01.08.2019

Nowy Napis Co Tydzień #008 / Poeci i inni. Mieczysław Jastrun

Kim jesteś, poeto? Czemu się „mądry Leonardo, trudzisz”? Norwid pisał, że piękno jest kształtem miłości; Mallarmé, że „celem świata jest stworzenie pięknej książki”. I dziś nie widzę aktualniejszego zagadnienia. Istnieje szczególna logika, która prowadziła Gałczyńskiego od Balu u Salomona do Sylwestra Marosza i od Sylwestra Marosza do Kroniki olsztyńskiej; Ważyka od Oczu i ust do Ody dialektycznej, i stamtąd do Poematu dla dorosłych; Andrzejewskiego od Ładu serca do Zadufków i od Zadufków do Złotego lisa; Jastruna od Spotkania w czasie do Barw ziemi i wreszcie – Poezji i prawdy. Logika ta nosi zużytą nazwę historii. Andrzejewski i Jastrun stanowią tu najwyraźniejsze wskaźniki; przemiany poety Rzeczy ludzkiej mają wartość przykładu; ośmielam się powiedzieć – podręcznikową. Przemiany te są zaś przede wszystkim – przemianami postawy.

„W moim doświadczeniu wiersz rodzi się ze szczególnego stanu, który nazwałbym ciemnością wewnętrzną” – pisał w 1936 roku Jastrun – ,,każdorazowe jego pojawienie się jest jakby tylko mocniejszym nagrzaniem jej powłoki, lśnieniem jej powierzchni”„Okolica poetów” 1935, 4-5.[1]. Łatwo się naiwnie pomylić i zrozumieć, że poeta wyznaje, iż pisze „w natchnieniu”. Natchnienie jest fenomenem pamięci, krystalizacją. Podobnie jak swobodne wzruszenia, zachwyty, uczucia krystalizują się nagle stając miłością, tak przeżycia, wrażenia i ulotne myśli zbiegają się niespodziewanie w poemat. Jastrun myśli tu jednak o czym innym: wiersz nie krystalizuje luźnych wrażeń w jasne, zwięzłe formy, ale wydaje się szczególnym sposobem poznawania dziedzin świadomości, które odsłaniają się tylko w owej „wewnętrznej ciemności”. „Pomiędzy świadomościowym ujmowaniem zjawisk w normalnym biegu życia – dodawał poeta – a przenikaniem ich w chwilach szczególnego rozżarzenia wewnętrznego istnieje sprzeczność, przynajmniej pozorna”„Okolica poetów” 1935, 4-5.[2].

„Prawdziwa poezja nie jest niczym innym, jak jednością ducha” – pisał Novalis. „Poeta współczesny”, oświadczał w sto lat później Valéry – „stara się wytworzyć w nas pewien stan, i ów stan wyjątkowy wznieść aż do doskonałego poznania”Paul Valéry, przedmowa do Conaissance de la déesse L. Fabre’a, wyd. Gallimard 1928.[3]. Obydwaj poeci, uzupełniając się wzajemnie, określają mniej więcej ściśle postawę i cel twórcy Spotkania w czasie. Poeta – zdaniem (jak się zdaje) ówczesnego Jastruna – posiada dar „przenikania” świata i własnej – szczególnej – świadomości o tym, co jest w nim najbardziej ukryte; spływa nań łaska „rozżarzenia wewnętrznego”, łaska szczególnego poznania. „Chciałem odnowić zmysły, wydrzeć je bezwładowi, wyostrzyć je tak, aby odzyskały pierwotną – jak mniemałem – zdolność poznawczą”Dzienniki i wspomnienia, „Czytelnik” 1955.[4]. Wiersz – już napisany – przekazuje z kolei czytelnikowi szczególny stan poznawczy, wzbogaca go wewnętrznie, o ile oczywiście zdoła obudzić w nim podobnie brzmiące odczucia.

Ale trudno uchronić się od wrażenia, jak bardzo tylko wtórnym celem poezji jest tu przekazywanie czytelnikowi wzruszenia (odwrotnie niż u Valéry’ego, który chełpił się, że pisze wiersze, nie odczuwając nic). Nie wiem, czy w całej przedwojennej twórczości Jastruna znajdzie się więcej niż dwie, trzy apostrofy do czytelnika: poezja jest indywidualnym ćwiczeniem duchowym. „Nie wiersze rosną – rosnę ja”... Spór między światem a poetą wydaje się, w ostatecznym rachunku, zawsze sporem między drogocenną jednostką (i kapłanem wzruszenia) a ślepą masą (która pragnie tylko użyteczności). Poeta bowiem:

Na to ogromnym płonąc światom
Zachodził w łunie purpurowej,
By go po latach agitator
Zatknął na lichy kij wiecowy.

By lada Ćwieczek, lada Morał
Zaprzęgał go do racji stanu:
Oczyszczonego z oceanu,
Niebezpiecznego dziwotwora.

Gdy tymczasem „oni”, ci, którzy chcą do własnych celów wykorzystać poetę, to:

Marzenia standaryzowane,
Milczenia standaryzowane,
Spojrzenia standaryzowane,
Tłumy mięsistych, twardych mask.
............
Przetrwają mur i brąz przetrwają
Mrowiem bakcyli, tłumem, zgrają,
Odejdą, wrócą i przetrwają,
Przetrwają bezlitosny wiek.

Gdy Jastrun pragnie określić ludzi najbardziej sobie obcych, twórców niegodnych i pośpiesznych, rzuca pogardliwie: „znawcy powierzchni”. Bo też cała jego uwaga skierowana jest do wewnątrz. Rzeczy nie olśniewają Jastruna; przyroda porywa go wyłącznie o tyle, o ile symbolizuje jego wzruszenia. Poznanie jest wewnętrzne, wewnętrzny gest. I przede wszystkim wewnętrzny, indywidualny jest bohater wierszy Jastruna – czas. Poezja jest nie tylko samotnym ćwiczeniem; jest także szansą osobistego samozrozumienia: „Niekiedy wydaje mi się, że geneza moich wierszy tkwi właściwie tylko w najmniej uchwytnym, rzadko słyszalnym rytmie mojego czasu, i że one jedynie pozwalają mi, mimo ustawicznego upływu zjawisk, istnieć naprawdꔄOkolica poetów” 1935, 4-5.[5]. Znać tu znamienny „święty egoizm” poetycki, właściwy podobnej liryce solipsyzm. I zarazem – pierwsze, bardzo jeszcze niedoświadczone „exegi monumentum”...

Adolf Rudnicki napisał kiedyś piękne opowiadanie, które nosi tytuł: Kartka znaleziona pod murem straceń. „Znalezienie” kartki oznaczało, że przypadkowo tylko, szczęśliwym trafem, ocalało ostatnie przesłanie artysty. Właściwym, przewidzianym i przeznaczonym dlań losem było zniknięcie, roztopienie się w zniszczeniu. Wojna uczy artystów pokory.

„Wojna nie spadła na mnie niespodzianie. Przygotowywałem się do niej od lat, czułem, że jest nieuchronna. Ale to, czego doświadczyłem, na co patrzałem żywymi oczami, przewróciło moje pojęcia o świecie, ukazało mi bezbronność własną... W czasie okupacji zacząłem marzyć o nowej poezji...: poezji, obejmującej wszystkie zjawiska życia, sprawy moralne czasu, poezji odpowiedzialnej przed historią”Dzienniki i wspomnienia, „Czytelnik” 1955.[6]. Słowa „poezja” i „historia” powtarzają się tu we wszystkich przypadkach. Ale poezja Jastruna nie tyle historię odkryła przez wojnę, ile najpierw i przede wszystkim – innych ludzi. A także – samego twórcę.

Istnieją – można by powiedzieć – dwa czasy: tło losu, które się tylko przesuwa i konstrukcja losu, która się przede wszystkim tworzy. Poezja Jastruna nie mówiła przed wojną o losie poety. Drążyła tylko indywidualne odczucia, los objawiał się tylko pewnością śmierci, siostry czasu. Odczucia te były w założeniu zagadkowe. Nie tylko dlatego, że kiedy Jastrun wyjeżdżał w podróż wzruszeń, nie wiedział, dokąd zajedzie. Nie wie tego – jak mi się zdaje – większość poetów. Rozdział między poetą a jego wzruszeniem wynika nie tyle z tego, że Jastrun nie wie, dokąd go ono zaprowadzi; przede wszystkim z tego, że nie bardzo wie, czym ono jest. Nie można go nazwać, a tylko – zbliżyć. Słowa określają je pośrednio, daleko: „marzyłem o wierszach, które wzruszałyby nie słowami nazywającymi uczucie, ale samą budową, aby uczucie w nich było ukryte w głębi, we wnętrzu jarząc się, by tylko dawało znać o sobie poprzez kształt”Dzienniki i wspomnienia, „Czytelnik” 1955.[7].

Jeśli więc wiersz mówił o tajnikach poetyckiej świadomości, to był – paradoksalnie – także samemu poecie w jakiś sposób obcy. Wzruszenia przedwojennego Jastruna nie mają ani przyczyny, ani celu; one są, i wszystko, do czego zobowiązuje się poeta, to tylko wytropienie ich i zbliżenie. Poezja Jastruna: była dawniej użyteczna duchowi, teraz – życiu; przedtem afirmowało się w niej odczucie, teraz – istnienie. Dlatego dawniej w wierszach autora Innej młodości odczuwało się zawsze prawie ekran rozwieszony między poetą a jego wzruszeniem, między wzruszeniem, a jego wyrazem. Liryka była grą zwierciadeł, albo jeszcze lepiej: przekazywaniem znaków przez przeźroczyste zasłony. Tymczasem teraz nałożono na nią codzienny cel życiowy, nieskończenie praktyczniejszy niż niegdyś i pozornie tylko podobny. Niegdyś poezja pozwalała Jastrunowi „istnieć w czasie”, dziś – jest narzędziem, dzięki któremu ocala on swą godność. Pierwszym zadaniem poezji jest: pomóc własnemu twórcy, poecie. Ale teraz poeta ten jest żywym człowiekiem, człowiekiem z krwi i kości. I musi przeżyć (lub nie) swój los.

Stąd nagła pokora owej liryki wobec rzeczywistości. A także – wobec innych. Poezja Jastruna „demokratyzuje się” – przez śmierć (na której sprawy był zresztą zawsze szczególnie czuły). Podkreśla nie to, co go od innych różni, ale to, co łączy: – wyrok śmierci. Ziemia przysypie wszelkie różnice. Nieuniknioność śmierci wiąże naprzód poezję z indywidualnym losem ale także, i właściwie równocześnie, z losem milionów innych. Niegdyś poeta słuchał samego siebie, natężał ucha, starał się podać stenogram niewyrażalnej świadomości; teraz zaś słucha, co mówią inni, pisze pośpiesznie, skromnie, on, jeden z tysiąca. Tworzy poezję bliższą ciału, bliższą rzeczom, które nowej nabierają roli: nie tylko śnią się oczom liryka, ale przede wszystkim gubią lub ratują człowieka. „Powszechność” sytuacji poety potwierdza zwłaszcza przyczyna, dla której jest on prześladowany: przyczyną tą jest naprzód jego pochodzenie. Ma zginąć za to, że istnieje, nie za to, czym jest: „Kto konał za to, czym był lub za to, czym być marzył”. Przyczyna prześladowania nie tylko jednak nie oddala Jastruna od całości narodu, ale przeciwnie – zbliża go doń jeszcze: los Żydów polskich był zapowiedzią i figurą (w biblijnym sensie) losu całego narodu; stąd szczególna ostrość i trafność przeżycia poety.

Poeta: równy między równymi, jeden z anonimowego szeregu. Ale ożywiony troską równie indywidualną co powszechną – ocalenia godności:

Pogardy śmierci, zaraźliwej,
Za każdym cieniem czyhającej,
Nauczyć się – i zostać żywym
Lub umrzeć w słońcu...

Szczególna rzecz: wbrew słowom, jakimi później Jastrun określał swoją ówczesną sytuację poetycką, rozumienie historii jest w Godzinie strzeżonej wysoce – jeśli tak można powiedzieć – niedoskonałe. Pytanie nie brzmi bowiem: co ja mam z historią zrobić? – ale: jak ja mam historię przyjąć? Poeta nie współuczestniczy w historii, on ją znosi. Z wyjątkiem – olśniewającym co prawda – Snu nocy zimowej zrozumienie historii jest u Jastruna bierne, podobnie zresztą jak jednostkowe. („Jednostkowość” ta nie przeczy bynajmniej „uniwersalności”: Jastrun mówi w imieniu gromady jednostek, nie w imieniu gromady jako całości). Poeta czeka na śmierć, nie wychodzi przeciwko niej; nie tyle zgadza się na nią w imię walki, ile stara się ją poskromić, oddalić, oszukać – w sobie:

Powietrze mówi ustami jednego z zabitych:
Dlaczego budzisz już zastygłą mękę?
Nie chciałem żadnej z waszych bitew –
Przyjacielu pozgonny, chcę milczeć – podaj mi rękę.

Kogo oskarżać mam – Boga? czy mordercę?
Worek mięsa i kości, leżę, przywalony grudą.
Jeszcze w ostatniej chwili, kiedy biło serce,
Oczekiwałem cudu.

Głód, barłóg, wszy... Tylko nie to. Czy wyznać?
Strach był większy niż śmierć. Ona zeszła dopiero po jego cieniu.

I kiedy spadło ze mnie ciało, fałszywy talizman,
Odnalazłem ocalenie w zapomnieniu.

Nie budź mnie, nie budź mnie! Już powoli odwykam
Od waszych słów, od waszych pustych słów, nawet od własnej męki,
Jestem wodą, powietrzem, jestem jak muzyka
Nie rozłamana na dźwięki.

(Skazaniec)

Problematyka Godziny strzeżonej okazuje się więc nie tyle polityczna, ile moralna. Bliżej stąd do Conrada niż do Marksa. Bohater wierszy Jastruna ustawia się stale do czegoś, co go napada, zniewala. „Obronny” charakter tej poezji nie jest zresztą całkowicie nowy: już dawniej – jakże dawno! – bywała sprzeciwem wobec niezrozumiałych potęg. Tamte były jednak psychologiczne czy metafizyczne, te zaś są – historyczne. Historia wchodzi na karty wierszy Jastruna, ale tylko jako ciemna obecność; nie jako rozwiązanie zagadki. Dopiero w Rzeczy ludzkiej, w wierszach pisanych w roku 1944, odzywają się triumfalne tony: Jastrun wita zwycięzców historii. „Okolicznościowa” radość bierze górę nad ukrytą biernością postawy.

Jaka była więc wtedy wreszcie postawa Jastruna? I czy – pozostała? Poeta – to dla Jastruna ten, który ma prawo powiedzieć tylko to, co może być odczute – jeśli nie wyrażone – przez wszystkich. Stąd nakazy pokory, ascezy, surowości. Stąd gniew na rozmaite „ładności”, poetyczności, ornamenty. Gniew znamiennie krótkotrwały. „Nie tylko ze mnie zadrwiła historia. Tym tłumaczę sobie wystąpienia moje w pierwszym czasie niepodległości, owe suche, niedobre artykuły, fanatycznie tropiące poetyczność w poezji, żądające surowej ascezy. Miałem zresztą moralną rację”...Dzienniki i wspomnienia, „Czytelnik” 1955.[8] Postawa poetycka, jaką w latach wojny przyjął Jastrun, była (w jego wypadku) nie do utrzymania. Indywidualne odczucie poety zbiegło się wówczas idealnie z powszechnym; stąd złudzenia, że głosy poety i zbiorowości stanowić odtąd będą nieprzerwany akord, że zniknie na zawsze przedział między lirykiem a jego czytelnikami. Ale Jastrun nigdy już (prawie nigdy) nie odnajdzie owego pełnego współbrzmienia, pełnego akordu. Będzie go na próżno poszukiwał; dopóty, dopóki nie ustali dla siebie nowej relacji między poetą a światem. Rzadko tylko się zdarza, aby poeta otrzymał od wielu pełnomocnictwo wzruszeń. Bywa to dane tylko największym – i na krótko.

Sezon w Alpach jest cyklem szczególnie znamiennym. Już wiersze z końca wojny bywały czasem retoryką, szlachetną bardzo, ale tylko retoryką, jeśli porównać je z najpiękniejszymi utworami Godziny strzeżonej. W Sezonie w Alpach ów nieomylny kontakt z prześladowanym (i rzadziej – walczącym) tłumem zaciera się zastanawiająco szybko. Pozostają natomiast zainteresowania dla zagadnień, które ukształtowały się w czasie wojny. Trudno twierdzić, że Jastrun wracał tam do nastrojów z tomu Strumień i milczenie. Nie „ciemność wewnętrzna”, a sprawy moralne ogniskują tam w sobie rozważania poety; i styl zwraca się nie ku symbolizmowi, a ku retoryce. Jastrun czuje się na chwilę „wygnańcem w oboim żywiole”; ma poczucie odrębności, ale także – obowiązku społecznego. Sprzeczności stara się rozwiązać stylizacją: stylizacja świadczy tu o wahaniach postawy poetyckiej, jest maską niepewności.

Tymczasem – od roku 1947 – Jastrun stara się znów odnaleźć pełne współbrzmienie, znieść granicę między sobą a czytelnikiem. I niekiedy mu się to udaje: w najlepszych wierszach (np. w Liście Anny Żywioł) Jastrun wciela się dosłownie w kogo innego, udaje mu się tworzyć ludowych bohaterów lirycznych. A jednak każdy podobny wiersz opłaca wieloma nieudanymi, zniżając się nieraz do mechanicznej rymowanki (Phenian, Przywitanie Eisenhowera, Do robotników francuskich, Ballada niemiecka). Ustawiczne zastrzeganie się, zapewnianie o prostocie i powszechności swej mowy świadczą – przeciwnie, że poeta nie jest jej całkowicie pewny. Poezja Jastruna – pisze krytyk – „staje się... teraz potoczna i refleksyjna... Ton spokojnej refleksji, właściwy teraz poecie, zakłada pewien dystans wobec tematu”Artur Sandauer Poeci trzech pokoleń, Państwowy Instytut Wydawniczy 1955.[9]. Wobec tematu – i czytelnika.

Wiersze Jastruna ogarnia coraz szerzej retoryka: jak wszystkie metody twórcze, posiada ona podwójne oblicze. Istnieje retoryka z braku serca i retoryka z nadmiaru myśli. Pierwsza wynika z daremnej chęci napełnienia żywą krwią obrazu: jest to retoryka naśladowców Broniewskiego, których nie ożywia jednak rewolucyjny ogień autora Bagnetu na broń. Druga zaś rodzi się z nieprzemożnej chęci podzielenia się natłokiem myśli, które – kształtując się samoistnie w poezję – nie żądają już przemiany w obrazy. Pierwsza powstaje z nieudanej chęci zniesienia dystansu do czytelnika i jego spraw; druga – przeciwnie – dystans ten przyjmuje i właśnie zeń buduje poetycką postawę. Jeśli strofy takie jak następująca:

Lud, co nie czyta w niebie,
Lecz wije powróz na kata,
Lud, co jest zawsze u siebie
I przeto jest ludem świata

stają się trudno osiągalne, można wybrać między:

Ojczyznę moją niosłem w sumieniu,
Nie rozwiniętą z krwawych płacht,
I miasta męki, i naród cieniów,
I dymów Walpurgisnacht.

Nie! nie! nie wolno milczeć, zapomnieć.
Niech serce będzie jak płomień i młot!
„Sześć lat miałem wtenczas” – powiedział do mnie
Młodzieniec z FDJ...

albo:

Nie wiem, kim będziesz, istoto świetlista,
Jakie mieć będziesz radości, jakie żale
Na Atlantydzie nowej za lat trzysta,
Gdzie blask wydzielać będą planety metale –
Nie wiem, kim będziesz, Ty, co dzisiaj milczysz,
Jeśli od myśli tej umierać muszę
Jak od gromu tysiąca wolt elektrycznych,
Niechby przynajmniej tam mój oddech uszedł.

W drugim wierszu – choćby nawet niedoskonałym – poeta już jest sobą, nie sili się na pobratymstwo, którego nie odczuwa (poetycko oczywiście). Retoryczna apostrofa i potoczna gawęda są dwoma biegunami ówczesnej twórczości Jastruna: Jednak nie z drugiej; a z pierwszej wyniknie przemiana postawy poety. W gawędzie poezja niknie, przywalona śmieciem drobiazgów, plącząca się w nieporadności frazy, która nie umie wyrażać treści codziennych. Stąd przykre wrażenie „zniżania się” do czytelnika, podobne zresztą wrażeniu, jakie odnosi się z lektury Ślubnych obrączek. Temu bowiem tomowi Gałczyńskiego odpowiadają u Jastruna Barwy ziemi.

Jastrun godzi się zresztą stopniowo z własną „porażką”: odnajduje się znów sam, ale tym razem – twarzą w twarz z historią, a nie z tajemnicami własnej świadomości. Pełniejsze – dopiero teraz – zrozumienie historii pojawia się w długich rozmowach, jakie toczy poeta z epoką zarówno zresztą współczesną, jak przeszłą i oczekiwaną dopiero. Pojawia się melancholia nieprzystosowania, humanistyczna łagodność oceny: postawa poety, przekształcając się niepostrzeżenie, staje się – chciałoby się powiedzieć – olimpijska, ,,goetheańska”. Poeta godzi się z historią i rozumie ją: ale zarazem podkreśla własną odeń niezależność – przynajmniej moralną i uczuciową. Uczoność poezji Jastruna znajduje tu szczególne zainteresowanie: cóż bowiem szlachetniejszego niż odnajdywanie własnej epoki w nieskończonym szeregu ludzkich myśli i wzruszeń? Pojawia się niebezpieczeństwo obojętności poezji, która porusza się w strefach tak wysokich uogólnień. Poezji, w której wszystko jest nawiązaniem – grozi łatwo zapatrzenie w siebie, we własną, jeśli nie doskonałość, to, w każdym razie, odwieczność. Znowu więc – „exegi monumentum”? Tak, exegi – wzniosłem.

Jastrun mógłby więc teraz ulec pokusie odwrotnej niż poszukiwanie idealnego współbrzmienia ze zbiorowością – pokusie, autostylizacji. Lekarstwo – chociaż niedoskonałe – przychodzi od strony nieoczekiwanej. Poeta zaczyna na nowo przeżywać świat, odświeża własne, najzupełniej osobiste odczuwanie. Myślę o wierszach Jastruna do syna. Najszlachetniejsza nawet miłość bywa odrobinę egoistyczna: poeta nieustannie dziękuje dziecku za to, że jego oczami zobaczył świat na nowo:

Gdybym ja tak uwielbiał ciała i przedmioty,
Gdybym miał jego oczy, jego czujny dotyk,
Jakim byłbym poetą! badaczem materii!

„Ludzie wyzwalają się tylko wewnątrz naturalnych ugrupowań” – pisał paryski komunard. Należy do nich także rodzina. W swych wierszach rodzinnych Jastrun zdaje się odkrywać, że istnieje nie tylko jego wewnętrzny czas i historia, ale drzewa, kwiaty i marzenia, których posłannikiem jest dziecko: i obok miary historii odkrywa miarę natury. Jeśli jednak poeta może się skłaniać do zatopienia we własnym szczęściu, w ponownym odkrywaniu świata, to jednak zarazem wyzwala się (i to głębiej, dokładniej niż dawniej) od owego poetyckiego egoizmu, ku któremu się skłaniał. Wyzwalając się od ciężaru historii, wchodzi w nią znów – ale niezależniej. A Jastrun wydaje się dziś właśnie poetą szukającym słusznej miary zdarzeń: dziecko nie jest wśród tych miar najgorszą.

Tak więc – poprzez rozmaite oscylacje, jakie przechodzi po wojnie Jastrun – zaczyna się wyłaniać postawa, która zapewni mu zarówno niezależność ducha, jak i czynny stosunek do historii. Nie darmo zainteresowania poety przesuwały się przez trzydzieści blisko lat od symbolizmu, poprzez romantyzm, do klasycyzmu. Studia nad Mickiewiczem i Słowackim pozwoliły Jastrunowi – jako eseiście i biografowi – wgłębić się w ów szlachetny wzór stosunku poety polskiego do narodu, jaki postawili swym następcom w spadku wielcy nasi romantycy. Nie tyle roztapiali się oni w gromadzie, ile starali się jej przewodniczyć; pragnęli stać się nie tyle echem, ile sumieniem ojczyzny. Słowacki zwłaszcza czuje się jakby klerkiem, nie chce się podporządkowywać żądaniom krótkowzrocznej zbiorowości, apoteozuje szlachetny (i zresztą – szlachecki) anarchizm. Czuje się depozytariuszem pewnych prawd i wskazań, które znalazły się w jego ręku. Romantycy nasi zachowują się tak, jak gdyby wiedzieli lepiej, jak ma naród postępować, a zwłaszcza – jak go sądzić; nie ograniczają się jednak do nakazywania i sądzenia: czują się czynnymi współtwórcami życia narodowego. Swój „depozyt”, intuicję, wiedzę, autorytet rzucają na szalę wypadków – zachowując dalej swoją niezależność. Mogłoby się zdawać, że Jastrun dojrzewa do postawy podobnej. Choć bowiem musi pozostać – w pewnym sensie – na uboczu od zbiorowości, nie może stać się na zawsze samą zbiorowością, jednym z tysiąca i ma wobec niej do spełnienia rolę szczególnie ważną: rolę nauczyciela i sędziego, nie ilustratora czy trubadura. Ale także: poety czynnego społecznie i – być może także – współwinnego społecznie, inaczej bowiem wstępuje się łatwto na ścieżkę pogardy.

Jastrun oczywiście odszedł już daleko od romantyzmu, temperament poetycki niesie go coraz usilniej w stronę klasyczności. Czy jednak postawa niezależnego współtwórcy, współwinnego sędziego musi łączyć się z romantycznym odczuwaniem? Wcale nie. ,,Poezja, aby była sobą, musi dialog toczyć z prawdą” – poeta, aby był sobą, musi toczyć swobodny dialog z dziejami i społeczeństwem.

Dialog ten prowadzić będzie z niezależnych pozycji: w sobie samym znaleźć musi siły, które pozwolą mu stać się strażnikiem wartości. W wierszu Poezja i prawda mówi do poety przyszłość:

          ...w noc i we dnie
Byłam przy tobie, wiem, co boli,
Znałam przed laty twą tragedię,
Dramat rozumu i niewoli.
............
Głos twój z początku nie słyszany,
Choć później wyszedł z tłumu cieni,
Znów w głuchych uszach zakopany,
Był jak podziemnych nurt strumieni.

Błądziłeś, wiele zawiniłeś,
Lecz się płomieniem czystym mieni
Twe słowo, które znało miłość,
I było – jak stos Ifigenii.

Wiele wskazuje, że Jastrun coraz głębiej (choć nie zawsze mówi jasno) pojmuje poetycką i społeczną konieczność owego dialogu. Skąd zaś poeta bierze prawo głosu? Odpowiedź będzie jasna: czyż wszyscy, którzy starają się zbudować w czasie, w historii, świat lepszy i bardziej sprzyjający człowiekowi, nie są – choćby niedoskonałymi – uczniami Sofoklesa, Szekspira i Tołstoja? Czyż poeci już nie zapowiedzieli w swych dziełach wszystkiego, co reformatorzy starają się wcielić w życie, często łamiąc się wobec konieczności życia? Pięknie wyraził to Shelley: „Poeci” – mówił – „są nie uznanymi prawodawcami świata”.

Poezja głębi

„Połowa mego życia jak pustynia szczera...” Mowa o latach 1927-1939, od pierwszych wierszy do Strumienia i milczenia. Jeśli była to naprawdę pustynia, to na pewno nie – poetycka. Trwałość przedwojennej poezji Jastruna wydać się może paradoksem. Jest niemniej – faktem. Nawet „spłyciarze” realizmu nie mają odwagi odmówić jej artystycznej wartości (zastrzegając się, że... itd.). Wydaje się może odrobinę staroświecka, gdzieniegdzie naiwna, tu i tam – młodzieńczo niedoświadczona. Ale – koniec końców – przetrzymała próbę czasu lepiej niż wiele innych. Jastrun, którego stawiano w drugim, trzecim rzędzie, przepchał się niespodziewanie do pierwszego. I to właśnie po latach, w których – zdawałoby się – liryka poety Spotkania w czasie powinna się była rozpłynąć, zniknąć w wielkich przemianach. Tak, to jest paradoks; co gorsza, nie wiadomo, jak go wytłumaczyć.

Jastrun drażnił przede wszystkim niegdyś swoim eklektyzmem. Czerpał swobodnie od Tuwima do Przybosia. Obok zwrotek:

Wzgórza, gdzie rosną białe brzozy,
I niebo z brzozowego łyka.
Droga, którą nie jadą wozy,
Topola w opuszczeniu dzika...

(W opuszczeniu)

trafi się i taki Pejzaż miejski:

Zawisają w powietrzu
Wywyższone wieczorem domy,
Ulica zwęża się nagle – ku szczytom nieba,
A tam, gdzie wieczór
Żegna dnia złoto przez odymione złomy,
Wabi lazurem...

Wcale to oczywiście nie zachwyca. Dobre wiersze Jastruna powstają dopiero wtedy, gdy doświadczenia Skamandra i Zwrotnicy, razem zmielone i przemieszane tworzą nowy materiał poetycki. „Eklektyzm” okazał się dalekowzrocznością. „Jeszcze przed kilku laty można było mówić o zasadniczym «rozdźwięku», wtedy gdy «awangarda» była szkołą na wskroś formistyczną, dzisiaj, gdy jej przedstawiciele i sympatycy wypłynęli na szersze płaszczyzny treści... gdy wreszcie metafora w najszerszym znaczeniu stała się chlebem powszednim poezji polskiej... różnice formy wydają się dość zewnętrzne... Sam miąższ poezji, zasada wizji, elementy treściowe, wszystko to upodobnia się coraz bardziej drogą naturalnej ewolucji i wzajemnego przenikania”„Okolica poetów” 1935, 4-5.[10]. Jastrun napisał to w roku 1935, ale zrozumiał już w 1930 (czy wcześniej). W latach 1918-1925 dokonała się w Polsce rewolucja środków poetyckich. Powtarzam: środków (metafory, wersyfikacji itp.). Później z nowości czerpać będą wszyscy, coraz dowolniej i w coraz to bardziej niespodziewanych zestawieniach – do dzisiaj prawie. Jastrun zrozumiał jeden z pierwszych, że kłótnie szkół nie mają już sensu. Może w ogóle pierwszy? To, co przed paru laty było stylem, a więc widzeniem świata, stało się dlań tylko środkiem stylu, rekwizytem, którym się można posłużyć lub nie. Tradycyjne metrum, skamandrycki tok frazy spoił się ze swobodą obrazowych skojarzeń. Drugie pokolenie Skamandra (tak Jastruna szufladkowano) podawało rękę drugiemu pokoleniu awangardy. Rozróżnienia zresztą tracą tu sens. Jeśli Przyboś i Tuwim wyrażali w latach dwudziestych analogiczne treści, to cóż dopiero – w trzydziestych – Jastrun i Czechowicz. Ale mało kto rozumiał to wówczas. Jastrun nie świecił oryginalnością materiału poetyckiego – stąd zarzuty eklektyzmu, nawet epigoństwa. Ale, nowością było właśnie zmieszanie doświadczeń różnych szkół. I jeszcze coś: ...„nie Młoda Polska, lecz dopiero pewne prądy dwudziestolecia stanowić będą u nas odpowiednik symbolizmu” – pisze Artur SandauerArtur Sandauer Poeci trzech pokoleń, Państwowy Instytut Wydawniczy 1955.[11]. (Wyjaśnia on też – historycznie – słuszne spostrzeżenie Irzykowskiego o plagiatowości przełomów literackich w Polsce: nie tyle bowiem artyści, ile rzeczywistość społeczna zacofanego kraju „plagiowała” rzeczywistość Zachodu). Właśnie Jastrun miał być owym głównym – i najdoskonalszym – naszym symbolistą. Cóż to znaczy?

Symbolizm jest jak wąż morski: im więcej się o nim rozprawia, tym mniej wierzy się w jego istnienie. Ale nie muszę na szczęście patrzeć na symbolizm przez Rimbauda, Rilkego, Mallarmégo, Błoka, George’a i jeszcze kilkudziesięciu innych. Co słowo „symbolizm” ma u Jastruna wytłumaczyć? Jedność nastroju i rozchwianie treści; niemożliwość jednoznacznego „zrozumienia” wiersza; wspólność uczuciową i wieloznaczność znaczenia. Ma rozjaśnić to, co niejasne, trudne, dziwne.

„Figury” poetyckie – przenośnia, symbol, porównanie – nie są czczą zabawką pisarzy. Jeszcze mniej – szufladkami literaturoznawców. To formy, w których wyrażają się naturalnie sposoby postrzegania świata i rozumienia samego siebie. Definicje podręczników zastrzegają się, że „prawdziwy” sens symbolu jest niezmiernie trudny do rozszyfrowania, ale – ostatecznie – zbliżają go zawsze do alegorii (albo do porównania; staje się on bądź porównaniem, w którym zatarto rzecz porównywaną, zachowując tylko rzecz, do której się porównuje, bądź konstrukcją „a”, symetryczną w budowie dla konstrukcji „b”, tyle że ukształtowaną z innego materiału). Nie można jednak odrywać znaku słownego od procesu psychicznego, którego jest wynikiem. Sen, marzenie, wyobraźnia tworzą niekształtne często opowieści czy zwidzenia. Choć zdrowy rozsądek może je swobodnie obalić, są one jednak psychicznie prawdziwe: objawia się w nich ukryta uczuciowość marzącego. Obraz rodzi się z określonego stanu psychicznego; więcej – utożsamia się z nim. Powstaje indywidualny „mit”, który poeci umieją uczynić „zrozumiałym” dla czytelników. Postępują też tak od wszystkich czasów; ale symboliści postępowali tylko tak. Jedni z nich sądzili, że, utożsamiając się psychicznie z obrazem, rzeczami, a więc – ze światem, poznają dzięki temu świat na nowo. Drudzy znów – że, utożsamiając świat z własną psychiką, poznają siebie, własne tajemnice, wewnętrzne kategorie własnego „ja” (np. czas). Symbol ma dwa bieguny: treść psychiczną i jej obrazowy równoważnik (a raczej – „mniej więcej równoważnik”). Nie można ich rozdzielać, ale można kłaść akcent to na jeden, to na drugi. Tu – brutalnie upraszczając – tkwi różnica między Rimbaudem a Rilkem. I zdaje się, że mistrzem przedwojennego Jastruna był właśnie Rilke, wraz z jego romantycznymi poprzednikami, Novalisem, Hölderlinem, o których i dziś jeszcze chętnie wspomina. (Hölderlin to właściwie pod koniec życia czysty symbolista; w początkach XIX wieku trzeba było być na to obłąkanym...)

Tak więc – czytelnik wierszy Jastruna nie będzie doszukiwał się w nich znaczenia innego niż wzruszeniowego. Poeta żąda od czytelnika ogromnej współpracy: dzieli się z nim bowiem istotą swych przeżyć. Istotą? Tak, bo mowa symbolistów jest mową naturalnie obrazową: nie wolno odrywać symbolu od jego psychicznego źródła. Dzieląc się więc obrazem, poeta dzieli się sobą samym. Oczywiście, jest to ideał, do którego liryk-symbolista może tylko dążyć, nigdy zaś – osiągnąć. Ponieważ istoty przeżycia nie można nazwać (a tylko odtworzyć), poeci tacy unikają definicji wzruszeń, unikają w ogóle języka racjonalnego: im zaś język jest racjonalniejszy, tym zrozumialszy. Stąd – u Jastruna także – lekceważenie składni, zmiany znaczeń słownych, wreszcie zupełne prawie zerwanie z logiką w kompozycji.

Czytelnika, patrzącego na wiersze Jastruna, uderza jednak nie tylko ich dziwność, niejasność, wieloznaczność. Zwraca także uwagę na uparte odcieleśnianie świata, wybredność słownictwa, abstrakcyjność języka. Nic dziwnego: Jastruna – jak owych „wewnętrznych” symbolistów – interesują przede wszystkim niedocieczone sprawy własnej świadomości. Jest to poezja egotyczna, nieustannie filtrująca świat przez własny egotyzm.

Łatwo teraz zrozumieć mechanizm poetyckiej wyobraźni Jastruna. Przesuwa się ona prawie zawsze od naturalności do sztuczności, od konkretnego szczegółu do uczonego uogólnienia, od chwilowego wyglądu do „wiecznego” znaczenia. Słowem: od świata do jaźni, od „zewnątrz” do „wewnątrz”, od „nie-ja” do „ja”.

A więc: już rzeczywiste zjawiska wybiera Jastrun wyłącznie dla ich uczuciowej i abstrakcyjnej wartości (stąd burze, serca, gaśnięcie, wzlatywanie). Inaczej: wybiera słowa, które, choć jeszcze oznaczają rzeczy, nabrały – nawet w potocznym języku – znaczenia metaforycznego; które znajdują się – nawet w potocznym języku – na granicy między abstrakcją a konkretem. Co więcej, Jastrun systematycznie przekreśla je nowymi abstrakcjami; jeśli burza, to mistyczna albo „burza uczuć i płomieni” (tu, zanurzywszy bardzo już konwencjonalną         „burzę” w jeszcze mniej, oryginalne „uczucia”, ratuje się „płomieniami”, które – co znamienne – również występują często jako metafora). Tak więc poeta tym chętniej odwołuje się do danego słowa czy rzeczy, im silniej zostały one naładowane (w tradycji lirycznej) wartością  uczuciową czy intelektualną. Postępowanie – paradoksalnie – podobne do obyczaju Gałczyńskiego. O ile jednak tamten rekwizyty odbanalniał, dynamizował, zanurzając je w na wpół ludowym odczuwaniu, to Jastrun przeciwnie: podkreśla jeszcze ich konwencjonalność, stale zaznacza, że są tylko ,,znakami” wewnętrznych dramatów. Gałczyński demokratyzuje swe słownictwo, Jastrun je zaś – odwrotnie – arystokratyzuje.

Jastrun jest więc na pewno poetą kultury: pracuje wśród pojęć i słów, już wchłoniętych przez kulturę. Zresztą – jest ona jednym z „filtrów”, które odcieleśniają rzeczywistość, przekształcają ją w materiał poetycki. W niektórych wierszach powojennych

Jastrun prawie sam siebie parodiował, tworząc teatr umownych znaków kulturowych:

W szpitalu blady don Juan wdychając przeszłość i eter
Miłosne listy do siebie pisze i wita się – z nikim
W parku, gdzie cisza zamarła po szczyty drzew, stary Goethe
Żegna młodzieńczą Ulrikę.

Faustowi z krajów młodości została w dłoniach zasłona...

(Wyznanie wieczorne)

Poeta krajobraz prawdziwy widzi przez malarski, człowieka przez literaturę, zjawiska przyrody – przez ich teorię. W Brzasku skojarzenia przeskakują w ośmiu wierszach od geografii do archeologii, zaś obraz wstępny – niezmiernie znamienny – pokazuje ową „siłę sztuczności”, właściwą poezji Jastruna:

To było morze w snu zatoce.
Odrutowane wrzało w kablach,
I o żelazny brzeg łomocąc,
Rozpryskiwało się w zwierciadła.
Odzew. Obrócił się na pięcie
Cień południka, zorzą powiódł.
Zapaśnik wstał – i snu pieczęcie
Skruszyła ciężka pięść z ołowiu.

To świt wypłynął z czarnej toni,
I nagi dzień wędzidła gryząc
Zastygł w kamienne grzywy koni,
Jak odkopany fragment fryzu.

Nic dziwnego, że w podobnej poezji za nic się będzie liczyć konsekwencja obrazu. Wybredność słownictwa, filtrowanie rzeczywistości przez kulturę, wreszcie – odrealnianie wrażeń zmysłowych („echo” u Jastruna „dymi”) daje w wyniku wiersz, którego jednością jest tylko wewnętrzna treść symbolu (czy też raczej ich szeregów); jedność tę wyraża rytm wiersza, prawie zawsze tradycyjny, często sztywny. „W tej... poezji nie ma różnicy między przedmiotem rzeczywistym a wyobrażeniem”Artur Sandauer Poeci trzech pokoleń, Państwowy Instytut Wydawniczy 1955.[12]. Ale to przedmiot upodobnia się do wyobrażenia, a nie odwrotnie. Czytelnik winien wpaść w stan jakby „zamroczenia”, w którym podda się bez trudu zygzakom asocjacji; rozpatrywane osobno, mogłyby się one wydać górą nonsensów. Zawadziński pisał: „Dramat, który z ekstatyczną powagą... ukazywany jest na deskach poetyckiego teatru Jastruna, dzieje się w takich głębinach jaźni, że już zatraca się jej ludzka odrębność na granicy chaosu czy rzeczy samej w sobie metafizyków”...Karol Wiktor Zawodziński Ciemność rzeźbiona westchnieniem ze złota, „Przegląd Współczesny” 1934.[13]. W głębinach tego zdania tkwi także słuszne spostrzeżenie.

Jastrun miał dwu krytyków, którzy w jego twórczości znaleźli spełnienie własnych marzeń o poezji: Zawadzińskiego przed i Flaszena po wojnie. Bardzo zabawne zestawienie. Zawodziński dostrzegał w Spotkaniu w czasie – „w sposób prawie niespotykany urzeczywistnione normy poésie pure, poezji czystej”. Jakie normy, nie mówił; można po prostu przypuścić, że liryka Jastruna przynosiła mu „czyste” wzruszenie estetyczne, nie zamącone niczym niepoetyckim, nawet – zrozumieniem intelektualnym. Poezja ta może rzeczywiście – choć niepełnie – wzruszać „niezrozumiana”, wzruszać samym potokiem skojarzeń, złączonych charakterystyczną melodią rytmu i wspólnotą nastroju (i z pewnego punktu widzenia można to uznać za sukces artystyczny):

Znów mnie z wielkiego wołasz cienia
Poprzez śnieżycy sypką ciszę,
Gdzie towarzyszą nam milczenia
I lotny śnieg na wietrze pisze.

Na ile rozczarowań padał
Tak biały śnieg, na ile godzin –
Nie byłoż nic prócz dnia narodzin
I nic prócz snu w śniegowych sadach?

Dalekim, znanym mi wołaniem
Przedzierasz się przez kłąb śniegowy
I ścielesz mi szerokie sanie
Na dzień potomny, dzień godowy.

Zimować przyjdzie mi jak kretom
w błyszczącym, czarnym futrze mroku,
Przez korę patrzeć w dno potoku,
Podawać wtór wierzbowym fletom.

Nie byłoż nic – prócz tajemnicy?
Pod każdą sprawą mą – otchłanie.
A teraz w wichrze i śnieżycy
Szeroko zaścielone sanie.

Ale naprawdę – nie o „czyste” wzruszenie estetyczne idzie w tym, nie nazwanym nawet, wierszu Jastrunowi. Woła przecież na poetę los, śmierć, czas. Liryka Jastruna powstawała dla nielicznych, wtajemniczonych. Ale mówiła – a raczej: odczuwała sprawy bardzo demokratyczne. Była to poezja gigantycznego banału metafizycznego. Banału, z którego rodzą się zresztą podstawowe pytania filozofii (a przynajmniej – pewnej filozofii). Pełno w niej aż naiwnie pryncypialnych zapytań: kim, po co, dlaczego jestem. W poezji – wbrew pozorom – spraw tych jest mało, bo mało kto może z nimi wytrzymać, nie wpadając w śmieszność; zbyt są wstydliwe. Jastrun boi się je formułować; nie tyle rozstrzyga je, ile określa stany psychiczne, które im towarzyszą. Jest w tym coś bardzo młodzieńczego (co zdradza namaszczenie, patetyczność, czasem poza) i coś bardzo nieuchronnego (dla wszystkich, bo każdy kiedyś staje wobec tych przerażających, a w jakiś sposób komicznych pytań).

Czas bowiem – główny bohater wierszy Jastruna – nie jest dlań początkowo ani historyczny, ani naukowy. Jest to czas indywidualny, czas, można by powiedzieć, biologiczny. Los własny jest dla poety nieustannym upływem, przypomina dziecięce budowle z piasku, które uderzenia fal zmywają w miarę powstawania. Poeta drąży coraz głębiej własną świadomość. Ale odkrywa tylko elementarny chaos wrażeń i wzruszeń, chaos wiecznie pożerany przez czas. Budowle, które wznosi rozum, rozpływają się od piwnic. Nic stałego; tak jak niestałe, „ciekłe”, można by powiedzieć, są wiersze Jastruna. Jest jeszcze cień śmierci. A więc w końcu – niepokój, troska, trwoga.

I cóż z tymi – egzystencjalnymi zgoła – nastrojami począć? Tu właśnie pojawia się „filozofia koła”. W cyklu Strumień i milczenie dochodzi wyraźnie Jastrun do cyklicznego ujęcia historii: wszystko powraca, zawsze dzieje się to samo, ,,czas ten sam pod powierzchnią – i my Tezeusze ci sami”. Ale cykliczna koncepcja historiiArtur Sandauer Poeci trzech pokoleń, Państwowy Instytut Wydawniczy 1955.[14] jest tylko wnioskiem z powtarzalności indywidualnego losu człowieczego. „Koło” jest nie tylko historyczne, obejmuje człowieka, przyrodę, świadomość i kamienie, słowem – wszystko, byt. Nie darmo napisze później Jastrun piękny liryk, w którym opisuje swe pośmiertne losy, powrót w drzewo, w glebę, zniknięcie w ojczystej mowie, przemianę myśli w bibliotece. Podobne tony odzywają się także – i często – przed wojną. Koło uczy nie tylko rozpaczy. „Kto zna potęgę koła, nie lęka się śmierci”. „Lubię, kiedy zamyka się koło, kiedy rzecz odnajduje się w innej”. „Nie ma nic mądrzejszego niż koło”. Któż tak pisał? Hofmannsthal, Rilke. Jesteśmy w domu.

Koło jest dwuznaczne. Uczy sceptycyzmu historycznego i zarazem daje klucz wewnętrznej pogody, klucz smutnego szczęścia. Jastrun nie dochodzi do niego wyraźnie. Być może, zgoda nań byłaby milczeniem. Tymczasem przeważają niepokój i przerażenie. Poezja spełnia wtedy dla Jastruna szczególną rolę: „Tylko one” (wiersze) „pozwalają mi istnie攄Okolica poetów” 1935, 4-5.[15] (inaczej – można by uzupełnić – zniknę w czasie). Niezrozumialstwo wyraża tu niepowtarzalność jednostki, staje się jej gwarancją. Poezja Jastruna była narcyzmem własnej niepowtarzalności: poeta „zamraczał się” samym sobą: stąd symbolistyczna mitologia świadomości. Ale była także obroną jednostki wobec rzeczywistości, samoocaleniem; stąd jej odcieleśniona „arystokratyczność” – praca poetycka tworzy coś stałego, „zamraża” czas i samego twórcę. Wszystko to – od pryncypialnych pytań aż do apoteozy pracy poetyckiej – widać, nierozerwalnie splecione, w gwałtownych Próbach:

...Czymże jest życie? Gdyby to bezdenne
Nie odgrzmiewało głuchą studnią, gdyby
Miotane w przepaść kamienie wracały
I krzyk rzucony raz w powietrze ciemne
Trwał... Tylko martwy trwa. Ale ja żywy.
Z miliona włókien, jak one, nietrwały.

Patrzeć na starą podłość, kłamstwo dawne,
Na głupstwo wieczne i powrotną noc,
Na przemoc, która ma prawo i moc,
Na przemoc, która nakazuje prawdę
I nakazuje pulsom bić w jej rytmie,
I nakazuje prawie dzień i noc –
W codziennej, głuchej nie umierać bitwie.

Nie pokolenia idą, lecz roczniki,
Nie metropolie, lecz przedmieścia wieku,
Kuchnie, podziemne groby rudych ścieków,
Furia skręconych rur, krwi zamęt dziki.
Jakże to może być? Jak to być może?

Nie gniewaj się. Jak z łóża się podźwignij
Ty pierwszy ja – niech uśmiech twój pozgonny
Przedrze się z dna przez gąszcz korzeni wonny.
Patrz! Otworzyłem swoich żył łodygi,
W których skraplają się lecznicze zorze
I wrą śmiertelnych trucizn belladonny.

Wiersz ten pokazuje nie tylko, co i jak Jastrun myślał i przeżywał. Pokazuje także, dlaczego. Sygnalizuje rzeczywistość narastającego faszyzmu, źródła przerażenia – nie tylko wewnętrzne.

*
Tematem wierszy Jastruna był czas, trybem – wspomnienie, scenerią – noc. Ale istnieje także dzień, teraźniejszość i konieczność działania w czasie. Była kiedyś „psychologia głębi”. Dlaczegóżby nie mówić także o „poezji głębi”? Obie, pragnąc stworzyć z człowieka jedność, rozcinają go w rzeczywistości na dwoje:

I teraz, gdy buduję wiersz z cząstek błyszczących
Materii, która myśli, śni, jest mi, jak gdybym
Stał po drugiej marzącej stronie dnia, do szyby
Przyciskając zamglonej czoło...

(Komentarz do ciszy nocnej)

Można by mówić tu jakby o rozszczepieniu twórcy: tu poeta, zapatrzony, w wewnętrzne krajobrazy, tam człowiek, który myśli inaczej niż w wierszach, na innym piętrze świadomości. Skąd o tym wiadomo? Ze spraw, które wdzierają się do wierszy Jastruna i które łatwo odczuć jako – tymczasem – obce poecie. Zwłaszcza że wdzierają się zawsze w podobnym układzie: racjonalizm, troska moralna, pełny wymiar człowieka. Chodzi o znalezienie się po drugiej stronie szyby – wewnętrznego symbolu. Wyspiańskiemu rzeczywistość „skrzeczała”, Jastrunowi – groziła. Po „drugiej stronie dnia” ludzie nie tylko odczuwają, ale myślą; nie tylko marzą, ale działają. Stąd ciekawe niekonsekwencje; w drugiej zwrotce wiersza historyczny sceptycyzm, w trzeciej – oczekiwanie rewolucji:

I prawem uczczony gwałt
Gwóźdź złoty wbija do trumny
Jak w palcach gliniany kształt
Urabia nas czas nierozumny.

Lecz w sztolniach głuchych bunt
Drży niewygasłym wulkanem.
Powietrze pachnie ranem,
Ciszą wschodzących łun.

(In memoriam)

To, co pochodzi z „głębin”, nakłania poetę do obojętności czy przerażenia; a zarazem trzeźwa postawa antyfaszysty wybija się na powierzchnię wiersza. Jak gdyby zza Jastruna wyglądał Słonimski! Tak na przykład w mało znanym Pejzażu średniowiecznym po pierwszej części, będącej transpozycją starej miniatury średniowiecznej, okazuje się na końcu współczesny pejzaż fabryczny, który prowadzi do wniosków najzupełniej racjonalnych i – antykapitalistycznych:

Otwierają się żelazne drzwi.
Urzędy, gdzie stygnie oddech ludzki, biura obłędne, akta tropiące
jak wyżeł. Poeta w zaprzęgu służby publicznej i łabędź
schnącego jeziora: to manekiny, do których uczą się strzelać
młodzi chłopcy, nim zaczną strzelać do ludzi. Przechodzi suka
z mordą nocy. Civitas diaboli. Na opuszczonym brzegu czuć swąd
demona.
Kominy czarne wskazują niebo, kominy, pięć palców

Koło roku 1935 trafiają się coraz częściej wiersze o – jak się to niezbyt mądrze mówi – rzeczywistych sprawach; wiersze po prostu antyfaszystowskie, wiersze o robotniczej Łodzi, burzycielach kultury, prześladowaniach ruchów postępowych. Ale – co szczególnie ważne – równocześnie wzrasta zainteresowanie do codzienności ludzkiej, do konkretnego szczegółu, do życia, które by nie było tylko marzeniem (zwłaszcza w cyklu Intermezzo). Powstał on bezpośrednio przed wojną. W poprzednim – Strumień i milczenie – styl symbolistyczny osiąga swój szczyt: są w nim właśnie najpiękniejsze przed 1940 rokiem wiersze Jastruna. Zachowują one swą wartość, niezależnie od potępień dogmatyków: pytania i trwogi w nich zawarte będą długo (czy nawet zawsze) aktualne, procesy psychiczne, odbite w nich i utrwalone, długo będą odbrzmiewały we wzruszeniu czytelników. Ale teraz poeta jest już gotów przejść przez szybę. Historia, choćby nieludzka, pozwoli mu odbudować jedność człowieka; jedność samego siebie.

Kodeks moralny i romantyczna mitologia

Byli poeci, którzy w czasie okupacji pisali nowe wiersze; i byli inni, którzy tworzyli wówczas nową poezję – chociażby tylko własną. Jastrun należał do tych drugich. Lirycy polscy powiedzieli dużo prawdy – i pięknej prawdy – o latach wojny. Ale niewielu tylko umiało – oprócz nowego tematu – dać nowy styl, styl, który by był bezpośrednim odpowiednikiem okupacyjnej rzeczywistości. Wojna rozrzuciła naszych poetów po całym świecie: nawet największy talent nie mógł wyrównać nieznajomości doświadczeń narodu. Inni był już więźniami własnej wyobraźni: nie jest to zresztą zarzut. Tylko Baczyński, Jastrun byli w pełni – nowi; ale też Baczyński debiutował w roku 1940…

„Jastrun spośród wszystkich poetów powiedział najwięcej prawdy o grozie lat okupacji, o męce, strachu i upodleniu, o samotności i obawie śmierci, ale grozie tej się nie poddał, ocalił ludzki sens walki i ludzki sens zwycięstwa. I dlatego, tylko dlatego, przywrócił poezji siłę, jedność i prostotę języka. Oto zapowiedź poezji zstępującej w świat ludzki” – pisał po wojnie Jan KottJan Kott Poezja prosta i nowa, „Kuźnica” 1946, 26.[16]. Miał na pewno rację. Ale w słowach Kotta ukryte jest dyskretnie ograniczenie pochwały: bo przecież „groza”, to nie cała okupacja. Doświadczenie wojenne Baczyńskiego jest inne; i jakże szersze. W jego wierszach była zmarnowana młodość pokolenia, romantyczny, ofiarny patriotyzm, oczarowanie i przerażenie światem; był „las” i echa dysput dwudziestoletnich konspiratorów... Jastrun wychodzi z jednego tylko: z doświadczenia ściganego człowieka, symbolu skazanego na zagładę narodu (i to zarówno żydowskiego, jak polskiego). Ale doświadczenie to urasta w pomnik.

Zapewne, rację mieli krytycy, którzy podkreślali odkrycie rzeczywistości, jakie dokonało się od razu w roku 1940 w wierszach Jastruna. Zmiana była natychmiastowa: nie można nawet mówić o przemianie, która wymaga czasu; liryka Jastruna stała się nagle i po prostu – inna. Rzeczywistość poznaje się od siebie: nic dziwnego, że skazaniec zauważa własne ciało. „...«czasy morderców», które zagroziły elementarnym podstawom ludzkiego życia, uprzytomniły jakby poecie elementy człowieka, elementarne uczucia i odruchy. Fakt istnienia stał się oczywistością. Prawa psychologicznego funkcjonowania człowieka nabrały barw jednoznacznych w świecie, w którym konieczności zewnętrzne rządziły jego życiem w sposób aż nazbyt oczywisty”Ludwik Flaszen O poezji Mieczysława Jastruna, „Życie Literackie” 1952, 18.[17]. Sam Jastrun wyznaje to bardzo jasno, pisząc o „zemście czasu”:

Nie bój się! Nazwij rzeczy po imieniu, ty, co
Lękasz się, że nazwane, oddychać przestaną

...............
Notuj eksplodujące pod palcami chwile,
Fakty nagie, rozstrzeliwane masowo!

Czas, który drżał jak lina złota w moim ręku,
Który uczyłem się zawracać i przymuszać
Do biegu, teraz mści się, abym w skrzydłach lęku
Jak ptak trzepotał w nieprzeczuwanych katuszach.


(Wstęp)

Realizm jednak to nie to, co kolekcjonowanie konkretnych nazwań. Jest ich zresztą u Jastruna mniej, niż się zdaje. Tylko bardzo naiwni mogą sądzić, że tym lepsza poezja, im bardziej konkretna i aktualna, im mniej metaforyczna i abstrakcyjna. Bardziej jeszcze od nasycenia realiami uderza w okupacyjnej liryce Jastruna rygor konstrukcyjny. Świadczy on bowiem o zmianie celu pisania: poeta nie pragnie już wyrazić nienazywalnego wzruszenia, ale utrwalić pewną sytuację ludzką wraz z jej moralnym sensem. Istnieje pewien związek między kategoriami etycznymi a estetycznymi. Wiedział o tym Norwid. Troska moralna każe mówić jasno i oszczędność słowa świadczy często o surowości nakazów etycznych. Jastrun nigdy nie osiągnie większej jasności – i kunsztu – w budowie wiersza, niż za czasów okupacji. I nigdy też jego poezja nie będzie bardziej kodeksem moralnym, niż wówczas.

Kodeks ten sprowadza się do żądania, by umrzeć stojąc. Jego inspiracja jest stoicka i może się doskonale pogodzić z pogardą dla historii. Jeśli – w niektórych wierszach – źródłem nadziei jest wola przetrwania, wyrażająca się w oczekiwaniu na wyzwolenie, to częściej jeszcze Jastrun odwołuje się do siebie samego, do własnego hartu duchowego, który przynosi pociechę gorzką wprawdzie, ale pewniejszą. Widać wyraźnie walkę między wstrętem a wiarą w historię. W istocie bowiem okupacja skłaniała wielu poetów do szukania gwarancji moralnych poza „przeklętym czasem” – przypominając Baczyńskiego. Tamten widział je w Bogu i narodzie, który przetrwa. Jastrun – tylko w sobie samym. Zalecić może tylko „pogardę śmierci”:

Pogardy śmierci, zaraźliwej,
Za każdym cieniem czyhającej,
Nauczyć się – i zostać żywym
Lub umrzeć w słońcu...

(Ręką, spod której pierzchła śmierć...)

Człowiek staje sam wobec historii, jak niegdyś – przed wojną – wobec zagadki swego istnienia. Dlatego właśnie nie ma zrozumienia dziejów w okupacyjnej poezji Jastruna, a tylko ich groźna obecność:

I cóż, że miną państwa tej pory,
Puste jak wnętrza przejezdnych bram –
Jeśli zabłysną jeszcze topory,
Bym wciąż umierał obcy i sam.
.............
Jakiego ludu zażąda twarzy
Przyszłość? i czyja bezdomna krew
Spłynie w płytami starych cmentarzy
Wybrukowany uliczny ściek?

(Na zgliszczach)

Jak kształtuje się poetyka kodeksu moralnego? Rygor konstrukcyjny wynika z „dyskusyjnego” charakteru wierszy: najczęściej problemy układają się w przeciwstawne pary, wśród których życie – czy cena życia – i śmierć – czy okupacyjna rzeczywistość śmierci – zajmują pierwsze miejsce. Są to zwykle roztrząsania, dyskusje wewnętrzne, w których ważą się postawy moralne, rzadziej – moralno-artystyczne (Wspomnienie). Nierzadko odzywają się tony aforystyczne, które pozostaną już w twórczości Jastruna:

... A kto w słowa pięknie
Zatracał się, jak w dawno nie widzianej twarzy,
Tego dźwięk czysty, zbyt czysty, przeważy
Zmieszana z ziemią krew.


(Wspomnienie)

Jest to znak „dążenia do klasyczności”. Paradoksalnie – służą mu pewne przyzwyczajenia poetyckie, nabyte w okresie najczystszego symbolizmu. Choć konkretność opisu zaznacza się coraz silniej – zwłaszcza tam, gdzie idzie o opis okupacyjnej codzienności (co zrozumiałe) – przewagę ma zawsze słownictwo wybredne, abstrakcyjne, „arystokratyczne” w swym patetycznym wymiarze. Słowa są tu także symbolami, ale innego pokroju: są to symbole moralne, chciałoby się powiedzieć – „rzymskie” w swej liktorskiej surowości:

Trudna jest prawda uczuć, ludzkich rzeczy.
Tracą ciężar, zanurzone w wodzie,
Ale także w milczeniu, jak łodzie bez steru,
Toną, cień je okrutny przenika.

Ty, godniejsza siły niż królowie,
Jaśniejsza od blasków miecza,
Nie będziesz miała pomnika.
Nie stawia się pomnika charakterom.

I smutno mi, gdy myślę: zostawię po Tobie
Zapomnienie, ten pomnik najwyższy z powietrza.

(Pomnik)

Król, miecz, pomnik, łódź, ster i cień – mowa poważna, niematerialna prawie, a przecież kamiennie ciężka... Wielkość wojennej liryki Jastruna polega na podniesieniu przeżyć ściganej jednostki do miary moralnego wzoru.

Jeśli jednak utwierdza ona wiarę (choćby stoicko-­pesymistyczną) w człowieka – wobec historii, to przecież czerpie z niej także – przynajmniej z historii pojętej jako tradycja etyczna. Daje ona bowiem przykład moralny i odwołanie moralne – wobec przeszłości i przyszłości. Idzie nie tylko o to, aby nadać godność umierającemu, ale także – aby nadać godność śmierci. Stąd „tysiącletnie perspektywy”Artur Sandauer Poeci trzech pokoleń, Państwowy Instytut Wydawniczy 1955.[18], w jakich ustawia swoje wiersze Jastrun. Zwracano słusznie uwagę na chwyt „inkrustacji” wierszy przez wspomnienia czy aluzje literackie, od jakich roi się w tej poezji – zwłaszcza w czasie wojny. Słyszałem nawet kiedyś powiedzenie, że jest to „poezja polonistyczna”. To prawda. Wielcy klasycy naszej literatury: Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Wyspiański są tu stale obecni. Liryka okupacyjna Jastruna pełna jest także odwołań innych, aż do Homera czy Biblii. Posiadają one bardzo wyraźny sens i cel: im bardziej śmierć okupacyjna (zwłaszcza Żydów) była ślepa, bezsensowna, plugawa, tym bardziej poeta pragnie podnieść ją wyżej, ustawić w wielkim historycznym szeregu cierpienia – obok największych i wynagrodzonych w pamięci przez ludzkość. Nic znamienniejszego niż piękna Ucieczka, w której ucieczka matki z dzieckiem z obozu koncentracyjnego:

Przez śnieg sypiący – strażnicę miedzianą,
Mur było widać i cienie szeregu,

Kiedy schyliła się zgiąwszy kolano
Po grudkę ziemi i śniegu...

zmienia się, mocą poezji, w ucieczkę Matki Boskiej podaną w nastroju średniowiecznej legendy:

I zachwycona w ucieczce, została
Na mgłach porannych, jakby na framudze,
I kwiaty polne przy zbudzonej strudze
Zaczęły ku niej żywym ogniem pałać.


Klejnoty otworzyły oczy. Ale ona.
Już nie widziała nic, z dzieckiem na ręku
Ślepcowi, który szedł drogą, zjawiona

I jeleniowi, co przystanął w lęku
W połowie lasu, głowę w trzech koronach
Wznosząc ku nocy.

Rysują się tu znowu – choć od innej strony – symbolistyczne źródła poezji Jastruna. Krótkie liryki Jastruna sięgały w czasie wojny na ogół do własnej sytuacji poety. Zachowywały jednak z przeszłości Jastruna materiał wyobraźni. Dłuższe utwory – a przede wszystkim Sen nocy zimowej, szczyt twórczości autora Godziny strzeżonej – mają ambicję uogólnienia sytuacji całego narodu. Sen zachowuje dotychczasowy mechanizm wyobraźni poety. (Chociaż i w wierszach Kodeksu moralnego widać wahania od natchnienia romantyczno-symbolistycznego do tradycji bardziej „stoickiej”, oszczędniejszej). Otóż owe większe poematy można by – metaforycznie – określić tak: kiedyś Jastrun sięgał w podświadome tajemnice własnego „ja” – wiersz był utrwaleniem zagrożonego istnienia bohatera lirycznego. W Śnie nocy zimowej poeta sięga jak gdyby do „podświadomości” narodu, do wzorów moralno-uczuciowych okresu niewoli: wyraża się w nich pragnienie utrwalenia zagrożonego bytu narodowego. Jest to parafraza DziadówNocy listopadowej na okres okupacji. Każda prawie zwrotka ukrywa aluzję literacką czy historyczną. I struktura Snu nocy zimowej jest luźna, podobnie jak wielkich romantycznych poematów. Trudno jednak o poemat dalszy od reportażu: Jastrun przechodzi z planu faktów na plan uogólnień, dotyka ich misternie, aluzyjnie, przepływając z jednego w drugie, odwołując się do wzruszeń trudnych do nazwania, ale przecież niewątpliwych. Odnawia wielką narodową mitologię. Mitologię? Tak: ale w sensie najzupełniej „postępowym” – odczuwanie spraw niewoli i wolności zastygło u nas w pewne symbole, wzory, „mity” poetyckie. Są one często ciemne, nieracjonalne: zwracają się bowiem nie do logicznego rozumu, ale do niejasnej wiary ludu, woli przetrwania, ślepej miłości do ojczystego kraju. (Historia literatury może nam pomóc zrozumieć, dlaczego na przykład w Dziadach Mickiewicz nie umiał postąpić inaczej). Jastrun wzbogaca oczywiście Sen nocy zimowej własnym doświadczeniem okupacyjnym: przeciwieństwem codzienności życia i nieustannej grozy śmierci, poczuciem winy żywych wobec umarłych. Ale tam, gdzie idzie o walkę, odwołuje się do tradycji romantycznej: Warszawa w roku 1942 to Warszawa w roku 1830. „Wieszczowie ... to kanon narodowej klęski” – zauważa słusznie Ludwik FlaszenLudwik Flaszen O poezji Mieczysława Jastruna, „Życie Literackie” 1952, 18.[19]. (Ale także nadziei). Jastrun porusza się wśród splątanych symbolów narodowych równie pewnie, co niegdyś wśród wewnętrznych krajobrazów. Różnica jest ogromna, ale mechanizm wyobraźni podobny. Symbol wewnętrzny zmienił się w romantyczny: ale technika symbolistyczna poszła w służbę romantycznej mitologi1i patriotycznej – odświeżając ją jednocześnie. Wielkość Snu nocy zimowej polega na wskrzeszeniu – choćby krótkotrwałym – tradycji odczuwania poetyckiego, wytworzonego w czasach wielkiej niewoli narodu.

Były jeszcze – zwłaszcza pod koniec wojny – inne wiersze. Bliższe owej „pieśni gminnej”, jak zatytułował Jastrun piękny poemacik o śmierci młodej dziewczyny-bojowniczki. Są to na ogół – w najlepszym sensie – wiersze okolicznościowe. Wiersze takie, jeśli mają być udane, powstają zazwyczaj z wielkiego natężenia uczuciowego zbiorowości: poeta wzruszenia tłumu wchłania w siebie i formułuje. Trudno wyobrazić sobie większą siłę uczuciową niż oczekiwanie wolności przez cały naród. Toteż wiersze takie, jak Do Grecji, Wojna w stepie, Pieśń Jarosławny można uznać tylko za znakomite. Uderza w nich zwłaszcza rzadka konkretność i siła obrazu:

Pod słońcem jak olbrzymi skrzep,
Gdzie czołgów zaciśnięte pięście
Stalowe suną poprzez step,
Gdzie się od huku ziemia trzęsie – ...


(Wojna w stepie)

Później, w latach 1944 i 1945, po wyzwoleniu, wiersze o podobnej tematyce (Maj, Zima 1945, Na rodzinnych polach) będą już nieco słabsze. Nic dziwnego. Pamiętam wyzwolenie w Krakowie. Skoro tylko minął dzień zamętu, zewsząd słyszało się, że „wojna już skończona”. Okupacja była zbyt okropna, aby „uwierzyć” w to, że po jej skończeniu wojna trwa dalej. Oczywiście, myślę tu o odruchu uczuciowym. Jastrun musiał go jednak odczuć podobnie jak wszyscy, a nawet bardziej. Zresztą olbrzymie zmiany, zachodzące w kraju, kierowały myśl ku przyszłości. Rozpoczynała się już nowa próba literatury.

Poezja i prawda

Poezja Jastruna była przed wojną monolitem. W czasie okupacji można już było rozróżnić w niej sprzeczne dążności: poecie udawało się jednak zachować artystyczną jednolitość. Po wojnie natomiast mnożą się u Jastruna coraz to nowe propozycje stylistyczne, wcale zresztą konsekwentnie nie realizowane. Zauważyła to słusznie krytykaLudwik Flaszen O poezji Mieczysława Jastruna, „Życie Literackie” 1952, 18.[20]. Uważała jednak to zjawisko za naturalne i cenne; tymczasem rosnąca niekonsekwencja stylów była u Jastruna znakiem nie rozwiązanych – i może nierozwiązywalnych – konfliktów wewnętrznych, w jakie wplątał się twórca. Liryka Jastruna jest różnorodna, jest nieraz artystycznie ze sobą sprzeczna, dlatego głównie, że poeta nie może zająć jednolitej i konsekwentnej postawy wobec świata. Mógłby co prawda właśnie ze swego poszukiwania, ze swych sprzeczności uczynić istotę swej poezji. Ale na to nie pozwoliły mu obyczaje intelektualne i atmosfera lat 1949-1954.

Istnieją – jak się zdaje – dwie sprzeczności, które dotknęły Jastruna i odbiły się na jego twórczości. Po pierwsze – konflikt między wyobraźnią poety i zadaniami, jakie stawia przed własnym piórem; konflikt między świadomością a podświadomością twórcy, między tym, czym jest, a tym, czym chce być. Po drugie – konflikt między dążeniami intelektualno­artystycznymi Jastruna a tendencjami, jakie biorą górę w życiu narodu, dla którego pisze; mówiąc krótko, między poetą, a cenzurą wewnętrzną i zewnętrzną (rzadko kiedy, oczywiście, cenzurą rozumianą dosłownie: raczej redakcyjną czy wydawniczą). Wszystkie te sprzeczności występują w silnym związku. Trudno omawiać je rozdzielnie. Lepiej postawić trzy punkty orientacyjne: lata 1946, 1950 1955. Jaka jest w każdym z nich sytuacja Jastruna?

*
Istnieje uderzająca różnica między wierszami Jastruna z lat 1945-1947 a wypowiedziami teoretycznymi, jakie wówczas wygłaszał. W artykułach żądał Jastrun poezji obywatelskiej, surowej, moralizującej, żądał wyraźnego rygoru moralno-intelektualnego twórczości. Piorunował na „poetyczność”, na wszelkie eksperymenty, na pisarzy, którzy by choć na chwilę zapominali o swych obowiązkach społecznych. Dawał jednak jednocześnie wiersze osobiste, nastrojowe, czasem pełne niepewności, bardzo często – żalu czy niezrozumienia. Spod pióra wychodziły mu utwory, które – chcąc być w zgodzie ze sobą samym – musiałby potępić.

Jakie były przyczyny owej różnicy między teorią a praktyką, różnicy, znacznie mniej zresztą szkodliwej w poezji niż w polityce? Prawdopodobnie – dwie. Jastrun program swój formułował ex post, myśląc o wierszach, jakie pisał w czasie okupacji. Wówczas rzeczywiście wyrażał los milionów prześladowanych; wówczas był rzeczywiście surowy, moralizujący, wrogi „poetyczności”, Pisał jednak w szczególnych warunkach, w sytuacji osobistej i artystycznej, która zniknęła. Dlaczego jednak nie stał się Jastrun poetą rewolucji, którą właśnie wówczas przeżywała Polska? Dlaczego nie umiał doświadczenia wojennego przenieść na rewolucyjne? Pomijam różnice między okupacyjną postawą Jastruna – bierną w istocie, tylko wewnętrznie moralizującą – a postawą, jakiej by wymagała sytuacja poety rewolucyjnego. Było coś ważniejszego: szczególne warunki polskiej rewolucji, dokonanej w kraju, w którym nie mogło być wojny domowej, w którym   nie istniała mieszczańska władza, w którym socjalizm – czy hasło socjalizmu – przychodziło równocześnie z wyzwoleniem. Dopiero po rioku 1948 oburzano się, gdy ktoś mówił, że rewolucja była w Polsce łagodna. W 1946 roku ceniono nade wszystko łagodność, spokój, „naturalność” zmian. Tak więc – nie biorąc bezpośrednio udziału w administracyjnym opanowywaniu kraju – można było mieć wrażenie, że w Polsce nie ma sytuacji rewolucyjnej, że rewolucja stała się sama, że pójdzie ona szczególną i spokojną drogą. I rzeczywiście, kiedy Jastrun pisze wówczas wiersz polityczny, to zwraca się przeciwko burzycielom nowego ładu, a nie – przeciw przedstawicielom dawnego porządku. Zaś później okaże się bardzo dowodnie, że nie było w Polsce literatury rewolucyjnej, była tylko od razu – literatura panegiryczna.

Skoro więc w Sezonie w Alpach znika ciśnienie okupacyjnej rzeczywistości, wyobraźnia powraca do spraw, w których najlepiej czuła się niegdyś, przed wojną, które są dla niej pierwotne i jak gdyby naturalne. Zarazem jednak sprzeciwia im się świadomie postulowany program artystyczny. Te rozdźwięki i niezdecydowania wyrażają się u Jastruna dwojako: bądź godzi je poeta ze sobą – tymczasowo i powierzchownie – przez stylizację, bądź otwarcie porusza, porzucając dotychczasowe formy wypowiedzi poetyckiej.

Najchętniej odwołuje się Jastrun do stylizacji (często pod wpływem Aragona). Umożliwia ona bowiem – przez przyjęcie zewnętrznych, konwencjonalnych reguł – organizowanie materiału artystycznego, którego wewnętrznie jeszcze twórca nie zasymilował. I – odwrotnie – pozwala ona także na dystans do wyrażanych treści. Jest w istocie swej dwuznaczna: z jednej strony ratuje owe treści, z drugiej – podważa je wewnętrznie. Ta ulubiona – mówiąc nawiasem – metoda sceptyków (choćby Valéry’ego) pełni u Jastruna funkcje organizatorki niezdecydowania. Tak więc na przykład wiersz Château de Chillon wyraża właściwe niegdyś Jastrunowi przerażenie znikaniem rzeczy w czasie, ale jednocześnie – dzięki sztywnej, racjonalnej i „literackiej” formie – nadaje mu odcień konwencjonalny, odcień ćwiczenia poetyckiego, odgradzając poetę od wyrażanego wzruszenia:

Godzina, fala, dźwięk dzwonu,
Cień wieży – więzień Chillonu.

Jezioro, jesień szeleszcze

U skał, co wiszą jak deszcze

Kamienne ponad strażnicą,
Nad murem, wieży iglicą.

Pan mój jak diabeł kulawy
Pan mój był blady jak Kain


I piękny. Niech powie Augusta,
Jak zimne, gorzkie miał usta.

Czekam, aż Alpy w Lemanie
Gwiazdom wyznaczą spotkanie,

Czekam, aż moje godziny
Zmienią się w morskie delfiny.

Wiek dziewiętnasty uderzył –
Jak samobójca spadł z wieży.

Ja sam zostałem na czatach
Do końca, po końcu świata.

Obok tendencji stylizacyjnych pojawia się jednak u Jastruna coś ważniejszego: medytacje poetyckie, pisane wolnym, zmiennym wierszem. Medytacje te przebiegają „między rzeczywistością a marzeniem, wiedzą o świecie i własnym uczuciowym przydziałem, jednostką i społeczeństwem, człowiekiem i naturą, pesymizmem i optymizmem, aktywnością i biernością, rzeczywistością i sztuką, nieskończonym ciągiem prawdy i krótkością indywidualnego trwania”Ludwik Flaszen O poezji Mieczysława Jastruna, „Życie Literackie” 1952, 18.[21]. Odżywa zamiłowanie Jastruna do owych zasadniczych pytań światopoglądowych, jakie stawiał nieraz przed wojną – ale tu wyraża je poeta intelektualnie, pojęciowo, a nie odtwarza tylko towarzyszące im stany uczuciowe. Odżywa także okupacyjny kodeks moralny – ale już bez związku z konkretną, jednostkową sytuacją, bardziej ogólnie i retorycznie. Laboratorium nowej postawy wobec świata – a także, jak zawsze u rzetelnych poetów, laboratorium nowych środków wyrazu. Uderza inwazja prozaizmów, terminów naukowych, technicznych, zwrotów mowy potocznej:

Podczas tej zimy rozważałem
Olśniewającą biel śniegu

W Alpach na wysokości 3000 metrów.
Lutnia powietrza grała niewidzialna.
W tej mroźnej atmosferze myśl jest jak lód czysta
Sprawiedliwość jest zimna jak lodowca miecz,
Litość nie wytrzymuje niskiego ciśnienia.
Olbrzymie wodospady zamarznięte w locie
Tworzą bladozielone obrusy stearyny.
Koń górski z głową białego obłoku
Zawisnął nad przepaścią –
W skoku
Jak na filmie zwolnionym
Grzmotem lawiny
Runie i zmiażdży domki małe i mniejszych jeszcze ludzi,
Którzy nie znaczą nic w tym krajobrazie
Zamków powietrznych i lodowych wież.


(Sprawozdanie z podróży)

Upraszcza się tu stopniowo symbolika, ale zarazem zmniejsza siła uczuciowa wierszy; odbudowuje logiczny sens zdania, ale niknie wewnętrzny rytm utworu; bogaci i racjonalizuje słownictwo, tracąc zarazem inkantacyjne własności. Można by odszukiwać tu gdzieniegdzie echa ówczesnej publicystyki „Kuźnicy”. Wyraża się ona w formie opanowanej, z lekka estetyzującej, nieraz chłodnej. Sezon w Alpach, tom przejściowy, w którym rysowała się ewolucja poety, nie miał jednak śladów wewnętrznego przymusu, samoograniczenia. Możliwe, że zapoczątkowywał kierunek rozwoju jaśniejszy i naturalniejszy niż ten, w którym podążyła wkrótce poezja Jastruna.

*
Około roku 1950. Pewien krytyk widział w szybkim następowaniu nowych tomów Jastruna radosny przejaw „gorączki twórczej”. Wiersze nie są jednak tym lepsze, im jest ich więcej. Barwy ziemi wydają się dziś najsłabszym tomem Jastruna. Trudno zaprzeczyć, że w latach 1948-1953 napisał on szereg bardzo pięknych wierszy. Nie stworzył sobie jednak stylu; i napisał sporo wierszy nieudanych. Sprzęgły się tu bowiem obydwie sprzeczności, o których już wspominałem.

Istotną tragedią naszej literatury było to, że kiedy w latach 1948-1950 stawiano przed nią nowe żądania, łączono wspólnie postulaty słuszne i niesłuszne, korzystne i szkodliwe, rewolucyjne i kontrrewolucyjne. Podobną tragedię mogli również przeżyć ludzie, którzy wówczas stawali się komunistami: przyjąć musieli zarówno słuszne hasła i żądania partii, jak musieli się pogodzić z systemem kultu jednostki, samowolą władz bezpieczeństwa, antydemokratycznymi metodami rządzenia. Nie mieli możliwości odgrodzenia się od złych tendencji, ponieważ propaganda i praktyka utożsamiała partię z jednostką, dyktaturę proletariatu z nieodpowiedzialnością policji, konieczność uprzemysłowienia z obojętnością dla potrzeb narodowych. Olbrzymi nacisk propagandy i administracyjny wywołał wówczas równie wielki zamęt intelektualny i moralny w świadomości twórców: otworzył się cały wachlarz najrozmaitszych postaw artystycznych, od szczerego zabijania własnej sztuki w imię (fałszywie pojętej) rewolucji aż do cynicznego kłamstwa, czy – przeciwnie – stoickiego i często zrozpaczonego milczenia.

Pisarz, który pragnął tworzyć, musiał zgodzić się na pewną dwuznaczność swej pracy: starając się szczerze zbliżyć literaturę do narodu, ulegać musiał zarazem fałszywym, normatywnym żądaniom administracji kulturalnej; starając się wyrażać najistotniejsze sprawy czasu, skazywał się, choćby częściowo, na rolę trubadura i ilustratora „prawd odgórnych”; krępował własną niezależność twórczą, naginał styl, a więc także – sumienie. Przemiana kulturalna wywołana w podobnie dwuznacznych warunkach mogła tylko wypaczyć literaturę; tym bardziej, że niezbyt była potrzebna. Bowiem już lata okupacji i wyzwolenia sprawiły, że zanikły w sztuce tendencje estetyczne, wzmogło się poczucie odpowiedzialności społecznej i nabrało szczególnej mocy pragnienie zdobycia nowego czytelnika.

Jastrun chce więc teraz mówić prosto, jasno, widzieć oczami wszystkich; pragnie sięgać po wzruszenia powszechne, nazywać je i określać, a nie tylko zbliżać i odtwarzać. Jednakże od czytelnika dzieli go wciąż ta sama granica, jak przed wojną (choć już mocno złagodzona). Znikła już szczególna sytuacja, która utożsamiła poetę ze zbiorowością. Odnajduje się on znów sam, choć z innym celem artystycznym, niż dawniej. Dziedziczy po dawnym sobie mowę nieścisłą i płynną, mowę, która wyrażała właśnie osamotnienie i egotyzm. Była to mowa naturalnie obrazowa i metaforyczna, wyszukana i tajemnicza. Przede wszystkim zaś – nieścisła, aintelektualna. Teraz Jastrun pragnie się zmienić. Tępi symbolizm – ale nie umie wyzwolić się od omówienia, nieraz alegorii. Inaczej bowiem nie umie sobie wyobrazić procesu wzruszania. Nie umie nazywać rzeczy prosto – ale jednocześnie zrywa z symbolistycznymi praktykami. Prowadzi go to naprzód do stylizacji, później do klasycyzowania: do posiłkowania się metaforyką i zdobnictwem dostępnym, ale niezbyt oryginalnym. Teraz myśl, nie odczucie, organizuje wiersz; ale wyraża się w formach lekko konwencjonalnych, nieraz suchych i wtórnych.

Dostrzec można trzy kierunki, w których starał się Jastrun rozwinąć swoją poezję. „Hymn filozoficzny i oda uczona”Ludwik Flaszen O poezji Mieczysława Jastruna, „Życie Literackie” 1952, 18.[22] przeważa w Roku urodzaju, retoryka okolicznościowa w Barwach ziemi, gawęda liryczna w Poemacie o mowie polskiej. Spełniają one podwójną rolę: przetworzenia przedwojennych doświadczeń poetyckich oraz ocalenia własnej indywidualności w latach, w których tę indywidualność usilnie – w dobrej czy złej wierze – niszczono.

Hymn filozoficzny i oda uczona.... Słusznie pisze Ludwik Flaszen: „Tu już abstrakcyjność nie jest sprawą języka. Tu expressis verbis... głosi się ogólne tezy światopoglądowe. Język obrazów kojarzy się z mową pojęć oderwanych, zjawiska i fakty ubiera się nierzadko w nowoczesną szatę fachowej, naukowej terminologii. Kwestie poetyckie płyną na zasadzie logicznego, racjonalnego toku myśli”Ludwik Flaszen O poezji Mieczysława Jastruna, „Życie Literackie” 1952, 18.[23]. Medytacje filozoficzne wydają się echem polemiki z samym sobą: mógł bowiem Jastrun uważać za sprzeczność to, że jego racjonalistycznym poglądom towarzyszyła czysto wzruszeniowa, na wpół jeszcze symbolistyczna poezja. Także nawał intelektualnego słownictwa wydaje się celowym przekształceniem dawnej materii poetyckiej, płynnej i niejasnej. Hymny i ody Jastruna wyrażają więc zapewne ugruntowanie nowego, coraz pełniej zrozumianego światopoglądu – i, siłą rzeczy, techniki poetyckiej.

Jednak – czy tylko? Jastrun pisze hymny na cześć mocy i piękna człowieka, kreśli perspektywy przyszłości, jakie otwierają się przed światem, zastanawia nad niewzruszonymi zasadami moralnymi. Czy nie dlatego, aby celowo uniknąć aktualności, aby nie podpisywać się w pełni pod wszystkim, co się w naszych krajach działo? Z rozważań filozoficznych mógł Jastrun czerpać przekonanie o słuszność drogi, na którą wstąpił; ale zarazem odgradzać się od błędów współczesności. Ówczesna retoryka Jastruna oparta jest na stałym poszerzaniu perspektyw aktualności. Współczesne życie rzutuje poeta na wizję pięknej przyszłości socjalizmu, aktualne hasła polityczne zmieniają się w najszersze humanistyczne powody, dla których Jastrun wybrał przebudowę społeczeństwa. Zapewne, jest tu wewnętrzne przekonywanie siebie i czytelników. Ale także – moralne „asekurowanie” teraźniejszości przyszłością, aktualności politycznej – humanistycznym moralizowaniem. Postawa odrobinę dwuznaczna: drażni niekiedy „akademicki” ton poety, rozmawiającego z historią ponad głowami żyjących. Tym bardziej, że czasem poeta ogranicza się do poetyckiego ilustrowania tez powszechnie znanych, bynajmniej nie nowych intelektualnie.

Ówczesny styl Jastruna waha się więc między hymnami, które wydają się – bardziej jeszcze zintelektualizowaną – kontynuacją pewnych wierszy z Sezonu w Alpach:

Ta noc ukazuje potęgę trzech wymiarów:
W górach,
W gwiazdach,
W kuli oszklonej powietrzem,
W której zamknięci, nie jesteśmy więźniami,
Gdyż jesteśmy dość wielcy, by pomieścić ogrom planetarny w sobie
I dość silni, by mu wykazać skończoność.
Darmo tyś szukał potęgi
Większej od tej, którą ma człowiek:
On promieniami głosu
Związał najdalsze lądy,
Kazał przemawiać iskrom.
On pociskami niewidzialnej artylerii
Zbombardował spoistość wszechświata.
Ten sam,
Który zziębnięte pisklę ogrzewa w swej dłoni...


(Noc południowa)

a utworami, które wyrażając podobne treści, bogatsze są w obrazowanie, coraz zresztą klasyczniejsze i spokojniejsze:

Ty, siostro doświadczenia, ucz mnie
Przez lwa, przez żmii jad, przez włócznię,
Że to, co w życiu nas urzeka,
To ani piękno gór, ni wody,
Ani westchnienie płonki młodej,
Lecz niezatarty ślad człowieka.


(Ślad)

Mniej już interesuje okolicznościowa retoryka Jastruna, która bierze górę w Barwach ziemi. Znać tu chęć wprowadzenia nowego bohatera lirycznego, odtworzenia świata wewnętrznego prostego człowieka. Czasem trafiają się tu Jastrunowi udane wiersze:

Ja, Anna Żywioł, nie umiałam czytać
I nie umiałam pisać. Żyłam ślepa.
Starej kobiecie, dano mi do ręki,

Jak dziecku, elementarz, zeszyt, pióro...

(List Anny Żywioł)

Przeważa jednak polityczny barok, inflacja zużytych a patetycznych zwrotów poetyckich, banalność intelektualna. Poezja Jastruna nabiera cech pseudoklasycznych, powaga artystyczna i moralna, jakiej żądał, okazuje się w istocie sztuczna, bardziej rzemieślnicza niż autentyczna. Nawet powszechnie znana Oda majowa straciła po latach blask:

W ten dzień drzewcami sztandarów są drzewa,
W ten dzień zwierciadłem oczu jest niebo,
Jedno nam światło twarze zalewa
I w krokach wszystkich jest krok każdego.
Dalej, na ludzi i krajów paradę!

Kwiaty się palą w szatrach kasztanów,
Związek miliarda warg mówi prawdę...

Nie można oczywiście porównywać pomyłek Jastruna z pomyłkami gromady poetów, którzy zatracili wówczas wszelką artystyczną troskę. I wtedy Jastrun dawał piękne wiersze: powstawały trochę niespodziewanie, czerpiąc nie tyle z aktualnych dążności poetyckich, ile z całego doświadczenia poety. Gdzie je można znaleźć? Tam, gdzie rzeczywiście uda się Jastrunowi wcielić w ludowego bohatera lirycznego; tam, gdzie wraca do przeżyć okupacyjnych; tam wreszcie, gdzie retoryka syci się pełnym przyzwoleniem uczuciowym albo też – odwrotnie – wnosi myśli nowe i dyskusyjne, to znaczy tam, gdzie nad postawą ilustratora bierze górę postawia sędziego.

Jeśli Jastrun porzucił swe uczone ody i hymny, to także prawdopodobnie dlatego, że szybko wyczerpał zawarte w nich możliwości intelektualne. W ówczesnych latach trudno było o jakąkolwiek „poezję filozoficzną”: możliwe było tylko zgłaszanie aprobaty uczuciowej dla pewnych tez światopoglądowych. Tak więc treści intelektualne musiały być dobierane nie dla ich bogactwa poznawczego, ale po to, aby wzbudzały jak największy rezonans uczuciowy. Czy zresztą Jastrun wydaje się naprawdę powołany do poetyckiego filozofowania? Trudno o odpowiedź; w każdym razie interesują go bardziej sprawy moralne: ten poeta kultury nie osiągnął nigdy norwidowskiej umiejętności gry pojęć, z których zestawienia wynika poezja.

Podobne poszukiwania odzywają się jednak – choć w całkowicie innej formie – w Poemacie o mowie polskiej. Jastrun przechodzi tu na metody twórcze całkowicie odwrotne od tych, z którymi niegdyś przystępował do pracy poetyckiej. Stara się bowiem – przekroczyć granice liryki. Łatwo to zrozumieć: wszystkie symbolistyczne cechy jego poezji (niejasność, egotyzm, arystokratyzm) łączyły się z jej głęboką lirycznością. Nasycając swą poezję dydaktyzmem, opowieścią, gawędziarstwem likwiduje Jastrun swój „subiektywizm” liryczny: zbliża się do czytelnika, staje z nim na równi. „Hybrydy” poetyckie, jakie Jastrun tworzy, nie zachwycają jednak artystycznie. Te nieorganiczne wiersze, w których elementy liryczne stają się jakby „przyprawą” treści intelektualnych czy narracyjnych, wywołują szybko znużenie, a czasem nawet – zażenowanie. Tym zresztą silniejsze, im uparciej dąży Jastrun do codziennego konkretu – tu właśnie załamuje się mowa tego tak bardzo dostojnego poety:

Musisz wybaczyć, Stanisławie, bo to będzie
Wiersz, który się jak powieść z wielu nitek przędzie,
Poemat dydaktyczny ..........
..........To było w Krakowie,
W twoim mieście, gdzie Gamrat ze Stańczykiem w zmowie
Nieraz spłatali figla wyniosłości tonów

Spiżowego Bekwarka, dzwonu Jagiellonów.
Właśnie sprezentowałem się nowym kolegom

W gimnazjum, gdzie stał kiepski biust Kochanowskiego
Na korytarzu. Szkoła imienia poety
Wkrótce mi pokazała wszystkie swe sekrety;
Odczytałem na ławkach ryte palimpsesty
Miłosne; myśli moje jak kapłanki Westy
Snuły się białe, ciche na lekcjach łaciny
I greki...


(List dydaktyczny w sprawie poezji)

*
Rok 1955. Co w poezji Jastruna zaszło nowego? Rilke – poeta Jastrunowi bliski – tak opowiadał niegdyś o Tołstoju: „Tołstoja widziałem dwukrotnie: raz w Moskwie, i, następnego roku, w Jasnej Polanie. Żaden człowiek nie wywarł na mnie podobnego wrażenia. Było coś straszliwego, bezlitosnego w jego pytaniach... Nadzwyczajny człowiek, pełen nieprzemożnej zmysłowości, jakiej nie widziałem u nikogo: pamiętam sposób, w jaki zrywał kwiaty i podnosił je do nozdrzy, łapczywość, z jaką wchłaniał ich zapach! Tak – i stąd właśnie płynęła wielkość ludzkiego widowiska, jakim był bez przerwy – człowiek ten był nieustannie żywym polem bitwy instynktów, które go rozdzierały”...Wg relacji Charles du Bosa „Journal 1921-1922”, wyd. Correa, 1948.[24].

Znamienne słowa. Można je także odnieść do Jastruna. Zdaje się bowiem, że największą trudnością, ukrytą raną duchową, a nawet – granicą talentu, było dla Jastruna to, że nigdy nie umiał, jak Tołstoj w opowiadaniu Rilkego, łapczywie wchłaniać „barw ziemi”. Jastrun bowiem, nawet wtedy, gdy całkowicie zerwał z symbolizmem, niezwykle rzadko umiał patrzeć na świat inaczej, niż przez siebie. Niegdyś przez wzruszenia nienazwane, tajemnicze; później przez prawa i podobieństwa moralne, które nami rządzą; wreszcie przez uczucia, choćby jasne i klarowne. Nie ma u Jastruna bezinteresownej miłości świata. I kształty świata – zwłaszcza tam, gdzie poeta myśli, komponuje, poucza – rysują się z zasady dwuwymiarowo, nieostro, prawie zawsze poprawnie, ale bardzo rzadko – fascynująco. Nie ma tu nigdy przerażenia światem, bezbrzeżnego zachwytu, który porywa u tylu innych poetów. Nie, nie idzie mi o „wigoryzm”, krzepę, ciężką cielesność. Zachwycenie światem może zjawiać się przecie także u poetów, szkicujących swe wiersze z lekkością dziecka – choćby u Różewicza.

Można więc, patrząc z pewnego punktu widzenia, rozpatrywać powojenną poezję Jastruna jako bezustanne docieranie, poprzez siebie samego, do rzeczywistości. Będzie to więc naprzód ustalenie jednoznaczności moralnej (lata 1940-1945), później obiektywności poznawczej (lata 1946-1949), wreszcie – prostych, uchwytnych i łatwych do przekazania stanów uczuciowych. One bowiem właśnie ułatwiają poecie jakby ponowne odkrywanie świata, odkrycie nowej wrażliwości. Można ją już wyraźnie uchwycić w wierszach, w których parafrazuje poeta tony ludowe (wyraża się tam ona przez pewną stylizację naiwności). Tak będzie choćby w Pieśni o Mazurach i Warmii. Ale pełniej jeszcze objawi się ona w stanie szczególnej hojności uczuciowej, jaką budzi w poecie dziecko. Powstają wtedy najszlachetniejsze w odczuwaniu „barw ziemi” wiersze Jastruna, wiersze, w których refleksja godzi się naturalnie z obrazem:

Zważyłem duże jabłka dwa
W rękach, i oto
Starłem z nich lato, które trwa

Wonną pozłotą.

Na rękach osiadł szary pył
Złotej renety.
Dla kogom pisał, po com żył
W burzach planety?

Wtedy wyciągnął po nie dłoń
Mój synek mały
I ząbki w miazgę wbił i w woń,
W owoc dojrzały.

(Jabłka)

Widać tu więc jak gdyby odwrócenie naturalnej ewolucji poetyckiej. Zazwyczaj właśnie młodzi poeci zjawiają się pełni świeżej wrażliwości, która później zastyga w pewne kanony formalne. U Jastruna odwrotnie: w młodości był twórcą konsekwentnie „sztucznym”, im zaś później, tym bardziej dążył do bezpośredniości. Sam zresztą o tym pisze:

Ta jesień chyba oszalała:
Wiosennym młodym wichrem huczy.
I choć już idzie zima biała,
Kwiatów się i motyli uczy.

Ja także w mojej późnej porze
Rzuciłem się szaloną głową
W zachodnią gorejącą zorzę,
By jutrzni uczyć się na nowo.


(Jesień)

Stąd zapewne także płynie uderzająca nierówność wierszy Jastruna. Może to być dowodem osłabienia siły poezjotwórczej, zwłaszcza że Jastrun zdaje się poetą o słabej samokontroli. Ale także daje się on dziś bardziej niż dawniej prowadzić przypadkowości wrażeń i sytuacji. W ostatnim tomie znaleźć można – nieudany zresztą – wiersz o scence ulicznej. Któż z czytelników Spotkania w czasie mógłby go przewidzieć?

„Uczenie się” kwiatów i motyli nie prowadzi już jednak Jastruna do estetycznego odosobnienia ani do „olimpijskiej” obojętności. Znać w nim i lekki odcień melancholijnego znużenia, i – przede wszystkim – poszukiwanie spokojnej miary zdarzeń. Nawet bolesną, tragiczną sprawę odtwarza już Jastrun z opanowaniem, jakie daje doświadczenie i mądrość uczuciowa:

Prosił, aby kupiła mu cjanku. W tych czasach
ów biały proszek śmierci nabrał ceny – niemal
Ocalenia. Poprosił tak, jak w innych czasach
Prosił o kupno proszku przeciwko migrenie;
Lecz ona, drżąca, by go nie zażył za wcześnie,
Odmówiła; tą pełną miłości odmową
Ocaliła mu życie, ale sobie samej
Kupiła zgubę, bowiem ocalony przez nią
Nie ocalił jej w sercu, odszedł i zostawił
W samotności jak cjanek białej, jak śnieg zimnej.


(Opowiadanie o cjanku)

Gdzieniegdzie nowe tony poezji Jastruna mają posmak rezygnacji:

Dziś wytłumaczyć chcę maleńką cząstkę
Życia, śmiech dziecka, płacz dziewczyny, trwogę –
I jeszcze słowo moje jest za wąskie
Dla prawdy, której powiedzieć nie mogę.


(Życiorys)

częściej jednak nabywają one akcentu ideowej niezależności, więcej nawet – oskarżenia:

Oto nadeszła pora dojrzałych owoców,
Poezja spełniających się w życiu przenośni
W przedjesiennego cudu godzinę.
Oto jest świat, o którym marzyłem w ciemności,
W którego słońcu ginę.


(Z pamiętnika byłego więźnia obozów koncentracyjnych)

Razem bowiem ze zwróceniem swej liryki ku urodzie świata odrzeka się Jastrun w swej poezji obywatelskiej wszelkiego ilustratorstwa, wszelkiej dwuznaczności. Człowiek nie jest bowiem wyłącznie historyczną istotą: istnieją inne, trwalsze miary etyczne niż nagi sukces historyczny. Na karty tej poezji wracają z całą mocą sprawy moralne: ale wyrażone przez nową postawę, postawę niezależnego sędziego historii. Dlatego nie ograniczy się już Jastrun do „uczonych hymnów i ód”; obok marzenia o przyszłości, obok kontemplacji dalekich celów i pierwotnych uzasadnień zjawia się oburzenie i gniew na sprawy, na które trudno się poecie-obywatelowi zgodzić. Buntuje się zaś Jastrun zarówno w imię doświadczenia moralnego ludzkości, jak naturalnych praw człowieka:

Oskarżenie: Obrońcy bałwochwalstwa, oni,
Których przed ukąszeniem śmiertelnej ironii
Nie prawda ani mądrość, ale siła broni –
Strażnicy darów życia! Czyż naturze trzeba
Straży? obrońców? urzędników ziemi? Nieba
Liktorów?...

Trudno powiedzieć więcej... Zarysowała się resztą dopiero nowa humanistyczna równowaga wierszy Jastruna. Że umiał ją poeta w tak trudnych dla siebie latach dostrzec, to już niezwykłe i dla wielu niemożliwe. Choć można się było spodziewać jej u twórcy, dla którego poezja i prawda były zawsze – jedną osobą.

1955

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Błoński, Poeci i inni. Mieczysław Jastrun, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 8

Przypisy