13.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #062 / Wygrzebane w śmietniku wspomnień

„Arcydzieło”, „prawdziwa petarda”, „zbiór znakomitych opowiadań”, „zbyt bolesna, zbyt przejmująca, zbyt… prawdziwa…” – takie słowa o książce RuRu Joanny Rudniańskiej można znaleźć w recenzjach opiniotwórczych krytyków literatury, blogerów i vlogerów. Wiele wrażeń pozytywnych i wypowiedzi z emfazą, mających również charakter promocyjny. Można i tak. Ale czy autorka będąca, moim zdaniem, królową współczesnej polskiej literatury dla dzieci (nie przesadzam, jestem w temacie) potrzebuje takich pochwał? Choć w świecie wartości opanowanym przez rynkowych pisarzy z zagranicy, bestsellerowych creepy sag dla nastolatków… (wpisz wampiryczny tytuł, jaki uważasz za słuszny) nie zaszkodzi przypomnieć o jej dokonaniach. Żyjemy w gettach literackich, nie próbując przeskoczyć muru stereotypów narosłych wobec określonej twórczości. Ergo eksplorujemy własne pole zainteresowań, zamiast zaryzykować i przebić bańkę, w jakiej żyjemy, aby złapać haust świeżego powietrza i zobaczyć, co znajduje się poza horyzontem poznawczym. Takie już są ograniczające ramy. Ale to zupełnie inna bajka.

Czy RuRu to kolejna prozatorska próba przedostania się do świadomości dojrzałego odbiorcy przez Joannę Rudniańską? Ależ skąd! Czytając tę książkę, miałem nieodparte wrażenie, że jeśli twórca radzi sobie z bolączkami u czytelnika w wieku 18+, to poradzi sobie także z pobudzaniem dziecięcej wyobraźni. Rzadkie to przypadki wśród autorów, trzeba przyznać, nie każdy ma talent Andersena, lecz gdy się zdarzają, trzeba o nich pisać uczciwie i nie żałować niebanalnych określeń, niewytartych zdań i błyskotliwych metafor.

Zanim jednak wprowadzę Was w świat tych opowiadań, powtórzę trzy fakty z życia literackiego Joanny Rudniańskiej podane na skrzydełku książki. Po pierwsze primo, autorka jest laureatką Międzynarodowej Nagrody im. Janusza Korczaka, po drugie primo, jest zdobywczynią nagrody polskiej sekcji IBBY (International Board on Books for Young People) i po trzecie primo ultimo, jej powieść znalazła się na Liście Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej (książki: Bajka o wojnie, Mój tata z obcej planety). Czy te tytuły i trofea mogą zrobić wrażenie na osobach, które nie śledzą literatury dla dzieci i młodzieży lub ogółem deprecjonują wartość nagród literackich? Mnie taki arsenał nagród nie pozostawia obojętnym, ale czy przekona to nieprzekonanych a priori? Cóż… Wydaje mi się, że nie ma bardziej wymagających czytelników od współczesnych dzieci – zanurzonych po czubek głowy w wirtualnym świecie, tych „małych dorosłych”, kapryśnych i szczerych do bólu, w dodatku tak szybko zmieniających zainteresowania, że nie wiadomo już czasami, co jest trendy (łapanie Pokemonów? gra Fortnite? Avengersi? Tik Tok? Overlord?), a co passé (Digimony, Tytus, Romek i A’Tomek? Warcraft?). Weźmy to może pod uwagę, gdy oceniamy pisarza, przyszywając mu łatkę, która ma go zdeprecjonować: „autora książek dla dzieci”. Czyli tylko dla nich pisze; dla dorosłych trzeba niby pisać inaczej, w odpowiedzi na ich potrzeby moralne i estetyczne. Wszystkie ewentualne zastrzeżenia wobec tej tezy rozumiem: „stereotypizuję, upraszczam, polaryzuję stanowiska”. Ale niezaprzeczalnym aksjomatem jest stwierdzenie, że twórca dla dzieci mający jakąś misję wychowawczą i potrzebę snucia opowieści skierowanych do młodszych, powinien wiedzieć, jak zaktywizować intelektualnie osobę o nieukształtowanej jeszcze osobowości oraz jakie wartości „edukacyjne” przekazać dziecku, aby go nie zniechęcić do regularnego czytania książek w przyszłości. Bo dzieci pamięć mają świetną, jak słonie i delfiny razem wzięte, co oznacza, że wszystko, co im opowiesz i co nudnego każesz im przeczytać, może być wykorzystane jako argument przeciwko Tobie, guru – Mamo, Tato, Starszy Bracie, Siostro, Babciu, Dziadku, Ciociu, Wujku, Nauczycielu i Nauczycielko! Ten wątek jeszcze rozwinę.

Te wstępne rozważania pora krótko podsumować: RuRu to tylko jedna z wielu interesujących książek Rudniańskiej. Jej zbiór opowiadań jest, parafrazując jednego wybitnego reprezentanta Polski w piłce nożnej: „truskawką na torcie” literatury. Poprzestanie tylko na tej jednej lekturze to pozbawianie siebie i dziecka, z którym mamy kontakt, wyjątkowych doznań. Jeśli więc niedawno zacząłeś/zaczęłaś poznawać dokonania autorki (przypomnę: córki wybitnego psychologa i filozofa Jarosława Rudniańskiego oraz cudem uratowanej z tornada wojny Hanny Rotwandówny), albo już skończyłeś czytać RuRu, to mój apel jest taki: nie zapominaj o jej nieustraszonej, mądrej, opowiadającej ludzkim głosem o wojnie i getcie warszawskim Kotce Brygidy, „baśni” XY („baśń” osnuta wokół biografii Hanny Rotwandówny) czy empatycznych, polimorficznych i uruchamiających „pozapamięć” Snach o Hiroszimie.

Ale o czym jest w sensie ścisłym RuRu? Jak w przypadku każdej, mniej lub bardziej dobrej literatury, którą omawiam, borykam się z tym kłopotliwym pytaniem nie od wczoraj. Dla ułatwienia sobie zadania posłużę się protezą intelektualną i przytoczę zdanie z tytułowego opowiadania, wypowiedziane przez główną bohaterkę: „Czyta się osobą, bo czytanie to bardziej niż patrzenie, niż jedzenie, niż chodzenie, niż myślenie, bardziej niż wszystko”. Tak do swojej ukochanej córeczki powiedział jej tatuś – roznosiciel ulotek; pijus; lubujący się w prostych, rozrywkowych kobietach; który też nie gryzie się w język i, gdy trzeba, potrafi powiedzieć przy obcych, że jego dziecko chodzi do Zespołu Szkół Specjalnych nr 8 w Warszawie, tak żeby usprawiedliwić jej nietypowe zachowanie… Te groteskowe piosenki. Cytat ten świetnie oddaje recepcję tego zbioru Rudniańskiej. Dosłownie rzecz biorąc, te opowiadania się pochłania, przyjmuje ze wszystkimi ich zaletami i małymi wadami, bez wygłaszania smętnych uwag, że na przykład można było to napisać w sposób bardziej wysublimowany i językiem artystycznym – bo autorka nie musi udowadniać, jaką ma władzę nad narracją i stylem. Prostymi środkami osiąga cel, jaki przypisuje się literaturze – wzrusza, wywołuje dreszcze, a może i nieraz klaśnięcie zachwytu. W tych krótkich prozach Rudniańska umiejętnie dotyka drażliwych społecznie i politycznie tematów, lecz bez „filozofowania”, dając czytelnikowi prawo do osądu. „Umiejętnie”, czyli tak, by coś zakłuło, zabolało w świadomości istnienia, choćby problem pozornie nas nie dotyczył. Wszystko to robi z klasą, smakiem i z niezwykłą empatią dla ofiar.

Właśnie, w końcu konkret! Słowo „ofiara”, choć użyte przypadkowo, wydaje mi się trafną charakterystyką głównych bohaterów dziewięciu opowiadań Rudniańskiej. Nie wiem, czy są oni ofiarami losu, ofiarami systemu (politycznego, wychowawczego), ofiarami w starciu z potężnym walcem Historii;pewnością są to osoby zmarginalizowane, stłamszone, uciskane i prześladowane za to, kim są, co robią i co zrobili w swoim życiu.

Idąc tropem „ofiary”, „marginesu”, uprzedmiotowienia człowieka i redukcji jego osobowości, przejdę do określenia tego, co rozumiem pod tymi pojęciami. Rudniańska opowiada historie, których akcja dzieje się w Polsce, a więc polskie problemy z tolerancją zostały uwzględnione. Jeśli nie jesteś tolerowany – stajesz się ofiarą, obiektem ataku; pytanie: czy słusznego. A kto jest nietolerowany? Łatwo się domyśleć: Żydzi, dzieci niepełnosprawne intelektualnie i z rozbitych rodzin (przez wyzwalający rozwód nierzadko szukających osobistego spełnienia rodziców), artyści, którzy wybrali własną drogę kosztem szczęścia w życiu prywatnym, samotnicy, emigranci, inwalidzi i ludzie mający siedem krzyżyków na karku…

„Tolerancja” to słowo-klucz, które można rozumieć wielorako. Być może ten trop jest zbyt banalny, to zbyt łatwa i fałszywa droga interpretacyjna, gdyż różne są formy nietolerancji, braku akceptacji i zrozumienia czyichś potrzeb, dlatego nie można tych problemów sprowadzać do fałszywego wspólnego mianownika. Motyw samotności spowodowanej wykluczeniem wydaje się powtarzać. Co ważne, Rudniańska potrafi pisać tak, że opowieść (narracja) przemawia do czytelnika sama przez się. I nie potrzeba dodawać do niej rozbudowanego autokomentarza, abyśmy współczuli bohaterom – głównie kobietom – abyśmy zastanowili się, do jakiego stopnia człowiek w relacjach z Innym/Inną wyraża obojętność, nienawiść, pogardę przekształconą w przemoc psychiczną i fizyczną. To się chyba nazywa „sztuką opowiadania” – wywoływanie emocji, bez sztucznego manipulowania nimi za pomocą chwytów retorycznych.

W RuRu oprócz bohaterów emocje eskalują poruszające sytuacje. Sytuacje, w jakich ich poznajemy. Na przykład: pierwsza, niespełniona miłość, która ukształtowała ich dorosłe życie; gwałt; pokaz onanizmu starucha dla nieprzygotowanych do takich „atrakcji” dziewczynek w PRL; przymusowy wyjazd do pracy w ZSRR po drugiej wojnie światowej; pobicie przez nacjonalistów za kolor skóry; morderstwo siostry i przybranych braci przez rodziców, którzy wmawiają, że to sprawka potwora spod łóżka… Te dziewięć historii o nieznośnym ciężarze egzystencji nie byłoby może warte takiej uwagi dla co poniektórych, bo pisarka nie posługuje się frazą poetycką w narracji, o której można powiedzieć „pure art”. Ale język utworów, w swojej prostocie dociera do nas, do naszej wrażliwości. I umie opisać trudne sprawy. Psychoanalitycy prawdopodobnie nazwaliby je „traumami”.

W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. Słowa „trauma” używam bardzo rzadko. Chyba wynika to z tego, że lata temu jeden wykładowca obśmiał ludzi, którzy w rozmowach – podsłuchanych, ulicznych, przed kamerą – podkreślają: „Miałem po tym wszystkim traumę!” lub mówią: „Nooo wiesz, traumatyczne przeżycie dla mnie”. Przypominam, że trauma to inaczej uraz. I zgadzam się z uwagą, że o traumie może coś powiedzieć między innymi ocaleniec z Auschwitz, ofiara gwałtu czy weteran wojny w Iraku. Bo przeżyli coś, co ich przytłacza na co dzień; wywołuje coś więcej niż lekkie przygarbienie; coś, co znajduje się niby poza pamięcią, a jednak nakręca ich mechanizm psychologiczny działania tu i teraz. I takie są też opowiadania Rudniańskiej. Można powiedzieć, że „posttraumatyczne”, jakby to cośkolwiek miało znaczyć dla ludzi spoza kręgu humanistyki naukowej. Zamiast więc użyć określenia „trauma”, wolę przytoczyć słowa bohaterki opowiadania Głos – niezwykłej, bo pozbawionej cielesności: „wygrzebane w śmietniku wspomnień”. O nich są właśnie utwory stanowiące zbiór pod tytułem RuRu. O poszukiwaniu siebie w życiu, które zabrało nam jakąś cząstkę – próbujemy ją odnaleźć, połączyć z pozostałymi elementarnymi w całość, ale to nie takie łatwe, jak się komu zdaje. Pozbierać się do kupy, ogarnąć życie po stracie, życie, które chyba jednak stratą jest…

Na koniec warto wspomnieć o świetnych rysunkach Mateusza Kaniewskiego, który przy użyciu trzech kolorów potrafi spuentować historie o skomplikowanych relacjach z niechcianą przeszłością, z sobą, z Innymi. I właśnie ten zbiór opowiadań stanowi przykład takiej literatury: niespełniającej tylko doraźnych potrzeb, tylko wnikającej w opisywane problemy głębiej, które mogą wywołać i w nas jakieś echo wspomnień, nawet jeśli nic podobnego nas, jak bohaterów Rudniańskiej, nie spotkało. W RuRu znajdują się utwory mocniejsze i słabsze, jeśli chodzi o wywołanie efektu psychologicznego. Jednakże żadnemu z nich nie postawiłem „minusa”, są prawie same „plusy”, ewentualnie „pół plusa”.

Cóż więc zrobić, gdy człowiek przy użyciu niby pojemnych słów próbuje opisać zdecydowanie ponadprzeciętną literaturę? Chaotycznie i z poczuciem, że autorka ma nad tobą przewagę, krytyku-intelektualisto! Pozostaje wierzyć, że kogoś to, co napisane, przekona, że będzie czytał lub podsuwał do czytania książki Joanny Rudniańskiej swoim dzieciom, a następnie sam poszuka odpowiedzi na pytanie, co kryje się pod zagadkową nazwą RuRu lub, jak podaje mała bohaterka z Australii: „arju, arju”. There?

Joanna Rudniańska, RuRu, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2019.

Okładka książki "RuRu"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tymoteusz Milas, Wygrzebane w śmietniku wspomnień, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 62

Przypisy

    Powiązane artykuły