02.07.2020

Nowy Napis Co Tydzień #056 / Zgodnie z literą prawa

Spośród grona „łowców nazistów” palmę pierwszeństwa dzierży Simom Wiesenthal. Jego działalność obarczona tragiczną historią (w czasie Holokaustu ginie cały ród Wiesenthalów, on sam jest więźniem sześciu obozów koncentracyjnych) stała się wyrzutem sumienia dla świata. Przypominał, tropił, oskarżał. Nie z zemsty, jak zaznaczał, ale dla sprawiedliwości. Zapewne każdy kraj, do którego dotarł płomień Szoa, miał swojego Simona Wiesenthala. Polska miała Jana Sehna. Człowieka, który nie stracił rodziny w wyniku Holokaustu, nie był więźniem obozów koncentracyjnych, nie miał wytatuowanego numeru na przedramieniu. Nie tylko dlatego postać Jana Sehna, przewodniczącego Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Krakowie, jest dziś mało znana. Filip Gańczak próbuje podążyć tropem polskiego łowcy nazistów. A on, wzorem swoich przeciwników, umiejętnie je zaciera. 

Na miejscu zbrodni

Celem każdej biografii jest pokazanie kilku wcieleń mieszczących się w jednej osobie. Ilu było Janów Sehnów? Raczej jeden; nie ma tu zaskakujących zwrotów w życiorysie. Przedwojenny sędzia, po wojnie główna postać przesłuchująca i przygotowująca akty oskarżenia niemieckich zbrodniarzy wojennych. Wobec nowej władzy zajmie niejednoznaczne, jakby rozdwojone stanowisko. Jeśli coś jest w jego życiu punktem stałym, magnetyczną północą, to jest nim Auschwitz-Birkenau. Ale wtedy, los terenu i infrastruktury obozu nie jest jeszcze jasno określony. Teren wojskowy? Miejsce zbrodni? Cmentarz? Muzeum? Zbyt dużo w tych odpowiedziach zależy od Rosji. Armia Czerwona dociera do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau 27 stycznia 1945 roku. Zastaje szokującą prawdę oraz około 7,5 tysiąca więźniów. Niemal pięciuset umiera w pierwszych dniach wolności. Na terenie obozu znajduje się jeszcze około sześciuset ciał więźniów zastrzelonych tuż przed wyzwoleniem. Żołnierze rosyjscy znajdują też rzeczy, z którymi nikt nie wie co zrobić – 7 ton ludzkich włosów, magazyny pełne walizek, butów, okularów. Doły spaleniskowe z ludzkimi prochami, pozostałości pieców krematoryjnych, a nade wszystko żywi świadkowie nie pozostawiają wątpliwości, dlaczego Auschwitz-Birkenau nazywano anus mundi, odbytem świata. Co począć z miejscem, które wymyka się racjonalizacji? Ratować pozostałych przy życiu więźniów – tak, ale również – iść dalej na Berlin. Wykorzystując istniejącą infrastrukturę obozową, Armia Czerwona zapełnia baraki nowymi więźniami. To niemieccy jeńcy wojenni oraz Polacy z Górnego Śląska i Opolszczyzny, potraktowani przez Rosjan jako folksdojcze. Czerwonoarmiści poczynali sobie w wyzwolonym obozie różnie. Obok pełnej współczucia pomocy – gorączkowe przeszukiwanie terenu oraz zwłok w celu znalezienia kosztowności czy potańcówki na dachu budynku komory gazowej. Nawet zdemontowanie napisu Arbeit macht freii próba wywiezienia go w głąb ZSRR. Zauważył to Eugeniusz Nosal, który przekupił żołnierza i wyniósł napis z wagonu. W 1947 roku, w dniu otwarcia Muzeum Auschwitz-Birkenau napis wisiał już na swoim miejscu. Ale zanim to nastąpi, teren obozu drastycznie zmieni się. Zniszczyć, zaorać, zapomnieć? To zapewne głos emocji. Ocalić jako świadectwo, straszliwe memento? To raczej głos rozsądku. Zanim zwycięży ten drugi, część baraków więziennych zostaje rozebrana, a pozyskane drewno wysłane w głąb Polski jako materiał budowlany. Odbudować się chciała Warszawa, ale i Oświęcim. W tym pomieszaniu pojęć, racji żywych i umarłych, w kwietniu i maju 1945 roku Jan Sehn zbiera na terenie Auschwitz-Birkenau wszelkie pozostałe dokumenty. Wyciąga nadpalone z ognisk, wilgotne z zalanych piwnic, zbiera ubrudzone kałem. Papier jest papier, a w czasie po wyzwoleniu obozu jego przeznaczenie ulega transformacji zgodnie z potrzebami żywych. W dodatku w Auschwitz-Birkenau stacjonują wciąż Rosjanie, dla których to teren wojskowy, ograniczają zatem przepustkami dostęp, wydzielają miejsca, gdzie można się dostać. I sami zbierają, i wywożą materiały do Rosji. Czasem bezpardonowo podkradają owoce cudzej pracy: Sehn skarży się, że dwie ciężarówki, na które załadował zebrane materiały, odjechały „w nieznanym kierunku”. Filip Gańczak w biografii krakowskiego sędziego będzie podkreślał raz za razem: to, że w takich okolicznościach udało się przeprowadzić procesy zbrodniarzy niemieckich z pełnym poszanowaniem prawa, jest rzeczą niewiarygodną. Twarzą tych procesów będzie właśnie Jan Sehn.

Słowa przeciwko świadkom 

Filip Gańczak wylicza: Amon Göth, Rudolf Höss, Maria Mandl – to tylko najsłynniejsi ze zbrodniarzy, których przesłuchiwał Jan Sehn. W większości to nie tyle przesłuchania, co batalie psychologiczne, gdzie słowa, czyny, oceny moralne otrzymują zupełnie nowe znaczenie. Zeznania zbrodniarzy układają się w jakąś przewrotna litanię anty-sensu, wypaczenia pojęć i bezpardonowego wyparcia. Amon Göth, komendant obozu w Płaszowie, który lubił strzelać do więźniów ze swojego balkonu, w zeznaniach przedstawia się jako… miłośnik zwierząt. Nie ma pojęcia, że Auschwitz-Birkenau było obozem zagłady, choć sam wysyła tam chorych więźniów wraz z dopiskiem, że domaga się zwrotu ich pasiaków. Rudolf Höss długo obstaje przy tym, że nie miał pojęcia, że na jego terenie obozu były dokonywane eksperymenty na ludziach. Tłumaczy, że myślał, iż są to eksperymenty na zwierzętach. Na pytanie Sehna, po co w takim razie byli potrzebni zatrudnieni pielęgniarze, nie znajduje odpowiedzi. Maria Mandl, nadzorczyni z Ravensbrück i Auschwitz-Birkenau, twierdzi, że nigdy nikogo nie biła. No chyba, że za złamanie regulaminu, albo gdy ktoś był bezczelny. Nie wiem, nie pamiętam, to nie ja – odmieniane przez wszystkie przypadki. Przez pewien okres zbrodniarze zdają się wodzić za nos wymiar sprawiedliwości. Miejsca przestępstw się zmieniły, część komór gazowych została wysadzona w powietrze, brakuje świadków i twardych dowodów. Jan Sehn zdaje sobie sprawę, że aby procesy były przeprowadzone zgodnie ze sztuką prawniczą, musi pozyskać świadków. To wtedy udaje mu się rzecz nowatorska jak na swoje czasy i warunki, w których działa. W lipcu 1947 roku w Warszawie i Krakowie w ruchliwych miejscach umieszcza duże fotografie z podpisem:

Pierwsza grupa SS-owców z obozu koncentracyjnego Oświęcim-Brzezinka. Wzywa się wszystkie osoby, które posiadają wiadomości o tych przestępcach i ich działalności, do niezwłocznego zgłoszenia się w lokalu komisji celem złożenia zeznań w charakterze świadków.

Świadkowie przybywają; mają odwagę mówić i wskazywać palcem. Ich zeznania, tak charakterystyczne dla pierwszych miesięcy po wyzwoleniu, są chłodne i rzeczowe. „Łaźnia”, „specjalne traktowanie”, „przesiedlenie na Wschód” – tylko dzięki świadkom jest możliwe rozszyfrowanie tych pojęć z oficjalnej obozowej dokumentacji. Na każde kłamstwo zbrodniarzy Sehn wyciąga dokument i wskazuje: tu jest pański podpis. Fakt posiadania dokumentów (które miały być przecież zniszczone) oraz kultura osobista Sehna robią wrażenie na oskarżonych. I tu dochodzimy do momentu, gdy książka Filipa Gańczaka pęka i ujawnia swoje mocne i słabe strony.

Daniel w jaskini lwa

Jeśli potraktować osoby, które ściga Jan Sehn jako swoisty cień – ciągnący się za nim przez lata – to trzeba stwierdzić, że Gańczak dokładnie, a przede wszystkim ciekawie, pokazuje ich zachowanie w celi, w trakcie procesu, przyjętą linię obrony. Sęk w tym, że tyle samo miejsca poświęca swojemu bohaterowi, ile jego przeciwnikom. Prowadzi to do niebezpiecznego stwierdzenia, że gdyby nie było ciągnącego się za krakowskim sędzią długiego cienia zbrodniarzy, to nie byłoby Jana Sehna. Paradoksalnie: bez cienia, nie byłoby jego jasnej gwiazdy. Z biografii nie dowiem się zbyt dużo o prawdziwych emocjach, dylematach Jana Sehna. Przecież zderzenie ze zbrodniarzami, z twarzami „banalnego zła” w systemie dramatycznie kurczącej się demokracji, musiało być fascynujące. Co czuje wtedy Sehn? Czy traci wiarę w człowieka, czy wraca nocą do domu i kocha się rozpaczliwie z żoną, a może próbuje nadmiar zła utopić w kolejnych kieliszkach wódki? Wydaje się, że Filip Gańczak nie zdołał przebić się przez obraz, jaki sam Sehn stworzył: eleganckiego, palącego papierosa za papierosem pracoholika o nienagannych manierach. Tak został zapamiętany i tak utrwalony na fotografiach. Ale przecież musi być coś więcej; ten obraz, który powstaje, gdy odkłada się aparat fotograficzny. Na tle zbrodniarzy wojennych, ich brawurowych ucieczek, konfabulacji, Sehn wypada zwyczajnie papierowo. Gańczak, choć rozrzuca niemal po całej książce „drobiny charakteru” krakowskiego sędziego, nie potrafi złożyć tego w jeden pulsujący życiem obraz. Nie jest to do końca wina autora, raczej pewnego sposobu życia Jana Sehna w państwie przejmowanym przez komunistów. Gdy przyglądamy się postaci polskiego tropiciela nazistów, uderza wpływ, jaki miał na oskarżonych. To po spotkaniu z nim i przesłuchaniu zbrodniarze zaczynają pisać. A są to rzeczy znaczące i objętościowe. Maria Mandl, z wykształceniem ledwie podstawowym, pisze do niego dwudziestosześciostronicowy list, w którym pod koniec sama zrównuje się z więźniami obozów koncentracyjnych. Arthur Liebehenschel, komendant Auschwitz i Majdanka, pisze list na siedemdziesiąt pięć stron. Rudolf Höss pisze… biografię. Czytelnik dotyka tutaj jakieś tajemnicy osobowości Jana Sehna. Posługując się terminologią psychologiczną, można by stwierdzić, że krakowski sędzia prowokuje oskarżonych do procesu uznania przed samym sobą ciężaru dokonanych czynów. Posługując się językiem właściwym dla religii, można stwierdzić, że w tych pracach literackich dokonuje się spowiedź generalna. Nie jest to nieuzasadnione, bowiem Höss pod koniec życia nawraca się. Na ile świadomie to czyni, pozostaje kwestią dyskusyjną.

Kolejną ciekawym aspektem Sehna jest jego sprzeciw wobec kary śmierci. Przypomnijmy, że mówimy tu o człowieku, który zbierał materiał dowodowy, wobec którego nie miał wątpliwości, że pogrąży oprawców, a wyrok końcowy może być tylko jeden. Gańczak cytuje arcyciekawą wypowiedź Sehna, gdzie ten trochę się odsłania:

Wina w skali obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau rozsadza wszystkie przyjęte w stosunkach międzyludzkich kryteria dobra i zła, prawdy i fałszu, prawa i bezprawia, tego, co słuszne i niesłuszne – i dlatego przekracza granicę zdolności osądu przez pojedynczego sędziego śledczego. 

Na tropie Jana Sehna

Kim zatem był naprawdę człowiek, który przez tyle lat patrzył w ciemność, mierzył się z osobowym złem? Z pewnością na plus należy zapisać Gańczakowi, że nie stworzył trywialnego portretu nieskazitelnego, rycerskiego prokuratora, który jest ludzki dla nieludzkich oskarżonych. Brakuje mi jednak w książce Gańczaka samego Sehna z krwi i kości. Z drugiej strony, Sehn to człowiek celowo skrywający swoje wnętrze. Gdy komuniści przejmą już władzę, będzie obawiał się o swój los. W końcu był sanacyjnym sędzią, brał udział w procesie socjalistycznego działacza Bolesława Drobnera. W latach stalinizmu pisze w uzasadnieniach wszystkie wymagane politycznie farmazony, zupełnie jakby strach o własne życie zwyciężył. Wraz z odwilżą porzuca ten nieprzystający do niego język. Umiera nagle, na zawał serca w 1965 roku. Z podwójną oceną. Przez przeciwników krytykowany za przywłaszczanie pieniędzy. Sympatycy będą za to podkreślali, że w dobie zimnej wojny udało mu się stworzyć przestrzeń współpracy dla sędziów polskich i niemieckich, którzy badali zbrodnie Holokaustu. 

Nie mniej frapująca od oceny Jana Sehna jest wymowa książki Filipa Gańczaka: nie znamy polskiego tropiciela nazistów. Udało mu się, żyjąc w państwie opresyjnym, pozacierać za sobą ślady. I teraz bardziej znamy Simona Wiesenthala, niż Jana Sehna. 

 

F. Gańczak, Jan Sehn. Tropiciel nazistów, Wołowiec 2020.

 

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego:  https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Zgodnie z literą prawa, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 56

Przypisy

    Powiązane artykuły