16.07.2020

Nowy Napis Co Tydzień #058 / Za miedzą, za wodą. O podróżach i imaginacjach

Zacznę od przypomnienia pewnego klasycznego cytatu, na użytek mniejszego tekstu bardzo akuratnego: 

Wędrowcami jesteśmy wszyscy, bez wyjątku. Tak było, odkąd istnieją ludzie, i tak będzie zawsze. […] jakkolwiek różniły się powody, wędrowność pozostaje. Pieszo, konno, na kołach, parą, elektrycznością, benzyną i cokolwiek jeszcze może nastąpić: środki są obojętne, wędrówka trwa. Czy idę do gospody, czy okrążam świat: wędruję. […] Są i tacy, co […] w ogóle nie mogą wędrować, więc podróżują we własnym mózgu, w imaginacji; także i ci mogą zajechać daleko, daleko… ale stać w miejscu – nie, tego nie ma!

Tak przed ponad wiekiem opiewał naturalny naturze ludzkiej pęd życiowy malarz Alfred Kubin w swojej jedynej powieści zatytułowanej Po tamtej stronie. Pisał wówczas o wyprawie nie tylko dalekiej, ale i wyobrażonej na miarę ówczesnej wyobraźni; o podróży onirycznej i cudownie fantastycznej, chociaż podczas lektury ma się wrażenie, że wiele zjawisk i zdarzeń w jego świecie przedstawionym wcale nie jest zmyśleniem.

Po z górą stu latach niewiele się pod tym względem zmieniło: o ile szybki transport skraca dystans i turystycznie można już zaglądnąć w niemal każdy zakątek świata, to pisanie o swoich wrażeniach nadal przynależy do sfery tyleż realistycznej, co imaginacyjnej. Dwie podróżnicze premiery księgarskie polskich autorów, które pod koniec maja pojawiły się na rynku, świetnie tego dowodzą.

Tamte Czechy, tamte czasy

Mariusz Szczygieł wydał właśnie kolejną książkę poświęconą swojemu ulubionemu tematowi, czyli Czechom – w znaczeniu zarówno kraju, jak i mieszkańców. Zaskoczenie? W przypadku tego autora oczywiście nie. Co prawda z założenia rzecz dotyczy tylko stolicy (tytuł brzmi: Osobisty przewodnik po Pradze), ale przecież to jak zwykle pretekst, by kulturowo wyjść poza administracyjne granice metropolii i napisać coś o samym narodzie, do którego wciąż – choć może nie zawsze do końca racjonalnie – my, Polacy, czujemy sympatię.

Zatem zaskoczenia brak, za to odczuwam pewną ulgę. I nie tylko dlatego, że najchętniej czytamy/słuchamy/oglądamy to, co już znamy, jak w przybliżeniu twierdził pewien filmowy klasyk. Nie. Po prostu poprzedni tytuł Szczygła, Nie ma, jakkolwiek mający swoją egzystencjalną „wagę”, bo wypełniony po brzegi dojmującą refleksją o przemijaniu – wydał mi się zbyt wykoncypowany, a teksty trochę usilnie sklejone w jedną książkę. Poza tym, o ile już wcześniej zdarzało się Mariuszowi Szczygłowi pisywać nawet trącące liryką teksty, to sentymentalizm poprzedniego tytułu jest jednak jego niekoniecznie największym atutem. Zatem mnie tamta lektura, choć oczywiście warta uwagi, nie zachwyciła, mimo iż powinna zachwycać jako wielokrotnie przez różne gremia wyróżniana… Cóż, powiedziałbym o niej tak, jak ponoć Jerzy Andrzejewski wyraził się niegdyś o Witoldzie Gombrowiczu: „Doceniam, ale nie podziwiam”.

Teraz autor wraca jednak do tematu sprawdzonego, przećwiczonego… ale czy może już przezeń wyeksploatowanego? Czy to zatem ledwie „powtórka z rozrywki”, jakieś autotematyczne „dokrętki” albo odpady z wcześniejszych wydawniczych montaży? Otóż nie! Odnosi się wrażenie, że Szczygieł wciąż chowa w zanadrzu zapas pysznych, czeskich przysmaków, trzymając je na kolejne premierowe okazje, że wciąż wyciąga przed oczy zachwyconego konsumenta literatury nowe pozycje z menu naszych południowych sąsiadów. Albo też inaczej: może po prostu nadal poszukuje, eksploruje i wydobywa z niebytu świeże informacje, szczegóły, smaczki i ciekawostki. Możliwe zresztą, że jedno i drugie; nieważne, istotny jest efekt. A ten ponownie zachwyca barwnością spostrzeżeń, jędrnością przytaczanych historii, narracyjną swobodą i humorem: wszak jakże bez tego ostatniego w ogóle pisać i mówić o Czechach?

Szczygieł nazwał swoją książkę osobistym przewodnikiem, ale jest ona czymś znacznie więcej: to narowista kronika jego kolejnych spacerów po Pradze i spotkań z nietuzinkowymi postaciami; to prywatny – a często niemalże intymny – dziennik rejestrujący wrażenia i emocje towarzyszące tym wizytom i rozmowom; to wreszcie swoisty alfabet wspomnień, choć, paradoksalnie, niezachowujący porządku alfabetycznego. I bardzo dobrze, bo grzeczne poukładanie narracji bardzo by temu niekonwencjalnemu bedekerowi zaszkodziło. Zresztą… okiełznać specyficzny czeski żywioł? To misja chyba niemożliwa.

Autor oprowadza zatem po stolicy Czech, jak zwykle przetykając opisy ciekawych miejsc, oryginalnych obiektów i niebanalnych dzieł sztuki sylwetkami intrygujących osobowości. Pośród tych ostatnich nie mogło zabraknąć takich sław, jak: Jaroslav Hašek, Egon Kisch, Max Brod, Milan Kundera, David Černy, a przede wszystkim – podobnie było W niektórych wcześniejszych tekstach autora Osobistego przewodnika – Bohumil Hrabal czy Franz Kafka. Nie ma tu oczywiście sensu przypominać o nich informacji znanych już wszem wobec (Szczygieł też tego nie robi); warto po prostu odesłać do konkretnych rozdziałów książki, w których autor świetnie odtwarza koloryt lokalny „tamtych” Czech(ów) i „tamtych” czasów. To zaś, co ciekawe, nieodłącznie związane jest z gastronomią – tak się składa, że kultura, osobliwie zaś pisarstwo, często idzie w parze z konsumpcją. Przywołanie znanych postaci i ich tekstów jest zatem dobrym pretekstem, żeby opowiedzieć o gospodach, piwiarniach, kawiarniach i restauracjach, od samej wyliczanki których może zakręcić się w głowie, jeszcze bez degustacji tego i owego. Wędrujemy zatem wraz z publicystą przez kolejne piwniczki, partery i piętra, siadamy przy kolejnych kontuarach i stołach, raczymy się kolejnymi prostymi zestawami dnia I daniami wyszukanymi, jakich nigdzie indziej człowiek nie uświadczy. Do uczty podniebienia dokłada swoje uczta estetyczna: piękno i osobliwość tamtejszych lokali, spośród których w pamięci zostają na pewno „Arco”, „Slavia”, „Młyńska” czy „Dupárna”, jakże inne od tych, które zwykle zachwala się turystom w wakacyjnych folderach.

Tak, kuchnia tu zdecydowanie przemówi do odbiorcy, może i dlatego, że Szczygieł perfidnie pozostawił na sam koniec osobny rozdział na jej temat, wywołując w nas stan gastronomicznego pożądania. Ale owo pożądanie obejmuje nie tylko poczucie fizjologicznego niespełnienia; równie dolegliwe po lekturze staje się pragnienie sztuki, o której mówi się tu często, bo to nie tylko samo pisarstwo, ale też rzeźby i architektura (utrwala się obraz Pragi kubistów), i muzea, i świątynie, i film, i fotografia, a wreszcie muzyka – od przyśpiewek ludowych po wędrówki śladami choćby genialnego Wolfganga Amadeusza.

Wszystko to przeplatane jest miniesejami o naturze tego niewielkiego kraju i narodu, o usposobieniu mieszkańców, które pozwoliły im przetrwać wiele systemowych opresji. Wielka polityka pojawia się w książce na szczęście rzadko, najczęściej wraz z przypomnieniem historycznej już postaci Václava Havla, prażanina z dziada pradziada, czy też sylwetki współczesnego decydenta Andreja Babiša. Jednak nawet wtedy tekst raczej uczy i bawi, niż tumani i przestrasza.

Szczygieł, jak wiadomo, potrafi równie zajmująco opowiadać o wszystkim, tak więc w jednym z rozdziałów pisze o stosunku Czechów do książek, w innym o ich poczuciu humoru, gdzie indziej sporządza listę tamtejszych „przebojów” kulturowych albo zajmuje się kwestią różnych przekładów na polski powieści o Szwejku (a przy okazji na pierwszy plan wysuwa się Helena Stachová, bodaj najbardziej zasłużona tłumaczka literatury polskiej na czeski); poza tym wyjaśnia (z przykładami!), dlaczego przekleństwa nad Wełtawą brzmią mniej okazale niż w naszej ojczystej mowie, ale za to humorystyczne dwuznaczności tamtejszego języka pozwalają na upamiętnianie zdarzeń czy postaci, które nad Wisłą nie miałaby raczej takiej szansy (polecam zwłaszcza rozdział o tablicy poświęconej Padlým ženám).

Skoro już o pamięci, historii i tradycji – nagromadzenie oryginalnie zaprojektowanych pomników oraz rzeźb w Pradze jest faktycznie niewiarygodne. Obok przejmującej grozą instalacji poświęconej ofiarom komunizmu czy, przeciwnie, groteskowego, bo konnego i zarazem niekonnego pomnika Haška, natrafić tam można na tak osobliwe formy, jak Pusty płaszcz, Odświeżacz powietrza i – tu zrezygnuję z wersji polskiej – Prdele. A ponadpięciometrowa konstrukcja Idiom, zwana też słupem wiedzy w bibliotece miejskiej? Ta dopiero robi wrażenie! Wrażenie równe może tylko reakcji na gigantyczną (o masie prawie 40 ton), kinetyczną rzeźbę przedstawiającą głowę Kafki. Notabene, jest w Pradze też inna oryginalna rzeźba autora Procesu, ale przecież tych osobliwości prażanie w ogóle mają nadmiar – vide cały park nietypowych rzeźb (pośród nich Mały Marsjanin czy Życzliwe kamienie). Dodajmy od razu, że jest też w stolicy, dla kontrastu, dławiący w gardle od wzruszenia Pomnik rozstania na kolejowym dworcu głównym.

Nie wszystko jednak potrafi w równym stopniu zachwycić Szczygła i dobrze, że autor tego nie ukrywa. Bowiem takie Muzeum Kafki na przykład to jeden wielki fake, jak się dzisiaj mówi (albo „ściema”, używając potocznego określenia młodego pokolenia), ponieważ nie ma tam ani jednego oryginalnego eksponatu związanego pisarzem. Nic tylko imitacje, podróbki i wszechobecny kicz. No ale przyznajmy: wymyślić coś podobnego i wciskać jako atrakcję turystyczną… to też jest sztuka!

À propos wciskania: w trakcie lektury tej książki sporadycznie odnosiłem wrażenie, że niektóre pasaże są w niej trochę na siłę dorzucone, a ich zabawność – wymuszona. A przynajmniej ja nie „kupiłem” zanadto beletryzowanych rozdziałów o spotkaniu z Jardą Švecem i z Blanką Matragi czy zbyt popisowo brzmiącego wywodu o erotycznej (między innymi) atrakcyjności Karela Gotta. Niepotrzebnie też wciskały się, nawet w przypisach, regularne podpowiedzi dla czytelnika, by zaglądać do wcześniejszych publikacji Szczygła – zaprawdę, ta nachalna autoreklama zupełnie nie jest potrzebna jego wiernym czytelnikom, a tym bardziej fanom (są przecież i tacy). I chyba też czasem Szczygieł jednak nie do końca wierzy w inteligencję i wiedzę swoich czytelników – na przykład wtedy, gdy „zdradza” im z triumfem wtajemniczonego, iż „mało kto wie”, że słowo „robot” wprowadził do powszechnej świadomości Karel Čapek. No, naprawdę dzisiaj to już nowina nie pierwszej świeżości…

Nie umniejsza to oczywiście w niczym wartości oraz atrakcyjności całej publikacji, a przede wszystkim zwykłej przyjemności płynącej z lektury, dodatkowo uzupełnionej bogatą bibliografią (ponad sto pozycji) i kilkoma mapkami. Nazwa wydawnictwa okazuje się w tym przypadku szczególnie adekwatna: Szczygieł, wznosząc się ponad budowane przez nas stereotypy, dostarcza bowiem wielu „dowodów na istnienie” innych – mianowicie tych prawdziwych Czechów, prawdziwego obrazu ich kraju i stolicy. Satysfakcja z odbioru książki miała być w zamierzeniu chyba nawet większa, gdyż tekst został bogato zilustrowany fotografiami Filipa Springera – to równie znane nazwisko wyeksponowano na okładce i stronie tytułowej, zakładając w zasadzie równorzędność autorską. Niestety: albo zabrakło obróbki zdjęć przed oddaniem do druku, albo to wina papieru, ale ich jakość techniczna jest niedobra, przez niuanse kształtów i barw giną w ciemnych szarościach. Szkoda, bo była szansa na imponujące „dwa w jednym”; tymczasem dostajemy co najwyżej „jeden i pół”.

Listy z Afryki

Na przeciwnym biegunie pod względem staranności edytorskiej stoi natomiast nowa książka Marcina Kydryńskiego Dal. Listy z Afryki minionej. Papier dobrano tu zapewne nie tyle dla tekstu, co bardziej dla licznych – będących inspiracją dla autora – ilustracji, a są nimi skany dawnych, pochodzących głównie z przełomu XIX i XX wieku, kartek pocztowych wysyłanych z Czarnego Lądu do Europy.

Kydryński – postać, której, podobnie jak Szczygła, dokładniej przedstawiać nie trzeba – wędruje zatem w czasy fin de siècle’u, w długie dekady epoki wiktoriańskiej, tej „pięknej epoki”, w pewnym sensie niewinnej, bo wciąż jeszcze przed okrutnym doświadczeniem czekających niebawem ludzkość ogólnoświatowych konfliktów. Epoki jednak zarazem naznaczonej wieloma winami, jako że ów czas intensywnych eksploracji naukowych i odkryć nowych, nieznanych terenów na innych kontynentach był równocześnie czasem zachłannego przywłaszczania i niszczenia przez Europejczyków ziem i dorobku kulturowego tubylców, był także czasem krwawych podbojów dokonywanych przez bezwzględnych kolonizatorów. Czyny te były tak okrutne, że przyrównywano je do gwałtów, stąd jedną z nieoficjalnych nazw Afryki była łacińska terra deflorata. Tak właśnie kilku światowych hegemonów politycznych wcielało egzotyczne kraje w swoje administracyjne struktury, robiąc przy okazji świetny interes ekonomiczny.

Co ważne, autor książki raczej nie operuje historycznymi uogólnieniami, statystykami i faktami powszechnie znanymi. Obrał sobie inną metodologię, zawsze przynoszącą mocniejszy efekt – wstępuje oto w ów dawny świat poprzez opowieści o pojedynczych losach, poprzez portrety osobiste, by nie rzec intymne. Są to portrety, dodajmy, nierzadko imaginacyjne, gdyż na podobieństwo mistrzów ekfrazy Kydryński próbuje najpierw wnikliwie opisywać stare pocztówkowe fotografie (jest ich sto kilkadziesiąt, wybranych z ponadtysięcznej kolekcji), by następnie przejść do domniemanych, notabene całkiem możliwych historii zwykle anonimowych postaci ze zdjęć. Całość zaczyna się od takiego właśnie majstersztyku, gdy autor przesuwa swoje spojrzenie po twarzach licznych postaci na zbiorowej fotografii, odgadując ich losy dawne i przyszłe („wdowa po tym, co się stanie”). No i jak to jest napisane! Skład tekstu nie sugeruje poetyckiego metrum prologu, które wybrzmi wyraźnie, gdy przeczytać choćby fragment na głos: okaże się wtedy, że dostajemy piękny, niemalże regularny jedenastozgłoskowiec, elegancki w stylu, ze starannie dobranymi słowami, któremu ulegamy bez oporu.

Ta książka jest faktycznie, jak sugeruje Kydryński, rodzajem prequela do współczesnych publikacji podróżniczych, w tym i do wcześniej już funkcjonującej na rynku księgarskim Bieli tegoż autora. Jest to opowieść, jak chce jej twórca, „głównie o miłości”, ale też o „rozkoszy i lęku”, jak również „o okrucieństwie”, bo „powstała z żalu” i staje się wielokrotnie „rozmową o śmierci”. Wędrując po drogach i bezdrożach dzisiejszej Afryki, nie można przecież nie zadawać sobie pytań o zadeptane ślady, o utraconą tożsamość i cześć rdzennych mieszkańców, w czym udział mieli niegdyś wielcy władcy Starego Świata autorytarnie mianującego się kolebką cywilizacji. Takiej refleksji niewątpliwie sprzyja właśnie fotografia: owe spojrzenia i gesty zatrzymane w kadrze, uchwycone i unieruchomione na ułamek sekundy czyjeś radości i rozpacze; naiwne uniesienia i stracone zachody miłości. Komentarz płynący niejako „z offu” dodatkowo podbija emocjonalny walor odbioru zdjęć.

Kydryński waha się pomiędzy kilkoma patronującymi jego książce mottami (notabene niemal każdy rozdział jest tu jakimś cytatem opatrzony) – szuka wyjaśnienia, skąd bierze się chęć opisania minionego czasu i świata. Z jednej strony będzie to podkreślające kruchość pamięci zdanie z Emila Ciorana: „Wszystko jest jedyne i przemija na zawsze”. Z kolei przeciwstawia się temu odnotowana nieco później myśl Czesława Miłosza – a wydaje się, że jest ona bliska także autorowi Dali, gdyż polski noblista wyjątkowo obficie bywa przytaczany: „Cokolwiek raz minęło, zostanie przeniesione w ten inny wymiar i trwa tam na wieki”. Zatem ulotność czy wieczność? Za tym drugim dodatkowo przemawiałby jeszcze wyimek z Vladimira Nabokova: „Cokolwiek raz zostało zobaczone, już nigdy nie może powrócić do chaosu”. Tak, po lekturze i obejrzeniu ilustracji Dali nic już nie powróci w naszej wyobraźni i wiedzy na dawne, nieustalone pozycje.

Skoro zaś o cytatach mowa: z samego Kydryńskiego też można by czerpać garściami. Jego autorski styl inkrustowany jest nadzwyczajną liczbą zachwycających wyrażeń, w których spostrzegawczość fotografika łączy się z wrażliwością poety. Przez pewien czas wynotowywałem sobie te perełki, ale w końcu zrezygnowałem, bo stałoby się to po prostu zwykłym aktem przepisywania dużych partii narracyjnych. Poza tym nie mogę się zdecydować, czy dla przykładu lepiej przytoczyć tu wyrażenie „wyobraźnia zatrzepotałaby gwałtownie”, czy raczej zdanie: „klangor żurawi drze poranną ciszę jak kartkę papieru”. A może dać pierwszeństwo temu stwierdzeniu odniesionemu do kadru pewnego zdjęcia: „kwartet cierpienia z dumą”? Nie, nie wiem, czy jednak lepsze nie okazuje się to o porzuconych kartkach pocztowych, które są „jak zrzucone skrzydła termitów po wielkim rojeniu w czas pierwszych deszczy”. Wybór ponad siły czytelnika. Co rusz natrafiamy na plastyczne niuanse (światło jest „rdzawe, płynne”, a zmierzch „o woni i barwie curry”) i na trafne uwagi autora dotyczące zjawisk psychologicznych („myśl spuszczona ze smyczy”), technicznych (postać na zdjęciu „łapie światło w źrenicę”), a nawet językowych (żartobliwa uwaga o osłach jako zwierzętach „wpiętych w chomąto frazeologii” oraz komentarz-przypis do samej nazwy książki – pierwotnie miał to być Żal, ale: „nie lubię w tytułach znaków diakrytycznych”). Zachwycają skojarzenia, jak na przykład to porównujące imiona egzotycznych modelek do ciekawych nazw roślin w domowym ogrodzie, a wzruszają osobiste wspomnienia – choćby epizod z dzieciństwa związany z podróżą pociągiem ciągniętym przez parowóz.

Należy podkreślić, że Kydryński jednak absolutnie nie estetyzuje wyzierającego z każdej niemal stronicy tej książki zła: wszędzie tam, gdzie mowa jest o okrucieństwie, przemocy, wyzysku i śmierci, cała groza bezwzględnego marszu kolonializmu przez afrykański ląd potrafi wybrzmieć z należytą siłą. Owszem, w rozdziałach przypominających sylwetki wielkich podróżników i zdobywców (zwłaszcza Gordona, Stanleya, Livingstone’a czy Burtona) autor potwierdza mitologiczny niemal wymiar tych postaci, przyznając, iż powstałe o nich opowieści to już legendy „bliskie historii Achillesa”, lecz nikogo nie idealizuje i świetnie radzi sobie z oddzielaniem ziarna od plew; pokazuje, jak tuż za wizjonerami i odkrywcami szli żołnierze i urzędnicy, zaprowadzając ogniem i mieczem nowy porządek białych ludzi – ludzi „lepszej” rasy. Ten wątek dzielenia narodów na „lepsze” i „gorsze” kasty powraca zresztą u Kydryńskiego regularnie i nie zostaje zamknięty czasowo w obrębie belle époque: uderzają wielokrotnie pojawiające się autorskie zestawienia obrazów uwięzionych, katowanych czarnych niewolników tamtej epoki z niejako równorzędnymi im scenami upodlenia i torturowania ofiar Holocaustu podczas drugiej wojny światowej. Autor wyciąga na wierzch wręcz uderzające podobieństwa fotografii nagich niewolników leżących u stóp starannie odzianych kolonizatorów z tymi, na których widać rozebrane więźniarki Birkenau i cholewy butów najeźdźców („dominacja ubranego w mundur mężczyzny nad nagą kobietą”). I tak jak trudno sobie wyobrazić oprawcę, który po masowej egzekucji wraca do rodzinnego domu i spokojnie słucha w jego zaciszu Beethovena, tak też trudno uwierzyć własnym oczom, gdy ogląda się widokówki z fotografiami niewolników lub ich szczątków nabitych na pal, na marginesach których to kartek biali wędrujący przez Afrykę dołączają okazyjne życzenia i czułe pozdrowienia dla swoich rodzin w Europie…

Siłą Dali jest właśnie to, że autor wznosi się ponad historyczny wymiar zapowiedzianej na okładce tematyki – rozwija ją i zręcznie dopisuje „ciągi dalsze”, docierając w ten sposób do współczesności i nadając swoim opowieściom charakter uniwersalny. Z drugiej strony, nawet gdy zatrzymuje w epoce wiktoriańskiej, po wielokroć prowadzi nas ku polskim terenom, bowiem kolonialno-imperialistyczne marzenia i rasistowskie przekonania trafiały na podatny grunt także wśród naszych rodaków, notabene przecież cierpiących niedolę rozbiorów. Zapędy kolonizatorskie miał na przykład podróżnik Leopold Janikowski, którą swoimi wizjami skutecznie zapłodnił Henryka Sienkiewicza – tenże zresztą pojawi się u Kydryńskiego kilkakrotnie jako autor wypowiedzi rasistowskich, zarówno w tekstach publicystycznych, jak i w beletrystyce, ze słynną powieścią W pustyni i w puszczy na czele. Kto wie, może mieli ci panowie w pamięci wyssane z palca opisy żyjącego w poprzedzającym ich wieku Alberta Chmielowskiego? Bo na pewno nie – dla kontrastu – dwutomowe dzieło Kazimierza Zagórskiego, fotografika, który opracował dokumentację dużej połaci Afryki Środkowej, stając się świadkiem znikania tamtejszych kultur i plemion… Niestety, bliższe ich sercu były chyba doświadczenia starszego o kilka wieków Mikołaja z Popielowa, który był prawdopodobnie pierwszym polskim właścicielem afrykańskich niewolników.

Odkrywanie takich rodzimych śladów w historii wytrzebienia Afryki jest zapewne dla nas niezbyt przyjemne, a śladów tych wcale niemało, także dosłownych: oto na jednej z fotografii, zrobionej mniej więcej w połowie dziewiętnastego wieku, można wypatrzyć polski napis wydrapany na cokole pewnego pomnika w pobliżu świątyni. Zatem nawet chuligańskie graffiti na obczyźnie ma u nas dłuższą tradycję niż zbieranie reporterskich relacji w duchu pojednania i próby zrozumienia Innego… Cóż, Ryszard Kapuściński – również pojawiający się zresztą w książce – przydarzył się nam dopiero w drugiej połowie dwudziestego stulecia. Zdecydowanie za późno.

Książka Marcina Kydryńskiego, wbrew tytułowi, jest więc znacznie obszerniejsza – tematycznie, myślowo, ale także artystycznie. Imponuje liczba autorskich odniesień intertekstualnych do dzieł literatury faktu i beletrystyki (uświadamia to dopiero końcowa obszerna bibliografia), ale także liczba skojarzeń międzykulturowych – gęsta sieć utkana z korespondencji sztuk wszelakich: muzyki, filmu, teatru, malarstwa. Czego tu nie ma? Minieseje o historii i sztuce fotografii oraz kaligrafii; o fotograficznej stylizacji i kodach kulturowych osób pozujących do zdjęć; o muzyce i instrumentach; o granicy między egzotyką a obsceną czy o konwenansach społecznych (seksualność kobiet epoki wiktoriańskiej) oraz narodowych (ślady miłosnych relacji białego człowieka z Afrykanką w dziewiętnastowiecznej literaturze); niebanalne sylwetki pisarzy (Gustave Flaubert pełen obsesji seksualnych jako zapowiedź kontrowersyjnego dziś Michela Houellebecqa); etnograficzne opisy tubylczych rytuałów afrykańskich; historia niewolnictwa oraz handlu kobietami i prostytucji; niemalże reporterskie zapisy „uroków” dawnych podróży statkami albo życia urzędniczego w koloniach… No i ciekawostki, drobiazgi, spostrzeżenia – niemal bez końca. Dla przykładu: że zadziwia zbieżność czasowa pisania przez Reymonta pewnego fragmentu Ziemi obiecanej z datą pierwszej pocztówki wysłanej z Afryki; że gilotyna jako wynalazek może mieć polskie korzenie (a zatem Francuzi zawdzięczają nam już nie tylko widelce!); że widokówka, na której autochtoni niosą drewniany dom nad morzem jako żywo przypomina scenę z etiudy szkolnej Dwaj ludzie z szafą Romana Polańskiego; że faktycznie pisanie piórem kojarzy się ze sztuką fechtunku (jako rzecze Marcin Wicha); że trąba słonia składa się z 40 tysięcy mięśni… Ba, mamy nawet wyłuskaną skądś informację, iż łódź, na której u zmierzchu XIX stulecia w Faszodzie doszło do spotkania dwóch podróżników reprezentujących Francję i Wielką Brytanię – nazywała się, nomen omen, „Dal”…

Wobec tego bogactwa wiedzy i estetycznych walorów książki, właściwie tylko zakończenie wydaje się skrojone nie na jej miarę. Kydryński podkreśla bowiem w kolejnych akapitach epilogu, jak bardzo nie interesuje go powszechny obecnie lans w mediach społecznościowych, życie na pokaz i nieustanny pośpiech naszej cywilizacji. Zupełnie niepotrzebnie. Nawet jeśli ktoś nie zna tego autora z innych jego publikacji, nie wspominając już o jego działalności popularyzującej muzykę, już tylko po lekturze Dali z pewnością doskonale wie, z kim ma do czynienia. A ma do czynienia, poza wszystkim, z kimś w rodzaju przewodnika, szamana albo – jak sam siebie określił autor – „kapłana Milczenia”, który za pomocą swojej książki postanowił odprawić obrzęd zadośćuczynienia za winy cywilizacji europejskiej i oddać honor pierwotnej cywilizacji afrykańskiej. „Przywołałem duchy z tych fotografii i listów”, pisze, „niczym na pogańskim obrzędzie. Z dali”. Ów obrzęd zaś, jako że odprawia go polski autor dla swoich rodaków, jest nie byle jaki: to przecież dziady! Ta nazwa zresztą padnie w końcowych rozdziałach, a Kydryński obwieści niczym guślarz: „Uwolnię duchy tej książki, pozwolę im odejść”.

Kydryński i Szczygieł. Opowieści afrykańskie i czeskie. Kartki pocztowe i przewodnik. Ląd za wodą i kraina tuż za miedzą. Wydaje się, że trudno o większy kontrast i nic właściwie nie powinno tych nowości wydawniczych łączyć. A jednak! Obaj autorzy podobnie potrafią prowadzić równoległe narracje w sposób obiektywno-subiektywny: na podstawie faktów i wyobrażeń. Wyprawy, które odbyli mieszają się z podróżami imaginacyjnymi, sprawozdawczość – z domniemaniami. No i, last but not least, obie książki przypominają, że pojęcie odległości – i geograficznej, i tej czasowej – jest jakże względne: oto tropy z Czarnego Lądu niejednokrotnie prowadzą aż pod nasze progi, podczas gdy sąsiedni naród, mieszkający tuż za tymi progami, zdaje się nam z wielu powodów kulturą niemalże egzotyczną.

Mariusz Szczygieł, Osobisty przewodnik po Pradze, Warszawa: Wydawnictwo Dowody na Istnienie, 2020.

Marcin Kydryński, Dal. Listy z Afryki minionej, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o., 2020.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tomasz Chomiszczak, Za miedzą, za wodą. O podróżach i imaginacjach, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 58

Przypisy

    Powiązane artykuły