10.09.2020

Nowy Napis Co Tydzień #066 / Szukając drogi w labiryncie życia

Czeski duchowny ks. Tomáš Halík jest dobrze znany polskiemu czytelnikowi. Liczne artykuły oraz kilkanaście tytułów książek zdołały przyzwyczaić i zjednać sobie szerokie grono czytelników. Jest to grono, któremu Halík stawia wysokie wymagania. Filozofia, psychologia, socjologia, zaangażowanie w dialog międzyreligijny, żywe doświadczenie duszpasterskie. Jakby mało tego było, autor jest otwarty na świat współczesny, niemal głodny świata, dlatego nie szczędzi czytelnikowi zanurzenia w świat polityki, mediów, literatury. Jego styl ma w sobie coś z gawędy przy kuflu piwa. Na początku jest obopólne zrozumienie, ciekawe zagajenie tematu, na który skwapliwie przystajemy, próba nawiązania dyskusji i… już zasłuchani stawiamy następną kolejkę. Wychodzimy z czytelniczego baru z płonącymi oczyma, spóźnieni na kolejne spotkania, przeżywając w sobie wnioski z rozmowy. Każdy, kto wytrwale czyta Halíka zauważa narastającą tendencję w ostatnich książkach: coraz więcej Mistrza Eckharta, coraz mniej Fryderyka Nietzschego. Czeski duchowny, który zachwycał – choćby i piszącego te słowa – swoistymi rekolekcjami z Nietzschem, które prowadził na kartach swoich publikacji, teraz coraz bardziej zmierza w stronę wskazaną przez mistyków „nocy ciemnej”. Dlaczego tak się stało, przedstawia w swojej najnowszej książce Od „podziemnego Kościoła” do labiryntu wolności.

Noc pyta o Ogień

Jak ten czas leci! Czytając od lat Tomáša Halíka, nawykłem do tego, że zawsze był on obecny na horyzoncie wydarzeń. Zresztą sam przyzwyczaił do tego czytelników, pisząc od jakiegoś czasu jedną książkę rocznie. Trzymam teraz w ręku jego autobiografię i zdaję sobie sprawę, że czeski duchowny ma już 72 lata. Dużo, ale młodości ducha niejeden mógłby mu zazdrościć. Zapewne do serca wziął sobie zasadę, którą wspomniał w książce: do pięćdziesiątki trzymaj się starszych nauczycieli, od pięćdziesiątki trzymaj się młodzieży. Autobiografia to jednak kapryśny gatunek literacki. Czytelnik szuka sensacji, a jeśli autor jest duchownym, to niecierpliwie czeka na „te momenty”. W dodatku, jeśli ksiądz porywa się na literacką opowieść o swoim życiu, to zawsze będzie zestawiany z Wyznaniami św. Augustyna. W obydwu przypadkach odpowiedzi są proste i (niektórych) rozczarowujące. „Ani razu nie złamałem celibatu”, deklaruje Tomáš Halík, zaś autobiografia to jego najsłabsza książka. Każdy, kto będzie szukał pogłębienia myśli zawartych w poprzednich publikacjach czeskiego księdza musi obejść się smakiem. Raczej otrzymujemy opowieść o tym, co wydarzyło się w życiu Halíka, dlaczego zajął się tym, a nie innym tematem, niż ich dalsze i twórcze wyjaśnienia. Wobec słusznego wieku i godnej pozazdroszczenia kondycji fizycznej i umysłowej, autor ma aż nadto materiału literackiego do przedstawienia czytelnikowi. I właśnie być może ów nadmiar powoduje, że książka zdaje się mówić o wszystkim i o niczym. Żeby to dobrze zrozumieć, należy mocno wczytać się w świat emocji, które kryją się za tym wyznaniem:

Dopiero po czterdziestce rozpoczął się dla mnie całkowicie nowy rozdział życia: mogłem publicznie działać w Kościele i w świecie akademickim i uczestniczyć w tworzeniu szeregu inicjatyw i instytucji życia kościelnego, akademickiego i politycznego. […] Po niemal dwudziestoletnim okresie, kiedy nie mogłem podróżować nigdzie poza paroma krajami bloku komunistycznego, w ciągu następnych dwudziestu lat odwiedziłem wszystkie kontynenty, łącznie z Antarktydą. Po tym, jak na dwadzieścia lat zostałem wykluczony ze świata akademickiego, miałem sposobność wykładać na uniwersytetach pięciu kontynentów, nie wyłączając najsławniejszego z nich – Oksfordu.

Z tej radości życia, które miało być ukryte z własnego wyboru i ograniczone z nadania narzuconej władzy, bierze się styl tej książki. W największym uproszczeniu: Od „podziemnego Kościoła” do labiryntu wolności aż nadto przypomina celebrycką autobiografię, która stara się zapisać, gdzie bohater był, kogo poznał i z kim ma wykopany wojenny topór. Tomáš Halík jest świadkiem epoki zimnowojennego świata, świadkiem Kościoła trzech zupełnie przełomowych pontyfikatów, co sprawia, że być może powinna powstać znacznie większa publikacja. Albo też redaktor nad nią czuwający powinien wraz z autorem dokonać selekcji materiału. Jest za bogato w sferze „gdzie byłem i z kim”, co kładzie się nieco cieniem na duchową zawartość książki. Rozumiem też autora, że cieszy się życiem, które miało wyglądać zupełnie inaczej, a po czterdziestce wręcz eksplodowało nadmiarem możliwości. No właśnie, zatrzymajmy się przez chwilę przy życiu, które miał wieść w szarej rzeczywistości jednej z sowieckich republik. O samym sobie Halík pisze zaskakująco niewiele: jedynak, niechętnie bawiący się z innymi dziećmi, całe życie otoczony dorosłymi. Jako dziecko zafascynował się Janem Husem i przez długie lata chciał być rycerzem albo… niedźwiedziem polarnym. Nawrócenie przychodzi stopniowo, i choć Halík opisuje swoje doświadczenie religijne, to trzeba przyznać, że unika ekshibicjonizmu. Zamiast tego przedstawia czytelnikowi piękny opis splotu dwóch rzeczywistości:

Wiosna 1968 roku była wiosną mego życia, wiosną mojej wiary, nową wiosną Kościoła po Soborze Watykańskim II, gdy wszystko wokół nas i w nas przesycone było zapachem nadziei na polityczne odprężenie i swobodniejsze życie. Nasza młodość chyba odpowiednio nas przygotowała do bardziej intensywnego współbrzmienia z duchem czasu, który szumiał i perlił się jak młode wino z posmakiem wszystkich kuszących radykalizmów i naiwności po okresie dorastania.

Równie intrygująco brzmi opis nocy, w której dokonał samospalenia Jan Palach. Tomáš Halík był niezwykle poruszony samobójstwem studenta, którego zapewne mijał na korytarzu uczelni, lecz nigdy osobiście nie poznał. Teraz niósł jego maskę pośmiertną, którą umieścił w miejscu, gdzie wcześniej na terenie uniwersytetu stało popiersie Lenina. Jest mroźna, styczniowa noc, gdy prowadził ze sobą dialog:

Myślałem o liście, który Palach pozostawił. Pisał w nim, że należy do grupy studentów, którzy zdecydowali się na taki sam czyn, że losowali – i on wyciągnął karteczkę z napisem „Pochodnia numer jeden”. Powiedziałem sobie tej nocy, że teraz wszyscy poprzez czyn Jana jesteśmy postawieni w sytuacji „Pochodni numer dwa”. Pytałem się, co ja mogę ofiarować, jak ja mogę odpowiedzieć na ten jego czyn, który mnie dotknął do szpiku kości. […] Chociaż nie złożyłem żadnego dosłownego przyrzeczenia dotyczącego kapłaństwa, to jeśli miałby wskazać pierwszy i decydujący krok na drodze, która zwróciła moje życie w kierunku kapłaństwa, byłaby to właśnie tamta „palachowska noc”. Pociągał mnie motyw ofiary, wymóg ascezy, wysoki cel, na który trzeba się bez zastrzeżeń nastawić, przekraczając i pomijając wszystko, co rozprasza i wstrzymuje.

„Palachowska noc” dopytuje nokturnem o zupełnie inną noc. Tę, która wydarzyła się dwudziestego trzeciego listopada 1654 roku. Intensywność jej doświadczenia została skrzętnie zanotowana: od godziny 22:30 do około wpół do pierwszej w nocy. Słowa jej towarzyszące są zagadkowe, jakby nie były w stanie sięgnąć swego opisu. Na kartce nakreślono: „Ogień. Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba, a nie filozofów i uczonych”. To oczywiście „noc Pascala”. Jestem przekonany, że Halík używając sformułowania „palachowska noc” odsyła czytelnika do nokturnu francuskiego myśliciela. Jednocześnie jest to „noc Halíka”: gdy wreszcie zapadnie wewnętrzna zgoda na przyjęcie sakramentu kapłaństwa, będzie to kapłaństwo w ukryciu. O tym, że został potajemnie wyświęcony wiedziało dosłownie kilka osób. Jak wielka była to konspiracja niech świadczy fakt, że nie powiedział o tym matce, z którą mieszkał aż do jej śmierci. Dochowanie tajemnicy nie było tu romantycznym pomysłem, ale brutalną rzeczywistością. Kościół w Czechach został potraktowany przez władze komunistyczne znacznie surowiej niż w Polsce. Długoletnie więzienia, jak również dziwne „samobójstwa” za sam fakt bycia kapłanem były na porządku dziennym. Te pierwsze lata tajnego kapłaństwa mają w opisie Halíka urok pierwszej miłości. Mszę sprawuje w niewielkich pomieszczeniach – pokoik, poddasze – zawsze samotnie, zawsze przy stole. Gdy nadejdą czasy wolności religijnej, rozpoczną się opisane z ciepłym poczuciem autoironii problemy jawnego kapłaństwa: nauka sprawowania liturgii przy ołtarzu, poruszanie się w ornacie. Zresztą z ubiorem Halík będzie miał same problemy. Pierwsza zakupiona koszula z koloratką jest oczywiście za mała, w sutannie nie potrafi chodzić. Jego broda niezbyt pasuje do ówczesnego wizerunku księdza. Ten „świecki” wygląd księdza pozostanie jego znakiem rozpoznawczym do dzisiaj.

Tezeusz w labiryncie

Autobiografia Tomáša Halíka nie jest pierwszą książką, która nosi w tytule słowo „labirynt”. Wcześniej była jeszcze publikacja zatytułowana Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. Labiryntem świata z wiarą i wątpliwościami. Wątek znajdowania drogi będzie przewijał się nieustannie przez życie Halíka. Już jako ksiądz będzie on raz za razem pytał siebie o własne miejsce. Może jezuici, może Opus Dei? Pozostanie do końca tam, gdzie rozpoczął – w zgiełku świata, jako jeden z pozoru tylko „anonimowych chrześcijan”. Warto czytać Od „podziemnego Kościoła”… nie tylko jako duchową drogę, ale pewne drogowskazy, jakich udziela człowiek mający doświadczenie wiary prześladowanej oraz wiary rzuconej w sytuację religii supermarketu, gdzie istnieje wielość „towaru” i możliwość ich „mieszania” ze sobą. Tomáš Halík uważa, że inspiracje płynące z czasów prześladowań są zapomniane przez współczesny Kościół, a jest to doświadczenie zupełnie unikalne. Drogowskazy, jakie stawia nie wszystkim muszą się podobać, ale warto się nad nimi przez moment zatrzymać. Przede wszystkim Halík uważa, że kwestia celibatu zostanie w niedalekiej przyszłości poważnie przeformułowana.

Dziś jestem przekonany – pisze – że zbliża się czas, gdy łacińskie odgałęzienie Kościoła katolickiego powróci do praktyki pierwszego tysiąclecia, dotąd zachowanej przez katolicki Kościół obrządku wschodniego, że oprócz księży żyjących w celibacie będzie wyświęcać na księży również żonatych mężczyzn.

Innym z kolei problemem jest „rwąca się sieć parafii” i pytanie o styl duszpasterstwa. Czy chwytać jak najwięcej w swoje sieci, czyli uprawiać duszpasterstwo masowe i nastawione na ilość, czy skupiać się na tym, co zatrzymuje się w sieci, czyli kierować duszpasterstwo nastawione na jakość? Czeski duchowny jest przekonany, że należy koncentrować się na jakości, iść bardziej w głąb niż wszerz, inwestować w mozolną pracę, która kiedyś się opłaci. Inną wskazówkę przytacza za osobami benedyktyna Anselma Grüna i jezuity Enomiya-Lassalle’a. Pierwszy skierował go ku pismom ojców pustyni oraz psychologii głębi, drugi nauczył go medytacji w duchu zen. Te doświadczenia będzie Tomáš Halík kierował później do swych czytelników, zachęcając do badania własnego wnętrza oraz przedłużonej modlitwy osobistej. Czeski ksiądz będzie także podtrzymywał swoją fascynację „świeckimi księżmi”, którzy pracują, wykonując świeckie zawody i nie afiszują się działalnością duszpasterską. Raczej swoim życiem dają świadectwo wiary wśród niewierzących. Ciekawe, że to doświadczenie opisywane często pod hasłem „księży-robotników” wydaje się współczesnemu Kościołowi nieatrakcyjne.

W stronę milczenia

Tomáš Halík z pewnością połączył w sobie wiele elementów, które nie zawsze zjednywały mu sympatię. Wielka erudycja idąca w parze z medytacją, ciekawość świata wraz z jego bolączkami i trwanie przy nauce Kościoła, wielogodzinne siedzenie w konfesjonale i pomoc psychologiczna wraz z pasją polityka (Havel chciał, żeby został po nim prezydentem). Nic dziwnego, że wzbudza kontrowersje. Spora część autobiografii poświęcona jest invidia clericalis (zazdrości duchownych). Zapytany o relacje z przełożonymi Halík wspomni, że są jak kawa. Gorące, gorzkie i intensywne. To trochę śmiech przez łzy, ale także wyjaśnienie, skąd coraz więcej Eckharta, a coraz mniej Nietzschego. A ponieważ zdradzać wszystkiego nie mam zamiaru, wydaje mi się, że ten „milczący” fragment paradoksalnie mówi wszystko:

Teolog, religioznawca, kaznodzieja musi mówić o Bogu. Tym ważniejsze jest, żeby umiał o Bogu także milczeć, aby umiał milczeć przed Bogiem i z Bogiem, by umiał milczeć w Bogu, słuchać Bożego milczenia. Jeśli my, którzy „profesjonalnie” mówimy o Bogu, nie mamy być bezwstydnymi bluźniercami, musimy także kultywować milczące komunikowanie się z tą niewysłowioną tajemnicą, komunikowanie, które zwie się życiem duchowym. Nasze słowa muszą wychodzić z milczenia i wpływać do niego.

Autobiografia Tomáša Halíka jest jedną z jego najsłabszych książek. Nie ma się też co temu dziwić, bowiem trudno jest pisać nieustannie książki na tak wysokim poziomie, do którego przez wiele lat przyzwyczaił swoich czytelników. Kilka lat temu, gdy czytałem po raz pierwszy Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. Labiryntem świata z wiarą i wątpliwościami byłem przekonany, że gdyby św. Augustyn chciał napisać współczesną wersję Wyznań, napisałby właśnie taką książkę. Kolejna publikacja czeskiego duchownego – Cierpliwość wobec Boga – otrzymała Nagrodę Templetona. To właśnie z niej pochodzi to genialne zdanie, że różnicą między wiarą a niewiarą jest cierpliwość wobec Boga. Do wymienionych książek wracam co jakiś czas; rezonują we mnie. Nie sądzę, aby Od „podziemnego Kościoła” do labiryntu wolności dołączyła do ich grona. A może przeczytałem ją nazbyt niecierpliwie i po jakimś czasie wyrażę mea culpa?

Tomáš Halík, Od „podziemnego Kościoła” do labiryntu wolności. Autobiografia, przeł. Jerzy Illg, Znak, Kraków 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Szukając drogi w labiryncie życia, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 66

Przypisy

    Powiązane artykuły