18.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #054 / Norwid syntetyzuje różnorodności

Andrzej Mirek: Jakie były kryteria wyboru wierszy – próbowałeś być obiektywny, czy postawiłeś na subiektywny, osobisty wybór?

Artur Grabowski: Oczywiście subiektywne, bo taki jest cel tej serii. Chodzi o to, żeby poeta wybierający niejako określił siebie poprzez wybór wierszy z twórczości poety wybieranego. To też ma chyba na celu wskazanie jakichś żywych tropów tradycji poetyckiej. Poeci współcześni zawsze są takimi naturalnymi selekcjonerami zasobów poetyckiego dziedzictwa. Bo w każdej sztuce może się pojawić nowe wtedy, kiedy ktoś inaczej niż dotychczas, inaczej niż inni, odczyta znane utwory, na których uczył się tego, co to w ogóle jest poezja. A zarazem w ten sposób odświeżamy kolekcje i wietrzymy magazyny. Cieszę się, że wydawca tę serię zainicjował, bo w tym jest cały sens publikowania, czyli upubliczniania; chodzi o świadomą aktywizację kultury. Zresztą to się stało jakąś modą ostatnio, bo takie serie podwójne robią i inni wydawcy poezji. Mamy czas wietrzenia magazynów. Nie jest to więc wybór reprezentatywny, raczej osobista interpretacja. Jeśli nie wręcz interwencja. Myślę, że poeci, którzy się tego podejmują, do których przecież nieprzypadkowo zwraca się wydawca, mają świadomość tej interwencyjności, dlatego nasze wybory zawsze zawierają jakąś, mniej lub bardziej uświadomioną, intencję.

Od początku wiedziałeś, jaka była Twoja intencja?

Zabierałem się do tego nie wiedząc, czego chcę. Oczywiście znałem i lubiłem, ceniłem Norwida, właściwie chyba odkąd zacząłem samodzielnie czytać poezję, czyli we wczesnej nastoletniości. Ale potem, na studiach, zacząłem go poznawać „profesjonalnie”, co zwykle psuje odbiór, jednak też człowieka uczy to czytania znaków, które idą od tekstu, a nie od siebie. Więc zaczynasz coś rozumieć przez nierozumienie, które pobudza do pracy nad tekstem, a wtedy ćwiczysz sobie aparat obcowania z poetyckością. Nie zajmuję się jednak akademicko romantyzmem, więc już nie czytałem Norwida potem przez długi czas; nosiłem go co najwyżej w pamięci, trochę więc mi w głowie mityczniał. I chyba ten mit jakoś zrósł się z moją samowiedzą pisarską. Wybrałem siebie w nim.

No dobrze, ale wypada zapytać – dlaczego właśnie Norwid?

Mógł to być równie dobrze Słowacki, albo Sęp-Szarzyński, ale pomyślałem, że Norwid właśnie jakoś mi te moje różnorodności ulubione syntetyzuje. No i zacząłem czytać z intencją znalezienia ścieżki, tropu do źródłowego doświadczenia poezji, do tamtego mojego czasu z młodości, kiedy odkrycie poezji wiązało się z odkryciem własnej odrębności. Norwidowska metafora „wierności wobec źródeł” (nota bene, stosowana równie chętnie przez Herberta, poetę, który chyba najmocniej na mnie wpłynął) silnie do mnie przemawiała, podpowiadała mi, do czego powinienem użyć tej szansy, jaką daje mi ta robota. No, bo to jest jakiś gest dogrzebywania się do archetypu, kiedy poeta zabiera się za „edytowanie” poety z kręgu swojej własnej tradycji. To jest działanie odwrotne od tego, co robi naukowy edytor tekstu, bo tu nie chodzi o jak najwierniejsze oddanie głosu autorowi, lecz o znalezienie czegoś, co przed poetyką, co ukształtowało nas obu jako poetów. Więc czytając, myślałem cały czas o tym, jak wiersz zdradza swoje pochodzenie. Innymi słowy: jaki sens odsłania się w doświadczeniu, które stało się impulsem wiersza.

Chciałeś, żeby Norwid mówił w Twoim imieniu?

Raczej ja jego głosem, ale tylko na własny użytek. Z drugiej strony, czułem odpowiedzialność, że to się stanie przeze mnie, więc to nie ja od niego, ale on ode mnie teraz coś dostaje. Oczywiście miałem w tej robocie własny interes, tyle że był on zbieżny z interesem szukania istoty Norwidowego pisania. To jest trochę tak, że samo pisanie ma źródła intymne, ale w trakcie pisania coś ujawnia się, co już prywatne nie jest; czuję, że to samo się wpycha przez kanaliki wersów. Nie zawsze tak jest, czasem wiersz daje się wykorzystać mocom jakiejś pragmatycznej celowości; i Norwidowi to się dość często zdarza, wtedy jest banalny, ale w najlepszych wierszach właśnie wydarza się coś odkrywczego. I to coś nie jawi się precyzyjnie, przeciwnie, to coś jest sugestywne przez swoją zagadkowość. Moje profesjonalne długie doświadczenie w rozkładaniu wierszy na znaki nauczyło mnie, że to się dzieje zwykle wtedy, kiedy poeta nie zupełnie wie, dokąd zmierza, raczej ucieka od czegoś i coś goni. A to coś biega po słowach, po składni. To się zdarza, tu już przywołuję własne wspomnienie twórcze, w takich momentach, kiedy poddaję się językowi, samej dynamice formy, presji komponowania się wiersza. Wtedy taki wiersz jest zanotowanym wydarzeniem zrozumienia świata, ale zrozumienia tylko tak, w tej jedynej formie. To się nie da uzasadnić, to się nie chce uzasadnić inaczej niż samo przez się. Takie wiersze wybierałem, odrzucając te jednoznaczne, łatwe, nawet jeśli sprawne, błyskotliwe, zawierające jakąś niewątpliwie mądrą myśl. W ogóle, chyba szczególnie lubię tę Norwidową „ciemność”, bo ona zawiera w sobie ślad procesu wmyślania się w przedmiot, w obraz, w doświadczenie. Takie zapisy warte są czytania, a nie przeczytania tylko. W końcu przyszedł czas na układanie kolejności, a wtedy zaczął mi się wyłaniać jakiś pokawałkowany poemat, jakiś łańcuch następstw, jakby etapów myślenia, które przecież odczuwamy jako presję pewnej konsekwencji. Z tej kompozycji wyszedł chyba traktat o… No, właśnie, narzuca mi się Herbert: o płynięciu pod prąd w kierunku źródeł.

Jaki jest zamysł układu wierszy w tomie?

Ograniczałem się w zasadzie do krótkich wierszy, z kilku poematów wyciągnąłem fragmenty, traktując je jak samodzielne teksty, czasem nawet pozwalając sobie na kompilacje. Są cztery rozdziały, poniekąd etapy procesu postępującej samowiedzy. Wydaje mi się, że tutaj Norwid jest bohaterem mojego poematu, w którym używam jego słów. I chyba powstaje coś jakby traktat poetycko-filozoficzny. Ale zrozumiałem to dopiero, kiedy zamknąłem kompozycję. No więc zaczyna się od eksploracji własnej kondycji egzystencjalnej, pochodzenia, przygód życiowych, w końcu losu. Tutaj, trzeba przyznać, Norwid jest najbardziej romantyczny, bo to była romantyczna metoda, związana z pewną filozofią sztuki. Dla romantyka, wydarzenia jego własnego życia mają znaczenie uniwersalne, są swoistym materiałem podarowanym mu przez Boga do zagospodarowania artystycznie. Dlatego romantyczny poeta czyta siebie. W tej pierwszej części są wiersze intymne, autobiograficzne. W części drugiej mamy wiersze o tożsamości, szukanie odpowiedzi na pytanie już nie tylko, kim jestem, ale i z kim jestem, i z czego jestem, w co zostałem wstawiony, a więc do czego chce mnie użyć Stwórca w swoim planie urządzenia świata. Na poziomie ontogenezy to jest chyba etap dojrzałości, w którym człowiek uświadamia sobie, że pozostając autonomiczną jednostką, nie jest samodzielny i nie jest autarkiczny, a więc, że rekapituluje się w nim filogeneza gatunku, a w końcu każdy dociera do samej istoty swojej formy jako swojej entelechii. Wiem, wymądrzam się. Teraz wypada uśmiechnąć się autoironicznie. Ale używam tych sformułowań świadomie, bo sam Norwid tak właśnie rozumował, przytomnie używał języka historii cywilizacji do opisu historii idei, którą uznawał za spełniający się w dziejach Boży zamysł. Posługiwał się językiem klasycznej filozofii w przeciwieństwie do innych romantyków, którzy dosyć dowolnie wymyślali sobie terminy, uznając je za filozoficzne. Tak jak Słowacki uważał, że historię, a wcześniej naturę, wypełnia działanie Ducha, tak Norwid widział ten ruch jako morfogenezę duchowości ludzkiej, która utrwala się w dziełach kultury. Dlatego tu jest też miejsce na ojczyznę, na polskość rozumianą jako pewien kształt, który nas, tu wychowanych od dziecka, formuje od wewnątrz. W sławnej Mojej piosnce, a więc lekko, dziecinnie, Norwid opowiada o tym, jak polski krajobraz, język, obyczaj wywołuje Polaka w każdym z osobna. Ale to jest też prosty wiersz o tęsknocie za domowym poczuciem bezpieczeństwa. Część trzecia to właśnie owo tytułowe człowieczeństwo, czyli Norwidowa antropologia filozoficzna. To część bodaj najdłuższa. To było moje centralne odkrycie! Zauważyłem mianowicie, że Norwid pisze, żeby odkryć w sobie Człowieka jako uniwersalny projekt, który zobowiązuje go do realizowania określonej egzystencji. Taki jest jego cel roboty poetyckiej. A bycie po ludzku to, najprościej mówiąc, etyczna powinność. Jej treścią główną jest powołanie do kreatywności. Dlatego część czwarta zawiera wiersze odnoszące się do twórczości, do pisania. To kolejne moje odkrycie, które wzięło się z tego genialnego sformułowania „kolebka pieśni”, w którym słyszę coś domowo dziecinnego i zarazem ono zdradza, że u źródeł poezji jest czysty rytm, romantyk powiedziałby pewnie „rytm serca”, który bije w samej istocie człowieczeństwa, od poczęcia. Potrzeba wsłuchania się w ten rytm wraca u każdego artysty, szczególnie dojrzałego. Taką autoanalityczną skłonność ma prawie każdy artysta, a Norwid był, pamiętajmy, również malarzem i rzeźbiarzem. Ale u Norwida to się pojawia nie dlatego, że wodzi go na pokuszenie pycha, ale dlatego, że on upatruje w swoim twórczym działaniu spełnienia się człowieczeństwa. Dlatego właśnie jako ostatni umieszczam ten korpus wierszy. Na koniec pojawiają się tam wiersze religijne, modlitwy. To idzie zaraz za wierszami o sztuce, bo granice sztuki przekracza. I tak z jedenastu tomów „utworów zebranych” zostało mi 200 stron.

Jeżeli ponowne czytanie Norwida było dla Ciebie taką przygodą duchową, to powiedz jeszcze, czy jego poetyka przekłada się jakoś na Twoją twórczość?

No, pewnie jakoś się przekłada… Teraz, jak to powiedziałeś, to przyszło mi do głowy, że każda twórczość jest przekładem, bo zaczyna się od fascynacji wierszami, cudzymi wierszami, i od poczucia – jakże bezczelnego! – że ja też bym chciał tak, a więc zawsze trochę na podobieństwo. Norwid to był jeden z tych poetów, dzięki którym urodził się poeta we mnie. Ta propozycja, żeby zająć się Norwidem, przyszła w momencie, kiedy sam wydałem swoje „podsumowanie” trzydziestu lat pisania. Więc siłą rzeczy zacząłem patrzeć wstecz.

Opowiesz o tym, co zobaczyłeś?

Ale nie za wiele… To było gdzieś około czternastego roku życia. Na szczęście nie zniechęciła mnie szkoła, bo nie pamiętam, żeby mnie tam jakoś tym Norwidem katowali. Wtedy nie lubiłem Mickiewicza, Kochanowskiego, Krasickiego, za to czytałem Stachurę i Barańczaka, i Herberta, potem Miłosza, bo byli „na indeksie”, a czytanie spod ławki zawsze jest bardziej ekscytujące. W pierwszej klasie liceum strasznie dużo chodziłem na wagary. To była moja szkoła czytania! Skulony na różnych ławkach, albo leżąc na nowohuckich łąkach czytałem wiersze. Z książki do polskiego! Odkryłem wtedy Norwida, pamiętam, że był to Bema pamięci…, który mnie wciągnął swoim rytmem, i tym jakimś patosem. A czasy były patetyczne: stan wojenny, manifestacje, msze za ojczyznę. Na to wszystko nakładało się buzowanie hormonów i wybujałe ambicje rozbudzonego intelektualnie aroganckiego chłopaka. Norwid robił na mnie wówczas wrażenie kogoś niesłychanie samodzielnego, imponował mi tak jak Herbert, a przy tym czułem, że rozumiem go lepiej niż Mickiewiczów i Kochanowskich, wtedy czytanych bardzo jednoznacznie, grzecznie, lekturkowo. Fascynowało mnie też jego życie. To cholerne nieszczęście, ten wieczny pech, który go prześladował, a który właśnie pozwolił mu pozostać niezależnym. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że takie przygody mają też negatywny wpływ na życie duchowe, a w rezultacie na twórczość. I to, że pisał pod prąd. Dziś wiem, że przecież umiał pisać tak jak podobałoby się ówczesnej publice, ale nie robił tego, tylko trwał przy swoim, narażając się na potworne upokorzenia. Pamiętam, jak bardzo się ucieszyłem, kiedy przeczytałem w jakiejś biografii o jego dandysowskiej młodości. Nareszcie nie był starym dziadem z brodą świętego! Ja jeszcze wtedy nie pisałem takich skomplikowanych i oryginalnych formalnie wierszy, pisałem naśladowcze banały. Ale chciałem pisać tak, jakbym każdym wierszem zaczynał całą literaturę. I widziałem, że Norwid tak pisze, potem polubiłem awangardzistów, lingwistów i Witkacego, zresztą Norwidowego krewniaka duchowego. Podobało mi się jego jawne, nie wstydzące się siebie, „myślenie”. W tamtych czasach, jak ktoś chciał mnie obrazić albo obśmiać, to nazywał mnie filozofem, bo ja faktycznie czytałem Nietzschego i Platona; i to w tej kolejności. Ale pisałem wiersze. Zawsze chciałem to jakoś połączyć, myśleć wierszem. Może teraz to tak racjonalizuję, nie wiem. Ważna też dla mnie była ta ostentacja w korzystaniu z materii wiersza, szukanie w etymologiach, nawet w typografii. Widziałem w tym chyba jakąś totalność tworzenia, o której marzyłem. Potem całe moje pisanie zawsze zaczynało się od tego, z czego pisanie się robi, od jakiegoś pochylenia się nad gliną.

Pamiętasz jakiś swój wiersz szczególnie Norwidowy?

W pewnym sensie cały tom Pojedynek, mój drugi, a pierwszy dojrzały, wziął się z fascynacji barokiem i awangardą, ale u źródeł był chyba Norwid, jako ktoś maksymalnie inwencyjny. Wtedy tak po Norwidowsku chciałem używać wiersza do formalnego uchwycenia sensu moich kolejnych etapów gwałtownego duchowego rozwoju, jakoś przyłapać to, co się we mnie działo.

Norwid to klasyka – przeszłość, do której wracają filologowie i adepci sztuki. Dlaczego warto po raz kolejny i kolejny wracać do raz przeczytanych wierszy?

Poeta, szczególnie młody, zawsze odczytuje starego na nowo, bo robi to egotycznie. Może w ogóle nie warto czytać inaczej niż we własnym interesie. W przeciwieństwie do czytania wierszy poeciątek nowonarodzonych, wiersze dawno zmarłych przodków dają poczucie bezpieczeństwa obcowania z czymś odziedziczonym, ale dlatego właśnie bardziej własnym. Jak dostaję tomik od poety współczesnego, który na dodatek najczęściej jest moim kolegą, to wiem, że on czy ona, oczekują, że jeśli nie pochwalę, to przynajmniej powiem im coś na ich użytek. A starzy poeci mnie do tego nie zmuszają, oddają mi wszystko. A nawet więcej, bo jeszcze i to, czego sami w wiersz nie włożyli, bo to narosło w ich wierszach z czasem. Takim moim odkryciem był właśnie wiersz Człowiek, napisany, kiedy autor miał 36 lat, a więc na Dantejskiej „połowie życia”, w którym Norwid z niesamowitą jasnością uświadamia sobie jedność trzech sposobów istnienia, jakby trzech kręgów człowieczej tożsamości. W centrum jest krąg zarodkowy, w którym jestem tylko sobą w swoich cielesnych i świadomościowych granicach, dalej jest krąg historyczny, w którym jestem osobą cywilizowaną, oraz krąg obejmujący mnie z zewnątrz, kiedy jestem sobą w oczach innych, począwszy od spojrzenia moich rodziców aż po podejrzliwość moich wrogów. Te kręgi jakoś rozpoznaję, ale jest jeszcze krąg niewidzialny, bo krąg patrzenia Tego, którego obecność tylko czuję. Norwid powiada, że to czucie bycia „dzieckiem Bożym” to jest rezonans tych trzech kręgów. Piękna jest w tym wierszu początkowa scena narodzin, domowa scena, zadziwiająco prawdziwa jak na kogoś, kto nie miał szczęścia być ojcem, scena jakby pisana z perspektywy niemowlęcia. I jeszcze z użyciem tych zdrobnień, które jakże są polskie! A tymi słówkami infantylnymi nazywa Norwid dzieciątko w kolebce „królem” i „władcą”, więc imionami Chrystusa. Pisze o świecie widzianym z perspektywy przedświadomości, kiedy jeszcze nic nas nie dziwi, wszystko jest akceptacją. Ta zdolność w dalszym życiu nas opuści bezpowrotnie. Drogą bardzo śmiałych skojarzeń Norwid dochodzi do tego, że człowiek, w maleńkości swojej, jest „Boga sąsiadem”, bo urodził się w gospodarstwie z Nim współdzielonym. Tym gospodarstwem jest ludzka cywilizacja, w której Bóg się objawił. Ale w dalszym ciągu wiersza staje się jasne, że poeta mówi do dziecka w sobie, do tego najintymniejszego „ziarna”, które za chwilę będzie miało przeciw sobie cały świat.

Uff… Filozofia, teologia, antropologia, a więc erudycja, a zarazem ludzkie uczucia i twórcze ryzyko, innowacyjność formalna. Twój Norwid to klasyk czy awangardzista?

Zdecydowanie awangardzista! Wieczny awangardzista, wbrew awangardowej z definicji momentalności i jednorazowości. W tym myśleniu o wierszu jest cała polska poezja nowoczesna. Głownie ta skupiona na języku. Powiedziałbym nawet, że jej drugie narodziny, od czasów aktu założycielskiego w wierszach Kochanowskiego, który odkrył poetycką polszczyznę jako taką. Norwid należy do tych poetów, którzy odkryli poetycki potencjał samego języka, a nie tylko poetycką możliwość jego użycia. Norwid ma większe znaczenie w poezji europejskiej od Baudelaire’a, którego był rówieśnikiem, i którego czytał z uwagą. Oczywiście wpływ jego był tylko na polszczyznę, ale porównywalnie znaczniejszy, bo Baudelaire odsłonił tylko pewną nową wrażliwość, nie nową techne. Najkrócej mówiąc, Norwid odkrył, że proces pisania jest skutkiem procesu czytania znaków, które pojawiają się jako coś, co chce być zanotowane tym jedynym wierszem, i tak tylko, wraz ze wszystkimi składowymi zapisu, które wyłażą po drodze od inspiracji do ostatecznego tekstu. Najważniejszą ideą awangardowości ogólnie pojętej jest bowiem tworzenie przez analizowanie samego aktu twórczego i z materii powstającego dzieła. Przy czym tym aktem jest całość doświadczenia życiowego artysty, a tą materią cała rzeczywistość. Dzięki temu dzieło nie koncentruje się na samym sobie, nie odrywa się ani od świata innych ludzi, ani od konkretnego życia, lecz zagłębia się w istotę tego złożenia, pomijając to, co przypadkowe, nieważne, zakłócające. Tu nie chodzi o to, żeby napisać wiersz, tylko żeby zostawić ślad pewnego wysiłku. Ale w przeciwieństwie do modelowego awangardzisty, który bardzo chce zaczynać za każdym razem od zera, Norwid ma świadomość, że do naszego doświadczenia należy również tradycja, i że ona nas jakoś wobec świata ustawia, chcąc nie chcąc. Stąd jego erudycyjne autoanalizy siebie jako bytu wspólnotowego.

Piszesz we wstępie, że aforyzmy Norwida są natrętnie cytowane przez polityków przeciwnych obozów. Rozumiem, że chodzi o Polskę. Czy zatem istnieje jakaś Norwidowa idea polskości?

Przyznam, że pociąga mnie przeczucie, że Norwid myśli o każdej narodowości jako doczesnej, w istocie politycznej, formie spełnionego człowieczeństwa. To znaczy takiego, kiedy w indywidualnej egzystencji dochodzi do zrealizowania się projektu uniwersalnego. Wówczas wszelkie partykularyzmy narodowe to byłyby tylko historyczne uwarunkowania, jakby metamorfozy tej jednej idealnej postaci. I one muszą się pojawiać, bo idea nie ma postaci własnej. Romantycznym językiem mówiąc, idea człowieka jest tworem czysto duchowym, a więc ma postać raczej hermeneutyczną i performatywną, działa jako wiara, która pcha do czynów. Wzorzec człowieczeństwa jest zdaniem Norwida, zgodnie zresztą z chrześcijańskim dogmatem, jakoś nam tajny, ale źródłowo wieczny, bo stworzony przez Boski Logos, działa jednak w czasie, w historii, egzystuje. Historia jest zresztą dana nam właśnie po to, żeby się ten wzorzec w nas klarował. Dlatego „ludzkość” historycznie przyjmuje postać kultury, cywilizacji. A cywilizacje, jak wiemy, są śmiertelne. Ale tylko dlatego, że przenoszą się w inne miejsce, jakimś wiatrem niesione zasiewają się gdzie indziej. Dzieje narodów, rozmaite narodowe tożsamości, to coś na podobieństwo mitycznych scenariuszy, które musimy sobie wzajemnie opowiadać, bo żadna postać kanoniczna mitu nie istnieje, są tylko wersje; a nawet muszą być, bo to ich permanentne kreowanie jest warunkiem życia ludzkiej wspólnoty. Naród to więc nie rasa, nie krew i terytorium, lecz wspólnota wiary i doświadczenia. Norwid nie znosił „scjentystów”, nie wierzył w biologiczne, materialne uwarunkowania duchowości, ani też nie wierzył w jakieś wcielanie się Ducha w materialne twory. Duchowość to jest wedle niego kreacyjna możność człowieka. To, nawiasem mówiąc, różniło jego cywilizacyjny projekt od różnych systemów genezyjskich, metempsychicznych, gnostyckich, ale i od heglowskiej konieczności dziejowej. A to były poglądy w dziewiętnastym wieku niezwykle popularne, to wisiało w powietrzu. Wiek dziewiętnasty był strasznie zadufany w sobie, przekonany o własnej rozumności i wynikającej z tego wyższości. Ta cała „naukowość” zwykle popadała w elokwentne bałamuctwo. Ale wówczas bardziej niż w naszym stuleciu, rozkoszującym się swoją stabilizacją, wierzono w postęp. Norwid z tej nowoczesności drwił bezlitośnie, kpił głownie z salonowych elit, karykaturyzował intelektualne mody. A sam był na wskroś człowiekiem współczesnym; zaprzeczeniem nostalgii Słowackiego, staroświeckich nawyków Mickiewicza, lęków Krasińskiego. Jeśli wyciągał wzorce z przeszłości, to po to, żeby pokazać, jak to kiedyś dążyło się do wielkości, nie do nowości.

Podjąłbyś się określić, jakie miał poglądy polityczne? Czy on sobie jakoś wyobrażał wolną Polskę?

Oczywiście republikańskie, bliżej Słowackiego, ale chyba bardziej indywidualistyczne. To był jakiś solidaryzm społeczny, ani wspólnotowy socjalizm, ani rywalizacyjny liberalizm. Naród to wspólnota wartości, a państwo to projekt cywilizacyjny, który realizuje się za pomocą instytucji. Norwid opowiada się za projektem przeciw systemowi. I na dodatek motywuje ten wybór moralnie, jako przypisaną człowiekowi powinność tworzenia, nie zaś poddawania się prawom. Była w tym też pokusa anarchii, jako nie-rządu. Bo jeśli ktoś zrozumie sens danej mu wolności, to zrozumie też swoją powinność, a wtedy nie trzeba mu niczego nakazywać. Oczywiście to nie od razu się stanie, ale jednak powinniśmy mieć to stale na uwadze. Państwo nie było jego ulubieńcem, raczej gromada. Coś na kształt kościoła niehierarchicznego. Jeśli już państwo, to programowo niestabilne, doskonalące się. Raczej państwowość jako wehikuł kultury.

Był chyba dość krytyczny wobec Polaków?

Rodakom zarzucał głównie małostkowość, czyli że nie dają z siebie wszystkiego, żeby rozwinąć talenty, które im dano jako zadanie. Postrzegał dzieje Polski jako ciąg straconych szans. Zarzucał polskim elitom gnuśność, brak ambicji, nieoryginalność, za to skłonność do samooszukiwania się. Ten wątek podejmie później Wyspiański. Uznawał „patriotyzm” za obowiązek przekraczania siebie, nie za wyraz miłości do siebie. Polska nie miała być Chrystusem uciemiężonym, lecz gorliwym apostołem.

Widzę, że masz to wszystko przemyślane… Czy to nie są po prostu przemyślenia samego Artura Grabowskiego, pod pretekstem myślenia Norwidem?

Ja już nie do końca wiem, czyje to jest! Ale dobrym prawem następcy jest wykorzystać poprzednika. Poeci nie cytują jak akademicy, lecz kradną, konsumują i trawią!

Na koniec powiedz jeszcze coś o samej serii „Poeci do kwadratu”. Kto wybiera, kogo wybierają, jak widzisz jej ewolucję?

Rewitalizację Państwowego Instytutu Wydawniczego w nowej formule, jako instytucji kultury, uważam za jeden z najfortunniejszych pomysłów polityki kulturalnej obecnej władzy. Taki wydawca może myśleć tylko o jakości. To jest załoga znakomitych redaktorów pod kapitanem, który naprawdę lubi ambitną literaturę, a w szczególności poezję. Nie ukrywam, że wystawiam laurkę osobie znanej mi osobiście. Serię „Poeci do kwadratu” redaguje na dodatek znakomita poetka, Anna Piwkowska, która zna środowisko, więc wie, co komu zaproponować. W pierwszym okresie wszyscy rzucili się na poezję ostatniego stulecia. I trudno się dziwić, bo ona jest nam najbliższa, wciąż żywa czytelniczo. Ale przecież to nie jest cała polska poezja! Dlatego teraz słusznie idzie to w głąb. Do źródeł! Dzięki temu wybory i komentarze współczesnych poetów odsłaniają ich samych, ale też mimowolnie projektują przyszłość naszej poezji. Dostrzegamy jej różnorodność, jej potencjał. Chciałbym, żeby to prowokowało radykalne wybory, radykalne ingerencje w tradycję. Mam wrażenie, że większość kolegów i koleżanek tymi wyborami ujawnia pewien związek osobowości raczej niż poetyk, bo to zawsze jest jakiś powrót do siebie jako poety. Generalnie artyści nie lubią analizować własnej techniki, bo czują, że wytrącają sobie narzędzia z ręki. Ja widzę w tym układający się ciąg metamorfoz archetypu polskiego poety. Jeśli ktoś to kiedyś przebada, to napisze nową historię literatury polskiej! A ta jest nam bardzo, ale to bardzo potrzebna! Bo taka historia nie została napisana po transformacji; podejrzewam, że ze strachu przed utratą bezpiecznych złudzeń, jeśli nie po prostu zatrzymana w sieci dziedzicznych towarzyskich koneksji. Potrzeba nam też rewitalizacji poezji. Bo chociaż wychodzi masa tomików, to dzisiaj poezja jest chyba w odwrocie, nie ma tej siły oddziaływania, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nie jest słabsza, mamy wciąż jedną z najwyższych średnich w Europie, ale znormalniała, a więc i spowszedniała. Nie ma dziś poetów wiodących, bywają efemeryczne gwiazdki i krótkotrwałe wybuchy oraz lokalne kulty. To norma czasów przejechanych walcem globalizacji. A takie kolorowe, poręczne tomiki ktoś sobie kupuje, kierując się osobistą sympatią, a więc odnawia się intymna potrzeba kontaktu z poezją jako taką, bo zarazem tradycyjną i najnowszą. I wtedy następuje moment odkrycia nieoczekiwanych powiązań, jakieś nitki się ciągną, wyciągają coś z ukrycia. Z tych odkryć mogą narodzić się nowe spojrzenia na świat, bo w końcu do tego, do tej zmiany zapatrywania, służy sztuka. Zajadli obrońcy wszelkich „normalizacji” i „stabilizacji” powinni zacząć się bać…

 Cyprian Kamil Norwid, „Człowiek”

C. K. Norwid, Człowiek, wybór i wstęp A. Grabowski, PIW, Warszawa 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Artur Grabowski, Andrzej Mirek, Norwid syntetyzuje różnorodności, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 54

Przypisy

    Powiązane artykuły