01.10.2020

Nowy Napis Co Tydzień #069 / Listy z Procidy (4): Patrząc Wilkiem

„Czasem trzeba pozwolić przemówić wilkowi w nas, uciszyć nieustanne trajkotanie małpy” Mark Rowlands

Tytuł „Patrząc Wilkiem” podsunął mi włoski pisarz Carlo Grande, autor znakomitej La via dei lupi, podczas rozmowy, którą odbyliśmy jesienią ubiegłego roku w Alpach Liguryjskich na festiwalu Torino Spiritualità. Związek frazeologiczny nie podkreśla wrogości spojrzenia na świat… Akcentuje raczej brak zaufania do utartych szlaków włóczęgi.

Z Carlem poznaliśmy się w turyńskim Circolo dei lettori, czyli Klubie Czytelnika, mieszczącym się w Palazzo Graneri della Roccia z XVII wieku, dokąd zostałem zaproszony na spotkanie autorskie w związku z włoską edycją Tropami rena. Wchodząc do barokowej biblioteki, w której miałem mówić o renach, szamanach i tundrze, a pełnej starych foliantów w zabytkowych szafach, pamiętających czasy sabaudzkiej dynastii, poczułem się Saamem. Na szczęście Carlo Grande, prowadzący spotkanie, okazał się bratnią duszą i już po chwili, niepomny foliantów i Sabaudów, rozprawiałem ze swadą o pojadaniu surowej reniny, o naskalnych rytach i o halucynogennych muchomorach. Publiczność słuchała z zapartym tchem, a im drastyczniejsze obrazki z życia północnych nomadów szkicowałem, tym drapieżniejsze rysy wyłaniały się z nobliwych oblicz turyńskich mieszczuchów.

Po spotkaniu Grande zaprosił mnie na kolację i opowiedział o swej fascynacji wilkami. Jej wyrazem stała się historyczna powieść La via dei lupi, oparta na faktach z życia średniowiecznego wasala François di Bardonecchia, który zbuntował się przeciwko panu, bo ten zhańbił mu córkę, a następnie uciekł w góry i żył samotnie wedle wilczych zakonów. Carlo dwa lata włóczył się śladami swojego bohatera po dolinach Brianzonese i Suzy, ślęczał w archiwach Paryża, Grenoble i Chambery, żeby napisać żywot człowieka niepokornego, który tak ukochał córkę, że po krzywdzie, jakiej doznała, wolał pójść „drogą wilków”, niż mieszkać wśród ludzi.

Na pożegnanie zaproponował, abym przyjechał do Piemontu we wrześniu na festiwal Torino Spiritualità, który w tym roku odbędzie się pod hasłem „Nieskończona noc Blake’a”. W ramach festiwalu chciałby razem ze mną poprowadzić wycieczkę po Parku Przyrodniczym Marguareis w dolinie Pesio. Będzie okazja znowu się spotkać, aby pogadać o wilku i Blake’u, obejrzeć stary klasztor kartuzów, odetchnąć górskim powietrzem, napić się wina i zarobić na tym po paręset euro.

Festiwal Torino Spiritualità powstał w 2002 roku w reakcji na wydarzenia 11 września 2001 roku. Wymyślił go Armando Buonaiuto, mąż mojej włoskiej tłumaczki, jako próbę odpowiedzi na pytanie, jak to jest możliwe, by przekaz duchowego doskonalenia, wspólny przecież dla wszystkich tradycji religijnych, doszedł do takiego stopnia wypaczenia, że przeistoczył się w konflikt między dwoma światami. Uczestnikami kolejnych edycji są nie tylko twórcy wszech maści i żanrów, ale też duchowni różnorakich wyznań, a każda edycja ma swoje hasło wywoławcze. Na przykład poprzednia odbywała się pod Bartleby’owską formułą „Wolałbym nie”, a rok wcześniej uczestnicy zjechali się do Turynu na Korczakowskie zawołanie „Mały ja”, aby szukać dziecka w sobie. W ramach każdej z edycji oprócz tradycyjnych spotkań autorskich, konferencji, wystaw, spektakli i pokazów filmowych, odbywają się imprezy towarzyszące i na jedną z nich, na wycieczkę zatytułowaną „Od zielonych patriarchów do starych murów”, Carlo zaprosił mnie do Valle di Pesio. Krainy kartuzów i wilków.

Niestety, już przy busie na miejscu zbiórki przy Piazza Vittorio Veneto w Turynie stało się jasne, że o ciszy i kartuskim skupieniu możemy zapomnieć. W półmroku wczesnego poranka wokół busa świeciło się ze dwadzieścia ekranów, jak gdyby go rój świetlików oblepiał. Jak ptaki przed świtaniem trajkotali wniebogłosy wszyscy na raz. Po drodze Carlo tłumaczył mi cel naszej wycieczki:

– Zieloni patriarchowie to wiekowe drzewa w Valle di Pesio, nestorem wśród nich jest ogromny kasztan na terenie opactwa, ten z figurką Matki Boskiej z Dzieciątkiem na pniu. A stare mury to architektoniczny kompleks Kartuzji, założonej w dolinie rzeki Pesio w Alpach Liguryjskich w 1173 roku. Klasztor stoi na płaskowyżu na wysokości dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza u podnóża Punta Marguareis (2 651 m n.p.m.).

– Niemal Lhasa w miniaturze – podsłuchałem komentarz wygłoszony do telefonu przez panią w czapce.

Kasztan z rzeźbą dzieciątka na pniu

Trzema wyniosłymi ścianami odwrócił się od świata, a zamiast czwartej, dziedziniec od północy zamykały góry, otwierając go na przestwór wprost z krużganków. Tylko odcieni zieleni pastwisk w palecie alpejskiej doliczono się… 50! Dołem kasztany i buki, wyżej jodły.

Pejzarz gór

Stojąc na krużganku, można błądzić wzrokiem bez końca. Nasza ekskursja w zamyśle Carla miała praktykować milczenie jako duchową postawę wobec przyrody, nieporozumieniem więc wydało mi się już to, że planował rozmowę w marszu, a znakiem rozpoznawczym miał być telefon w ręku każdego uczestnika. Aby podziwiać źródło rzeki Pesio, wytryskającej wodospadem wprost ze skalnej ściany, nasza grupa musiała odejść kilkadziesiąt metrów na bok, żeby szum wody nie zagłuszał mów podziwu.

– Wiecie państwo, co łączy kartuzów z wilkami? – zapytałem znienacka, przez chwilę przyciągając uwagę. – Ani jedni, ani drudzy nie używają telefonów.

Z ich oczu można było wyczytać, że kompletnie nie rozumieją, o czym mówię. Ani też, tym bardziej, nie utożsamiają tego, o czym mówię, z przedmiotem, który trzymają w ręku.

Kartuzi opuścili Valle di Pesio zmuszeni dekretem Napoleona, wilki wytrzebiono później. Jednakże zwierzęta wróciły – pierwszego basiora zauważono w 1993 roku. Natomiast klasztor przejął zakon ojców misjonarzy, którzy zrobili zeń ośrodek rekolekcyjny w duchu benedyktynów z Tyńca…

Dziedziniec klasztoru

Porównuję go z La Grande Chartreuse, który oglądałem parę lat temu przy okazji jakiegoś seminarium w Grenoble, odnajdując po drodze domek Stanisława Vincenza w La Combe. To jednak inna skala, a najważniejsze – to kwestia ciszy. W La Grande Charteuse cisza była żywiołem twórczym kartuskiej wspólnoty, słychać ją było z dala, natomiast tu w Certosa di Pesio kartuską ciszę zagłuszał monotonny szmer telefonicznego trajkotu. W lesie odstałem od grupy…

…i dopiero na zakończenie wycieczki dołączyłem do rozmowy. Siedzieliśmy w opuszczonym kościele nieopodal Kartuzji, ja z Carlo pod ołtarzem, z drugiej strony Gulia, moja włoska tłumaczka. Zagaił Grande o wilkach. Że zawsze skrywają się w cieniu, wyzierając zeń, jak gdyby oświetlały oczami polanę w poszukiwaniu łupu. Dla nas, ludzi, zwłaszcza dzisiejszych, las jest niebezpieczny, nie wiadomo skąd spodziewać się zła… A jednak człowiek w odróżnieniu od wilka pcha się do światła. Chcąc trzymać wszystko pod kontrolą, sam się wystawia na strzał. Byle myśliwy i każdy drapieżnik o tym wie.

Do tejże metafory nawiązałem, opowiadając o dwóch moich ulubionych autorach piszących o nocy: Pascalu Quignardzie i jego Nocy seksualnej, z której wynurzamy się na światło dzienne, oraz o Janie od Krzyża i jego Nocy ciemnej, do której wychodzimy z życia. Najpierw wyglądamy na świat z cienia matki, a potem żegnamy go gasnącymi ślepiami wilka, uchodzącego w leśny mrok. Wyglądając z cienia, stajemy się niewidoczni.

W drodze powrotnej Grande zażartował, że cały dzień mnie obserwował i cały czas miał wrażenie, że patrzę na nich wilkiem.

– Bo papa nie gada przez telefon.

*

I tutaj miał być koniec tekstu, ale Redaktor się przyczepił, żebym wyjaśnił czytelnikowi, skąd się wzięła w grupie moja córeczka? Bo przecież nie każdy musi wiedzieć, co i ile autor spłodził po świecie. Aż do ostatniej frazy ni słowem nie napomknął, że zabrał do Turynu na festiwal Martuszę. Otóż chciałbym w tym miejscu wyjaśnić na przyszłość, że Martusza jest moim daimonionem. Myślę, że tego nie trzeba tłumaczyć czytelnikom, Panie Redaktorze, ale na wszelki wypadek zdefiniuję. Daimonion to duch wewnętrzny, z którym autor prowadzi rozmowę, dialog, spór lub milczy… I nawet gdyby Martuszy w rzeczywistości nie było w Turynie, to nie przeszkadza, aby się pojawiła w tekście. Wszystko bowiem, co pojawia się w tekście, pojawia się z woli autora i gra rolę w tekście, a nie poza nim.

Jeśli chodzi o czytelników, to mam swoich od lat. Zazwyczaj wiedzą więcej ode mnie. Ale są też nowi, choćby z racji tego, że na nowych łamach zacząłem „się świecić”. Z tych zupełnie nowych większość pewnie mnie czytać nie zacznie (bo niewiada, gdzie skończyć…), a ci nieliczni, którzy sięgną głębiej, zorientują się zapewne, że ciągle opowiadam jedną i tę samą bajkę. Tylko dekoracje się zmieniają.

Natomiast jeśli chodzi o Redaktora, to pewnie nieobce jest mu pojęcie „wirtualnego odbiorcy”, dosyć modne w naszych latach na polonistyce. Czytelnik realny może, ale nie musi się z nim utożsamiać. Zwłaszcza, jeśli ów wirtualny czytelnik jest wyposażony w jak najbardziej realne szczegóły, łącznie z imieniem, nazwiskiem i otiecziestwem. Realny czytelnik, zwłaszcza w przedziale od dwudziestu pięciu lat do czterdziestu paru może przyjąć perspektywę mojej córki, ale może też pozostać przy swojej. Wówczas dla Martuszy pozostanie puenta.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mariusz Wilk, Listy z Procidy (4): Patrząc Wilkiem, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 69

Przypisy

    Powiązane artykuły