17.09.2020

Nowy Napis Co Tydzień #067 / Na skraju inteligencji

Zapewne to nie ja powinienem pisać o tej książceŁ. Nicpan, Fajerwerki nad otuliną, Warszawa, 2020.[1]. Nie dlatego, że znam od wielu lat autora, którego cenię jako wyrazistego poetę, a też podzielam w wielu miejscach postawę i życiowe wybory. To ostatnie akurat mogłoby być uzasadnieniem dla zrecenzowania prozatorskiego debiutu Łukasza Nicpana i zastanowienia się nad istotą jego duchowego dziennika. Dziennika, będącego zarazem zapisem rocznych zmagań z sobą samym, z oporem materii, z przewrotnością losu, ale w jeszcze większym stopniu stanowiącym wspomnienie o zmarłych. Nade wszystko o zmarłym przyjacielu, Michale Łukaszewiczu, który odszedł dużo za wcześnie, z czym trudno się Nicpanowi – a, jeśli sądzić z zapisów dziennika, nie jest to nawet możliwe – pogodzić.

Dziennik Nicpana jest także rodzajem prób (nawiązując do tych klasycznych, wywodzących się od Montaigne'a) – w ich najtrudniejszym ze wszystkich wymiarze – dążeniu do uporania się z codziennością. Pozornie ułożoną, bezpieczną materialnie, dzieloną z ukochaną żoną, ale i przepojoną smutkiem niedostosowania, zaniku woli, pełną psychicznych zapaści, na które nie ma lekarstwa i żadnej terapii. Opisem życiowej acedii, coraz częstszej w dzisiejszym świecie odartym z wartości, chociaż rzadko rozumianej i odczuwanej jako prawdziwy ból. Innej, co prawda, od tamtej acedii, charakterystycznej dla pustelników i mnichów, będącej w ich życiu konsekwencją poczucia odrzucenia przez Boga i poddania się pokusom demona Południa. Dzisiejsza acedia jest znamieniem tych, co czują głębiej, ale nie na tyle, żeby podjąć próbę uporania się z własnym zaniechaniem, z zamknięciem na wiarę. Czy to nie w konsekwencji zatrzymania się w pół drogi wpadają w depresje, z których nie ma wyjścia? Są cały czas na powierzchni, na skraju, gdyż nie stać ich na skok w wiarę. Nie są zdolni do zawierzenia Transcendencji.

Mój opór przed tą książką może jednak dziwić także dlatego, że Fajerwerki nad otuliną to świetna proza, napisana czystym, pięknym językiem, od którego odzwyczaiła nas – i to dość skutecznie – krajowa literatura. Nicpan to przykład pisarza władającego językiem bezbłędnego stylu i nieordynarnej wyobraźni, lakonicznego, ale i pełnego dodatkowych znaczeń, posługującego się poetyckim skrótem, odsyłającym do wyobraźni. Prozaik uformowany na seminarium Artura Sandauera, pisarz, którego językową sprawność – ze wspaniałymi rezultatami – udoskonaliła szkoła poezji. Ale również na jego pisarstwo wpływ miało doświadczenie translatorskie, dyscyplina stylu zapożyczonego od anglosaskiego pisarstwa. Mało kto, tak jak Nicpan, włada językiem polskim w jego wielu odcieniach, wręcz zmuszając czytelnika do skupionej uwagi. Czy jednak w gruncie rzeczy te wskazane wyżej zalety prozy Nicpana nie powinny się stać kolejnymi przesłankami do zajęcia się książką, jej autorem, zastanowienia nad tym późnym debiutem (dlaczego tak późnym?) świetnego pisarza i oddania dziennikowi tego, co mu się należy i przyporządkowania do prozy o wybitnej wartości? Pisarza z rzędu tych, jakich nie uświadczysz u nas od dawna. A jednak w trakcie czytania dziennika Nicpana miałem cały czas przekonanie, że moje wątpliwości nie wzięły się znikąd, że zza tego pięknego stylu, zza umiejętności opisu przyrody, ludzi, zwierząt, dosadności wyrażeń, wyziera pustka. Wszystko jest piękne, ale zarazem niczego nie ma. Czy nie dlatego, że ta pustka bierze się z trudności w określeniu siebie, własnej postawy, spojrzenia na siebie prawdziwego, innego niż stylistyczna figura narratora dziennika? A niekiedy wręcz jest konsekwencją niemożności znalezienia takiej perspektywy poznania, w ramach której zostaną odrzucone fałszywe obrazy świata, a to ich jedynym prawdziwym sędzią i prawodawcą ma być przecież narrator dziennika. Ten, który wszystko wie i o wszystkim decyduje, i to z tego przekonania wynikają nieprawdziwe oceny i hierarchie. Czy nie dlatego narrator dziennika Nicpana ceni bardziej życie mrówek od losu człowieka, że woli życie w kokonie przeestetyzowanego arbitra smaku, uciekającego w ten sposób od cierpienia?

Estetyzm i ucieczka

To właśnie na wątpliwościach co do czystości pisarskich intencji Nicpana jest zbudowana moja odmowa w uznaniu wartości jego dziennika. Podstawą dla nich jest moja niezgoda na estetyzm tej prozy. Na ucieczkę autora przed prawdziwymi problemami, chociaż pozornie tylko nimi się zajmuje w swoim dzienniku, skutkującą znikomością intelektualnego bagażu tej książki, jej wtórnym, naśladowczym charakterem. Rodzi to podejrzenie o intelektualną, ale wyrosłą na emocjonalnych brakach, niedojrzałość kreacji narratorskiej dziennika, mimowolny komizm, w jaki niechcący prezentuje się czytelnikowi postać głównego i w zasadzie jedynego bohatera-narratora.

Wskutek tego Fajerwerki nad otuliną są w swojej całości, kiedy oderwać się od pojedynczych pięknych fragmentów, rodzajem niezamierzonej i dlatego silnie przerysowanej karykatury zmagań polskiego inteligenta z losem. Zapewne, powtarzam, nie taki był – jak można sądzić – zamiar autora. Tyle że ta budowla skonstruowana z pięknych zdań, mająca na celu zamknięcie rzeczywistości w słowach, które nie prowadzą do zrozumienia świata, budzi chłód i nie tworzy związku odbiorcy z książką Nicpana. Dziennik plasuje się tym samym bardziej w obszarze pastiszu opowieści o zamkniętym czasowo na przestrzeni jednego roku losie człowieka, nie budzącego swoją bezbarwnością zainteresowania odbiorcy. Mamy cały czas wrażenie, że chociaż autor wie lepiej i więcej, i jest zupełnie inny od swojej literackiej kreacji, to jednak zarazem nie ma chęci dzielenia się swoją wiedzą z czytelnikiem i sprostania – w jego imieniu – realnym wyzwaniom pisarskim. Może dlatego, że nie potrafi się uporać z własnym losem i nie rozumie własnej biografii.

Fajerwerki nad otuliną są właśnie dlatego książką niepełną, pozbawioną więzi z odbiorcą, nastawioną wyłącznie na ego pisarza. Uchodzi to w poezji, trudno się z tym pogodzić w prozie. Dziennik Nicpana został napisany na skraju życia, poza światem, i w jakimś sensie powstał z pełną świadomością autorskiej kapitulacji, wycofania się i zgody na marginalizację narratora, niezdolnego do zrozumienia otaczającego świata. Może zresztą ma to jakieś paradoksalne znaczenie i przydaje tej prozie nowego znaczenia? A zresztą, kto wie, czy właśnie takie odczytanie dziennika Nicpana nie będzie najciekawsze? Gdyż właśnie wtedy zostaje pokazane w swoistym krzywym zwierciadle, w formule przerysowanej karykatury, która nie taką jednak miała być w zamierzeniu autorskim, nieporadne życie polskiego inteligenta na przełomie XX i XXI wieku. Pokazane zostaje jego, czyli także i nasze, udawanie. I widzimy w takim karykaturalnym skrócie (powtarzam, niezamierzonym w intencji autorskiej) najpełniej to, czym jest dzisiejsza Polska i kim jesteśmy my, Polacy przełomu wieków. Żyjący w dwudziestym pierwszym wieku, ale wciąż jeszcze myślący kategoriami poprzedniego, chociaż oddzielają nas od jego końca już dwa dziesięciolecia. My niby inni, a przecież wciąż nieuformowani, niedokończeni, stojący w rozkroku na granicy starej i nowej epoki.

Z tym że przecież ten nowy czas niewiele się różni od tego, co minął, jest nadal pełen tych samych wad, niedokończenia, ma wbudowany w sobie system pułapek niszczących osobowość. Nadal wyrzuca z siebie nikczemne miazmaty i trucizny, będące spuścizną dawnego ustroju, z którymi nie uporaliśmy się w ostatnim trzydziestoleciu. Jest niczym nastawiony przed laty mechanizm, który do dzisiaj – już samoczynnie i z uporem – dąży do zawładnięcia człowiekiem i sprowadzeniu go do roli figuranta. To właśnie jest ta prawdziwa otulina, co nie pozwala się przedrzeć pisarstwu Nicpana do duszy człowieka. Zamyka ją również przed nim samym. Tworzy sztuczną barierę odgradzającą od prawdy o sobie i budzi podejrzenie o udawanie. Wszystko staje się grą, ale prowadzoną znaczonymi kartami. Z opowieści Nicpana możemy odczytać ten rodzaj prawdy, która nie chce być prawdziwa, która odrzuca możliwość dotarcia do realnego bólu i spojrzenia na siebie, na swój los w wymiarze tragedii. Zapoznając tym samym istotę doli ludzkiej – rzeczywistego uwikłania w tragiczne splątanie życiowych wątków – będącej skutkiem tragiczności losu człowieka. Nicpan zamyka oczy na to, czym jesteśmy, nie chce też widzieć, dokąd idziemy, zadowala się paliatywami, rodzajem emocjonalnych podpórek, wypływających z przeżywania losu przyrody, która ma zastąpić w jego zapiskach człowieka. Nie zdaje sobie sprawy, że ulega (czy znowu w sposób niezamierzony?) wpływom dzisiejszej kultury masowej, wybierając to, co pozornie oryginalne, staje po stronie tego, co modne.

Na spacerze w puszczy widziałem mrówkę. Przecięła mi drogę. Szedłem po piasku w stronę Wierszy, ona przemierzała góry swojej piaszczystej Sahary. Dźwigała coś zielonego, chyba fragment liścia, na budowę, podściółkę, może do spiżarni. Przekroczyłem ją kolosem rodyjskim, wypatrując, czy jakaś inna nie wbiega pod podeszwę, abym jej nie zmiażdżył. Bliższa i droższa jest mi ta mrówka niż tamci bliźni z Twittera. Więcej radości mam z tej jednej mrówki niż z tamtych milionów ćwierkaczy (s. 114–115).

To z takiej wymyślonej i dość sztucznej, ale jednocześnie na tyle ostro zarysowanej granicy, że nie da się jej zlekceważyć, która ma oddzielić narratora od świata w jego ludzkim wymiarze, a czego skutkiem jest pełne pogardy zdystansowanie wobec człowieka, bierze się mój sprzeciw wobec prozy Nicpana. Moje odczucie niechęci i odrzucenie „otuliny”, jaką oddzielił się pisarz od nas. Nie tej realnej, leśnej, będącej częścią przyrody, otaczającej Kampinoski Park, ale innej, metaforycznej i zarazem lepiej oddającej istotę książki niż to słowo, jakie miał na myśli autor, a którego użył w tytule swojego dziennika.

„Otulina”, określenie jakim posługuje sięNicpan dla uwyraźnienia swojego miejsca na skraju Kampinosu, mimowolnie stała się rodzajem granicy, poza którą pisarz nie jest w stanie wyjść, żeby zrozumieć innego człowieka. Tyle że w konsekwencji tego nie potrafi także przekazać prawdy o sobie. Ta jest zasadniczą wartością dziennika jako tego rodzaju formy literackiej, która pozwala na wiwisekcję siebie samego, i poprzez autoanalizę umożliwienie dotarcia do odbiorcy. W nadziei, że rzucony czytelnikowi zapis duchowych, a niekiedy i cielesnych cierpień, umożliwi łączność z nim, a może nawet dopomoże w porozumieniu, w zbudowaniu swoistego mostu do rzeczywistego świata. Dającego się osiągnąć nawet wtedy, kiedy pisarz nie jest pewny siebie, kiedy targają nim wątpliwości. Gdy nie ufa sobie, bo nie wierzy w swoją osobowość i rezygnuje z prawdy o sobie, i godzi się na udawanie, na imitację, na kreację bezkształtnego tworu w miejsce żywego człowieka. W miejsce tego, kim jest naprawdę, podstawia kogoś innego. Tworzy siebie w dzienniku i poprzez dziennik (doskonałym tego przykładem był Gombrowicz„Rozwiązanie Gombrowicza – stawiające uzasadnione zarzuty wszystkim dziennikom z pozycji antydziennikowej – streścić się daje tak: nikt sam o sobie nie może świadczyć, jesteśmy naprawdę (lub raczej: jesteśmy bardziej sobą) tacy, jakimi nas widzą inni. I to nie w jakiejś jednej roli, także nie w roli autora dziennika czy autora słynnych dzieł literackich”. (A. Sulikowski, Egotyzm i egzotyzm: o „Dzienniku” Gombrowicza [w:] „Pamiętnik literacki” 1979, nr 70/3, s. 102, https//:www.bazhum.muzhp.pl [dostęp: 11.07.2020].[2]), budując ad usum czytelnika fantom nie mający wiele wspólnego z nim rzeczywistym. Nie wie, że nie jest to możliwe, co niegdyś trafnie zauważył Kołakowski „W tym sensie można powiedzieć, że w całym wszechświecie człowiek nie potrafi odnaleźć studni tak głębokiej, by pochylając się nad nią nie odkrył na dnie swojej własnej twarzy” (L. Kołakowski, Kultura i fetysze). [3]. Gdyż albo nie zdaje sobie do końca sprawy z ułomności takiej postawy pisarskiej, albo nie wierzy w siebie. I w ostatecznym kształcie nie ufa także literaturze w jej funkcji łączącej jednostkę (pisarza) z ludzką wspólnotą (czytelnikami – odbiorcami dzieła literackiego).

Wielkie kwantyfikatory

Czy to nie skutkiem tej nieufności jest posługiwanie się przez Nicpana w dzienniku wielkimi kwantyfikatorami? A w konsekwencji niewiara pisarza w człowieka, w jego zdolność do przeciwstawienia się złu, zarówno jednostkowemu, jak i wspólnotowemu. Odrzucenie tradycji, nadziei, a na końcu i wiary w Boga, skutkujące rozpaczą, którą Nicpan umiejętnie ukrywa, nieświadomy tego, że jej ujawnienie mogłoby się stać wstępem do rozpoczęcia nowej drogi. Nowej i długiej. Prowadzącej od egotyzmu do solidarności i miłosierdzia wobec innego człowieka.

Potem wyobraziłem sobie nas wszystkich, tak zwaną ludzkość, bez żadnego oparcia w sensie mitów, religii, nadziei. Miliardy myślących, świadomych swojej doli nieszczęśników w czarnej pustce bez kierunków. Czyli zobaczyłem nas sauté, bez aureoli, tiar i pióropuszów. Takich, jacy naprawdę jesteśmy (s. 45).

Mniejsza nawet o to, że taka postawa odrzucenia nie budzi zaufania do pisarskich (czytaj: intelektualnych) możliwości autora dziennika. Gorzej, że wyrzuca Nicpana poza obszar akceptowanej zgody ze strony czytelnika na jego przemyślenia. Sprowadza pisarza na manowce przekonania o własnej wyższości wobec tego, w co wierzą inni, a co jemu wydaje się śmieszne. Biedny nie wie, że sam się ośmiesza karykaturalnymi analizami biblijnych archetypów i toposów. Jak we fragmencie dziennika poświęconym Księdze Rodzaju:

Właściwie dlaczego Bóg dobrał się do Kaina? Czy dlatego, że był oraczem (ranił ziemię), a to ciężka praca, więc należało podać powód, dlaczego jest ciężka. Jest ciężka, bo oracz zgrzeszył zabójstwem brata Abla, nieraniącego ziemi (a jedynie zwierzęta) pasterza trzód. Jak w przypadku wielu ludzkich grzechów w Piśmie ŚwiętymNowego i Starego Testamentu ich właściwym sprawcą jest sam Bóg, a grzesznik (jak Judasz) realizuje tylko Jego plany (s.110).

Nicpan nie zdaje sobie sprawy, że (zapewne bezwiednie) kontynuuje w takich fragmentach znane z przeszłości jałowe próby podważenia prawd religii. W większości przypadków nie oparte na rzetelnej wiedzy, a nade wszystko nie mające na celu dążenia do zrozumienia religijnego sensu ludzkiego życia. Proponowana przez niektórych filozofów – już od starożytności – i niekiedy subtelna w swojej krytyce rozprawa z religijnymi mitami, w ostatnich stuleciach zmieniła się w walkę z Bogiem. W skierowane przeciw wszelkiej religii – i wszelkiemu myśleniu religijnemu – nie koniecznie o biblijnym rodowodzie, prostackie w swojej wymowie enuncjacje adeptów urzędowego bezbożnictwaNagle coś mnie tknęło, zaświtało. A może apostoł Paweł wcale nie uważał Jezusa Chrystusa za Syna Bożego w tym znaczeniu, jakie utrwaliło się w historii: syn prawdziwy, naturalny, choć nadprzyrodzony, poczęty w Niepokalanym Poczęciu przez samego Boga Ojca? [...] Jeśli pierwsi chrześcijanie widzieli w Chrystusie jedynie człowieka, z krwi i kości, poczętego z męskiego plemnika (tego oczywiście nie wiedzieli, plemników nikt jeszcze nie widział), uznanego przez Boga (tak to rozumieli) za Syna, bo był człowiekiem świętym i głosił nauki samemu Bogu miłe? Jeśli Niepokalane Poczęcie i Trójca Święta są tylko uzgodnieniami późniejszych synodów, a nie treścią wiary pierwszych chrześcijan? Toż to byłaby niebagatelna zmiana u samych fundamentów naszej religii (od której jestem odszczepieńcem) (s. 132–133).[4]. Warto przypomnieć, że były one charakterystyczne dla pierwszych dziesięcioleci sowieckiego programu pieriekowki dusz, skopiowanego potem w propagandzie Polski Ludowej. I zakończyły się klęską. Bardzo to przykre takie przypominanie i niech mi autor wybaczy, ale nie mogę w inny sposób odebrać takich fragmentów jego dziennika, które budzą skojarzenia z jakimś brzmiącym dzisiaj zupełnie archaicznie podręcznikiem dla licealistów pióra niedouczonego ateusza:

Na dzisiejszy poranek przypadł mi rozdział XXII Księgi Rodzaju. Bóg wskazał Abrahamowi wzgórze, na którym ma złożyć w ofierze syna swego jedynego Izaaka. Bierze osła, sługi, polana i idą. Jak ekspedycja wysokogórska z dwoma Szerpami. Aż dochodzą. Zakładają obóz główny do ataku szczytowego. Obaj słudzy zostają z osłem, wyżej idą już tylko ojciec i syn, syn objuczony drewnem na stos ofiarny, ojciec niesie ogień (jak on niósł ten ogień? na otwartej dłoni jak kaktus? w pochodni?) i sznur.

Dalej nie będę streszczał, bo krew mnie zalewa. To zaiste, powiadam wam, jeden z najbardziej łajdackich fragmentów Pisma Świętego. Zawsze mnie wkurwiał, ale dziś to już szczególnie. Że też na takiego boga (tak pojętego, tak pokracznie wymyślonego) kary nie ma. I wierzyli weń, wierzą i będą wierzyli. Zadziwiające! (s. 135)

W bolszewickiej Rosji celem takiej prostackiej propagandy autorstwa Lenina i Łunaczarskiego było rozbicie wspólnoty religijno-etnicznej starego imperium. W rezultacie pod jej gruzami rozpadły się jednak nie tylko religijne, ale i wszelkie inne wartości, które pozwalały zachować etos narodowy i państwowy, czyli wspólnotowy Rosji (niegdyś bardzo mocny) oraz jednostkowy fundament wartości moralnych. Skutkiem tej katastrofy moralnej i zarazem przykładem tego, czym się kończy eksperymentowanie z wartościami, z etosem narodu, były pierwsze miesiące wojny sowiecko-niemieckiej, kiedy tysiące czerwonoarmistów wybierały niewolę zamiast obrony ojczyzny, która już od dawna była dla nich jedynie katownią i uosobieniem szatańskich sił, i z którą nic ich nie łączyło. W Polsce pieriekowka dusz, chociaż nie udała się wtedy, kiedy ją wprowadzano (w latach stalinowskich), albo – żeby być uczciwym – powiodła tylko w ograniczonym zakresie, jest za to z dużym sukcesem kontynuowana obecnie, tyle, że tym razem w oparciu o zapaść moralną zachodniej Europy i płynące stamtąd idee. W przeświadczeniu krzewicieli postępu rozumianego (pseudonimowanego) jako sekularyzacja, jest to już ostatnia taka możliwość wprowadzenia Polski na obszar cywilizacji, której istotą jest postępująca anomia, będąca niczym innym jak zasłoną dla samobójstwa Zachodu.

Chcę być dobrze zrozumiany. Nie kwestionuję prawa autora dziennika do dzielenia się swoimi wątpliwościami. Zresztą wcale nie tak rzadko zauważalny jest u Nicpana prawdziwy ból po utracie wiary w Boga. Znacznie częściej jednak prezentuje nam pisarz – w podobny co w powyższych cytatach sposób – zapis własnego mędrkowania, którym obarcza swego nieszczęsnego porte-parole – narratora dziennika. W dodatku narratora intelektualnie wtórnego, co najwyżej dowodzącego – nie po raz pierwszy – opóźnienia naszej literatury, wtórności jej światopoglądowych przełomów, których patronem w tym przypadku bardziej jest dziewiętnastowieczny Renan niż dwudziestowieczny Dawkins.

Sprawa jest jednak znacznie poważniejsza niż polemika z uproszczeniami Nicpana. Ostatecznie dziennik w swojej formule jest subiektywny, nie pretenduje do kategorii ksiąg objawionych, a bohater dziennika też jest przecież jedynie kreacją autorską. Kłopot kryje się w tym, że proza Łukasza Nicpana nie jest jedynie zapisem doświadczeń jednego roku życia pisarza. Idąc śladem za okładkową reklamą książki można się zgodzić, że „autor zadbał o coś jeszcze – o coś, co należałoby nazwać estetyczną bezinteresownością swojego przekazu”. To prawda, tyle że „estetyczna bezinteresowność” jest w tym przypadku odbiciem zjawiska dużo głębszego. Zarazem groźniejszego w swoim kształcie.

 Odrzucenie i rezygnacja

 Narrator dziennika Nicpana jest upostaciowaniem choroby współczesnego polskiego inteligenta. Kolejną hipostazą – inną od tej, jaka dominowała przez dziesięciolecia PRL – postawy niezgody na nas takich, jakimi jesteśmy oraz nakładaniem w to miejsce maski arbitra tego świata. Takiego samowolnego i lekce sobie ważącego prawdę Arbitra, co osądza innych w nieświadomości własnego niedokształcenia, i chcąc być ponad innymi, i wykreowanym przez siebie światem, zgadza się jednocześnie na własny upadek. Rezygnuje z odwołania do tradycji, do społecznego, grupowego i narodowego doświadczenia, odrzuca nasze relacje ze światem w przekonaniu, że wystarczy dla zaistnienia zlekceważyć rzeczywistość. Wydaje mu się, że wtedy będzie mniej dojmująca, że zapomni w ten sposób o tragizmie życia ludzkiego. Dokonuje uproszczonego wyboru z oferty, jaką proponuje dzisiejsza cywilizacja. Jest nieświadomy tego, że ci, co nas poprzedzali, nie tylko dużo trafniej rozpoznali te zagrożenia, ale niektórzy z nich umieli także sprostać wyzwaniom historii i obronić prawdę o ludzkim losie. Czy nie dlatego, że nie bali się tej prawdy i nie rezygnowali ze zrozumienia ludzkiego losu?

O to ostatnie, o kryjący się za pysznymi frazami dziennika strach, mam największą pretensję do mojego wieloletniego kolegi, przyjaciela, podziwianego poety i skomplikowanego w swoim wyrafinowaniu estety… Jego dziennik nie budzi ufności, nie daje konsolacji. Jest jedynie zapisem rezygnacji tego, kogo już nie stać na odwagę w spotkaniu z Losem, a może nawet więcej, bo z Przeznaczeniem. Wyraża zadufanie kogoś, kto zrezygnował z poszukiwania mądrości na rzecz mędrkowania.

Dziennik Nicpana nie tyle jest zapisem „z 365 dni życia, które w całej jego zwykłości i prostocie wiedzie wraz z żoną, psami i kotem gdzieś w otulinie Puszczy Kampinoskiej” (to znowu cytat z okładkowej reklamy), ile opisem niemożności wyrażenia siebie. Czy jednak nie jest to choroba wielu z nas? Ludzi z naszego pokolenia? Z pokoleń wychowanych w PRL? Czy po latach spędzonych w komunistycznej jaskini – niewiele mającej wspólnego z platońskim pierwowzorem, pod powierzchnią życia, którego nie pozwolono nam poznać, prawdziwej rzeczywistości z jej prawami, z jej bólem, ale i zmianami – nie umiemy już niczego dostrzec? Nie jesteśmy w stanie wyjść poza cienie realnego świata i zbliżyć się do istoty rzeczy i do prawdy? Nie widzimy niczego, bo odebrano nam przyrodzony dar rozpoznawania tego, co jest i odróżniania zła od dobra, nauczając uproszczonego widzenia rzeczywistości i zamykając nasze oczy zasłoną ideologii. Niegdyś te ideologiczne przesłony wywodziły się z diamatu, dzisiaj w jego miejsce przyszedł nihilizm, rujnujący osobowości i włączający nas w świat konwencji, relatywizmu, życia na niby, sztuczności biorącej się z utraty twardego kośćca, zaniku wiary w godność jednostki ludzkiej i podporządkowania pojedynczego człowieka masowej kulturze i narzuconego przez nią przyzwolenia na niszczenie prawa naturalnego.

Nicpan w swojej kunsztownej (powtarzam po raz kolejny tę pochwałę nie gwoli ironii bądź sarkazmu) prozie dotknął głębiej niż wielu innych coraz powszechniejszego upodlenia, będącego konsekwencją niszczenia przez lata polskiej duszy, ale przecież nie tylko polskiej, i przekreślania duchowości narodu w jej najważniejszym przejawie, etosie inteligencji. Tej inteligencji, która odwoływała się i budowała własną tożsamość na rodowodach niepokornych, niegdyś znakomicie przywołanych pamięci zbiorowej przez Bohdana Cywińskiego, w jego książce stojącej – obok nauczania Jana Pawła II, Kazań Świętokrzyskich Prymasa Wyszyńskiego – u podstaw solidarnościowej rewolucji 1980 roku. Autor Fajerwerków nad Otuliną pokazał poprzez narratora swojego dziennika małostkowość i nie oparte na żadnych podstawach dążenie do uzurpacji, do maskowania myśli jej namiastkami. Udawania przed światem innych niż jesteśmy, chociaż w XX wieku kilkakrotnie byliśmy bliżej określenia nowego wzoru życia wspólnoty europejskiej niż ktokolwiek inny. W Europie, a może i na świecie całym, w okresie, kiedy to z Polski wyszły idee solidarności i miłosierdzia„Jestem przekonany o głębokim związku solidarności i miłosierdzia. Wydaje mi się, że te dwie idee są ze sobą połączone, że warunkują się wzajemnie. Nie jest to myśl nowa. W czasie mszy kanonizacyjnej Faustyny Kowalskiej (na placu świętego Piotra, 30 kwietnia 2000 roku) Jan Paweł II – jeden z tych, którzy bodaj najgłębiej przemyśleli kwestię orędzia polskiej solidarności – mówił o szlaku miłosierdzia, „które odbudowuje więź każdego człowieka z Bogiem, a zarazem tworzy między ludźmi nowe relacje braterskiej solidarności”. Idzie przecież właśnie o „braterską więź”, która od Arystotelesa stanowi wyzwanie myśli i praktyki politycznej. Wydaje mi się, że czas najwyższy, by obok etyki solidarności przemyśleć również jej antropologię, która – jak sądzę – nie jest zrozumiała bez założeń wynikających z teologii miłosierdzia”.(D. Karłowicz, Miłosierdzie i solidarność, [w:] https://teologiapolityczna.pl (dostęp:14.07.2020).[5].

Tyle że za tym wielkim myśleniem o zmianie reguł rządzących światem, polityką, społeczeństwami, nie poszła nasza praktyka. Jak często to bywało w przeszłości, zabrakło dokończenia rozpoczętego w sierpniu 1980 roku czynu, poddanego zewnętrznej presji i wewnętrznej zdradzie, których konsekwencją było wprowadzenie na jego miejsce falsyfikatu i zamiana duszy na inną, dużo mniej otwartą na świat, tchórzliwie szukającą oparcia poza sobą, w światowych potencjach. Czy w gruncie rzeczy nie stało się tak, że wskutek tego ciśnienia z zewnątrz zniszczono w nas jeszcze coś – to coś najważniejsze – wiarę w siebie i możliwość kreowania takiej Polski, o jakiej marzyli stoczniowcy w Gdańsku i Szczecinie? I że w istocie zabrakło odwagi (a może odebrano ją nam?)… Zabrakło odwagi elit, które w miejsce solidarności z narodem i wspólnej walki o wolność wybrały kompromisCzy nie dlatego śmieszą po latach wypowiedziane niegdyś przez wybitnego rusycystę i filozofa idei słowa: „Polska inteligencja laicka – jak zauważa Andrzej Walicki – wybrała model misji inteligenta charakterystyczny dla tradycji rosyjskiej, od Ławrowa i Michajłowskiego poczynając. To znaczy model inteligencji jako elity, poświęcenia, obowiązku, której prawdziwą misją jest przewodzenie tym, którzy dążą do emancypacji, tak czy inaczej rozumianej: społecznej, narodowej bądź narodowo-społecznej. Jest to przywódcza elita czynu, a także elita moralna dająca przykład, świadectwo…”; śmieszą i budzą zdumienie odejściem naszych elit od tego rodzaju wzorca. (Rozmowa z Andrzejem Walickim [w:] „Res Publica” 1988, nr 1, s. 34; cyt. za S. Sowiński, Kościół i błazen [w:] „Więź” listopad–grudzień 1996, nr 11–12 (457–458), s. 35.[6]. Fajerwerki nad otuliną są tego bolesnym świadectwem. Rezultatem niepełnego, pozbawionego odwagi myślenia, chociaż wydawało się, że autor, który zna z własnego życia solidarnościowe marzenie (był jednym z bardziej aktywnych uczestników tego ruchu w ówczesnym Wydawnictwie Współczesnym, za co zapłacił wyrzuceniem z pracy) mógłby o tym powiedzieć i więcej, i prawdziwiej, gdyby chciał, gdyby był do tego zdolny. Zamiast takiej opowieści otrzymujemy świetnie skrojony pod obowiązujące gusta i kanony, także wydawcy, produkt, który jest jak większość z tego, czym karmi nas dzisiaj świat – jedynie imitacją. Ma zastępować prawdę i udawać głębię. Jak w tych fragmentach: „Ten dzień, który właśnie mija, był sobotą. Moja rozpacz wsiąka we wszechświat, wolno, pomalutku”. I kilkadziesiąt stron dalej… „W takich chwilach tak strasznie nienawidzę Boga, jakby On naprawdę istniał i był wszystkiemu winien” (s. 233 i 304).

Dziennik Łukasza Nicpana nie tylko powstał na skraju czegoś większego, na granicy Puszczy Kampinoskiej, będącej istotną częścią biografii narratora. Jego istotą jest nie co innego, a właśnie takie niedokończenie, zawieszenie głosu i myślenia. To dlatego jest to zapis nieuformowany, będący istotnie na granicy, poza właściwym miejscem usytuowania, na skraju tego, co można określić słowem intelektualiści i ich myślenie, a co z języka rosyjskiego przeszło do Europy jako pojęcie inteligencja. We wszystkich jej wymiarach. Zarówno tego, co jest rozumiane i definiowane socjologicznie jako warstwa, klasa społeczna, jak i tego ważniejszego określenia, ujmującego inteligencję jako zdolnośćpojmowania, przetwarzania informacji, myślenia, odwołującego się do nagromadzonej wiedzy o świecie i samym sobie. Z czasów solidarnościowego buntu ciąży na Nicpanie zrozumiała i w części podzielana przeze mnie niewiara w inteligencję, w jej etos, w jej zdolność rozpoznawania prawdy. Tyle że autor dziennika poszedł dalej i odrzucił wszelką możliwość poznania prawdy, utracił wiarę w przyrodzone człowiekowi naturalne zdolności, zanegował drogę do odrodzenia etosu intelektualisty na rzecz sofistycznego przedrzeźniania świataPięknie pisał o tym kiedyś Karol Tarnowski: „Myślę, że naszym zadaniem jest przywracanie i wspieranie pewnego elementarnego egzystencjalnego «zdrowia» współczesnego człowieka. Nie ulega wątpliwości, że chrześcijanin powinien dawać świadectwo. Czym innym jednak jest dawanie osobistego świadectwa, a czym innym – służenie etosowi intelektualisty. Uważam, że w intencji naszej działalności powinna znajdować się odpowiedzialność za współzbawianie i ratowanie kultury. Mam poczucie, że wraz z otwartością na pytania powinniśmy także poszukiwać pewnej wtórnej prostoty. Trzeba ciągle powracać do elementarnej gleby Ewangelii, bo jest to ratowanie substancji duchowej, która się gubi. W czasach zagrożeń kulturowych, w jakich żyjemy, rola intelektualistów powinna być podwójna. Powinniśmy towarzyszyć wszystkim trudnym pytaniom i próbować je rozwiązywać, a zarazem powinniśmy uczestniczyć w dziele konwersji, powtórnej konwersji”. Karol Tarnowski, głos w dyskusji Między świadectwem a wątpieniem [w:] „Więź” listopad–grudzień 1996, nr 11–12 (457–458), s. 49–50.[7]. Zdradził siebie, gdyż przestał wierzyć w to, czym był kiedyś, co było mu bliskie. Odrzucił ułomną, a niekiedy tragiczną wspólnotę z innymi. Z intelektualistami jako tymi, którzy poszukują prawdy. Wybrał uproszczenie i grymas błazna.

Ta świetna artystycznie i językowo proza jest wskutek odrzucenia człowieka, tego lévinasowskiego InnegoPrzenikliwie zauważył to swego czasu Emmanuel Lévinas, filozof spotkania z Innym: „Dla każdej generacji istnieje jakieś wyjątkowe zdarzenie, które doprowadza ją do dojrzałości. Ono podważa wartości, którymi ludzie żyli i które aż dotąd zachowywały dziecinność nauczonych lub otrzymanych idei. Zdarzenie wkracza z taką głębokością, z takim wymiarem, że daje pewność, iż jakiś historyczny fakt opanował wasze życie. Ma on pewien smak, niemożliwy do zakomunikowania przez jedną generację dla drugiej” (E. Lévinas: Tout est-il vanité? [w:] Les Cahiers de „La nuit surveillée”; cyt. za M. Jędraszewski, Wobec innego: relacje międzypodmiotowe w filozofii Emmanuela Lévinasa, Poznań 1990).[8], i zawieszenia na drodze do granicy zrozumienia prawdy o ludzkim losie, zarazem złamana w swoim niedokończeniu. Zatrzymana w biegu. Można ją traktować jedynie jako rodzaj niezamierzonego intencjonalnie świadectwa pisarskiej klęski. Jako palimpsest, w tekście którego kiedyś, ktoś, wpisze nową opowieść, zupełnie inaczej, całkiem inną i pełniejszą prawdę o nas. O Polsce, a może nade wszystko o Polakach? O tych spośród nas, którzy nadal nie jesteśmy w stanie zrozumieć siebie i opowiedzieć o sobie.

Okładka książki

Ł. Nicpan, Fajerwerki nad otuliną, PIW, 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marek Zieliński, Na skraju inteligencji, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 67

Przypisy

    Powiązane artykuły