16.01.2020

Nowy Napis Co Tydzień #032 / Podróżnik w obcym kraju

Rozmowa Marka Zielińskiego z Teresą Worowską.

Marek Zieliński: Pochodząca z Polski amerykańska pisarka Eva Hoffman, jest między innymi autorką książki (Utracone w przekładzie – Lost in translation) o trudnościach odnalezienia, czy może raczej zbudowania siebie i swojej nowej tożsamości w innym kraju i języku. Pani jest tłumaczką od lat funkcjonującą rodzinnie i zawodowo w węgierskim środowisku i co więcej stawiającą sobie jako zadanie przekazać poprzez tłumaczenie literatury przynajmniej jakąś część rzeczywistości tego niby bliskiego historycznie Polsce, a w rzeczywistości mało znanego narodu. Stąd moje pytanie: na ile, i czy w ogóle, taki przekaz jest możliwy? Co tracimy, a być może, co również zyskujemy w przekładzie z jednego języka na inny? Z przejścia z jednej kultury do innej?

Teresa Worowska: To jest złożona transakcja, bo coś tracimy, ale wiele też zyskujemy. Co tracimy? – zakorzenienie danego tekstu w jego własnej kulturze, czyli głębsze warstwy znaczeniowe, niedostępne dla obcego czytelnika. Co to jest konkretnie? – rozumiany tylko w języku oryginału kontekst sytuacyjny i pozycja utworu w uniwersum tamtejszej, dawnej i współczesnej literatury, a więc kulturowa otoczka, fundament, na którym stoi pomiędzy innymi – w tym przypadku węgierskimi – dziełami.  Tekst przełożony natomiast, niejako „nagi i bosy”, zostaje zawieszony w obcej przestrzeni literackiej i musi sobie w niej dawać radę. Mogłoby się więc wydawać, że „wisi w powietrzu”. Ale tak nie jest. Bo przeniesiony w nasz świat, spotykając się w polskim kontekście z naszą wiedzą i doświadczeniem, zyskuje coś, czego mógł nie mieć w oryginale. Przełożony tekst jest jak podróżnik w obcym kraju, który w nieznanym otoczeniu może się dowiedzieć o sobie czegoś nowego.

Z tym, że ta nowość jest zarazem uobecnieniem obcości, odrzuceniem pierwotnego znaczenia tekstu. I w  jakimś sensie stawia nas przed pytaniem o przekładalność kultur, języków, literatur. Biblijna metafora wieży Babel zaprzecza takiej możliwości. Ale przeciez translator, tłumacz musi jednak wierzyć w możliwość przechodzenia z jednego języka na inny i oddawania w nim znaczenia przekładanego tekstu, a zarazem przenoszenia do innej rzeczywistości kulturowej osobowości autora tekstu: poety, dramaturga, pisarza.

Każdy utwór literacki ma rozmaite warstwy, z których jedne – jak już powiedziałam – przepadają, inne zaś można uratować. Tym, co na ogół udaje się uratować, są opowieść i los. Coś popularnie zwanego akcją. I los bohatera lub bohaterów. To dotyczy nawet tak specyficznych gatunków jak dziennik, tam też jest akcja i koleje losu. Dla mnie najciekawszym problemem jest sposób „przeniesienia” czy też „zachowania” osobowości w przekładzie. To trochę taka prywatna mania, bo przyszło mi przekładać twórców o bardzo silnej osobowości, przesycającej wszystko, co napisali – Pétera Esterházyego i Gyulę Krúdyego. W przypadku obu tych pisarzy sytuacja ma się tak: gdy Węgier zaczyna czytać którykolwiek z ich tekstów, nie sprawdzając, kto jest autorem, po kilku zdaniach wie z całą pewnością, że to Krúdy albo Esterházy. Można powiedzieć, że tłumacz ma w tym wypadku szczęście, bo ich osobowości pisarskie w niemałym stopniu wyrażają się w języku, widzimy więc, jakie stoi przed nami zadanie. Inna sprawa, to czy jesteśmy dość kreatywni, by taki mocno zindywidualizowany język stworzyć w polszczyźnie i sprawić, że on tu również „się spełni”, stanie się w jakiś sposób odrębny, odróżnialny.

Prawie zawsze w pytaniach do tłumaczy i o tłumaczenia pojawia się banalne skojarzenie z włoską grą słów: traduttore – traditore, kojarzące pracę translatora ze zdradą. Sprawa jednak jest poważniejsza, bo i samo pojęcie „słowa”, chociaż często dzisiaj nadużywane i lekceważone, co jest widoczne chociażby w elektronicznej (mailowej i sms-owej) korespondencji młodego pokolenia, niszczącej częstokroć pełny sens słów, ograniczonych do kilku sylab, stoi w swojej istocie jako równoważne Bogu logos u początków istnienia człowieka. Jest źródłem jego wyobraźni i jego związków z innymi.  Nie trzeba sięgać do początku Ewangelii  św. Jana  Apostoła, żeby wierzyć w boskość słowa, tego, które było na początku...

Czy wierzy Pani po latach pracy nad słowem i w słowie, właśnie w ten biblijny sens logos, w wartość słów, tak przecież nie tylko współcześnie, ale i dawniej, nade wszystko w XX wieku, dezawuowanych, niszczonych, wydrążanych ze znaczenia przez totalitarne systemy?

Nie będę i nie umiem sięgać tak głęboko, chociaż podobnie jak Pan wierzę w boski sens słów, w logos. Inaczej nie mogłabym tłumaczyć. Odpowiem jednak prościej, jak ktoś, kto wierzy w słowo, ale zarazem jest jego rzemieślnikiem. Pracownikiem słowa. Dla mnie słowa są jak chleb. Nigdy się nie znudzą, choć w każdej epoce jakaś ich garść jest nadużywana i trochę się wyciera, traci blask. Ale po jakimś czasie wracają, czasami już z cokolwiek innym bagażem semantycznym, albo jakoś przyprawione, na przykład ironią. Słowa są wieczne, nazywają przecież pojęcia i wyrażają uczucia, nie możemy się więc bez nich obyć. Dla tłumacza zaś są budulcem, z którego on za każdym razem wznosi jakiś niepowtarzalny gmach. To surowiec, jak glina (pewnie nie tylko ja tak na nie patrzę) – pytanie tylko, jakie cegły z niego wypalę i do wzniesienia jakiej budowli użyję. Myślę, że słowa mają, mogą mieć siłę sprawczą, ale to nie tłumacz „sprawia”, że ją mają, tylko autor. Tłumacz może w tym działaniu pomóc, albo je utrudnić, więc jego rola jest też istotna i powinien mieć tego świadomość.

Zgoda. Tyle, że rola tłumacza, chociaż niekiedy poniżana i deprecjonowana jest równie istotna w tym nowym językowym tworzywie, na który jest przekładany tekst, co kreacja pierwotna, oryginalna. Jest równoważna w nowym języku roli autora. W gruncie rzeczy obydwaj: autor i jego translator nie tylko pracują w słowie. Oni je bronią… Bronią nie tylko słowa, ale czegoś więcej. Dzisiaj jesteśmy świadkami niszczenia słowa, a co za tym idzie, widzimy jak poniżany jest logos. To znaczy, że coraz częściej podważany jest dawca słowa, Bóg…

Czy w takim świecie, gdzie słowom odbiera się znaczenie, gdzie coraz mniej jest miejsca dla znaczeń, gdzie dochodzi do odrzucenia Boga – niby w imię wolności człowieka, chociaż w istocie jest to działanie skierowane przeciw człowiekowi – da się odnaleźć uzasadnienie dla tłumacza, dla jego roli w pokazywaniu innej kultury?

Przytoczę tu pewien cytat:

Idee, w które uczyłem się wierzyć, niczym wzgardzone starocie trafiają dzień w dzień na śmietnisko; terror instynktu stadnego opanował ogromne przestrzenie niegdysiejszej cywilizacji. Społeczeństwo, w którym żyję, jest już obojętne nie tylko wobec najwyższych osiągnięć ducha; zobojętniało też na ludzkie i duchowe aspekty stylu zwykłej, codziennej egzystencji. Zamiar, który namacalnie, wyczuwalnie przenika moją epokę, napełnia mnie rozpaczą; pogardzam gustem, rozrywkami i potrzebami otaczających mnie mas, ich moralność obserwuję ze sceptycyzmem, i uważam za nieszczęsne ambicje rozwoju techniki i przekraczania rekordów, które są z zadowoleniem witane przez tłumy. Człowiek ducha jest zjawiskiem samotnym i zmuszony jest kryć się w katakumbach, jak średniowieczni mnisi, którzy chronili przed zwycięskimi Wandalami tajemnicę Litery. Wszelkie demonstracyjne objawy życia przenika niedwuznacznie tragiczne uczucie strachu.

To jest przedostatni akapit Wyznań patrycjusza, które Sándor Márai napisał w 1935 roku. Czyż nie czyta się tych słów tak, jakby dotyczyły naszych czasów? Więc to jest, jak widać, dłuższy proces. W ciągu minionych dziesięcioleci wydarzyły się rzeczy straszne, ale wydarzyły się i wspaniałe. To prawda, wielu ludzi zaprzecza logosowi, odchodzi od Boga, ale też wielu Go spotyka, nic się nie kończy, wieko się jeszcze nie zatrzasnęło. Trzeba być wiernym i iść.

W Pani biogramie można wyczytać, że przygodę ze światem innej tradycji i kultury Teresa Worowska rozpoczęła w obszarze języka rosyjskiego. Czy ten dawny związek, jeszcze z lat szkolnych ma dla Pani znaczenie?

Rosyjskiemu zawdzięczam wybór zawodu. Dzięki temu, że nauczyłam się go dość przyzwoicie, to znaczy poznałam głębiej, wyszłam poza pierwszą warstwę rozumienia treści i zaczęłam obserwować, rozumieć i lubić sposoby, w jaki Rosjanie ją wyrażają, intuicyjnie przeczułam, co trzeba w ogóle zrobić w przekładzie, żeby tekst przemówił. Bo zawsze lubiłam czytać i zwracałam uwagę na to, kto i jak tłumaczył na przykład wiersze Iwana Dracza czy Jesienina. Ale wtedy, pod koniec liceum zdałam sobie sprawę tylko z rodzaju zadania i ogromnych trudności, jakie ono stawia tłumaczom. Pojęcia nie miałam, jak się trzeba z nimi zmagać.

Pytałem, dlatego że w Polsce ze względów historycznych, a na Węgrzech zapewne z nieco innych przyczyn, występuje to dziwne napięcie odrzucenia i przyciągania w stosunku do Rosji i rosyjskiej literatury.

Ambiwalencję, o której Pan wspomina, widzę i sama też ją jakoś odczuwam. Myślę, że ona ma swoje dobre strony – gdy abstrahujemy od polityki, jej pozytywny biegun ułatwia kontakty między ludźmi z obu krajów i utrzymuje pomiędzy nami jakiś rodzaj kruchej więzi. To nie jest mało i jest ważne.

Niegdyś na uniwersyteckim kursie modnego w latach 70. strukturalizmu byłem uczony o równowartości kultur, niemożliwości i może nawet bezsensie ich porównywania. Tyle, że bez umiejętności porównania jesteśmy ślepi, niezdolni do zobaczenia siebie i swojej kultury. Widzimy i oceniamy poprzez odmienność. Czy tłumaczenie węgierskiej literatury, związanie życia z Węgrami pozwala Pani inaczej, może nawet i głębiej spojrzeć na polską kulturę? Czym jesteśmy jako Polacy i jako dziedzice polskiej kultury z perspektywy Węgier? Mam wrażenie, że Węgry chociaż to kraj kilkakrotnie mniejszy od Polski, to przecież wcale nie mniej niż my historycznie doświadczony i zarazem dużo bardziej dojrzały ze względu na historyczne wyzwania, przed jakimi stawał w swojej historii; ze względu na swoją odrębność językową, etniczną, na swego rodzaju wyjątkowość na tle Europy Środkowej…

Mówiąc bardziej prosto: czy Teresa Worowska, tłumaczka i znawczyni węgierskiej literatury, wierzy po wielu latach swojej pracy w jej sens, w możliwość zrozumienia węgierskiej literatury i Węgrów w Polsce, i przez Polaków?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie w sensie porównawczym, bo obawiam się, że to byłyby intuicyjne, sumaryczne, może niesprawiedliwe czy jakoś nieprawdziwe konstatacje. Na dodatek o Polakach zapewne lepiej by napisał Węgier. Ograniczę się do Węgrów.

Specyficzność jest ciekawa dla świata, a Węgrzy są bez wątpienia specyficzni, czego przyczynę upatruję w ich niezwykłym języku. On ma swoistą strukturę, mocno się różniącą od struktury języków europejskich i indoeuropejskich. Poznając go, powoli zaczynamy rozumieć, że inny sposób wyrażania łączy się z innym sposobem myślenia, a więc widzenia świata, który odzwierciedla się w – chyba bardzo starym – języku, w jego słowotwórstwie, metodzie budowania zdania, zdumiewającej liczbie niuansów. To wyjaśnienie na pierwszy rzut oka może się wydawać dziwne, ale inni też dostrzegają w Węgrach tę swoistość. Podobno Isaac Asimow powiedział: „W Ameryce mówi się, że na Ziemi istnieją dwie inteligentne rasy – ludzie i Węgrzy”. A Enrico Fermi zapytany, czy wierzy w istnienie istot pozaziemskich odparł: „Przecież już są wśród nas i nazywają się Węgrami”. Te żarty o czymś przecież świadczą.

Przyswoiła Pani polszczyźnie największych węgierskich pisarzy XX wieku: Sándora Máraiego, Petera Esterházy’ego, Gyuli Krúdyego, Ágnes Nemes Nagy, Dezső Kosztolányiego. Samo wymienienie tych nazwisk budzi szacunek, nawet podziw. Czy był to Pani świadomy wybór, poczucie misji i więcej, bo rodzaj służby wobec literatury kraju, w którym Pani mieszka, i z którym związała swoje losy, a może jak często w naszym życiu, zdecydował przypadek?

I wybór, i poczucie misji, i przypadek – wszystko razem. Jeśli chodzi o wymienionych przez Pana autorów, to mój wybór dotyczył właściwie tylko Bálinta Balassiego, Ágnes Nemes Nagy i Imre Oravca. Tych poetów wybrałam i bardzo chciałam przełożyć ich wiersze. Pozostali – przede wszystkim Márai, Esterházy, Kosztolányi, Krúdy – to był dar losu, to znaczy otrzymałam propozycję przekładu ich utworów zanim zdążyłam o tym pomyśleć. Ale niezależnie od tego, mam coś w rodzaju poczucia misji, czego może bym nie miała, gdybym nie mieszkała od tak dawna wśród Węgrów, bo to jest sytuacja, która konfrontuje człowieka z taką powinnością.

Swego czasu w jednym z wywiadów opowiedziała Pani o swoim podziwie dla twórczości Máraiego – podzielanym i przeze mnie – zarazem dokonując autointerpretacji siebie i swojej sytuacji:

Czytanie jego prozy jest jak spotkanie z mądrym starcem, który wiele przeżył, wiele widział i potrafi o tym opowiadać. Człowiek chciałby kucnąć u stóp takiej osoby i bez końca słuchać jej historii – i taka jest właśnie sytuacja tłumacza.

Tak, to prawda. Ale zarazem – moim zdaniem – to jednak jest bardziej złożone.  Tłumacz nie jest jedynie biernym odbiorcą, słuchaczem, kucającym u stóp geniusza. Jest nade wszystko interpretatorem. Nieustannie dokonuje wyboru. Zarówno w obszarze języka, jak i kontekstu. Nie jest odbiciem, on także odbija sobą swój świat i język, na który tłumaczy. Co odbija się w Pani zwierciadle i jak widzi Pani swoją rolę? Czy jest Pani pośredniczką i zarazem interpretatorką, czy też zasłuchana w inny język i kontekst, ogranicza Pani swoją rolę do minimum?

To jest zawsze szalenie trudne zagadnienie. Jestem i pośrednikiem, i interpretatorem, ale nie ograniczam swojej roli do minimum. Nie sposób zresztą odpowiedzieć na to pytanie ogólnie, bo każdy tekst stawia inne zadania. Gdy tłumaczę powieść, w większym stopniu się wycofuję, gdy Dziennik – „mam więcej do powiedzenia”, bo dokonuję wyboru, a to już jest bardzo ważne narzędzie interpretacji; na dodatek występuje tu inny, bardziej kolokwialny typ narracji, co często narzuca konieczność większego odejścia od dosłowności, by celniej oddać zamiar autora. Zawsze staram się jednak działać zarówno w interesie autora, jak i czytelnika, równoważyć oba te interesy.

I ostatnie już pytanie. Czy widzi Pani w odmiennościach losów Polski i Węgier, w różnicach kultur, jednak jakiś rodzaj wspólnoty pomiędzy naszymi narodami? Pomijam bieżącą politykę, bo ona ma zawsze charakter czasowy, bardziej ciekawi mnie historyczne przecinanie się, niekiedy bolesne, i nie zawsze przyjazne, polskich i węgierskich dążeń do znalezienia sobie miejsca w Europie, do wyrwania się z drugorzędności małych, a w przypadku Polski też i historycznie przegranych narodów…

My nie mamy poczucia obcości w Europie, znikąd nie „przyszliśmy”, a jeśli już, to bardzo dawno. Węgrzy zaś mają w swoim legendarium, w zbiorowej pamięci żywy opis wydarzeń, które doprowadziły do ich osiedlenia się w Kotlinie Panońskiej. Więc ich stosunek zarówno do Europy, jak i do „Wschodu” jest ambiwalentny, bardziej skomplikowany. Jako naród zostali kilkakrotnie zdradzeni, takie mają poczucie. To dotyczy na przykład decyzji podjętych przez Ententę w Traktacie Trianońskim, obietnic pomocy w 1956 roku… Łączy nas chyba to niepojęte dla wielu przywiązanie do wolności, a może też poczucie zepchnięcia na margines dziejów i determinacja w kwestii zachowania własnej tożsamości – ale obawiam się, że to są stwierdzenia zbyt ogólnikowe, bo społeczeństwo węgierskie, podobnie jak polskie, już od dawna nie jest jednorodne… Pomiędzy nami zaczyna brakować najważniejszych wspólnych mianowników.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Teresa Worowska, Marek Zieliński, Podróżnik w obcym kraju, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 32

Przypisy

    Powiązane artykuły