04.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #052 / Kwatermistrz znad czarnej rzeki

Autor powieści Troje znad czarnej rzeki i wielokrotnie wystawianych sztuk teatralnych Garść piasku czy Wariat. Były AK-owiec, przyjaciel sir Lawrence'a Olivera i Leopolda Tyrmanda. Założył w 1945 roku teatr, który pływał po Wiśle. Dziś pisze sztukę Pola Elizejskie, ale wcale nie zamierza schodzić z pisarskiej sceny. Przed Państwem Jerzy Przeździecki pisarz nieco zapomniany.

Zaczęło się od literatury dziecięcej i młodzieżowej. W zakładzie na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu o Jerzym Przeździeckim dyskutowaliśmy na seminarium. Promotor prowadził badania pod kątem literatury dla najmłodszych, a Przeździecki jest świetnym reprezentantem tego gatunku.

– Nie mogę pojąć, jak ten autor był w stanie w tak wnikliwy sposób przedstawić rozterki młodych ludzi – zauważył dr hab. Maciej Wróblewski.

*

Do mojego pierwszego spotkania z Jerzym Przeździeckim miało nie dojść. Po zdobyciu jego numeru telefonu w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, a potem usilnym wydzwanianiu, doszły mnie wieści, że Jerzy Przeździecki nie żyje. Taką informację znalazłem w sieci, zaś telefon pisarza był głuchy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kolejnym seminarium przemierzałem ulicę Szeroką w Toruniu i dokładnie na wysokości ulicy Mostowej, przy bucie Sławomira MrożkaCeramiczny but, który przytwierdzono do ściany, to kopia obuwia, w jakim Mrożek przechadzał się w 2006 roku po Toruniu.[1] na kamienicy, zawibrował mi telefon.

Patrzę na wyświetlacz: Jerzy Przeździecki.

– Halo?… – spytałem.

– Dzień dobry, tu Jerzy Przeździecki.

Pan Jurek żył i miał się dobrze.

Spotkaliśmy się kilka tygodni później w jego mieszkaniu na warszawskim Rozbracie. W lokalu pachniało skórą i drewnem, ściany zdobiły szable i herby o skomplikowanej heraldyce. Okna salonu wychodziły dokładnie na Skarpę, pośrodku pokoju Jerzy Przeździecki zasuwał w najlepsze na rowerze treningowym. Miał wówczas 89 lat.

Rozmowa krążyła wokół Leopolda Tyrmanda. Kiedy opowiedział o tym, jak się poznali, miał łzy w oczach. Drugi raz stało się to, gdy pokazałem mu zdjęcie jego syna. Miał również w pamięci okoliczności poznania matki Poldka.

– Poczekajcie, aż zobaczycie moją mamę – mówił Tyrmand, kiedy rozprawiali o dziewczynach.

A potem Maryla Tyrmand zjawiła się i wszyscy chłopacy nakryli się rumieńcami wstydu.

– Była piękna, młoda, wyglądała zupełnie ja my – wspominał pan Jurek.

Jego opowieści wplotłem w swoją debiutancką książkę Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie. Umówiliśmy się jednak, że jeszcze się spotkamy, by porozmawiać także na inne tematy.

W ten sposób upłynęły trzy lata.

*

Telefon Jerzego Przeździeckiego milczy przez kilka tygodni. Wiem, że pisarz odbył spotkanie autorskie w rodzinnym Sosnowcu przed rokiem. W końcu telefon odbiera kobieta, mówi ze wschodnim akcentem.

– Już podaję – mówi, przekazując słuchawkę.

– Halo panie Jerzy?

– A dzień dobry. Czymże mogę panu służyć?

Odetchnąłem z ulgą. Po krótkim przywitaniu Jerzy Przeździecki wyjaśnia, że i tym razem śmierć jest bardzo blisko.

– Wie pan – mówi – związek AK załatwił mi pomoc do domu. A ponadto mam kwaterę na cmentarzu. Jest nawet moje imię i nazwisko, ludzie czasem składają mi tam kwiaty za życia.

– Brzmi pan całkiem żywotnie, jak na mieszkańca Powązek.

– I tak się czuję! Tylko kolana już nie za dobrze, te, co mi je Niemcy kiedyś przestrzelili.

Umawiamy się na spotkanie.

*

Spotykamy się pięć dni później.

– Nie wiem, ile ma pan czasu, panie Jerzy.

– Zmieniło się na korzyść, panie Marcelu. Mamy mnóstwo czasu i sądzę, że zainteresuje pana to, co odkryłem. Istotne jest, że tym spotkaniem dał mi pan impuls, żeby przejrzeć papiery. I znalazłem coś niebywałego. – Tu pokazuje kilka kartek, ale wciąż nie wypuszcza ich z rąk. – Nie myślałem o tym całe lata. Ale zacznijmy od początku, od działań, które są trochę metafizyczne.

Jest wojna, zaś ja jestem młodym chłopakiem, który psim swędem zahaczył się o Orła Białego. Nie ma jeszcze Armii Krajowej. Wciąga mnie tam oficer, który potem okaże się generałem, ale też przyjacielem i sąsiadem przez lata. Do dziś pamiętam, jak uciekam spod rozwałki. Leci seria z karabinu. Odbijam się od muru sprintem, jak torpeda. Seria niemiecka nade mną. Świst kul, a ja jakimś cudem żyję.

*

Tytułem dygresji należy nadmienić, że przed działalnością konspiracyjną Jerzy Przeździecki pracował jako nastolatek w kopalni. Trafił również z matką do obozu przesiedleńczego w Łodzi. W konspiracji jako Witold pomagał w komunikacji jeńcom z Wielkiej Brytanii. Był w stanie to robić dzięki znajomości języka angielskiego, którego naukę podjął na tajnych kompletach w Stalagu VIII B przy kopalni Mysłowice.

Po zakończeniu wojny uczy się w Bytomiu. Po maturze w 1947 roku rozpoczyna naukę w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Do stolicy trafia przez przypadek.

*

Jerzy Przeździecki:

– Po wojnie marzę, że będę mówił biegle po angielsku. Takie po prostu marzenie, a zawsze miałem tak, że podejmuję takie wyzwania. Nie umiałem jeździć na rowerze, to wsiadłem na jakiś i puściłem się z górki. Nauczyłem się jeździć w dwie sekundy. A teraz powiem, jak było z angielskim.

Jest tuż po wojnie. Prowadzę rower boczną drogą, z daleka jedzie wojskowa ciężarówka. Zza kierownicy wychyla się kobieta i pyta po angielsku o drogę. Odpowiadam w tym samym języku.

– A po niemiecku też pan umie?

Przytakuję. Jestem z Sosnowca, każdy tam znał niemiecki.

Wspominałem panu, że zamarzyłem, że będę płynnie po angielsku mówił? No więc, dostaję pismo z zaproszeniem do Warszawy. Kiedy pokazuję je rodzicom w domu, nie wierzą.

Przyjeżdżam tedy do Warszawy, dostaję mundur armii amerykańskiej i tak dostaję pracę tłumacza w UNNRA, czyli United Nations Relief and Rehabilitation Administration. UNNRA dostarcza do polski sprzęt, leki, ubrania, jedzenie. To stąd wzięły się na bazarach po wojnie tak zwane ciuchy. Po wojnie tworzę również akademicki Teatr na Wiśle, kiedy studiuję w SGH. Rejs ten opiszę po latach w powieści Znak życia.

*

Ten język angielski omal Jurka nie zabija.

Najpierw, kiedy jego działalność konspiracyjną z czasów wojennych prześwietla UB. W wyniku ich działań trafia na 5 miesięcy do więzienia, gdzie nabawia się gruźlicy. Potem służbom nie podobają się jego zbyt częste wizyty w ambasadzie USA i Wielkiej Brytanii.

*

Jerzy Przeździecki:

– Raz zatrzymuje się obok ciemny samochód i wciągają mnie do środka. To znów UB. Biją mnie strasznie, idzie o amerykańskiego urzędnika, chcą wiedzieć, czy jest szpiegiem. To było gdzieś na Wilanowie. Pamiętam to miejsce, bo wiele razy jeździłem potem tamtędy rowerem.

Wychodzę z Koszykowej obity okrutnie. Powłóczę nogami, gdzieś na Alejach Ujazdowskich. Ludzie schodzą mi z drogi. Nagle widzę jakby zarys faceta, idzie wprost na mnie.

– Nie bij – mamroczę pod nosem.

Mam twarz zmasakrowaną, jak bokser, oczy wtopiły mi się w opuchniętą twarz. Ten facet, myślę, skroi mnie, jak nic. Kto to jest, pyta pan?

Wymiotuję, osuwam się na chodnik. Nikt nie chce pomóc, tymczasem podnosi mnie ten gość, a potem wlecze do budynku YMCA, czyli Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej. Wszyscy usuwali się z drogi, każdy się bał, że proszę pana jestem trefny. Bo skoro byłem na UB i mnie wypuścili? A on robi przejście, prowadzi do pokoju, sadza na łóżku, myje, karmi.

Przepraszam. Przepraszam, że się wzruszam, ale… On mnie uratował. Ja Z wiekiem, kiedy patrzę wstecz, myślę, że nie poświęciłem niektórym ludziom wiele uwagi w myślach. Jak temu biegaczowi, w Zakopanem, sylwetka atlety, zawsze mnie wyprzedzał, a potem przysłał list, że w sumie, to on umiera. I umarł. Ale wracając do tego człowieka.

Powiem panu, kto to był. To był Poldek Tyrmand. Jak pan widzi, poznaliśmy się tak, że ja go nie widziałem na oczy. Jako jedyny okazał się przyzwoity, nie bał się, wyciągnął pomocną dłoń do obcego faceta z obitą gębą. Przecież mógł mieć przez to kłopoty. Wzruszam się, bo to były ciężkie czasy. Taki facet jak Leopold był na wagę złota.

I wkrótce mieszkam na Konopnickiej 6 w budynku YMCA. To są szalone czasy. Widzi pan te drzewa za oknem, na Skarpie? Myśmy większość z imciarzamiMieszkańcy budynku YMCA, na który mówiono żartobliwie „ciocia Imka”.[2] zasadzili. Nie było tu nic, u podnóża Skarpy stały roztrzaskane baraki. Zacząłem uczyć angielskiego, a uczyłem nawet w Akademii Umiejętności i podobno nauczyłem. YMCA, to były wariackie papiery. Założyliśmy z Tyrmandem i dwoma kolegami z AK klub Kalumet czyli fajka pokoju. Wszyscy byliśmy dla władz trefni, ale się trzymaliśmy w grupie.

I od tej pory byliśmy przyjaciółmi, a wkrótce sąsiadami. Załatwił mi pokój przez ścianę u „cioci Imki”, jak mówiliśmy od teraz na nasz dom na Konopnickiej 6. I tak upływała nam młodość. Raz wskoczyliśmy na deskę do prasowania na Wiśle i ciągnęła nas motorówka. Najbardziej lubiliśmy włóczyć się po Mokotowskiej. Po wojnie stały tam jeszcze domy z obdrapanymi napisami: 1832, 1837.

– Tu urzędują gruzinki” – obwieszczał niczym przewodnik, gdy mijaliśmy koczujące tam prostytutki. Gruzinki, bo na gruzach. – A tu mieszkał ten i ten – i opowiadał szczegółową historię każdego domu.

Nie bardzo Poldkowi wierzyłem, więc sprawdziłem w książkach. Okazało się, że on to wszystko naprawdę o Warszawie wie. O historii, architekturze, każdej uliczce i bramie. Bo to był chłopak stąd. Chłopak z Warszawy.

Zacząłem pisać dzięki jego maszynie. On na niej stukał wtedy, kiedy Mikołajczyk wszedł na stadion i tylko jeden dziennikarz mu klaskał, Poldek, właśnie, za to go wyrzucili z Agencji Prasowo-Informacyjnej. Ale jako jedyny w loży stukał w maszynę do pisania. Odsprzedał mi ją w 1955 roku, kiedy napisał Złego. A ją z kolei oddałem kiedyś za rower Jerzemu Andrzejewskiemu.

*

Jerzy Przeździecki opowiada o młodości na gruzach Warszawy:

– Umówiliśmy się, że kiedy Leopold Tyrmand padnie na ziemię, udamy przerażonych i wyniesiemy go do karetki opowiada Jurek Przeździecki. – Często odbywały się u nas imprezy jazzowe, fajfy, potańcówki, a Lolek organizował ten cały jazz po wojnie. Bo po wojnie można było spotkać dwa typy ludzi: cierpiętników i tych, co łapali życie na gorąco i się nie bali. Bo czego się bać, jak się przeżyło Holocaust, jak Tyrmand i partyzantkę, jak ja? Dlatego YMCA, to były piękne czasy.

I było tak, że jeden kolega miał ojca, co miał mydlarnię. I ten ojciec miał samochód, biały, że z daleka wyglądał jak karetka. I Tyrmand tego kolegę przekonał, żeby capnął ojcu ten wóz. O wyznaczonej porze stanęliśmy w drzwiach i nagle, na środku parkietu Lolek pada na ziemię, jakby rażony piorunem.

– Przejście! – krzyczy któryś.

– Człowiek umiera!

Ludzie przerażeni, bo Lolo nie żyje jakby, a my na to go w trymiga pakujemy do tego białego auta i odjeżdżamy na piskach.

Zatrzymujemy się dopiero na Nowym Świecie. Otwieramy tył, a Poldek dalej jak nieżywy.

– Poldek! Już po akcji! Nie zgrywaj się.

A on nic.

Co było dalej, pyta pan? Wyciągnęliśmy go z auta i położyliśmy na ziemi, a on dalej się nie ruszał. Zaczęli się zbierać ludzie. A on ciągle nic. Jak go szturchnąłem mocniej, to się sturlał do rynsztoku. Aż się sami przestraszyli koledzy, co z nim, a ja wiedziałem, że on tak miał. Jak miał? No tak, że ciągle musiał wszystkim udowadniać coś, zmagać się, pokazać, że potrafi. Nie wiem, skąd się to w nim brało.

Ja byłem słuchaczem Lolka, w takiej roli się ustawiłem. On zaś nauczył mnie, co i jak. Na przykład z dziewczynami.

Natomiast faktem jest, że my w YMCA, ja, Lolek, ci, którzy widzieli podczas wojny śmierć, po wojnie dwa razy bardziej cieszyliśmy się życiem.

*

Jerzy Przeździecki debiutuje fragmentami powieści Troje znad czarnej rzeki w 1955 roku. Wkrótce dostaje też pracę jako konsultant do Spraw Teatru i Estrady w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

Jest odwilż. Wydawnictwa dostają zielone światło na druk i wznowienia. Do łask wracają książki Agaty Christie czy Tomasza Manna, Strunę światła wydaje Zbigniew Herbert, Tyrmand publikuje Złego. Odwilż, której pierwsze oznaki pojawiły się na łamach Nowej Kultury pod koniec 1953 roku, teraz przybiera na sile.

Pewnego dnia Jerzy dostaje telefon z ambasady amerykańskiej.

– Czy pan Prezdeki może się zjawić? – pytają.

Jerzy Przeździecki:

– A tam czytają list, napisany do mnie przez Eisenhowera: Czy napisze pan miażdżącą wypowiedź pod kątem komuny. I powie pan to ze sceny po polsku i angielsku?. Pan sobie wyobrazi. Jestem po tym wszystkim, po tych przejściach z UB i YMCA, w ambasadzie USA. I słucham osłupiały, że Eisenhower prosi, żebym ja się zwrócił do władz PRL przed spektaklem Porgy and Bess Gershwina.

– I co pan zrobił?

– Tutaj wracam do początku naszego spotkania. Jego fakt skłonił mnie do poszukiwań, które zaowocowały tym oto papierem.

Pan Jurek pokazuje zdjęcie.

– To ja, tu, na scenie z kartką. A tu, na drugim zdjęciu, na widowni Bierut, Cyrankiewicz i cała wierchuszka.

– Czyli zgodził się pan?

– Dali mi wybór, ale to był taki moment historyczny, świat się zmieniał i pomyślałem, że się nie boję. Jak mnie wtedy ta seria z karabinu nie zabiła, nie zabiło mnie UB, to i tu sobie poradzę. Wszedłem na scenę, cały spocony, ręce mi się trzęsły i I powiedziałem, zaczynając od słów Zawdzięczam ten tekst prezydentowi Stanów Zjednoczonych…”. Ale były to moje słowa.

– Co było dalej?

– Cała sala zamarła.

– A potem?

– A potem za dwa dni mnie zabrali i znowu mnie obtłukli – mówi, uśmiechając się szelmowsko. – Bijąc mnie krzyczeli, że sprzedałem się Amerykanom.

Błysk w oku 92-latka to jedna z rzeczy, których w pracy reportera nie da się wycenić.

– Amerykanie chcieli mi zrobić reklamę potem, ale ja się bałem, że skończę na Syberii. Ja mówię trochę nieskładnie, bo się denerwuję, jak sobie to przypominam. To była cudowna chwila mojego życia. Prowokator!” – mówili potem niektórzy znajomi. I byli tacy podlece, którzy na nas donosili. Nawet dziś mam kolegę, o którym wiem, że na mnie donosił. A on nie wie, czy ja wiem, ale się domyśla. I ilekroć do mnie dzwoni, jestem dla niego serdecznie miły. On by chciał, żebym mu wygarnął, powiedział mu w końcu, co myślę, on potrzebuje, żeby zrzucić ten kamień z serca. A ja uśmiecham się i udaję, że nie wiem, o co chodzi. To jest moja mała zemsta.

*

Po odwilży zaczyna się pisarska droga Jerzego Przeździeckiego. Wydaje antysowieckie powieści Jaguar (1959) i Kres (1962), a zbiór opowiadańRuchome kamyki (1964) nagrodzony zostaje w Wielkiej Brytanii. Troje znad czarnej rzeki (1975, 1978, 1981, 2010) otrzymuje międzynarodową nagrodę literacką Jeuness du Monde. Kolejne utwory, to: Jasność nocy (1976, 1979), wspomniany Znak życia (1977), Kot (1978, 1984), Zakręt (1979), Solistka (1980, 1985, 2007), Punkt odniesienia (1982), Egzekucja (1983), Lekcja gimnastyki (1984), Zapamiętanie (1984), Opowiadania niemoralne (1993), Szał zamysłów (1994), Nasz brat Kain (1999, 2008), Miłość i inne sierpniowe wstrząsy (2001), Rzeczy pospolite (2006), Frywolie a takoż breweriady i wszeteczności ku krotochwilom stworzone (2012).

Scenariusze filmów Wyrok (1961) i Dzień oczyszczenia (1969) reżyseruje Jerzy Passendorfer. Ze sztuk teatralnych największym powodzeniem cieszą się wystawiane nieustannie za czasów komuny Wariat oraz Garść piasku, grana w USA, Wielkiej Brytanii i Australii jako Love games. Wśród innych tytułów należy wymienić takie jak: Brylant, Rów, Wyż syberyjskiMasz ochotę na miłość? Ponadto Wycinanki grane są po węgiersku, Brylant po bułgarsku i słowacku, Ostatnie piętro po łotewsku.

– Tu muszę przedstawić panu dalsze efekty moich poszukiwań w szufladach.

Pan Jerzy przedstawia mi list od sir Lawrence'a Olivera. It was awfully good to hear from you, pisze słynny aktor.

– Dopiąłem swego i nauczyłem się angielskiego tak, że to mój drugi język. Warto było. Choćby po to, by zaprzyjaźnić się z Vivian Leigh.

W latach 70. występuje w polskim radiu, jak Fred Jenkins. To jego artystyczne alter ego. Opowiada o impresjach na temat Polski oczami Brytyjczyka. Po latach w książce Szał zamysłów napisze spowiedź ze swojego życia w postaci dialogu z Fredem, który punktuje go za wszystkie grzechy i przewiny.

W 1965 roku dostaje posadę wykładowcy w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Zostaje również stypendystą na Uniwersytecie w Edynburgu (1968) oraz stypendystą British Counsil (1972 i 1980). W latach 19791980 uczestniczy również w International Writing Program na Uniwersytecie Iowa w USA.

W 1979 roku Stanisław Jędryka reżyseruje Zielone lata – scenariusz Jerzego na podstawie Trojga znad czarnej rzeki. To poruszająca historia małego Wojtka, który ratuje od śmierci swojego przyjaciela Abramka – młodego Żyda, którego próbowali zastrzelić naziści. Tytułową trójkę dopełnia mała Niemka – Erna. Tytułowa czarna rzeka to sosnowiecka Czarna Przemsza. Zielone lata malują dramatyczną wizję wojny widzianej z perspektywy dzieci trzech narodowości. Dziecięcy bohaterowie zdominują w przyszłości literacki dorobek Jerzego Przeździeckiego.

– A zatem Troje znad czarnej rzeki to również rodzinny Sosnowiec zastanawiam się, kiedy mija druga godzina naszej rozmowy. – Skąd w pana utworach dzieciństwo i umiejętność opisywania dziecięcych zmagań?

– Miałem chyba ze cztery lata – mówi pan Jerzy. – Nie więcej, jak cztery, kiedy dokonałem wstrząsającego odkrycia.

– Na czym ono polegało?

– Moi rodzice, z którymi siedziałem przy śniadaniu, jak zawsze ze smakiem zjadali kożuchy z mleka. Jedli płatki, a istniało przeświadczenie, że te kożuchy z mleka są bardzo zdrowe, a ja patrzyłem na to z obrzydzeniem. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że właśnie wtedy, tamtego dnia, nagle uprzytomniłem sobie, że chociaż jestem ich dzieckiem, to przecież istnieję, jako ktoś inny. Rzec można, zrozumiałem, że jestem odrębny. Że ja – to ja. Oni lubią kożuchy, a ja nie. To był błysk mojego indywiduum.

– Czy był to najważniejszy moment z lat dziecięcych?

– Były jeszcze kolejne. W pamięci zwłaszcza mam taki. Uczę się w szkole w Krakowie. I tam w jakiejś przyśpiewce szedł tekst, że Napoleon skinął na Polaków, a oni wtem skoczyli. Tego samego dnia spytałem ojca w domu a dlaczego, jak ten Napoleon na Polaków skinął, to oni skoczyli?. Na to mój ojciec uśmiechnął się zdumiony, po czym rzekł do matki: Zobacz ty. On zadaje zasadnicze, polityczne pytania!

– Czy te wydarzenie coś zmieniły?

– Tak, miałem odtąd zupełnie nową percepcję i od tamtej pory też pamiętam po prostu już wszystko. Pewnego dnia, kiedy mieszkaliśmy w willi na Piaskach, rozszalała się burza. Pioruny, błyskawice rozświetlające wnętrze, iskry sypiące się z wiszącego w holu telefonu, wiatr przewracający drzewa w sadzie, zabite gradem kury, Lord – wielki owczarek niemiecki – wyjący z przerażenia. Wszystko to zapisało się we mnie, w mej pamięci zbyt silnie, abym mógł zapomnieć cokolwiek. Chyba dzięki tym przerażającym rozświetleniom mojego ówczesnego świata przez błyskawice, został zakodowany we mnie na zawsze nie tylko rozkład pokoi w domu, lecz również, przypominający słonia, zaciek na suficie domku ogrodnika. Więc pyta pan, skąd mam tak dobrą pamięć. Cóż, słonie pamiętają długo! I od tamtej pory pamiętam te wszystkie emocje i uczucia, których doświadcza się jako dziecko. Nawet dorożkarza, który odebrał nas z matką, kiedy wróciliśmy do Sosnowca w trakcie wojny. Miał niezwykłą klasę i skory był do filozoficznych dysput. Dowiedziawszy się, że jesteśmy ze wspomnianych Piasków, zawiózł nas, nie biorąc ani grosza.

*

Dziś Jerzy Przeździecki mieszka na Rozbracie, a okna salonu wychodzą na Skarpę. Stowarzyszenie Pisarzy Polskich dwukrotnie uhonorowało go Nagrodą Specjalną za Twórczość. Otrzymał Złoty i Kawalerski Krzyż Zasługi Odrodzenia Polski, a także tytuły Weterana Walki o Wolność i Niepodległość Ojczyzny oraz Philanthropos Honoris Causa.

Nasza rozmowa trwa ponad trzy godziny, w trakcie których emerytowany pisarz ani na chwilę nie odwraca ode mnie wzroku. Jego spojrzenie pali intensywną iskrą żywego, literackiego umysłu.

– Biegać nie bardzo mogę – powtarza – ale na rowerze treningowym w każdej chwili 50 kilometrów trzasnę! Odwiedzają mnie często goście, byli uczniowie, przyjaciele. Ale muszę panu powiedzieć, że nie ma już zbyt wielu, którzy mieliby tyle lat, co ja. A siedemdziesięciolatek, to dla mnie młodziak! – śmieje się.

– A jak pisanie?

– I tu pana zaskoczę. – Sięga po maszynopis z sekretarzyka. – Skończyłem właśnie pisać taką sztukę. Nazywa się Pola Elizejskie. O czyśćcu, w którym wszystko jest na opak. To, cośmy robili w życiu, tam jest w krzywym zwierciadle. I o to chodzi, żeby złapać życie za pysk. – Tu pan Jurek pokazuje gest Kozakiewicza, a następnie wskazuje na okalające salon ściany. – Mam tu w pokoju portrety moich przodków. Siedzę sobie z nimi dookoła i dobrze mi tak. Często sobie z nimi rozmawiam. Wie pan, ja mam kwaterę na cmentarzu już. Od Armii Krajowej. Jest tam moje nazwisko, tylko nie ma daty. Ludzie noszą tam mi kwiaty, za życia, bo myślą, że nie żyję. A ja pójdę, jak przyjdzie czas.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcel Woźniak, Kwatermistrz znad czarnej rzeki, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 52

Przypisy

    Powiązane artykuły