01.10.2020

Nowy Napis Co Tydzień #069 / Znaleziony manuskrypt

Wojciech Kudyba (rocznik 1965) dał się już poznać jako poeta, po czym zrezygnował z pisania klasycyzujących wierszy na rzecz opowiadań i powieści. Kamienica, Nazywam się Majdan, Imigranci wracają do domu zostały dobrze przyjęte przez krytykę literacką. Nowy projekt pisarski tego autora, zarazem uznanego literaturoznawcy, świadomego jak mało kto tajników warsztatu pisarskiego, obejmuje cykl powieściowy o akcji usytuowanej w epoce przybliżonej ostatnio przez Chacka Włodzimierza Boleckiego. Okres poprzedzający utratę niepodległości Bolecki ukazał – by posłużyć się obrazowym skrótem – jako oddawanie Polski w zamian za karciane długi. Kudyba zaś, nie stroniąc od wymieniania zaprzańców, skupia się na sportretowaniu garstki desperatów, którzy za wszelką cenę usiłują kraj uratować.

Autor sięgnął do bardzo ważnego dla Polski okresu historycznego, jakim jest wiek XVIII, a zwłaszcza czasy stanisławowskie, czyli lata 1764–1795. Jest to okres niezwykle interesujący, a zarazem bardzo złożony i – niestety – mało znany. Obfituje w wydarzenia, które z jednej strony ukazują próby reform, jakie usiłowała wprowadzić część szlachty ze Stanisławem Konarskim i Familią Czartoryskich na czele, a z drugiej – ostry sprzeciw i niechęć innych do działania na rzecz dobra wspólnego, jakim była Rzeczpospolita Obojga Narodów. A więc mamy ostatnią wolną elekcję, czyli wyniesienie na tron Stanisława Augusta Poniatowskiego i sejm konwokacyjny w 1764 roku, konfederację radomską w 1767 roku, konfederację barską w latach 1768–1772, pierwszy rozbiór Polski w 1772 roku, Sejm Czteroletni w latach 1788–1792 i uchwalenie Konstytucji 3 Maja w 1791 roku, konfederację targowicką w 1792 roku i drugi rozbiór Polski w 1793 roku, nieudaną próbę ratowania niepodległości państwa i insurekcję kościuszkowską w 1794 roku zakończoną trzecim rozbiorem Polski w 1795 roku, abdykacją ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego i upadkiem Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Czasy stanisławowskie to epoka niezwykle dynamiczna, epoka wielu ścierających się ze sobą przeciwieństw. Z jednej strony następował rozkład moralny i polityczny elit, co prowadziło do anarchii i coraz bardziej prostackiego sarmatyzmu. Z drugiej strony rozwijał się nurt patriotyczny, świadomy konieczności reform, będący pod wpływem oświecenia. Oba te nurty ścierały się ze sobą, ale też wzajemnie się przenikały. W połowie XVIII stulecia wytworzyły się dwa wielkie magnackie obozy polityczne: tak zwana Familia skupiona wokół domu Czartoryskich i drugi – wokół domu Potockich. Szerokie kręgi szlachty ubolewały nad stanem Rzeczypospolitej, jednak mało kto był w stanie zdobyć się na spójną całościową wizję naprawy państwa i stworzenie konstytucji kraju. Projekty takie przedstawiali Stanisław Konarski i Czartoryscy. Czartoryscy i król Stanisław August Poniatowski dążyli do przeistoczenia sejmu z twierdzy broniącej swobód i przywilejów szlachty (zdegenerowane liberum veto broniące wolności jednostki) w aktywny organ rzeczywiście rządzący państwem. Jednak powołanie komisji wojskowych i skarbowych, reformy sądownictwa czy zaproponowane przez Konarskiego reformy szkolnictwa wywoływały sprzeciw, ponieważ oligarchowie magnaccy obawiali się wzmocnienia władzy królewskiej i przekształcenia Rzeczypospolitej w monarchię dziedziczną. Malkontenci, tacy jak marszałek nadworny koronny Jerzy Mniszech, biskup krakowski Kajetan Sołtyk, biskup kamieniecki Adam Krasiński, hetman polny koronny Wacław Rzewuski, podskarbi nadworny Teodor Wessel czy Michał Wielhorski przede wszystkim zabiegali o przywrócenie na tron polski Wettynów. Magnaci będący w opozycji, z jednej strony podsycali na sejmikach niechęć szlachty do reform, z drugiej natomiast narzucali się ze swoimi usługami poselstwom pruskiemu i rosyjskiemu. Snuto intrygi, a wysłannicy różnych magnatów pojawiali się na dworze Katarzyny II i Fryderyka II Wielkiego, gdzie zanosili skargi na króla i Czartoryskich. W czerwcu 1767 roku pod laską Karola Radziwiłła „Panie Kochanku” zawiązana została konfederacja radomska z poparciem takich magnatów, jak hetmani Jan Klemens Branicki i Seweryn Rzewuski oraz Ludwik Pociej, Jerzy August Mniszech, Michał Wielhorski, Szymon Kossakowski. Przywódcy radomscy byli tak samo naiwni w 1767 roku, jak Familia i Stanisław August w latach 1764–1766.

Położenie, w jakim znajdowała się Rzeczpospolita po wielkiej wojnie północnej sprawiało, że jej politycy nie mieli możliwości prowadzenia takiej polityki, jakiej sobie życzyli, niezależnie od tego, czy określa się ją mianem postępowej czy reakcyjnej. Planowano, aby po wyjściu z Rzeczypospolitej wojsk rosyjskich zdetronizować króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Liczono na pomoc Francji, Austrii i Turcji. Władcy państw ościennych nie chcieli dopuścić do tego, żeby Rzeczpospolita stała się samodzielnym państwem. Jednym z zasadniczych celów polityki rosyjskiej było wywołanie zamętu politycznego w celu przejęcia kontroli nad sytuacją wewnętrzną w Polsce. Zastosowano zasadę „dziel i rządź”, czyli sięgnięto do kwestii wyznaniowych. Pretekstem było przywrócenie praw politycznych dysydentom. Zdawano sobie sprawę, jak drażliwa jest to kwestia. Nawet Czartoryscy nie odważyli się współpracować w tym zakresie z Rosją i z tego powodu zwróciła się ona właśnie ku malkontentom, którzy nawiązali współpracę z jej głównym przedstawicielem w Polsce, księciem Mikołajem Repninem. Rosja nie była na tyle silna, aby wprowadzić w Rzeczypospolitej wszystkie reformy, jakie chciała. Mogła natomiast zniszczyć plany i ambicje tych polskich polityków, którzy nie chcieli wypełniać ślepo rosyjskich rozkazów. Jak widać, sytuacja była bardzo złożona, dlatego też wydarzenia tego okresu budziły, budzą i ciągle będą budzić zainteresowanie zarówno historyków, jak i pasjonatów tej tematyki. Wciąż aktualne jest pytanie, jak doszło do tego, że utraciliśmy państwo, naszą wolność i niepodległość. Niektórzy historycy uważają, że utrata suwerenności nastąpiła już w czasach saskich, a konfederacja barska była pierwszym polskim zrywem niepodległościowym, bowiem walczono za wiarę i wolność. Ten zryw stał się wzorem dla kolejnych powstań narodowowyzwoleńczych. Inni twierdzą, że konfederacja przyczyniła się do pierwszego rozbioru Polski.

Konfederacja barska, zbrojny związek szlachty, została zawiązana 29 lutego 1768 roku w Barze na Podolu. Miała przyczyniać się do osiągnięcia prawdziwych celów konfederacji radomskiej: likwidacji reform Familii oraz ewentualnej detronizacji króla. Jednym z haseł była obrona wiary, czyli przywrócenie religii rzymskokatolickiej uprzywilejowanej pozycji w państwie. Szlachta nie chciała zgodzić się na równouprawnienie różnowierców, które zostało wprowadzone na sejmie w Warszawie 14 sierpnia 1767 roku. Przebieg obrad sejmu był całkowicie kontrolowany przez ambasadora rosyjskiego Mikołaja Repnina. Przeciw tym rozwiązaniom zorganizowała się opozycja składająca się częściowo z konfederatów radomskich z biskupem krakowskim Kajetanem Sołtykiem na czele, który do niedawna był przeciwnikiem Czartoryskich, a zwolennikiem współpracy z Rosją. Sytuacja była skomplikowana, ponieważ możnowładcy, jak na przykład prymas Podoski czy Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, byli opłacani przez obce rządy. W dużym stopniu uniemożliwiało to przeprowadzenie jakichkolwiek znaczących reform.

Doskonale obrazuje to Kudyba, przedstawiając burzliwy przebieg obrad sejmu zwanego repninowskim, któremu przewodniczył marszałek Karol Radziwiłł. Repnin bezskutecznie usiłował przegłosować pełnię praw politycznych dysydentom w Rzeczypospolitej, co przedstawiano jako obronę religijnej tolerancji. Spotkało się to z wetem ze strony Józefa Pułaskiego i młodego posła Józefa Wybickiego, późniejszego twórcy Legionów gen. Jana Henryka Dąbrowskiego we Włoszech i autora Mazurka Dąbrowskiego, obecnego hymnu państwowego. I tu nastąpiło wydarzenie bez precedensu. Ambasador obcego państwa Repnin aresztował biskupa Sołtyka wraz z biskupem Józefem Andrzejem Załuskim oraz dwóch senatorów: hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna, Seweryna. Wywiózł ich następnie do Kaługi nad Oką, gdzie spędzili pięć lat w więzieniu. Był to bezwzględny zamach na suwerenność Rzeczypospolitej. W powieści Pułascy moment ten jest przedstawiony jako przebudzenie uśpionych sumień, jako impuls do zawiązania konfederacji w Barze, by bronić sponiewieranej godności kraju (s. 65). Autor ustami bohaterów stawia pytanie: czy naród jest wystarczająco mocny, by sam stanął do walki z imperium? Czy ma dobrze uzbrojoną i zaprawioną w boju armię? Czy ma doświadczonych dowódców i plan działania? Czy nie lepiej oprzeć się na sojusznikach z zagranicy; pozyskać Francję i Turcję, które to kraje może zaniepokoić wzrastająca potęga Rosji? „Sojusze są potrzebne, ale nie wystarczą, gdy sami o własnych siłach nie powstaniemy z kolan” (s. 53) – pada odpowiedź Józefa Pułaskiego.

Jeśli uwierzymy przedmowie do sagi rodu Pułaskich, narratorem jej jest towarzysz broni generała Kazimierza Pułaskiego. Tajemniczy dr Paul Bental wypowiada pisarskie credo, które nam, czytelnikom literatury polskiej ostatniego dziesięciolecia, przypomina programowy esej Przemysława Dakowicza Obcowanie. Literackie wyznanie wiary Kudyby lub jego porte parole, Bentala, brzmi:

Różnica pomiędzy człowiekiem żywym a umarłym polega na tym, że żywy nie staje się coraz bardziej żywy, a umarły przeciwnie – z roku na rok jest coraz bardziej umarły. Gdybym zapomniał o moim generale i o tym, co mi opowiadał o swoim ojcu i braciach, to oni wszyscy umarliby jeszcze bardziej […]. Powinienem ich przypominać, bo opowieść jest leczeniem pamięci. Właśnie dlatego muszę opowiadać – żeby nie zapomnieć (s. 7).

Autor przywraca naszej pamięci zbiorowej dramatyczną historię konfederacji barskiej. Jej konteksty i tradycje od XVIII wieku są obecne w kulturze i literaturze polskiej, na przykład w twórczości Juliusza Słowackiego i Adama Mickiewicza. Dość wspomnieć postać księdza Marka Jandołowicza czy Maurycego Beniowskiego. Poznajemy też rodzinę Pułaskich, w tym Kazimierza Pułaskiego, późniejszego bohatera Stanów Zjednoczonych, zdrajcę Franciszka Ksawerego Branickiego, późniejszego hetmana wielkiego koronnego i wielu innych. Autor Pułaskich ukazuje zgodnie z prawdą historyczną dramatyczny przebieg zrywu, jakim była konfederacja, jako pospolite ruszenie (ostatnie w Rzeczypospolitej), które prowadząc walkę partyzancką, miało przeobrazić się w regularną armię.

Tak się jednak nie stało z wielu powodów. Nie umiano powołać jednego ośrodka dowódczego, który opracowałby strategię wojny. Zabrakło zaplecza dla zaopatrzenia armii w żywność i uzbrojenie; konfederaci zmuszeni byli do rekwizycji żywności, przy czym często dochodziło do łupiestw. Oddziały konfederackie były słabo wyszkolone i w związku z tym były bez trudu rozbijane przez armię rosyjską i regularne wojska koronne. Ponadto na Podolu wybuchło powstanie chłopskie zwane koliszczyzną lub hajdamaczyzną, które – na równi ze zdobyciem Baru przez wojska rosyjsko-koronne – przyczyniło się do rozbicia konfederacji na tym obszarze. Z inspiracji Petersburga podsycano nienawiść prawosławnej ludności chłopskiej przeciw katolickiej szlachcie polskiej i Żydom, co skutkowało pogromami na Ukrainie, w tym szczególnie okrutną rzezią w Humaniu (zginęło prawie 20 tysięcy szlachty, mieszczan i Żydów). Przez cztery lata toczyła się chaotyczna i krwawa wojna domowa, prowadzona bez dowództwa wojskowego i kierownictwa politycznego. Była to wojna partyzancka, która pozostawiła kraj zniszczony gospodarczo, militarnie i politycznie. Zahamowała reformy, których celem było wzmocnienie gospodarcze i ustrojowe Rzeczypospolitej, a państwom ościennym dała pretekst do pierwszego rozbioru. Wielu konfederatów zesłano na Sybir, nastąpiła konfiskata majątków, niektórzy przywódcy lokalni, jak Kazimierz Pułaski, musieli emigrować. Mimo wszystko był to jednak ważny zryw, ponieważ była to walka o niepodległość.

Można powiedzieć, że konfederacja barska była kuźnią naszego nowoczesnego patriotyzmu. Ścierało się tu tradycjonalistyczne wyobrażenie patriotyzmu z ideą republikańską o charakterze oświeceniowym. Tradycjonaliści ojczyznę utożsamiali ze wspólnotą, za obronę której warto ponieść ofiarę, poświęcić życie i majątek. Republikanie utożsamiali ją przede wszystkim z państwem. Postawa obywatelska generowała poczucie odrębności wobec społeczeństw ościennych i zarazem obowiązek wobec ojczyzny. Za republikanina uważać można biskupa kamienieckiego Adama Stanisława Krasińskiego, który głosił, że dobre funkcjonowanie państwa jest zależne od elit politycznych. Ten pogląd prezentował także bohater Pułaskich Józef Wybicki, autor Mazurka Dąbrowskiego, hymnu, który łączy kolejne pokolenia Polaków.

Sceny pojedynków, walki, szermierki słownej, małżeńskiej miłości tragicznie przerwanej przez śmierć – wszystko to zapada w pamięć. Literacka kreacja pierwszoplanowych bohaterów przekonuje dzięki analizie ich psychiki (na przykład Anuli w klasztorze). Natomiast kucharki czy giermkowie pozostają w – stosownym dla ich roli w dziejach politycznych – cieniu. Ród Pułaskich ma znaczenie historyczne, jego przedstawiciele poczuwają się do czynnej troski o dobro wspólne Rzeczypospolitej, podczas gdy niektórym arystokratom brak sumienia, a prostakom nie wystarcza wiedzy ani wyobraźni. Stąd komizm sytuacyjno-słowny w scenie, gdy w tym samym momencie kucharka z gniewem krzyczy na osę, a Kazimierz Pułaski wyraża irytację, u której źródeł tkwią działania zdradzieckiej magnaterii.

Powieściowy narrator, Bental, rozumuje następująco:

Kiedy studiowałem nauki medyczne, wydawało mi się, że dzieje ludzkości to dzieje postępu. Teraz, gdy ledwo już powłóczę nogami, coraz częściej nasza historia wydaje mi się historią przemocy. Generał Pułaski widział to jeszcze inaczej. W takim duchu zapewne wychowywał go ojciec. To on musiał mu mówić, że najbardziej widoczny nurt czasu rzeczywiście jest popychany wszystkim tym, co najgorsze: chciwością, pychą, egoizmem, chęcią dominacji. To on powtarzał, że w głębi dziejów ukryta jest również inna, nie mniej potężna moc, którą można nazwać mocą ludzkich sumień. Że historia jest w istocie zmaganiem obu tych sił i że szept sumienia nie musi zginąć wśród huku armat. Dziwne to jednak zmaganie. Zawsze jest przecież jakiś główny nurt oraz rozmaite grubsze i drobniejsze ryby, które dla własnych korzyści próbują się do niego podłączyć. On zawsze jest stadny, zawsze zagarnia chytrych, a mniej zaradnych lub zastraszonych wpędza we frustrującą gnuśność. W jego cieniu niemal od razu pojawia się jednak drugi. U swych początków ma zaledwie kilka osób, nikogo więcej. Czy to nie dziwne, że czasem wystarczy garstka, by poruszyć lawinę historii. O takiej właśnie garstce jest ta opowieść. O ludziach sumienia, którzy zaufali czemuś, co niektórzy nazywają skrytym w nas głosem Boga. Zamykam oczy i nagle widzę ich wszystkich razem i każdego z osobna. Patrzę, jak wstają, gestykulują, mówią – jak w teatrze. Wiem, że to niemożliwe, ale tak to widzę – oni żyją. A ja muszę być ich świadkiem – ich głosem i ich prawą ręką. Tą, która pisze (s. 10).

Im głębiej podczas powtórnej lektury wnika się w tekst, tym ostrzej dostrzega się fundamentalne pytanie: Czy Kudyba sieje defetyzm? Halszka odczuwa niepokój jak zadrę, „dziwne przeczucie czegoś mrocznego” (s. 258). Wcześniej – w kluczowej, jak się zdaje, scenie, Kazimierz „rzeczowo oznajmił: – Nikt nam nie pomoże. U nas pięciuset, w Żwańcu podobnie, a Rosjan trzy albo i cztery razy więcej. Kto chce odejść, niech powie to teraz. Nagle zapadła cisza, którą po długiej przerwie przerwał niewesoły, lecz stanowczy głos Bogackiego: – Aut vincere, aut mori…” (s. 229). Nawet zjawiska poruszają serię skojarzeń z nieuchronnością klęski:

Ciemny, niemal ceglasty krąg słońca chował się już za linią wzgórz, w bladej dolinie zostawiając smugę pastelowej poświaty. Wrony kłóciły się o miejsca na gałęziach topól. – Jak krew na niebi, znaczy się idzi mróz… – powiedział Sułhak. – Jak krew na ziemi, to znaczy, że idzie śmierć… – Pułaski patrzył na zachód słońca, a twarz mu się ściągnęła, jakby w jednej chwili zobaczył jegrów Lwa Izmaiłowa, szturmujących fala za falą pierwszą bramę; jakby oglądał jej obrońców padających od kul. Wpatrzył się w jeden punkt, może więc widział już płonące domy i uciekające dzieci? (s. 229).

Słowa Warszawianki przecież nie są defetystyczne, a zakładają skrajność wyboru: zwycięstwo albo śmierć. Tytuł tomu pierwszego powtarza się w powieści. Franciszek Pułaski, który polegnie w walce, „Aut vincere, aut mori – powiedział sam do siebie” (s. 234). Już po klęsce, leżący w chłopskiej chacie ordynans, Błażej Dutkiewicz, „Rozejrzy się po niskiej izbie, ozdobionej świętymi obrazami i kolorowymi makatkami. Na jednej z nich ktoś wyszył znak orła z krzyżem na piersiach i słowa: «Albo zwyciężyć, albo umrzeć»” (s. 265).

Kontrasty sprzyjają kreowaniu emocji. Radosna, żywiołowa, pełna witalności Halszka zginie w walce z Moskalami. A przecież ucząc chłopców fechtunku, woła: „Kto umie się bić, ten całować też łatwo się nauczy!” (s. 222). Do miłości była powołana, nie zaś do przedwczesnej śmierci. Młodzi ludzie utożsamią się z piękną, odważną i wysportowaną dziewczyną.

Komiks lub gra komputerowa, w których można by przedstawić samą fabułę i barwnych, niekiedy komicznych bohaterów powieści, jak na przykład ptasznik, pozwoliłyby opowiedzieć istotny okres historii Polski, kiedy kraj tracił niepodległość. Rytm wewnętrznej zdrady, nieudanych prób ratowania się przed wtopieniem w struktury państwowe sąsiadów i splot korupcji z przemocą, powtarzają się w dziejach, dlatego ich poznawanie jest aktualne, ważne i stanowi przestrogę na przyszłość. Dynamiczny tok akcji, zwarte dialogi, zgodna z chronologią kompozycja sprzyjają dobremu odbiorowi nowej książki historycznej.

Wojciech Kudyba, Pułascy, t. 1, Aut vincere, aut mori, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020.

Okładka książki "Pułascy"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Dorota Heck, Małgorzata Jaszczuk-Surma, Znaleziony manuskrypt, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 69

Przypisy

    Powiązane artykuły