07.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #082 / Przepis na dzisiejszego Ślązaka

Dobre opowieści można poznać po ich zakończeniu. Chociaż ważny jest i początek, o czym akurat wiedzą wszyscy piszący. Ale to nie sztuka dobrze zacząć. Ileż to razy sięgając po książkę, zwiedzeni ognistym startem, porzucaliśmy ją na pięćdziesiątej, może setnej, góra sto pięćdziesiątej stronie! Bo autor miał pomysł, ale nie wiedział jak go rozwinąć. Bo rozwinął, ale zwinąć już nie potrafił. Bo to, bo owo… dość że widać, jak w pewnym momencie zaczął przysypiać. Podobnie jak my przy lekturze.

Umiarkowanie doświadczeni literaci zdają sobie sprawę z istnienia owej mielizny i na różne sposoby próbują ją ominąć. Najczęściej wstawiając te gorące, pisane pod wpływem pierwszego impulsu kawałki w różne miejsca planowanej powieści. Tak jak murarz, który na czterech rogach fundamentu ustawia ceglane narożniki przyszłych ścian. Tyle że w murarce ma to sens, w literaturze zaś – niekoniecznie. Może w ten sposób da się uratować ogólną kompozycję, jednak za cenę autentyczności. Bo pisarstwo to życie, a ono przecież biegnie w rytmie pulsu. I tego rytmu nie da się zaplanować. On może być nawet nierówny, jak u człowieka chorego, bo kto powiedział, że dobra literatura koniecznie musi być okazem zdrowia? Ale musi być wyczuwalny. Wiedzą o tym wielcy pisarze, dlatego najwięksi nawet twórcy planowanych trylogii czy tetralogii nierzadko poprzestawali na niedokończonych, oderwanych od siebie fragmentach. Bo w pewnym momencie pulsu im zabrakło.

W jakim rytmie bije puls książki Zbigniewa Rokity? Popatrzmy najpierw na zdjęcie autora, umieszczone na skrzydełku. Rocznik 1989, a więc w pełni męskich sił, na głowie azjatycki czepek takija, z wyszywankami w stylu jakby hipsterskim. Pod zdjęciem lista tytułów renomowanych czasopism, z którymi autor współpracuje. Oczywiście jest i renomowane wydawnictwo. Niektórym taki okładkowy design wystarcza i mniej się już starają o poziom zawartości. Ale Rokita nie zawodzi, jego opowieść czyta się do końca. Co więcej, na końcu czeka nas prawdziwa niespodzianka. I to nie wymyślona przy literackim stoliku, lecz autentycznie przeżyta. Ale nie wybiegajmy przed zaprzęg.

Chyba każdy z nas, obok ojczyzny realnej, ma swoją własną, tę wyobrażoną. Jedni sięgają wyobraźnią do Polski międzywojennej, inni jeszcze dalej wstecz – do Rzeczypospolitej wielu narodów, czasem biorąc ją w całości, czasem zaś wybierając sobie ten z narodów, który im najbardziej pasuje. Dla innych taką ojczyzną, choć umiejscowioną już bardziej na pograniczu świata realnego, jest język, polszczyzna, przeważnie traktowana jako narzędzie pewnej opowieści. Górny Śląsk w książce Rokity jest jednak ojczyzną nietypową, bo niewyobrażoną. To znaczy taką, o której nie marzy się w dzieciństwie, której do pewnego czasu właściwie w ogóle nie widać, ale w której jednak wzrasta się i dorośleje. I z czasem dopiero przychodzi świadomość, że te kilka rozproszonych domowych drobiazgów, z którymi mieliśmy do czynienia przez pierwszą połowę naszego życia – wypłowiałe i naddarte zdjęcia, zetlałe ze starości papiery w niemodnej komodzie, urwane w pół słowa, ciche rodzinne rozmowy – to właśnie jest Górny Śląsk.

Rokita przyznaje, że pierwszą dekadę, ba, prawie dwie dekady życia spędził w całkowitej nieświadomości tego, że jest Polakiem „nie tak blank” (tu – nie do końca). Jego zaledwie o kilka lat starsi rozmówcy mówią dziś o sobie:

Jako dzieci żyliśmy za komuny w dwóch równoległych światach […]. Znaliśmy niemieckie szlagiery, czytaliśmy niemieckie książki, rodzice i sąsiedzi nierzadko rozmawiali ze sobą w tym języku. […] A później szliśmy wszyscy do drugiego świata, do szkoły, i tam śpiewaliśmy „Rotę”, o złym Niemcu.

Mały Zbyszek, urodzony w roku upadku czerwonego reżimu, nie odczuwał już owej schizofrenicznej aury. Niemieckość, synonim „inności”, już nie była zakazana, ale jednocześnie przestała być wyzwaniem, tracąc siłę przyciągania.

W podstawówce pani Chmiel grała nam na akordeonie „Rotę”, a ja nie miałem pojęcia, że ów plujący w twarz Niemiec z pieśni był moim przodkiem.

Potem przyszedł czas odkrycia.

Gdy zacząłem nurzać się w śląskości, wahadło wychyliło się w drugą stronę. […] Jakoś podświadomie wiedziałem, że moja górnośląska tożsamość opiera się na bardzo lichych fundamentach, więc nie było w niej miejsca na otwartość, tolerancję, ciekawość. […] Wiedziałem, że ten świat już nie wróci, że będzie się tylko kurczyć, że jest bezpłodny i wykastrowany, i dlatego rozpaczliwie muszę trzymać się jego truchła, symboli, które nic już nie symbolizują.

Teraz, gdy wyrósł już z ubranka neofity, nadal wyważa szale polskości i górnośląskości. „Wciąż sobie ją lepię” – mówi o swojej tożsamości. Odważnie, skoro postanowił oświecać innych, czym jest fenomen Górnego Śląska. Ale przyznajmy mu prawo do tej śmiałości. „Kajś” jest bowiem zapisem dojrzewania autora, zapisem, w którym nie wyczuwa się fałszywej nuty.

„Gdy na przykład mój kuzyn z Butzbach wyrastał z ciuchów, ja je dostawałem. W paczkach były też majtki” – wspomina Rokita lata wczesnej młodości, a recenzent jego książki nie może się w tym miejscu powstrzymać, by nie przytoczyć uroczego niemiecko-polskiego neologizmu: „badenki” to kąpielówki. Takie słowo mogło się urodzić tylko na Górnym Śląsku. Ale wróćmy do cytatu:

Kuzyn podpisywał się na metkach, żeby nie pogubić ubrań na koloniach. Pół dzieciństwa, gdy siadałem na toalecie, widziałem między nogami, na majtkach, pierwszą literę jego imienia i nazwisko, z których jakiś czas po wyjeździe wujostwa do Rajchu zniknęła polska diakrytyka.

Rokita nie ukrywa, że jego tożsamościowa perspektywa zmieniała się nawet w trakcie pisania tej książki. Już na ostatnich jej stronach próbuje dokonać rekapitulacji, przywołując imiona opisanych wcześniej członków własnej rodziny:

Moja babka ojczysta z lwowskiego ojca i góralskiej matki. Mój dziadek ojczysty z podczęstochowskiej wsi. Moja babka macierzysta z Górnego Śląska. Mój dziadek macierzysty z podkarpackiej wsi.

Podsumowanie kończy lakoniczną konkluzją: „To przepis na dzisiejszego Ślązaka”.

Definicja świetna, choć nieprecyzyjna – zupełnie jak cios miecza rozcinającego węzeł gordyjski. Podpisując się pod nią, dodajmy wszelako nie najkrótszą glosę. Górny Śląsk to opowieść pogranicza rozpiętego między Polską a Niemcami. A właściwie panorama opowieści, z różnymi odcieniami wzajemnych proporcji tych dwóch podstawowych składników. Na antypodach mamy opowieść czysto polską i czysto niemiecką. Chociaż lepiej byłoby powiedzieć o tej pierwszej: negująca niemieckość tej krainy, o drugiej zaś – negująca jej polskość. Sam znam osobę z tytułem profesorskim, do tego mieszkającą w Polsce i dysponującą polskim obywatelstwem, która twierdzi, że Polska nie dała Górnemu Śląskowi nic, ale to absolutnie nic dobrego. Ale nie mówmy o skrajnościach, bardziej interesujący jest środek tej palety.

W poważnej części reprezentują go ludzie, których mógłbym zbiorowo określić jako pokolenie Zbigniewa Rokity. Ludzie ci wyrośli już w wolnej Polsce, ale jakby pod skórą mają pamięć o PRL i o propagandzie, w której zjawisko pod nazwą „Górny Śląsk” miało swoje stałe miejsce. Skądinąd język propagandy nazywał je po prostu „Śląskiem”, Dolnego Śląska tam nie było – Śląsk to były Katowice i ich kopalnie, ale nie Wrocław. I tenże Śląsk mógł być oczywiście tylko „piastowski”, żaden inny. Dobrze się stało, że pokolenie Rokity ten model śląskości odrzuciło. Gorzej, że zrobiło to w sposób totalny, wylewając z kąpielą dziecko, o którym dzisiaj mało kto pamięta. A na imię mu było: polski Śląsk. Ten realny, nie ten z plakatu. Bo Śląsk przed 1945 rokiem nie był Śląskiem z opowieści Gustawa Morcinka, ani tym bardziej towarzysza Jerzego Ziętka. Ale także nie był krainą, w której mówiąc po polsku o mieście, leżącym o miedzę za granicą, we wszystkich przypadkach odmieniało się słowo Gleiwitz zamiast Gliwice. A ten toponim jest przecież niemalże tak stary, jak sama polska mowa! I jak najbardziej należy do polskiej literatury. Niestety, nie dostrzega tego ani Rokita, ani też wydawca jego książki: obaj owczym pędem idą za modą, którą swego czasu wylansowały kryminały Marka Krajewskiego.

Rokita cytuje reprezentanta mniejszości niemieckiej, który wspomina o odwiedzających jego klasę weteranach powstań śląskich:

[…] mówią o walce o odwiecznie polską ziemię. Ci z nas, którzy wiedzieli, jak było, uśmiechali się tylko pod z lekka sypiącym się wąsem, wiedzieli, że to bzdury.

A klasa ta, to – przypomnijmy – nie żadna klasa mniejszości niemieckiej na Śląsku, ale typowa górnośląska klasa doby stanu wojennego. Autor nie dystansuje się od tej opinii, przecież sam, zaledwie kilka lat później, uczęszczał do podobnej klasy. Ale czy naprawdę jedynie na tak krótką, w młodzieńczy sposób bezlitosną recenzję zasłużyła opowieść starszych ludzi, wśród których zapewne nie brakło rodowitych Ślązaków? To przecież nie ich wina, że do ich narracji, szczerej i prawdziwej, przed 1989 rokiem w bezczelny sposób podłączała się propaganda. Wystarczy wspomnieć ów „niemiecki” Bytom lat osiemdziesiątych, w którym wychował się cytowany rozmówca Rokity. Istota sprawy polega na paradoksie: Bytom Sebastiana Rosenbauma, choć obwieszony tabliczkami z polskimi nazwami ulic, był mniej polski niż przed stuleciem! Bo do tego właśnie czasu tętniło tam – i nie ma w tym słowie propagandowej przesady – polskie i jednocześnie śląskie życie, ulicami paradowały, w śląskich strojach, katolickie procesje, na których śpiewano polskie pieśni. Rosenbaum, jako polski Niemiec, ma prawo się tym emocjonalnym detalem nie przejmować, bo przecież jego Bytom, przepraszam: Beuthen, już wtedy był, nawet jako stolica polskości na niemieckim Górnym Śląsku, miastem kulturowo bardziej niemieckim niż polskim. Ale od Rokity wymagam więcej wrażliwości – bo on chce ogarnąć całość.

Przy okazji: ci pięknie odziani w śląskie stroje bytomscy synkowie, którzy walkę o polskość Rozbarku (dzielnica Bytomia) niejednokrotnie przypłacali życiem lub niewolą w obozie koncentracyjnym, byli potomkami średniowiecznych niemieckich osadników. A śląscy Piastowie – których kochają polscy propagandziści, zaś nienawidzą miłośnicy przygód Eberharda Mocka – byli pierwszym germanizatorami swojej krainy. To też są paradoksy Śląska. Podobnie jak opisana w książce Rokity wieś Cisek, która przed wojną była centrum polskiego życia na niemieckim Śląsku, zaś obecnie jest gminą z jednym z najwyższych odsetków Niemców w całej Polsce.

Na tym polega błąd perspektywy ludzi pokolenia Rokity. Wyrośli w czasie, gdy „wahadło wychyliło się w drugą stronę”. Śląsk pokolenia ich poprzedników, mityczna kraina poszukiwanej tożsamości, to Śląsk wyłącznie niemiecki – bo takim zaczął istotnie być w latach trzydziestych minionego stulecia. Innego nie pamiętają. I rzutują ten obraz w przeszłość, tak jakby śląska codzienność w każdej epoce historii nosiła stempelek czasów Hitlera. Bez obrazy, mówię o etapie cywilizacji, nie o polityce.

Stąd wzięło się napięcie, które Rokita celnie wychwytuje w rozmowie z polską Niemką:

– Pan mówi o sobie, że jest polskim Ślązakiem?

– Czuję się i Polakiem, i Ślązakiem. Tym drugim od kilku lat. I szukam odpowiedzi, czym jest ta śląskość. […]

– I to jest ta różnica. My, Niemcy śląscy, odwołujemy się do czegoś, co było. A śląskość taka, o jakiej pan mówi, polska śląskość, dopiero się odkrywa, może się dopiero tworzy. I może dlatego tego nie rozumiem.

Myli się pani Joanna Hassa: polska śląskość to zjawisko, które już było i trwało przez wieki. Prawem gorzkiego paradoksu zanikło ono w pokoleniu, które odeszło całkiem niedawno, ale którego nie pamiętają już rówieśnicy Zbigniewa Rokity. Stało się tak nie tylko pod wpływem germanizacji, ale może właśnie z powodu błędów, jakich wobec Ślązaków dopuściła się II RP, a także błędów i zbrodni, jakie wobec nich miała na sumieniu Polska Ludowa. I dlatego teraz tę polską śląskość trzeba dopiero odbudowywać. Jednak odkrywając ją na nowo, nie powinno się lekceważyć tamtych kart przeszłości.  

O tożsamości grupy w dużej mierze decyduje język, a mówiąc z naukową precyzją: etnolekt. Rokita rzetelnie opisuje proces, jaki śląska godka przechodzi właśnie od statusu gwary, wyśmiewanej w innych częściach Polski z powodu pokutujących jeszcze czasem w telewizji „bercikowych” dowcipasów, do poziomu języka wysokiej literatury. Opisuje spotkanie z Grzegorzem Kulikiem, który „z benedyktyńską wytrwałością brnie przez ogrom śląskiego piśmiennictwa, tworząc Korpus Ślonskij Mowy”,porównywalny chyba tylko z wiekopomnym słownikiem kaszubskim księdza Bernarda Sychty. To dobrze, że taki kanon się tworzy. Choć z drugiej strony nie ma niczego złego w tym, że Rokita, pisząc o staromiejskich dzielnicach śląskich miast, konsekwentnie używa typowo warszawskiego słowa „starówka”.

W tej śląskiej panoramie brakuje mi jednego elementu: górnośląskiego kleru, pojmowanego jako fenomen społeczny. Po 1945 roku Ślązacy byli wyraźnie niedoreprezentowani zarówno w partii, jak i na wyższych uczelniach. Nie pora tu wyjaśniać, dlaczego tak się stało, dość, że jedyny powszechnie dostępny kanał awansu umożliwił im katolicki Kościół. I oni to wykorzystali: wykwalifikowane kadry Ślązaków w sutannach okazały się tak liczne, że obsługiwano nimi prawie całą Polskę. Wiem, co mówię, bo w mojej macierzystej Akademii Teologii Katolickiej, która mieści się przecież (dziś jako UKSW) w Warszawie, nie w Katowicach czy Opolu, chyba co trzeci profesor mógł się wykazać śląskim pochodzeniem. Pełno ich było, i nadal jest, także na szerokim świecie, od Boliwii po Nową Gwineę, gdzie pracują jako misjonarze.

Ten głęboko religijny rys Ślązaków często jest zapoznawany. Widać to także u Rokity, dla którego Teofil Ociepka był tylko „śląskim prymitywistą” malującym „krasnale”. Tymczasem dla Ociepki malarstwo było tylko narzędziem do nawracania ludzi ku Bogu, gdyż on sam był założycielem znanej na Górnym Śląsku grupy ezoterycznej. Podobnych jemu proroków było tam więcej.

Pora na niespodziankę zapowiadaną na początku recenzji. Autor poznał ją dopiero tuż przed studiami. Pod koniec stycznia 1946 roku urodziła się dziewczynka, poczęta w wyniku zbiorowego gwałtu, jakiego na młodych Ślązaczkach dokonali sowieccy zdobywcy.

Niemowlę otrzymuje imię Marysia. Dziś ma siedemdziesiąt cztery lata. Jest moją babcią. Najlepszym z ludzi. Wciąż mieszka w domu, który postawił Johann Hajok. Gdy się urodziłem, pozostali członkowie rodziny Hajoków od dawna nie żyli. Wszystko, co wiem o moich przodkach, wiem od babci.

Podobnie wartościowych, czasem wręcz porywających, czasem po prostu uroczych kawałków prozy jest w książce Rokity niemało. Jak chociażby wzmianka o tym, że jego przodkowie, prapradziadek Urban i prababka Else, śpiewali podczas wykonywania codziennych zajęć. Jest w tym fragmencie jakby nawiązanie do pierwszych bohaterów aborygeńskich mitów ze „Ścieżek śpiewu” Bruce’a Chatwina. Nawiązanie jeśli nawet nieświadome, to tym bardziej odkrywcze. Przodkowie Rokity przecież także wydeptywali kiedyś zupełnie nowe ścieżki. Podobnie jak on sam – obecnie.

 

Z. Rokita, Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2020.

 Kajś

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jacek Borkowicz, Przepis na dzisiejszego Ślązaka, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 82

Przypisy

    Powiązane artykuły