążanie śladem sztuki sakralnej Jerzego Nowosielskiego jest dziełem niezwykle ambitnym. Krystyna Czerni przedstawiła już dokonania krakowskiego artysty w Małopolsce, teraz na Podlasiu, Warmii i Mazurach oraz Lublinie. W kolejnych tomach swoje miejsce odnajdą Śląsk, Warszawa, ale także Lourdes. To wszystko skłania raz jeszcze do myśli wyrażonej na początku: czy Jerzy Nowosielski jest artystą totalnym? A wraz za nią idzie myśl kolejna: jeśli jest tak wiele przykładów jego sztuki sakralnej z całego kraju, to czy sztuka sakralna w Polsce Nowosielskim stoi?

K. Czerni, Nowosielski – sztuka sakralna. Podlasie, Warmia i Mazury, Lublin, Muzeum Podlaskie w Białymstoku, Samorząd Województwa Podlaskiego, Samorząd Województwa Warmińsko-Mazurskiego, Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie, Białystok 2019.

Okładka książki "Nowosielski - sztuka sakralna"

 

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego:  https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Sztuka jako prezbiterium, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 51

Przypisy

    Powiązane artykuły