23.07.2020

Nowy Napis Co Tydzień #059 / Lockdown jak sen

Śniło mi się, że na dwa miesiące życie w Polsce zamarło. Ludzie przestali chodzić do pracy, a dzieci do szkół; zamknięto galerie handlowe, restauracje, kina. Opustoszały stadiony, kluby, ulice miast, po których majestatycznym krokiem spacerowały łosie. Widok był surrealistyczny, jak to we śnie. Włączyłem telewizor, zobaczyłem takie same obrazki ze świata – od Pekinu po Atlantę, od Oslo po Kapsztad. Sen był tak realistyczny, że po przebudzeniu w czerwcowy poranek wybiegłem na miasto. Na szczęście życie toczyło się zwyczajnym rytmem.

To fascynujące, jak wielu ludzi zachowuje się właśnie tak, jakby to, czego doświadczyli w marcu i kwietniu 2020 roku było jedynie snem. Z gatunku tych dziwacznych, niepokojących, po których dobrze robi chłodny prysznic. Mechanizm wyparcia? Ale przecież wszystko, co dzieje się wokół utrwala nas w przeświadczeniu, że tak naprawdę nie stało się nic nadzwyczajnego. Nie ma więc czego wypierać.

Coraz częściej w serwisach telewizyjnych brakuje już miejsca na informacje o pandemii. W Polsce wszyscy żyjemy wyborami, suszę zastąpiły powodzie, na świecie rasistowska „szajba”, no i lato. A latem wszystko wygląda inaczej. Kolejne klaustrofobiczne tygodnie spędzane w czterech ścianach wyglądają z tej perspektywy jakoś nierealnie. I trochę nawet nam głupio, że tak się przejmowaliśmy: sobą, innymi, przyszłością świata. Profetyczne analizy, które wiosną czytaliśmy z wypiekami, teraz odkładamy, ziewając, znudzeni.

To naprawdę fascynujące, bo przecież nie nastąpił żaden cud. COVID wciąż jest z nami, ludzie umierają, prognozy wcale nie są optymistyczne. A mimo to ci, od których coś zależy, niezależnie od poglądów czy interesów politycznych, jednym głosem, bez wahania deklarują: następnego lockdownu już nie będzie. Przedstawienie musi trwać, bez względu na cenę.

Świat dziś wyraźnie wstydzi się niegdysiejszych skrupułów, etycznych imperatywów, które kazały na chwilę zatrzymać globalną fabrykę. W imię czego? Ochrony starców, osób słabych, z „chorobami współistniejącymi”? Arytmetyka dostarczyła twardych dowodów, że lekarstwo okazało się bardziej szkodliwe od choroby. A w rozmowach towarzyskich ulubionym tematem są opowieści w rodzaju: kiedyś, to były epidemie! Jednym słowem, nadzieje na narodowe, wspólnotowe czy indywidualne przemiany, odnowy, nawrócenia zniknęły po przebudzeniu. Bo to przecież był sen, a nie lekcja do odrobienia, żaden dar od losu, szansa na przemyślenie reszty swojego życia.

Lockdown jako stracona szansa

Pamiętam taki czas, gdy Polska stanęła na dwa miesiące. W styczniu 1979 roku było jednak trochę trudniej przetrwać lockdown, który zarządził generał mróz. Nic wtedy nie działało. Pługi nie odśnieżały, padały akumulatory, zamarzał olej i układy kierownicze. Brak prądu zatrzymał tramwaje w zajezdniach. Komunikacja publiczna w miastach została sparaliżowana. Nieliczne taksówki, które były na chodzie, zamiast pasażerów woziły ekipy usuwające nieustanne awarie. Kaloryfery przestały bowiem grzać, a prąd i gaz nie docierały do całych osiedli, wiosek i miast.

Ludzie uwięzieni na dworcach, w pociągach, gdzieś w drodze, a najczęściej podczas zabaw sylwestrowych, znaleźli się nagle w sytuacji przypominającej Wesele Wyspiańskiego. Kataklizm sprawił, że czas stanął w miejscu i zaczęły się „nocne Polaków rozmowy”. Tę jedyną w swoim rodzaju chwilę uchwyciło zresztą wielu twórców. Tak zrodził się na przykład pomysł Balu na dworcu w Koluszkach, filmu Filipa Bajona.

Zimę stulecia można było przetrwać tylko razem. Dzielono się prowiantem, wymieniano usługami. Jedni drugich ciężary nieśli. Rodziła się wspólnota. Podobne zachowania upowszechniły się w czasie karnawału wolności po sierpniu 1980 roku. Prof. Antoni Dudek potwierdza, że doświadczenie zimowych miesięcy 1979 roku było jednym z kluczowych etapów prowadzących do narodzin „Solidarności”. Niedocenianym, choć – jak podkreśla autor Reglamentowanej rewolucji – to zaniechanie jest już w coraz większej liczbie opracowań nadrabiane.

Jan Maciejewski w tekście Egipt all inclusivePatrz J. Maciejewski, Egipt all inclusive, „Nowy Napis Co Tydzień” 2020, nr 50, https://nowynapis.eu/tygodniki/archiwum?k=all&t=2319 [dostęp: 15.07.2020].[1] pisze, że „Solidarność” była cudem nawrócenia. To prawda, ale ta przemiana zaczęła się rok wcześniej, od papieskiej pielgrzymki (co wszyscy pamiętają), no i w jakimś sensie właśnie od tamtego zimowego lockdownu, który był nie tyle jak sen, co przebudzenie z gierkowskiego matrixu.

Teraz cudu raczej nie doświadczyliśmy jako wspólnota – w żadnym wymiarze. Można wręcz odnieść wrażenie, że powrót do normalności przypłaciliśmy tęgim kacem. Owszem, na samym początku pandemii pojawiły się zachowania przypominające te sprzed 40 lat. Zaskakiwała oddolna dyscyplina, dawno nie spotykana odpowiedzialność za innych, samoorganizacja. Ale ten etyczny „atawizm” szybko gdzieś uleciał, przeobraził się we własne przeciwieństwo: regionalne i klasowe ostracyzmy. Do podziału PiS – anty PiS doszedł ten związany z epidemią. Zaczęły się wzajemne pretensje o stosunek do ograniczeń obowiązujących już po lockdownie.

Tak to wyglądało zarówno z perspektywy ekranu laptopa, jak obserwacji uczestniczącej. Tak to wygląda dziś… ale to też może być jakaś forma złudzenia. Kto wie, co właściwe wydarzyło się dobrego i złego przez te dwa miesiące w obrębie czterech ścian narodowej, a zwłaszcza osobistej kwarantanny? Stawiamy oceny szybko i pochopnie, bo tak się dziś ocenia, bo rytm życia wyznacza Twitter. Kto czterdzieści lat temu mógł przewidzieć społeczne skutki zimy stulecia? Kto dziś już wie, jak zmieniły się nasze wzajemne relacje albo co się zdarzyło w ludzkich głowach po kwarantannie? Przecież mieliśmy do czynienia z trudnym do ewaluowania ad hoc eksperymentem społecznym.

Pytania bez odpowiedzi

Skupiamy się na aspektach medycznych lub ekonomicznych pandemii, bo te widać gołym okiem. Ale nawet skutki wszystkich tarcz antykryzysowych, bezprecedensowej akcji pompowania pieniędzy do prywatnych kieszeni, będą daleko wykraczać poza wskaźniki gospodarcze. I nie chodzi tylko o kondycję liberalnych dogmatów, ale – na przykład – o oczekiwania wobec rządzących, o inaczej postrzegane obowiązki państwa, inaczej pojmowany poziom naszej odpowiedzialności za własny los. Czy w ogóle coś się stało z naszą psychiką w czasie lockdownu i po nim? To jest bardzo dobre pytanie. Odpowiedzi tak szybko, jak byśmy chcieli, na pewno nie poznamy.

Zaczęły się wakacje, od września ma wrócić edukacyjna normalność, ale my nie jesteśmy w stanie nawet określić, ile dzieci wymknęło się między marcem a czerwcem z reżimu obowiązku szkolnego i jakie będą tego konsekwencje. Nie chodzi przy tym o publicystyczne diagnozy w rodzaju „przez trzy miesiące dokonała się rewolucja w dziedzinie zdalnego nauczania”. Może się dokonała, a może nie – i raczej obstawiałbym tę drugą odpowiedź. Istotniejszy z perspektywy wyrównywania szans edukacyjnych jest przypadek dzieci, które od marca po prostu przestały się uczyć. Bo są wykluczone cyfrowo, bo nie mają laptopów, a ich rodzice średnio się szkołą interesują. Nie chodzi przy tym jedynie o patologie. Gdy tylko można było wyjechać nad morze, pojawiły się tam tabuny dzieciaków w wieku szkolnym – oczywiście z rodzicami nie wyglądającymi na patologicznych. Jeśli więc ktoś roi o szybkim oderwaniu kształcenia od tradycyjnych klas, ławek i nauczycieli za katedrą… niech weźmie głęboki oddech. Wyniki matur czy egzaminów po ósmej klasie nie dadzą jeszcze pełnego obrazu – jesienią potrzebny będzie solidny audyt pokazujący, jaka jest różnica między grupą ucieczkową, która wdrożyła się w zdalne nauczanie, a peletonem, który znikł nam z radaru.

Nie wiemy jeszcze, czy zimą nie zaskoczy nas baby boom (efekt uboczny lockdownu), ustanawiający zupełnie nowe reguły gry w rodzinach i w państwie. Nie wiemy, czy zmieni się polityka senioralna państwa, a przede wszystkim praktyka postępowania ze staruszkami wymagającymi całodobowej opieki. DPS-y, Centra Seniora, Domy Pogodnej Jesieni wyrastające w ostatnich latach niczym grzyby po deszczu okazały się jednostkami frontowymi z najwyższym wskaźnikiem ofiar. Wysyłanie tam rodziców czy dziadków wiąże się dziś z zupełnie innym ciężarem odpowiedzialności. Dużo się mówi i pisze o usankcjonowaniu nowej formy eutanazji przez rządy wielu państw, mniej o dramatach rodzin. O konfliktach sumienia i zwyczajnej ludzkiej bezradności, gdy wyzwanie przerasta możliwości. O decyzjach, których nie da się już odkręcić.

Nowy wymiar samotności

Samotność. W trakcie lockdownu miliony poczuły jej smak, na krótko. Ludzie starsi doświadczają jej na co dzień. Teraz dla tej grupy wysokiego ryzyka samotność nabrała nowego wymiaru – stała się samotnością z wyboru, z lęku o zdrowie i życie. Wyboru dokonywanego z pełną świadomością, na długie miesiące, dopóki wirus będzie aktywny. Jest to przy tym samotność w starym stylu, bez mediów społecznościowych, analogowa, co najwyżej z radiem i telewizją. Istnieje poważna obawa, że ci ludzie również zaczną nam znikać z radaru. Bo w odróżnieniu od lockdownu sprzed 40 lat, który ludzi do siebie zbliżył, ten wprowadził pojęcie „społecznego dystansu”, sankcjonującego pośrednio zamknięcie się na innych. Z jakże pięknym uzasadnieniem: nie zbliżam się, by cię chronić. Jesteś bezpieczna, gdy jesteś sama. Drugi człowiek w pobliżu to zagrożenie.

Roger Scruton w książce O naturze ludzkiej (wydanej w Polsce tuż przed wybuchem pandemii) pisał, że pojęcia kluczowe dla życia moralnego – takie jak odpowiedzialność, wolność, wina i obwinianie – czerpią swój ostateczny sens z relacji „ja – ty”.

Jesteśmy tym, czym jesteśmy dla siebie nawzajem – wzajemna relacja jest wpisana w samo pojęcie osoby ludzkiej, czyli pierwszej osoby liczby pojedynczej zawieszonej w drugoosobowym punkcie widzenia jak magnetyt w polu magnetycznym – pisał Scruton. Wszystko, co najważniejsze w kondycji ludzkiej: odpowiedzialność, moralność, prawo, instytucje, religia, miłość i sztuka, mieści się w tej właśnie relacji. Także to, co najważniejszego wydarzyło w czasie tych wiosennych dwóch miesięcy miało miejsce właśnie w bardzo konkretnych relacjach międzyludzkich. Albo w ich braku. Chociaż w przygniatającej i dojmującej skali były to kontakty intensywne i bliskie. Ale ich nie da się opisać w raportach i analizach. Bardziej w powieściach, filmach, kameralnych dramatach rozpisanych na dwa głosy. To doświadczenie nie nadaje się na nowe Wesele czy Bal na dworcu w Koluszkach. Raczej na nowe Tango (z babcią na katafalku) albo Emigrantów.

No chyba że rację mają ci, którzy uważają, że to był tylko sen. Nieprzewidziana przerwa w podróży. Coś w rodzaju paskudnej kontuzji, jaka przydarzyła się na stoku narciarskim podczas wypadu w Alpy. Szpital, łóżko, koszmar, ale do przeżycia. W końcu lockdown to nie blackout. Przez cały czas był kontakt z bazą. Działał net, posty spływały nieprzerwanym strumieniem. Dni mijały niepostrzeżenie. „Poniedziałek – Netflix, wtorek – Netflix, środa – Netflix…” – raportował na Twitterze znany dziennikarz Onetu. Skoro nawet on uznał, że tak naprawdę nie dzieje się nic…

Na popularnym w czasie lockdownu rysunku młody człowiek z nadwagą siedzi rozparty na kanapie. „Wczoraj znów cały dzień spędziłem przy kompie” – mówi. „To bardzo obywatelska postawa w czasie pandemii” – komentuje stojąca obok postać. „Jakiej pandemii?” – dziwi się wzorowy obywatel. I to też jest bardzo dobre pytanie…

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Legutko, Lockdown jak sen, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 59

Przypisy

    Powiązane artykuły