20.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #063 / W oczach Zachodu. O książce Timothy’ego Gartona Asha

Kiedy Timothy Garton Ash po raz pierwszy przekraczał bramę stoczni 19 sierpnia 1980 roku, jego kolega po fachu, korespondent austriackiej prasy właśnie stamtąd wychodził. „Spokój – triumfalne przemówienia – nastrój karnawałowy”, rzucił tylko w jego kierunku kluczowe słowa, motywy przewodnie sprawozdania, które za chwilę miał zacząć pisać w wygodnym pokoju hotelowym. Garton Ash przybył na miejsce później niż on, za to został znacznie dłużej – zarówno w dosłownym, jak i metaforycznym sensie. Polska rewolucja. Solidarność 1980–1981, książka, która stała się owocem jego pobytu najpierw w miejscu „eksplozji”, gdańskiej stoczni, a później w kolejnych, rozsianych po całej Polsce „ogniskach” „Solidarności” to jedyny tego rodzaju dokument.

Z jednej strony nie dodaje on nic nowego do wiedzy, którą na temat wydarzeń 1980 roku przekazali nam już historycy, socjologowie i filozofowie polityki. O tym, „co” się wówczas wydarzyło, opowiedział bardziej szczegółowo i obszernie w pracy Rewolucja Solidarności Andrzej Friszke. Na pytania „dlaczego” i „po co” narodziła się „Solidarność”, bardziej przekonująco i błyskotliwie od Gartona Asha odpowiadają choćby Jadwiga Staniszkis w Samoograniczającej się rewolucji czy David Ost w pracy Solidarność i polityka antypolityki. Ale nikt równie obrazowo co Brytyjczyk nie opowiedział o tym „jak” przebiegała sierpniowa rewolucja i następujący po niej karnawał. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że to najlepszy film o historii Polski spośród tych, które nigdy nie powstały. Został wyświetlony tylko raz, w wyobraźni Timothy’ego Gartona Asha.

Cybulski i reszta

Nastrój i przebieg całej opowieści oddaje najlepiej jej początek. W pierwszych słowach swego sprawozdania z sierpniowych strajków brytyjski korespondent wyznaje:

Ze Stoczni im. Lenina najlepiej pamiętam nie przywódców, Lecha Wałęsę czy Andrzeja Gwiazdę, lecz postać jednego ze zwyczajnych uczestników strajku. Miał dwadzieścia kilka lat, krótko przycięte włosy, przenikliwe spojrzenie i zgrabną sylwetkę. Było w nim coś, co przypominało nieodparcie młodego żołnierza Armii Krajowej granego przez Zbigniewa Cybulskiego w filmie Wajdy Popiół i diament. Może to była brawura, z jaką wspinał się na ogrodzenie Stoczni, może dziewczyna, którą sprowadził do Stoczni, by dzieliła z nim jego wielkie przeżycie. Tak czy owak nazwałem go Cybulskim.

Jest w tym spojrzeniu brytyjskiego dziennikarza i historyka na polskiego robotnika, „Cybulskiego”, coś specyficznego dla stosunku całego „wolnego świata” do wydarzeń 1980 roku. W oczach Zachodu „Solidarność” była filmem. Nie historią, której kontekst i uwarunkowania należy poznać, zanim zacznie się wyciągać wnioski; również nie literaturą, której kolejne warstwy można odkrywać i smakować podczas powolnej, a najlepiej powtórnej lektury, tylko właśnie filmem. Dziełem, które musi szybko wciągnąć, nie pozwolić się oderwać i łatwo zapadać w pamięć, bo na samo zapoznanie się z nim mamy niewiele czasu.

Kiedy zachodni widz kupuje bilet do kina, musi wiedzieć, na jakiego rodzaju produkcję się udaje. Czy będzie to dramat, komedia czy kino sensacyjne. Garton Ash nie potrafi zdefiniować gatunku filmowego „Solidarności”. Na tym polega największa siła jego książki będącej sprawozdaniem z weryfikacji klisz i myślowych uproszczeń, jakim zwykli ulegać zachodni intelektualiści, a jednocześnie kluczowy powód, dla którego Zachód dość szybko zaczął o sierpniowej rewolucji zapominać. Zwyczajnie nie wiedział bowiem, jak miałby o niej pamiętać; którym ogniwem w łańcuchu zbiorowej, europejskiej pamięci miałby ją uczynić. Jakiego serialu kolejny odcinek podtyka się mu tutaj pod nos.

Czy może, jak chcieli komunistyczni rewizjoniści, była to twórcza kontynuacja rewolucji październikowej, jej nowy etap. „Oto role się odwróciły – pisze Brytyjczyk. – Partia trzymała się kurczowo problemów ekonomicznych, a robotnicy podnieśli wzrok wyżej, ku prawom człowieka i ku współdecydowaniu o polityce. Był to początek rewolucji robotniczej przeciwko »robotniczemu państwu«”. W końcu przecież po ogłoszeniu stanu wojennego Włoska Partia Komunistyczna nie tylko potępiła ten ruch polskich władz, ale też potraktowała go jako znak, że „ta faza rozwoju socjalistycznego (rozpoczęta przez rewolucję październikową) wyczerpała swoje zapasy energii”.

A może trzeba sięgnąć do mitu jeszcze starszego – tego, z którego częściowo czerpał również „komunistyczny serial” – mitu rewolucji. Ale cóż to za rewolucja, która na każdym kroku próbuje się ograniczyć?

Odczuwało się to napięcie niemal nie do wytrzymania, jakie istniało w sercu polskiej Rewolucji. Aby powstrzymać się od żądań, które naruszają żywotne interesy radzieckie, „Solidarność” musiała zdobyć się na niezwykły akt narodowego samozaprzeczenia. […] Przeciwna zasadniczo wszelkiej cenzurze, musiała cenzurować swoich ludzi.

Takich gatunkowych, zasadniczych trudności, nastręczających się jedna po drugiej chcącemu przekazać na Zachód nie tylko „słowa kluczowe”, ale sedno dramatu rozgrywającego się wówczas w Polsce, była cała masa.

Jednak Garton Ash stara się wywiązać ze swej roli filmowca-reportażysty jak najlepiej. Kolekcjonuje kadry:

Przez godzinę jeździł [Wałęsa] po Stoczni na elektrycznym wózku, otoczony przez posągową Annę Walentynowicz z jednej i dziewczęcą Ewę Ossowską z drugiej strony. Był to jakby jakiś niezwykły pojazd karnawałowy, symbolizujący Walkę Robotników wspieraną przez Cnotę i Młodość.

 

Godziny i dni schodziły na zawziętym dyskutowaniu. Robotnicy zbierali się w małych, ożywionych grupach, z których dobiegały słowa „demokracja”, „wolność” i „gówno”. Ktoś, kto był świadkiem upadku Sajgonu, opowiadał mi, że partyzanci Vietcongu, wjeżdżający na czołgach do stolicy, zdawali się automatycznie przybierać bohaterskie pozy, jakie widzieli na filmach radzieckich. Gdańscy robotnicy upodabniali się w oczach świata do statystów z filmów Eisensteina.

Zbiera też obsadę, wybierając – zarówno w Stoczni im. Lenina, jak i później, podczas trwania karnawału „Solidarności” – dla każdego z aktorów jakąś charakterystyczną, zapadająca w pamięć widza cechę. Henryka Krzywonos to „kobieta o męskiej posturze”, Andrzej Gwiazda jest „ascetyczny; typowy rycerz zasad, z silną komponentą nieustępliwości”, jego żona Joanna jest „jak Joanna d’Arc”, Wałęsa – charyzmatyczny jako mówca, „na ziemi jednak wydawał się postacią nieco komiczną, poruszającą się jak Charlie Chaplin, trochę za szybko i za nerwowo”. Bohdan Cywiński jest „tołstojowskim typem mężczyzny”, Jadwiga Staniszkis kobietą „atrakcyjną, lecz nerwową”, za to Stanisław Kania „niskim, mocno zbudowanym mężczyzną o szerokiej twarzy słowiańskiego kmiecia, której tłuste podgardle znamionowało aparatczyka nieznającego pracy fizycznej”.

Zdarzają się też bohaterowie, którzy sami stają się kadrami, jak choćby Adam Michnik, „nieogolony, blady na skutek wielu nocy spędzonych w aresztach i więzieniach, […] lekkie zacinanie się przekształca w znakomity efekt retoryczny, coś jak błyskotliwie wymowny pistolet maszynowy. […] Idziemy do ciemnej, marnej restauracji na ulicy Bohaterów Stalin­gradu. Specjalną atrakcją lokalu ma być występ bułgarskiej strip-teaserki, która się jednak nie pojawia. Nawet tutaj urok Michnika działa i wywołuje uśmiech na twarzy ponurej, wąsatej kelnerki”.

Nieprzystawalność

Największym paradoksem Polskiej rewolucji… jest to, że im bardziej złożone i zarazem lepiej oddające naturę solidarnościowego zrywu kadry zbiera jej autor, tym mniej zrozumiały staje się dla docelowego odbiorcy, zachodniego widza, tworzony przez niego obraz. Prawidłowość tę najlepiej widać w opisach religijnych rytuałów, którymi w naturalny sposób przesiąknięta była „Solidarność”. Ten niezwykle egzotyczny dla europejskiej lewicy wy­miar strajków chyba najlepiej oddają wspomnienia Brytyjczyka z wyprawy do Rzeszowa, gdzie śledził on starania podkarpackich rolników o zarejestrowanie niezależnego związku zawodowego:

Najsilniej odczuwa się zapachy: stęchły smród papierosów, zapach śniegu topiącego się na sosnowym drzewie, kapuśniaku, sześciuset par chłopskich nóg, a wszystko to razem wymieszane z zapachem kadzidła z porannej mszy. Nad dużą salą zebrań dominuje ołtarz stojący pośrodku sceny, w miejscu, gdzie przez trzydzieści lat stało gipsowe popiersie Lenina. […] Raz po raz przypomina mi się przesądny chłopski radykalizm rewolucji angielskiej XVII wieku. XVII i XX stulecie stoją tu tuż obok siebie. Po mojej lewej ręce siedzi polski Winstanley (Gerard Winstanley – przywódca „kopaczy”, przedstawicieli radykalnego odłamu purytanizmu, stracony przez Olivera Cromwella – przyp. red.), zgarbiony, twarz jak z Breughla, snujący jakąś niesamowitą opowieść o cudownych zdarzeniach w jego wsi, mówiący prostym językiem dziadów, a po prawej stoi pomrukujący w gotowości teleks, połączony bezpośrednio z Londynem, gdzie „Times” oczekuje na siedemset starannie dobranych słów, które wrzuci do jutrzejszego wydania. Szef działu czeka na znaki interwencji radzieckiej. Winstanley mówi mi o znakach interwencji boskiej […].

Na teleksowych łączach między Rzeszowem a Londynem siłą rzeczy musiało dojść do zakłóceń. W obrazowych porównaniach Gartona Asha daje o sobie znać wielki wysiłek, by przykroić, dopasować to, co widzi, do możliwości postrzegania tych wszystkich par oczu, które przesuną się w pośpiechu po siedmiuset starannie dobranych przez niego słowach. Organiczna jedność oporu przed tyranią władzy i wierności dziesięciu przykazaniom, postulatów socjalnych i katolickich rytuałów – jedność, którą bardziej podziwiał niż rozumiał, na Zachodzie kompletnie nie mieściła się w głowie. Zresztą sam Garton Ash zdawał sprawę z konfuzji, jaką „Solidarność” budziła wśród europejskiej lewicy.

Jedną z przyczyn tego zakłopotania było niewątpliwie przywiązanie robotników polskich do tego bastionu reakcji i odwiecznego sojusznika burżuazji, jakim jest Kościół katolicki. Andrzej Wajda opowiadał o reakcji, kiedy zobaczył, że Wałęsa ma różaniec. „Jak przywódca robotników może być religijny? To sprzeczność sama w sobie”.

Na razie jednak te drobne zgrzyty, nieporozumienia na poziomie rekwizytów takich jak różaniec Wałęsy ginęły w – nomen omen – solidarnie, ponad podziałami wyśpiewywanej na cześć polskiego zrywu pieśni podziwu. Co samo w sobie również okazało się problematyczne.

Niemało czasu poświęcono na odróżnienie naszego poparcia od ich poparcia. Prawica, która w swoich krajach nie znajdowała dobrego słowa dla związków zawodowych, czciła heroiczną walkę Polaków przeciwko tyranii socjalizmu, lewica – heroiczną walkę robotników o prawdziwy socjalizm. Każda strona dokonywała projekcji swych marzeń na ów odległy kraj, o którym tak mało wiedziano.

Pozostając w zaproponowanej przez Brytyjczyka psychoanalitycznej termi­nologii, opisane przez niego zjawisko pozwala zrozumieć, dlaczego z czasem projekcja zmieniła się w wyparcie. „Solidarność” okazała się spektakularnie nieuchwytna. Jej klucz do sukcesu, niezwykła inkluzywność, dzięki której stała się jednym z największych ruchów społecznych ostatnich dekad, skazywała ją jednocześnie na porażkę, funkcjonalną inercję wewnątrz i ideową mglistość na zewnątrz. Nie trzeba zresztą było być Brytyjczykiem, Włochem, Francuzem czy Niemcem w latach 80., żeby na „Solidarność” i jej karnawał dokonywać projekcji własnych marzeń, bo czy akurat to zdanie Gartona Asha nie pasuje doskonale do sporów toczonych wokół dziedzictwa Sierpnia w Polsce od dłuższego czasu, mniej więcej od czasu, kiedy sami staliśmy się Zachodem?

Jaka rewolucja?

Nieuchwytność „Solidarności” daje o sobie szczególnie znać, kiedy pojawia się pytanie o jej efekty. „Wszystkie rewolucje kończą się upadkiem, ale są to rozmaite upadki” – cytuje George’a Orwella Timothy Garton Ash, swoje sprawozdanie z przebiegu „polskiej rewolucji” kończący pisać przecież podczas stanu wojennego. W okresie, kiedy pytanie o jej upadek było jak najbardziej na miejscu, a bilans strat i zysków przedstawiał się z pewnością zupełnie inaczej niż dzisiaj.

„W ciągu tego okresu nastąpiło pogorszenie sytuacji materialnej większości ludzi. Praktycznie wszystkie reformy gospodarcze pozostały na papierze. Najdoskonalszym produktem materialnym »Solidarności« były pomniki” – podsumowuje bezdusznie Brytyjczyk. Ale tylko po to, żeby za moment przenieść rozważania o skutkach karnawału „Solidarności”, a więc rodzaju upadku, jakiemu uległa, na zupełnie inny poziom.

„Nic się nie zmieniło i wszystko się zmieniło” – cytuje pewnego niewymie­nionego z nazwiska poetę Garton Ash. Robotnicy odzyskali przede wszystkim jego zdaniem „prywatną własność swojego języka”. „Newralgicznie reagowali na wszelki kompromis lingwistyczny z reżimem. Mówili wszystko, co chcieli powiedzieć, mówili swoim językiem, chociaż zdawali sobie sprawę, że nie mogą tego wszystkiego osiągnąć”. Jeżeli więc gdzieś należy szukać „twardych” rezultatów „solidarnościowego” zrywu, należy to robić na poziomie psychologicznym i etycznym. „Na pytanie, co to jest Solidarność?, nie można było odpowiedzieć po prostu: nowy związek zawodowy. Był to ruch, który najlepiej można by nazwać społeczną krucjatą narodowego odrodzenia. „Nastąpiła rewolucja duchowa. […] Solidarność dała ludziom nadzieję, coś, dla czego warto było żyć”. Paradoksalnie to ten rodzaj efektów działalności związku najłatwiej było zmierzyć, na dowód czego Garton Ash przytacza statystyki: liczba prób samobójstw zmniejszyła się w 1981 roku o jedną trzecią w stosunku do roku 1980, a konsumpcja czystego alkoholu zmniejszyła się w ostatnich czterech miesiącach 1980 roku o trzydzieści procent. „Podobnie było moim zdaniem z konsumpcją dowcipów politycznych” – dodaje autor Polskiej rewolucji, tytułu, który dopiero po przeczytaniu książki odkrywa przed czytelnikiem cały tkwiący w nim ładunek wewnętrznego napięcia. Przymiotnik „polska” odbiera bowiem słowu „rewolucja” niemal cały zawarty w nim zazwyczaj sens. Wystarczy prześledzić wszystkie słowa, którymi Garton Ash obwarowuje ten termin niemal za każdym razem, kiedy się nim posługuje: pokojowa, bezkrwawa, dziwna, religijna, jedyna taka, duchowa, ewolucyjna.

Nie jestem twoim wyborem

W sierpniu 1980 roku Timothy Garton Ash przyleciał do Polski z Berlina. „Solidarność” przerwała jego kwerendę, podczas której zbierał materiały na temat antyhitlerowskiego ruchu oporu. To symboliczne otwarcie klamry, która domknęła się w ostatnich trzydziestu latach. Pewnie sam reportażysta nie spodziewał się wówczas, że w oczach Zachodu, tych oczach, przed które podsuwał przez kilkanaście miesięcy sprawozdania z duchowej rewolucji „Solidarności”, to właśnie spokojny, choć przedzielony wciąż murem Berlin stanie się wkrótce symbolem upadku komunizmu.

Kilkakrotnie autor Polskiej rewolucji… zastanawia się, dlaczego kraj nad Wisłą nie może stać się dla europejskich intelektualistów tak wyraźnym i jednoznacznym symbolem jak republikańska Hiszpania epoki wojny domowej. Cytuje gorące wyznanie swojego rodaka, Wystona Hugh Audena, które oddawało wówczas stan ducha i umysłu Zachodu: „Jestem twoim wyborem, twoją decyzją, tak, ja jestem Hiszpania”. Książkę Timothy’ego Gartona Asha można czytać również jako uzasadnienie, dlaczego pół wieku później Europa nie mogła powtórzyć tego zdania, zmieniając jego ostatnią część na „tak, ja jestem Polska”. Pozycję pełną symbolicznych scen, zdań-sloganów i bohaterów jakby czekających tylko na to, by skierować na nich oko kamery i rejestrować kolejne, zapadające w pamięć kadry. Polska rewolucja. Solidarność 1980–1981 nie udziela tylko odpowiedzi na jedno najważniejsze pytanie. Dlaczego z całej tej masy symboli nie ostał się chociaż jeden, który w oczach Zachodu mógłby konkurować z upadkiem muru berlińskiego. Zastąpić jego miejsce na kliszy pod tytułem „koniec komunizmu”.

Timothy Garton Ash, Polska rewolucja. Solidarność 1980–1981, Polonia, Warszawa 1987.

Okładka książki "Polska rewolucja"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Maciejewski, W oczach Zachodu. O książce Timothy’ego Gartona Asha, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 63

Przypisy

    Powiązane artykuły