18.02.2021

Nowy Napis Co Tydzień #088 / Pankowski – reaktywacja, czyli na początku była poezja

A więc jednak! – chciałoby się zakrzyknąć po lekturze wydanej w grudniu 2020 roku książki Doroty Walczak-Delanois zatytułowanej Poetyckie podwojenie. Marian Pankowski – polski poeta języka francuskiego. A więc jednak był Pankowski prawdziwym poetą! Nie tylko „poetą prozy”, jak go czasami zwała krytyka literacka. I nie tylko dlatego, że zaświadcza o jego poetyckim etapie twórczości każde bibliograficzne zestawienie. Nie: tego prozaika i dramatopisarza należy zacząć traktować również jak równoprawnego artystycznie autora poezji.

Ze statystycznego punktu widzenia, zważywszy zwłaszcza na ogrom pozostałych dokonań literackich Pankowskiego (osiemnaście sztuk teatralnych oraz dwadzieścia tomów prozatorskich w kraju i dziesięć na emigracji, nie licząc utworów rozproszonych), rzeczywiście trudno uznać poetycki dorobek pisarza za imponujący. Pamiętajmy jednak, że przecież to właśnie od liryki ten sanocki młody poeta zaczynał, debiutując w 1938 roku wierszem Czytanie w zieleni we lwowskim periodyku społeczno-kulturalnym „Sygnały”. Do czasu wybuchu wojny drukował wiersze w prasie („Gazeta Polska”, poznańska „Kultura”, katowickie pismo „Fantana”, krakowski miesięcznik „Nad Wyraz” Koła Polonistów UJ), natomiast już po wyzwoleniu – które zastało go w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen – osiadł w Belgii i niemalże natychmiast zaczął publikować tomiki poezji. Najpierw te polskojęzyczne: Pieśni pompejańskie (1946), Wiersze alpejskie (1947) i Podpłomyki (1951), wszystkie wydane w Brukseli. Zarazem w tym samym roku, w którym wyszedł ostatni z wymienionych zbiorów, Pankowski wydrukował pierwszy tomik francuskojęzyczny Couleur de jeune mélèze. Drugi pojawił się po kilku latach (Poignée du présent, 1954), ale – inaczej niż poprzednie – tym razem już w Paryżu. I z oryginalnych wydawnictw poetyckich to właściwie wszystko, jeśli nie liczyć pojedynczych utworów rozproszonych w prasie oraz pisanego niedługo po wojnie cyklu wierszyków dziecięcych Bajki dla Marty, który w Polsce wyszedł ze zecydowanie za dużym opóźnieniem, bo dopiero w 1986 roku. Kilka innych opublikowanych tomików lirycznych Pankowskiego to już tylko krajowe wybory utworów z tych wydawanych w pierwszej powojennej dekadzie na Zachodzie: Sto mil przed brzegiem (Warszawa 1958), Zielnik złotych śniegów (Lublin 1993) i Moje słowo prowincjonalne(Sanok 1998).

Z tego chronologicznego zestawienia wyraźnie wynika, że w połowie lat pięćdziesiątych XX stulecia pisarz wziął rozbrat z poezją, a przyczyn tego było kilka. Jak sugerowali krytycy, mniej więcej w tym czasie zakończył się u Pankowskiego etap krystalizacji języka artystycznego”. Wojciech Ligęza – uważający Podpłomyki za summę poetyckich doświadczeń tego pisarza – stwierdzał, iż utrwalała się wtedy u Pankowskiego „przenikliwość widzenia, ustala[ła] pewność używanych środków poetyckich”. Z kolei Jan Wolski wskazywał, że pisarz żyjący w XX wieku, gdy „największej kompromitacji uległa wyobraźnia”, nie odnajdował sensu ani w historii, ani w rozumie; pewną rekompensatą mogła być dlań najwyżej natura, lecz nie ta kojarzona z klasycznym pięknem, a raczej wprowadzona jako kontrpropozycja dla dziedzictwa uładzonej kultury, zatem odrzucająca zbyt „subtelne środki wyrazu” i „erudycję”, gdyż polityka „pozbawia język szlachetności”. Chyba jednak należałoby przed wszystkim wsłuchać się w wypowiedzi samego zainteresowanego, który – indagowany po latach w sprawie przyczyn odejścia od twórczości poetyckiej – oznajmił zaskakująco szczerze w wywiadzie rzece: „Być może dlatego, że mojej liryki w Polsce i na emigracji nie zauważono?”. Bardzo też szybko i dość autoironicznie odciął się swojego dotychczasowego dorobku, kiedy to już w wydanej w 1959 roku powieści Matuga idzie. Przygody wpisał samemu sobie dedykację: „Maniusiowi Pankowskiemu, autorowi lirycznych wierszy poświęcam”. Zdrobnienie własnego imienia miało pomóc w zdystansowaniu się od dawnego ja-poety i niejako w stworzeniu się na nowo w kolejnym wariancie artysty: tym razem już prozaika i dramaturga. Nie pomogła też krytyce literackiej ostra samoocena wystawiona sobie przez Pankowskiego po latach, gdy nazwał on dawny poetycki dorobek „liryką miękką, sanocką, powiedzmy: ornitologiczno-botaniczną”.

Wszystko to sprzyjało traktowaniu jego wierszy po macoszemu; przez długie lata krytyka literacka widziała w nich po prostu juwenilia, traktowane – pisze autorka omawianej tu książki – „jako preludium do reszty twórczości”. Pośród monografistów dorobku Pankowskiego jedynie Stanisław Barć postawił na równej szali wszystkie trzy eksplorowane przez pisarza obszary literackie: poezję, prozę i dramat, jednak było to już 30 lat temu, a od tamtej pory „nastąpiło milczenie”, jak to określa Dorota Walczak-Delanois. Może to słowa przesadzone, bo i rzeczona autorka, i inni literaturoznawcy odnosili się czasem w swoich tekstach do twórczości poetyckiej Pankowskiego; jest jednak faktem, że osobna monografia poświęcona specjalnie temu zagadnieniu przez dekady nie powstała. Aż do teraz.

Książkę Poetyckie podwojenie wydano w podwójnej, polsko-francuskiej wersji językowej. To zrozumiałe nie tylko dlatego, że autorka jest profesorką na brukselskim Wolnym Uniwersytecie, gdzie kieruje katedrą polonistyczną. Przede wszystkim taki zabieg zdecydowanie poszerza krąg odbiorców, a trzeba mieć na uwadze, że w Belgii Marian Pankowski wciąż jeszcze bywa pamiętany jako ważny animator działań propagujących przede wszystkim poezję. Już na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku wszedł w tamtejsze środowisko artystyczne, czynnie uczestnicząc w organizowaniu Biennale Poetyckiego w Knokke czy pracując w redakcji „Journal des Poètes”, w którym to piśmie zamieszczał krótkie teksty publicystyczne o polskiej poezji. Wiele zresztą polskich poetyckich utworów tłumaczył w owym czasie na francuski, doprowadzając w końcu do przygotowania monograficznego numeru wspomnianego „Journal”: zamieścił w nim własne przekłady starszego i młodszego pokolenia dwudziestowiecznych poetów. Ów numer specjalny z 1957 roku był niejako „rozbiegówką” do wydania przez pisarza cztery lata później francuskojęzycznej antologii polskiej poezji polskiej od XV do XX wieku (od Lamentu świętokrzyskiego po wiersze Miłosza). Z kolei w dowód uznania tej publikacji środowisko paryskiej „Kultury” zaprosiło Pankowskiego do prac nad inną antologią polskiej poezji, która – pod redakcją Konstantego Jeleńskiego – wyszła w roku 1965 i w której pisarz figurował już nie tylko jako tłumacz, ale i autor kilku wierszy.

O tym wszystkim przypomina Dorota Walczak, ugruntowując przekonanie, iż przynajmniej przez kilkanaście powojennych lat Pankowski był w Belgii przede wszystkim znanym i uznanym lirykiem oraz tłumaczem poezji. Wydaje się, że jego miejsce nie byłoby tak znaczące w kręgu ówczesnych artystów Walonii i częściowo Flandrii, gdyby poprzestawał tylko na przekładaniu wierszy innych autorów; znamienne, że sam – stając się poetą, a przy tym będąc znakomicie rozwijającym się literaturoznawcą – potrafił w stosunkowo krótkim czasie zaistnieć w środowisku twórców i miłośników poezji swojej nowej, przybranej ojczyzny.

Rzecz jasna, autorka monografii nie ogranicza się do szczegółowego nakreślenia tła biograficzno-zawodowego Pankowskiego; w swoim zasadniczym tekście uważnie przygląda się kolejnym tomikom poezji sanocko-brukselskiego pisarza, dokonując rewizji i zarazem usystematyzowania zarówno problematyki, jak i kwestii formalnych. Dowodzi, że właściwie już wczesne teksty Pankowskiego poświadczają, jak wnikliwym był on obserwatorem świata i jak wielką wykazywał się wrażliwością estetyczną, mimo zachowania pewnej poetyckiej powściągliwości, którą Dorota Walczak kojarzy z awangardowym „wstydem uczuć”. Oczywiście widać też u niego powinowactwa ze skamandrytami: zwłaszcza w melodii i umiłowaniu rymu czy lirycznym obrazowaniu. A, co najważniejsze, już w tym wczesnym etapie objawia on swój talent w nazewnictwie, niczym „demiurg nadający fragmentom świata przedstawionego na nowo własne imiona”.

Dwa pierwsze polskojęzyczne tomiki Pankowskiego, wydane w małym nakładzie i rozprowadzane poprzez subskrypcję, przeszły w momencie publikacji niemal bez echa. To niejedyna ich cecha wspólna: monografistka wyodrębnia w obu po trzy obszary tematyczne (podmiot liryczny wobec teatrum świata, sfery zmysłowej miłości i przyrody), zwraca uwagę na ulubione odtąd autorskie tropy i figury poetyckie, a wreszcie na kunsztowne odmiany metrum i regularne rymy. Zdaniem Doroty Walczak, o ile Pieśni pompejańskie były jeszcze dość patetyczne, pełne buntu i „wykrzyczanego żalu”, późniejsze ledwie o rok Wiersze alpejskie przynoszą uspokojenie i wydają się już znacznie dojrzalszym spojrzeniem na świat; widać w nich większą swobodę i precyzję obrazowania, staranność dobieranych metafor i przemyślaną kolorystykę. Opinia ta jest oczywiście poparta licznymi przykładami – autorka opracowania przyjęła w nim metodę „bliskiej lektury”, daje zatem czytelnikowi pewność, że jej stwierdzenia nie są li tylko chwytliwymi określeniami literaturoznawczymi. O tym, jak głęboko Walczak-Delanois wchodzi w uniwersum wyobraźni i prywatnego doświadczenia Pankowskiego, świadczy jej analiza ostatniego z polskojęzycznych tomików: wszak w Podpłomykach – szczególnie związanych z rodzinną ziemią sanocką – artysta chyba najmocniej opierał świat przedstawiony na micie osobistym wyrosłym z pamięci; wymaga to od badacza przedarcia się przez detaliczne trudności kolorytu lokalnego i idiomów językowo-kulturowych. Brukselskiej profesorce udaje się to bez trudu; widać tu efekt nie tylko jej literaturoznawczej pracy, ale i podróży „do źródeł”, która przyniosła autorce imponującą znajomość i zrozumienie genius loci pisarza – przecież nie tylko miejsca, minionego czasu i ludzi, lecz także, i nade wszystko, tamtejszej mowy. Uważna monografistka potrafi też z poetyckich szczegółów tego zbioru wyodrębnić zestaw literackich rekwizytów, które powrócą po latach u Pankowskiego w jego prozie i dramaturgii; to jeszcze jeden dowód potwierdzający, że ten pisarz potrafił płynnie poruszać się ponad granicami już nie tylko gatunków, ale i rodzajów literackich.

Jednak za największą poznawczą wartość w omawianej książce należy uznać fakt, że szczególne miejsce literaturoznawczyni poświęca dwóm francuskojęzycznym tomikom, które z wielu powodów stanowią pozycje szczególne w bibliografii Pankowskiego. Trzeba bowiem pamiętać, że poza tymi dwoma tomikami poetyckimi i opowiadaniem Bukenocie nigdy nie pisał on nic oryginalnie po francusku; tworzył zawsze w ojczystym języku, a dopiero potem przekładał teksty na francuski dzięki współpracy ze świetnymi tłumaczami, niejednokrotnie jego dawnymi studentami brukselskiej slawistyki, na której pracował.

Jak potem opowiadał, sięgnął po francuski z powodów ambicjonalnych – chciał zaistnieć jako twórca dwujęzyczny – ale i z przeświadczenia, że „ma sporo do powiedzenia”; przy tym jego wiersze pisane w języku obcym mogły być znacznie „śmielsze”. To ważna obserwacja, bo – w przeciwieństwie do działań podejmowanych w innych gatunkach literackich, słynących z realizowania jego programowej „rozróby w polszczyźnie” – akurat w obrębie liryki Pankowski pozostawał jednak zwykle raczej zachowawczy, co podkreśla Walczak-Delanois w swojej książce. Jak zauważa monografistka, to właśnie tylko we francuskojęzycznych publikacjach poetyckich mógł sobie pozwolić na większą swobodę, zwłaszcza wobec tematów cielesnych.

Mamy tu zatem sytuację wyjątkową, a dla czytelnika polskiego wręcz bezcenną: w Polsce, oprócz odbiorców znających francuski, oba wspomniane tomiki właściwie pozostawały dotąd nieznane. Nieznane – uściślijmy – jako wydawnictwa integralne, bo niektóre pochodzące z nich wiersze Pankowski napisał też po polsku, a w latach osiemdziesiątych na użytek Stanisława Barcia nawet przetłumaczył oba francuskojęzyczne zbiory; okazuje się jednak, że tak naprawdę nie były to przekłady, lecz właściwie rodzaj autorskiej „retranskrypcji”: Pankowski stosował czasem autocenzurę, poza tym zdarzało mu się redukować wersy, a niektóre utwory po prostu pominął. 

Dorota Walczak usuwa wreszcie białą plamę z kart historii polskiej literatury najnowszej, przeznaczając zasadniczą część swojego dyskursu na gruntowne omówienie obu wspomnianych zbiorów wierszy tak, jak wydano je kiedyś w oryginalnych, pełnych wersjach. Analizuje zatem tom Couleur de jeune mélèze (Kolor młodego modrzewia), przyglądając się wątkom biograficznym (robotnicze pochodzenie pisarza i jego żona Żydówka, której poświęcony jest ten zbiór), tytułowej symbolice, animizacji przyrody, erotyce czy roli pamięci o wciąż świeżych doświadczeniach wojny i Zagłady; idzie też śladem licznych tu tropów autotematycznych i odniesień intertekstualnych poety – od Homera i Horacego po Apollinaire’a. Równie wnikliwym spojrzeniem obejmuje też autorka tom następny Poignée du présent(tytuł tłumaczony jest przez monografistkę ekwiwalentem Uścisk teraźniejszości, ale pierwsze tytułowe słowo można w tym kontekście równie dobrze zrozumieć jako „garść”, co potwierdza zresztą później przekład owej tytułowej frazy w jednym z wierszy pochodzących z tegoż tomu). Tutaj zmysłowe opisy i erotyczne fantazje stają się jeszcze wyraźniejsze, a ich celem wydaje się, zdaniem Walczak-Delanois, estetyzacja – chęć „przywrócenia piękna ciału w poobozowym istnieniu”. Wiersze z tego zbioru, pełne paralelizmów, symetrii i wyszukanych metafor, budowane są w dużej mierze na kartezjańskim „flircie ze słowem”, a poeta często przyjmuje postawę twórcy porządkującego codzienną rzeczywistość.

To jednak nie wszystko: po tym interesującym, detalicznym wprowadzeniu (inter)tekstowym i omówieniu pierwszej recepcji obu tomików w Belgii, badaczka załącza pełne zestawy wierszy z obu zbiorów w oryginale i – równolegle – w swoim polskim przekładzie, dodatkowo zaopatrując każdy utwór notą. Nie było chyba dotąd w historii omówień twórczości Pankowskiego tak wyczerpującego opracowania, które łączyłoby głęboką myśl naukową z czymś w rodzaju antologii tekstów uzupełnionych o bibliograficzno-krytycznoliterackie komentarze, odsłaniające pełny kontekst powstania i odbioru kolejnych utworów.

W ostatniej dekadzie swojego życia Marian Pankowski stwierdził w jednym z prasowych wywiadów: „Odkąd zacząłem pisać wiersze, jedynym horyzontem mojego życia była i jest dziś, po 60 latach, poezja”. Czyli jednak uważał się zawsze – i może przede wszystkim? – za poetę! Dziś, gdy upływa właśnie dekada od jego śmierci, najwyższy czas, by to wreszcie jasno wyartykułować. Chyba i taka intencja przyświecała Dorocie Walczak-Delanois, gdy kończyła pracę nad swoją monografią – co prawda kolejną w bibliografii przedmiotowej pisarza, ale przecież zarazem pierwszą w całości poświęconą jego lirycznemu, wciąż odkrywanemu obliczu.

 

D. Walczak-Delanois, Poetyckie podwojenie. Marian Pankowski – polski poeta języka francuskiego / Dédoublement poétique. Marian Pankowski – poète polonais de langue française, Dom Wydawniczy ELIPSA, Warszawa 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tomasz Chomiszczak, Pankowski – reaktywacja, czyli na początku była poezja, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 88

Przypisy

    Powiązane artykuły