27.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #064 / Czy Wajda wiedział lepiej?

Jedyną opinią, której wstydzę się do dzisiaj w życiu zawodowym, jest pouczenie, jakie dałem Andrzejowi Wajdzie na łamach „Tygodnika Solidarność”. Recenzję Człowieka z żelaza wieńczyła w sierpniu 1981 roku taka oto pociecha dla Mistrza:

Post-szlachecka Polska indywidualistów ponoszących klęski – pisałem – skończyła się z powstaniem warszawskim w 1944 roku. Władza komunistyczna mimo stalinowskich zbrodni ma tę wielką zasługę, że stworzyła klasę robotniczą z inteligencją techniczną. A to zupełnie inny typ psychiczny, nieskory do romantycznych porywów, dzięki ciężkiej pracy liczący siły na zamiary, przyuczony do współdziałania przez kooperację przemysłową. Naród ten nigdy nie był tak trzeźwy i tak dobrze zorganizowany jak teraz. […] Równie pomyślnego układu nie mieliśmy od paruset lat. Taki moim zdaniem jest historyczny sens tego, co się stało w sierpniu.

Pocieszałem nie tylko Mistrza, ale też czytelników niejako z „partyjnego obowiązku”, ponieważ byłem pracownikiem głównego organu prasowego narodowego buntu.

Wajda wiedział lepiej. Dlatego zakończył film aluzyjną groźbą, że „Solidarność” zostanie rozbita. Reżyser starszy o ćwierć wieku od naiwnego recenzenta widział patriotyczny entuzjazm w pierwszych dniach września 1939 roku i szybki upadek II Rzeczypospolitej, rzekomo mocarstwowej, według państwowej propagandy. Jako kilkunastoletni chłopak poznał grozę wojny totalnej. A potem zobaczył, jak brutalnie wprowadza się rosyjski komunizm do kraju umęczonego niemiecką okupacją. Widział też pogrzebanie nadziei wolności rozbudzonej w Październiku 1956 roku. Ujrzał załamanie tak zwanej drugiej PolskiHasło „Budujemy drugą Polskę” było osią kampanii propagandowej ekipy Edwarda Gierka, która doszła do władzy w grudniu 1970 roku, po robotniczym buncie na Wybrzeżu – przyp. red.[1] pomimo obietnic dobrobytu składanych przez Edwarda Gierka.

Kiedy wybuchła „Solidarność”, Wajda zaangażował się całym sercem w kolejne polskie powstanie, tym razem bezkrwawe. Wyreżyserował 16 grudnia 1980 roku uroczyste odsłonięcie pomnika z apelem poległych stoczniowców, gdy nad granicą grzały silniki rosyjskie czołgi gotowe do najazdu na Polskę. Musiał patrzeć na świat przez pryzmat tamtych rozczarowań i przyszłych zagrożeń. I wreszcie zrealizował drugą opowieść o Birkucie.

Człowiek z żelaza bez zahamowań pokazał konflikt interesów między komunistyczną władzą i polskim społeczeństwem. Ale nie jest dobrym filmem. Dostał w Cannes Złotą Palmę nie za walory artystyczne, a z sympatii dla naszego zrywu antykomunistycznego. W kulturze PRL była to sytuacja wyjątkowa. Zrywała z kanonem tak zwanego realsocjalizmu, że „towarzysze, wiecie, rozumiecie, rozwijamy humanizm i demokrację, ale nie zawsze nam wychodzi z powodu błędów i wypaczeń”.

Człowiek z marmuru

Według schematu winy tragicznej musiał zostać nakręcony w 1976 roku Człowiek z marmuru. Napowietrzne estakady, nowe bloki mieszkalne, gigantyczne kominy Huty Katowice nie tylko wyrażały sukces „drugiej Polski” Gierka. Także okupywały krzywdę przodownika pracy Mateusza Birkuta za stalinizmu i śmierć od milicyjnej kuli za Gomułki w grudniu 1970 roku, podczas buntu robotników Wybrzeża. Zbrodnie komunistów jawiły się w pierwszym filmie o Człowieku z… jako konieczność historyczna, za którą nie powinno się winić komunistów. Nawet pilnujący Birkuta ubek jest w gruncie rzeczy sympatycznym chłopakiem, który ukrywa w raportach pewne potknięcia swego obiektu obserwacji. Jeżeli aparat partyjno-państwowy ponosił winę, to właśnie winę tragiczną. Stał przed wyborem między ludzką krzywdą a przyszłą pomyślnością narodu. Wajda pokazuje tę pomyślność obrazami budowy miasta Nowa Huta i Huty Lenina oraz hasłem propagandy sukcesu „Polak potrafi”Jedno z haseł propagandowych dekady rządów Edwarda Gierka – przyp. red.[2].

W Człowieku z marmuru po wyjściu z więzienia podczas odwilży roku 1955 Mateusz uchyla się na wiecu od podsuwanej mu roli przywódcy niezależnego od władzy. Czy z rozczarowania ustrojem? Przecież po Październiku 1956 bierze udział w wyborach do sejmu, oddając tak zwany głos bez skreśleń (skreślając pewnych kandydatów, teoretycznie modyfikowało się skład parlamentu, głosując bez skreśleń, jedynie zatwierdzało się decyzję władz – był to symboliczny gest całkowitego poparcia). „Różnie bywało, gorzej, lepiej, ale to jest nasz kraj”, mówi reporterowi zamiast oczekiwanego sprzeciwu wobec tej politycznej fikcji. Scena jest tragikomiczna, gdy zaraz po Mateuszu do urn wyborczych przystępuje cały naród, niektórzy obywatele w strojach ludowych. Bezzębne babcie łowiczanki śmieją się do kamery, wrzucając karty wyborcze również bez skreśleń, a reżyser kpi, wykorzystując zdjęcia kroniki filmowej z epoki.

Wajda obrócił przeciw komunistom ich własną propagandę. Marksizm głosił walkę z wyzyskiem robotników przez kapitalistów, więc film pokazał, jak wygląda wyzysk w realnym socjalizmie. Jest rok 1950. Zaczyna się budowa Huty im. Lenina i miasta Nowej Huty pod Krakowem, sztandarowej inwestycji planu 6-letniego. Plan miał przeobrazić Polskę w kraj przemysłowy, zaś nowe miasto robotnicze miało podważyć krakowski konserwatyzm.

Mateusz Birkut, pełen dobrej woli chłopak ze wsi, zgadza się na udział w widowiskowym biciu rekordu układania cegieł na budowie. Bo czemu nie, skoro partia obiecuje lepszą przyszłość robotnikom i chłopom. Przy udziale pięciu pomocników, w tym przyjaciela Witka, kładzie 30 tysięcy cegieł podczas ośmiogodzinnej zmiany, ponad trzykrotnie przekraczając normę. Powoduje to podniesienie wymagań wobec wszystkich murarzy na wielkich budowach socjalizmu.

Przy kolejnym widowisku bicia rekordu ktoś podkłada Birkutowi rozpaloną cegłę. To niszczy mu dłonie, uniemożliwiając dalszą rywalizację przodowników pracy. Bezpieka musi znaleźć winnego, więc oskarża Witka. Mateusz bezskutecznie próbuje pomóc przyjacielowi, a w końcu zdesperowany rzuca cegłą w szklane drzwi UB. Bunt ulubieńca komunistycznej władzy wiedzie go do śmierci od milicyjnej kuli kilkanaście lat później – w Grudniu 1970.

Pomysł bicia rekordu i nakręcenia o tym filmu propagandowego podsuwa partii młody filmowiec Burski, by pomóc swej karierze. W napisach końcowych dokumentu zatytułowanego Oni budują lepszą przyszłość jest nazwisko Andrzeja Wajdy jako asystenta Burskiego. Reżyser przyznaje, że na początku kariery również przyłożył rękę do komunistycznej propagandy.

Osią fabularną Człowieka z marmuru jest realizacja filmu o Mateuszu Birkucie; przeszłość powraca w inscenizowanych wspomnieniach świadków epoki. Reporterka Telewizji Polskiej zbiera materiał do zleconego dokumentu o przodowniku murarskim. Efekt wystrasza telewizyjnego redaktora. Komuniści u władzy wstydzą się swej przeszłości i boją się kolejnego buntu społecznego. Jakże słusznie.

Film wszedł do kin w październiku 1976 roku, cztery miesiące po buncie robotników w Radomiu z powodu podwyżek cen żywności. Minister kultury Józef Tejchma podał się do dymisji – była to kara za jego zgodę na realizację filmu. Premier Piotr Jaroszewicz zakazał publikacji dobrych recenzji. Wajda nie dostał Złotych Lwów na festiwalu w Gdyni, a tylko cegłę od dziennikarzy wręczoną mu na schodach. Poza konkursem w Cannes otrzymał nagrodę krytyki filmowej FIPRESCI.

Krystyna Janda debiutująca w roli nieustępliwej reporterki jest bezczelna, manieryczna, znerwicowana i przykuwająca uwagę – zgodnie z poleceniem reżysera. Miała to zagrać Agnieszka Holland, ulubiona wychowanka Wajdy w jego Zespole Filmowym X, jednak nie dostała zgody władz kinematografii. Z pomysłu zostało imię głównej bohaterki. Pani Holland nie dałaby żywiołowego popisu Jandy. Jej zapewne skupiona rola kierowałaby uwagę widzów na tragiczną treść fabuły.

Jerzy Radziwiłowicz ujmująco gra naiwną ofiarę reżimu. To chłop wyidealizowany, o delikatnej urodzie, poprawnej polszczyźnie i dobrych manierach, w sam raz materiał na bohatera mitu antykomunistycznego. Mimo ograniczonego rozpowszechniania film obejrzało 2,5 miliona widzów. Po seansie we Wrocławiu publiczność odśpiewała „Jeszcze Polska nie zginęła”. Dziś wiemy, że była to zapowiedź Sierpnia ’80.

Człowiek z żelaza

W drugim filmie o Człowieku z… gierkowska elita władzy nie ma nic wspólnego z bohaterami antycznych tragedii. To gang przeżarty cynizmem i prywatą. Płynie stąd wniosek, że wprawdzie jesteśmy skazani na aparatczyków, ale nie musimy udawać dla nich szacunku. Scenarzysta Aleksander Ścibor-Rylski i reżyser stworzyli jasną sytuację. Złamali stereotyp stosunków politycznych, co do których już nikt nie miał złudzeń od czasu brutalnego stłumienia buntu w Radomiu w czerwcu 1976 roku. Trzeba było Sierpnia ’80 i siły Wajdy, żeby powiedzieć rzeczy oczywiste. Ten artysta kina wziął się do dziennikarskiej roboty. Pozbierał ze współpracownikami fakty, dokumenty, postaci, pofastrygował talentem i dzięki swej międzynarodowej pozycji z „Solidarnością” w odwodzie przepchnął realizację przez gabinety zjeżonych polityków.

Nie jest to film głęboki ani wielki. Opowieść o korzeniach Sierpnia ’80 powinna ukazać formowanie się przywódców i robotniczej świadomości, dwa najważniejsze zjawiska w buncie stoczniowców. Dlaczego ma nas bardziej interesować syn Birkuta, który podczas strajku w stoczni niczym się nie wyróżnił, niż Lech Wałęsa czy Andrzej Gwiazda? O nich powinien być ten film, o ludziach pierwszej linii. Albo o psychologii strajkowej solidarności. Której nie ma. Rzecz została opowiedziana z punktu widzenia przyjezdnego inteligenta szperającego w robotniczych życiorysach. Jest to sytuacja samego reżysera, który pojawił się w stoczni pod koniec strajku i na chwilę, a także jego scenarzysty. Nie przystąpili do strajku, nie zamknęli się w stoczni. Dopiero po fakcie starali się dowiedzieć, jak tam było naprawdę.

Gdyby postawili głównego bohatera w roli uczciwego kibica, to powstałaby rzecz autentyczna. Ale chcieli dołożyć znienawidzonej telewizji, dlatego głównym bohaterem zrobili szpicla prezesa Radiokomitetu. Widzowie znaleźli się w trudnej sytuacji, bo nie chcieli się utożsamiać z pierwszoplanową postacią. Naszym człowiekiem nie jest główny bohater, który budzi politowanie. Nie jest nim też Maciek, syn Mateusza Birkuta, bo stoi na uboczu i jest zbytnio naznaczony inteligenckim dylematem: awans czy uczciwość. Maciek jest robotnikiem z wolnego wyboru, z pańskiego gestu. Ma mało wspólnego ze zwykłymi ludźmi, z Wałęsą, który nie zrobił matury bynajmniej nie z rozmysłu, czy Andrzejem Gwiazdą, który skończył studia wyższe, ale się nie sprzedał komunistom.

Maciek ma najwięcej wspólnego z XIX-wiecznymi rewolucjonistami, którzy „szli w lud” szykować przewrót. Wajdzie jest najbliższy typ postszlacheckiego indywidualisty, jakim był również stary Birkut. Co z tego, że robotnik, skoro ze szlagońską fantazją jeździł po knajpach z cygańską kapelą, a na pokazowym procesie politycznym wyśmiał sprzedajny sąd żartem w stylu Zagłoby. Niestety, Maćka nie można było skroić na równie wielką indywidualność, gdyż kosztem prawdy dokumentalnej musiałby przejść do pierwszej linii walki, rozpychając prawdziwych przywódców strajku.

Pojawia się Andrzej Gwiazda, dziwne tylko, że stoi w tłumie pod stocznią. Czyżby Wajda odsunął go z pierwszej linii jako oponenta Wałęsy? Anna Walentynowicz zaś i Wałęsa składają Maćkowi życzenia na ślubie. Jest to dysonans. „Lechu” gra już człowieka publicznego, którym został w czasie realizacji filmu. Krystynie Jandzie nie zostało nic innego, jak też zagrać siebie, czyli głośną aktorkę; oboje w żaden sposób nie wyglądają na kolegów z konspiracji. To epizod charakterystyczny dla dzieła, które łączy dokument z fabularną fikcją.

Film zawiera oryginalne nagrania dźwiękowe z krwawego tłumienia buntu stoczniowców w Grudniu ’70. Czarno-białe zdjęcia dokumentalne z Grudnia i Sierpnia kontrastują z barwnymi zdjęciami ze strajku w stoczni. Odtworzenie wydarzeń autentycznych różni się od reszty dobrą jakością obrazu. Tymczasem wypadki były jeszcze za bliskie, za żywe, żeby można było powstrzymać zachłanną ciekawość szczegółów, którą podsycają zdjęcia archiwalne.

Wbrew temu, co mówi się z ekranu, nie ma wykuwania Maćka na „człowieka z żelaza”. Głównym bohaterem jest bowiem dziennikarska szmata. Jej przemiana wewnętrzna znajduje się w centrum. Chybia to sedna sierpniowych nastrojów triumfu i nadziei przemieszanych z lękiem o przyszłość. Chybia nastrojom publiczności z powodu źle wybranej „twarzy” rewolucji, jakim jest zapijaczony agent prezesa TVP. Fabuła stanowi zbiór epizodów bez wyraźnej linii dramaturgicznej i punktu kulminacyjnego. Szczytowym punktem akcji nie jest moment podpisania porozumienia strajkujących i władz kraju, ale demaskacja dziennikarza. Nie to powinno być pointą robotniczego zwycięstwa!

Nieszczęsne rozwiązanie dramaturgiczne można wyjaśnić chęcią odreagowania własnej „kolaboracji z reżimem” twórcówNa Kongresie Kultury Andrzej Wajda samokrytycznie mówił: „Kiedy wczoraj malowano tu apokaliptyczny obraz strat i zmarnowanych możliwości polskiej kultury, pomyślałem, że w powstaniu tego obrazu znaczny udział mają polscy intelektualiści, polska inteligencja. Przecież to nie robotnik napisał Kantatę o Stalinie i nie robotnik dorobił do niej muzykę. Nie robotnik wymyślił Pałac Kultury i nie robotnik sfałszował encyklopedię” – przyp. red.[3]. To uczucie nieznane robotnikom było żywe wśród inteligentów wygodnie osadzonych w przedsierpniowej rzeczywistości. Niezłomnych było mało, reżyser miał wielkie zasługi w walce o wolność twórczą w kinie, ale wstyd pozostał.

Czy Człowiek z żelaza mógł być równie dobry jak … z marmuru? Tamten przyniósł mit proletariusza stworzonego przez władzę i zniszczonego za nieposłuszeństwo. Ale śmierć Birkuta była również klęską komunistów. Dla obu stron stanowiła tragedię, którą zgotował los. Dlatego był to film wtedy wielki. A Człowiek z żelaza załatwiając bieżące porachunki, był tylko użyteczny. Niestety, jeszcze gorzej wypadła ostatnia część trylogii robotniczej.

Wałęsa, człowiek z nadziei

W trzecim filmie o Człowieku z… jest scena kluczowa dla kariery Wałęsy: podpisanie zobowiązania do współpracy z SB w grudniu 1970 roku. Scenarzysta Janusz Głowacki zrobił wiele, żeby usprawiedliwić Lecha. W tych dniach żona rodzi pierwsze dziecko, więc tym bardziej chce wyjść na wolność. Na komendzie milicjanci wokół niego katują do krwi robotników. Natomiast w rzeczywistości dziecko urodziło się dwa miesiące wcześniej, a przesłuchania nie były wtedy krwawe, jak twierdzi Sławomir Cenckiewicz. Zdaniem tego historyka „Solidarności” zakłamane jest również spotkanie Lecha z redakcją „Robotnika Wybrzeża”, gdzie poucza działaczy „jak Pan Jezus”. Naprawdę Wałęsa radził podpalanie komend MO za każdego aresztowanego robotnika jak marny prowokator albo głupiec.

Scena zobowiązania do tajnej współpracy z SB przypomina o łamaniu sumień przez reżim komunistyczny. Ma też przekonać, że nie wolno potępiać Lecha. Zresztą w filmie odmawia on donoszenia, gdy potem w pracy nachodzą go esbecy. Ale w rzeczywistości są dowody płatnych donosów na kolegów, o czym jest już cicho. Komuniści zawarli porozumienia sierpniowe i pogodzili się z Lechem na czele związku, uważając, że mają go w garści. Obawa szantażu chyba też tłumaczy dziwne zachowania Wałęsy, gdy został prezydentem Polski i zmarnował szansę dekomunizacji. Czy SB pomogła mu w wyborze na przewodniczącego związku w trakcie burzliwego zjazdu „Solidarności” w 1981 roku? Jednak film nie wchodzi ani w ten wybór, ani w żałosną prezydenturę, by nie kompromitować swego bohatera.

Co prawda przewodniczący „Solidarności” nie dał się złamać w trakcie internowania podczas stanu wojennego, a dekada lat 80. to jego najlepszy okres życia: został symbolem nadziei Polaków. Niby schwytany, a wymykał się z pułapki. Nie godził się na kolaborację z komuną mimo lęku przed kompromitacją. Może uważał, że ludzie nie uwierzą władzy? Ale równie dobrze można przyjąć, że stratedzy nomenklatury zachowali atut na czas transformacji ustroju i rozkradania gospodarki podczas żywiołowej prywatyzacji. Film nie rozważa takich możliwości. Jest prostą agitką.

Realizatorzy pomniejszyli i wypaczyli rolę Anny Walentynowicz. Wcale nie biła brawo, kiedy Lech zakończył strajk 16 sierpnia po spełnieniu ekonomicznych postulatów stoczniowców. Przeciwnie, zarzuciła mu zdradę i wymusiła na nim strajk solidarnościowy z innymi zakładami. Ale mimo to bohaterką stała się Henryka Krzywonos. Skąd ten awans? Wcześniej poparła Donalda Tuska w walce z Jarosławem Kaczyńskim. Podczas uroczystości rocznicowych, kiedy prezes PiS wygłaszał świetne przemówienie o państwie według „Solidarności”, coś tam wykrzyczała, co podchwyciły media, aby przykryć koncepcje Kaczyńskiego. Dlatego Wajda wziął ją do swojego tramwaju.

W filmie nie ma „karnawału «Solidarności»”. Na pierwszym planie jest Lech, choć było nas dziesięć milionów Polaków szalejących w patriotycznym transie. Szczyt nastrojów wypadł na przełomie marca i kwietnia 1981 roku, po prowokacji bydgoskiej. Miał się odbyć strajk generalny w całym kraju, co zakrawało na powstanie przeciw komunistom. Lecz do strajku nie doszło. Przełomowy moment, gdy związek zaczął tracić impet, pojawia się w filmie jedynie w postaci szczątkowej. Trzeba znać tamten okres, by rozumieć, o czym Wałęsa poucza kolegów, odwołując strajk wbrew statutowi związku. Ten fakt nie został wykorzystany dramaturgicznie. Filmowi brakuje też rozmachu. Czyżby zabrakło energii staremu reżyserowi albo wyobraźni staremu scenarzyście? A może to skutek „lęku przed upiorami nacjonalizmu” podsuniętego Wajdzie przez Adama Michnika lub konsultanta profesora Andrzeja Friszke?

Napis na ekranie stwierdza, że w 1989 roku „Solidarność” wywalczyła rokowania przy Okrągłym Stole. A przecież to rzecznik rządu Jerzy Urban namawiał w telewizji do rozmów przy tym wielkim meblu w Pałacu Namiestnikowskim.Bo właśnie komuniści chcieli dzielić się władzą polityczną w zamian za odpowiedzialność za gospodarkę. „Solidarność” miała wziąć na siebie „bolesne reformy”, a nomenklatura uwłaszczyć się na majątku narodowym. Związek ociągał się, gdyż niektórzy działacze wyczuwali pułapkę. Bieg wydarzeń potwierdził ich obawy.

Wajda odzyskałby utraconą wielkość, gdyby pokazał mechanizm, który wyniósł Wałęsę. Można wyobrazić sobie film o szefie „Solidarności” wywołujący dreszcze jak dzieło rangi szekspirowskiej. Czyli stworzenie antymitu „Solidarności”, by cisnąć go w twarz elicie władzy w Polsce, a życzliwych cudzoziemców wyśmiać za brak wiedzy. Oto „Lechu” z pomocą komunistów przedostaje się do strajkującej Stoczni im. Lenina i obejmuje przywództwo. Komuniści podpisują z nim porozumienia gdańskie, wiedząc, że trzymają go w garści dzięki jego opłacanym donosom na kolegów (w archiwach SB mają jego podpisy). Inaczej nie ryzykowaliby legalizacji Film. Krzysztof Kłopotowski 504 masowego ruchu narodowo-religijnego, z „polskim papieżem” w Watykanie na dodatek. Cyniczna wizja rewolucji jest zgodna z naszą wiedzą o świecie i uważana za naturalną w innych miejscach i czasach. Trzeba było dopiero wielkiej propagandy, żeby otumanionej opinii publicznej taka wizja wydała się dziwacznie „spiskowa”, jak gdyby w dziejach brakowało spisków.

Można byłoby pokazać w fabule, jak zło na dobre się obraca, a potem powraca do złego. „Lechu” obiecywał po 1989 roku „puścić w skarpetkach” aferzystów, czyli nomenklaturę partyjną i esbecką. Ale w skarpetkach to puścił kolegów robotników, prezydując upadkowi przemysłu i uwłaszczeniu komunistów. Prośmy o śmiech bogów z naszego „karnawału wolności”.

Część budżetu miały pokryć pieniądze od oszusta, który okradł Polaków w aferze Amber Gold. Czy to tylko przypadek, czy ktoś na górze pogroził palcem za kłamstwa tej fabuły? Potem była premiera na trzeciorzędnym festiwalu w Wenecji (Cannes i Berlin są dużo ważniejsze). Reżyser dostał nagrodę kilku tysięcy dolarów „za całokształt twórczości” od firmy Persol, producenta ciemnych okularów. Szef marketingu oświadczył: „Uważamy, że Wenecja stanowi idealną okoliczność dla uczczenia, w doskonałym miejscu, talentu filmowego, który najlepiej wyraża styl Persola”. Otóż to! Ciemne okulary wprowadził w Polsce w modę Andrzej Wajda! Nosił je Zbigniew Cybulski w Popiele i diamencie i pokazał w Wenecji w 1959 roku, gdzie film otrzymał nagrodę krytyków FIPRESCI. To prawdziwe arcydzieło również oskarża się o zakłamanie historii. Czy ktoś – a raczej Ktoś – śmieje się tu z Mistrza?

Powinien powstać film o kręceniu filmu o Wałęsie, jak Człowiek z marmuru, który nie opowiadałby wprost o murarzu Birkucie, ale o tworzeniu fałszywego obrazu świata przez propagandę. Montaż materiału Człowieka z nadziei reżyser miał uzgadniać z Adamem Michnikiem. Jeśli to prawda, artysta spadł do roli propagandysty, utrwalając kłamstwo założycielskie III Rzeczypospolitej.

A przecież był specjalistą od rewizji polskich mitów. Czy powstrzymał go oportunizm? Chyba nie tylko. Legendę Wałęsy uważał za skarb narodowy. Owszem, kiedyś ta legenda otwierała wszystkie drzwi na świecie. Potem Wałęsa już nie pracował dla Polski, ale jedynie dla siebie, biorąc sowite honoraria za „wykłady” czy za reklamy typu Cinkciarz.pl. Jego legendę dałoby się ocalić w kraju totalitarnym, przy kontroli rządowej badań historycznych i cenzurze mediów. Środowiskowa presja nie wystarczyła. W wolnej Polsce mit Lecha upadł. Jest kwestią czasu, aby upadł w świecie.

*

PS. W lutym 2020 roku portal tvp.info zamieścił nagranie rozmowy Jana Kulczyka z Leszkiem Millerem, podczas której Kulczyk twierdzi, że Wajda konsultował z nim zakończenie filmu. Oligarsze nie spodobało się pierwotne zakończenie. W rozmowie z Leszkiem Millerem tak o tym mówił: „I słuchaj, tak się kończy film, że jest ta owacja, jest Wałęsa przemawiający w tym Kongresie, ten Kongres wstaje i w tym momencie kamera odjeżdża z telewizora, w którym to się działo, i tych dwóch ubeków, którzy stoją, którym tę lojalkę podpisywał 20 lat temu [mówi]: »A my go jeszcze dorwiemy«”. Oligarcha miał być z tej sceny niezadowolony i skłaniać Wajdę do zmiany: „I ja mówię: Andrzej, to jest najgłupsze zakończenie, jakie może być, że [SB] wygrywa czy wygra, bo ma wtedy sens to, co w tej chwili gada cały PiS: dorwali go, bo jest za co dorwać”(https://www.tvp.info/46688616/amber-room-jan-kulczyk-i-leszek-miller-rozmowao-lechu-walesie-nowa-tasma-wieszwiecej?fbclid=IwAR3-1ind2SUkRmAMRoAkWD4z3kQ jouYFas1O1PznFlyYkbkeRigphgvW0ow [dostęp: 1.03.2020]. [4]. Wajda zmienił wymowę filmu zgodnie z życzeniem oligarchy. Czy to także można usprawiedliwić troską reżysera o interes narodowy?

 

Redakcja „Nowego Napisu” próbowała uzyskać potwierdzenie lub zaprzeczenie prawdziwości twierdzenia Jana Kulczyka, ponieważ nie był on osobą wiarygodną. Niestety, bezskutecznie.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Kłopotowski, Czy Wajda wiedział lepiej?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 64

Przypisy

    Powiązane artykuły