18.02.2021

Nowy Napis Co Tydzień #088 / Wielka eksplozja wolności

– Jednostka ludzka, czy też człowiek, jak wolicie, powinna mieć prawo do wolności.

I teoretycznie prawo ma, a wolna nie jest, bo jaką my tu mamy wolność skoro już dwudziesty pierwszy wiek rozsiadł się w kalendarzu, a ludzie, tak jak dawniej są niewolnikami przestarzałych zasad, niepotrzebnych konwenansów i tak dalej. Jednym słowem kołtun pomieszany z nowoczesnością, modlitewnik leżący obok komputera, niezawodna sąsiadka-swatka od niepamiętnych czasów przestrzegająca terminowego łączenia się w pary i z właściwą sobie pruderią czuwająca nad prokreacją. Żadne alarmujące wyliczenia urzędu statystycznego żebrzącego o nowych obywateli nie zastąpią działań swatki. Tam, gdzie państwo jest bezsilne, ona może bardzo dużo. Pora skończyć z jej panowaniem. Przecież my musimy szybko dostosować się do nowego, w przeciwnym razie zostaniemy w tyle, nieświadomi i ciemni z naszymi prowincjonalnymi zasadami, podczas gdy inni ruszą na podbój kosmosu. A moglibyśmy być w czołówce, gdybyśmy chociaż trochę się postarali. Cóż, kiedy ziemski czas człowieka nadal mija u nas w rytm ślubów, chrzcin i pogrzebów, tyle, że może fotografie z nich robi się już techniką cyfrową, no ale to niewiele znaczy, to jedynie blichtr nowoczesności, a pod spodem strach pomyśleć. Generalnie jest tak samo jak kiedyś – tłumaczył Szymek Ziarenko kilku kolegom zebranym na tarasie Klubu Młodzieżowego „Wiklina”, który już od roku działał w ich rodzinnym mieście.

Celem owej „Wikliny” miał być rozwój intelektualny miejscowej młodzieży oraz dorosłych, jeśliby tylko zechcieli.

Szymon, jako lokalny intelektualista czuł się do tego szczególnie powołany. Był człowiekiem wszechstronnie wykształconym. Humanistą. Ogółem zaliczył wiele lat uniwersytetu. Przez trzy lata studiował filozofię, przez dwa kolejne historię, dalsze trzy i pół roku spędził na socjologii i rok na psychologii. Zdawał też na sinologię i był wolnym słuchaczem na japonistyce. Wreszcie, kiedy już pierwszy włos na głowie zaczął mu siwieć skończył z nauką uznając ją za zajęcie niepoważne. Teraz postanowił ustabilizować się, oczywiście na miarę swojego wolnego ducha. Rozważał nawet możliwość założenia rodziny, ale po namyśle odłożył to na później. Nadeszła chwila, w której przede wszystkim chciał podzielić się zdobytą wiedzą z innymi, poprawić otoczenie, ulepszyć rodzinne miasto i trochę odświeżyć mu poglądy.

Tu jednak spotkało go rozczarowanie. Wprawdzie miasto wraz z okolicznymi gminami zazgrzytało pod naporem jego nowatorskich pomysłów, lecz nie ustąpiło.

– Co jest – warknął Szymon i ponowił atak. Niestety na próżno.

Dopiero wtedy poczuł, jak gorzki bywa los młodego intelektualisty.

– Oj ciężko to idzie, ciężko jak diabli – westchnął znużony.

Otoczenie najwyraźniej nie doceniało jego poświęcenia robiąc mu rozmaite psikusy, dlatego nie bardzo wiedział, od której strony zacząć go zmieniać. W końcu uznał, że w całości jest złe i wymaga przebudowania od podstaw, tak jak to już nieraz próbowali robić różni społecznicy. Jednak przemyślawszy sprawę doszedł do wniosku, że byłoby z tym za dużo pracy. W dodatku ludzie, jak na złość stawali się coraz bardziej praktyczni i duchowo leniwi. Na jego wystąpienie w sali kinowej domu kultury „Wiklina”, przyszło zaledwie kilka osób. Wprawdzie chwalono potem Szymona za talent oratorski wróżąc mu jednocześnie karierę komika, ale nic nie wskórał. Wtedy ostatecznie zniechęcił się do oświecania kogokolwiek i nawet poczuł z tego powodu ulgę, bo przecież robił co mógł.

Od tamtej pory często przesiadywał na tarasie „Wikliny” i mawiał do kolegów:

 – Do prawdziwej wolności ciągle nam daleko. Co ciekawsze, sami nakładamy sobie pęta na ręce i nogi, ale jednocześnie cieszymy się, że dają nam one prawo do pociągania za sznurki, którymi skrępowani są inni. Największa tragedia polega jednak na tym, że ów brak oddechu w ogóle nam nie przeszkadza. A pomyśleliście o tych wszystkich bzdurnych prawach, które nie służą niczemu, nawet porządkowi?

– Zwróć uwagę, że nie wszyscy ludzie osiągnęli dostatecznie wysoki poziom rozwoju intelektualnego, aby móc postawić granicę między dobrem, a złem? Dlatego właśnie te, jak to nazwałeś pęta nałożone przez społeczeństwo, najskuteczniej hamują ich nieokiełznany instynkt niszczenia i destrukcji – wtrącił jeden ze słuchaczy.

– To prawda – rzekł Szymon. – Kary za zbrodnie i wszelkie niebezpieczne dla innych zwyrodnienia ludzkiej osobowości być muszą, ale mnie chodzi o rzeczy, których nie zakazują żadne kodeksy, lecz których się nie robi, lub robi, wyłącznie dlatego, że kiedyś ludzie tak sobie postanowili, a nikt tego do tej pory nie odwołał w obawie przed popełnieniem świętokradztwa. Dlaczego? Bo bezwiednie pilnujemy, aby były przestrzegane z pokolenia na pokolenie. Moim zdaniem cała dotychczasowa odnowa obyczajów była zbyt płytka i należałoby ją gruntownie powtórzyć.

Szymon przekonywał, gestykulował, czasami w wirze dyskusji drapał się po kudłatej głowie.

  Szymciu, ty chyba trochę przesadzasz, przecież tu u nas już mało czego nie

wolno – zaprzeczył mu siedzący jak zwykle w rogu tarasu, z nie nabitą fajką w ręku IkaroDedalus, który już od wielu lat niestrudzenie odpędzał od siebie starość w jakiejkolwiek postaci by go ona nie nachodziła. Pamiętał doskonale czasy, kiedy nie było wolno i moment, kiedy zrobiło się wolno. Doświadczył na sobie rozmaitych rodzajów wolności. Nikt nie wiedział, jak naprawdę się nazywał, a i on sam miał kłopoty z wyartykułowaniem własnego nazwiska, tak przywykł do wydumanego imienia IkaroDedalus. Teraz mówił do zebranych monotonnym głosem:

– Przecież moje kochane lata sześćdziesiąte pokazały już, że wszystko jest dozwolone. Wtedy zabrzmiała nowa muzyka, dziewczyny pokazały nogi i jeszcze więcej, aktorzy parzyli się na ekranie przed milionami widzów, rodzice bywali podrzędnymi gośćmi na ślubach swoich dzieci, młodzież rozkwitła zupełnie nowym rodzajem dojrzewania, hamburgery wydały ostateczną wojnę konwenansom przy stole. I ty uważasz, że to mało? Jako weteran tamtych czasów niejedno dobrze pamiętam. Jestem ich żywą skamieliną. Człowieku, czy ty wiesz ile ja mam lat?! Mimo to moja narzeczona w dniu, w którym się pobieraliśmy dawno nie była dziewicą, a mówiąc bardziej malowniczym językiem naszych prababek, wianka nie miała. Nie przyszło ci do głowy, że człowiek w moim wieku zanim to wszystko nastąpiło, żył przykładnie i umierał godnie w bogatym, albo biednym łożu, otoczony dziećmi i wnukami, w towarzystwie księdza. A ja proszę, włos może mam siwy, ale trzymam się nie gorzej niż młodzież. Zawdzięczam to degrengoladzie zużytych obyczajów, które moje pokolenie wyrzuciło na śmietnik. Dlatego w tej sprawie nie masz już nic do zrobienia, bo my to zrobiliśmy za ciebie. Musisz wymyślić sobie coś innego.

– Chętnie bym cię otoczył wnukami, żebyś im opowiadał te bajki – odciął się Szymon. – Czy nie widzisz, że w naszym nie zreformowanym miasteczku uchodzisz za starego dziwaka? Nikt nie pochwala, ani ciebie, ani tego co robisz. Zrozum oni mają cię za nieudacznika, który bawi się w uczonego, marudzi i niczego w życiu nie osiągnął, począwszy od wnuków, a na samochodzie skończywszy, chociaż to dzięki takim jak ty, ich córki mogą dzisiaj przed ślubem przetestować w łóżku kilku narzeczonych i nikt nie ma im tego za złe. Oni jednak cię odrzucili, bo w gruncie rzeczy są zaskorupieni w swoim tradycjonalizmie. Jedyna rada, to wpłynąć na ich mentalność, zniszczyć ją i zbudować od nowa.

IkaroDedalus roześmiał się:

– Kiedy mnie zupełnie nie zależy na niczyjej opinii, dobrej czy złej, a już z pewnością nie zamierzam na nikogo wpływać. Przeciwnie, uważam że chęć wprowadzania zmian świadczyłaby o pretensjach, jakie mam o to, że nie chcą mnie uznać za swego – odpowiedział.

– Szymku – wtrącił drugi z kolegów – A kiedy ludzie tacy jak my, artyści, humaniści byli rozumiani przez ogół. Stanowimy grupę ze wszech miar elitarną, my ich nie rozumiemy oni nas nie rozumieją i cóż w tym dziwnego. Przecież tak było od zawsze.

Szymon jednak nie zamierzał rezygnować. Nie mógł zrozumieć, jak to się właściwie dzieje, że pewnego dnia fajni koledzy wkładają garnitury i zostają urzędnikami, że koleżanki, teraz już kobiety, spacerują oblepione dziećmi, a takie jeszcze młode, ładne. Nie pojmował dlaczego, żeby zostać uznanym za byt w pełni wartościowy, wypada wystąpić razem z szeregiem gadżetów. Szymon nie wątpił w logiczny bezsens takiego rodzaju bycia. Ale jego, Szymona byt, nie znalazł akceptacji wśród tamtych gadżetowych bytów, dlatego czuł żal i chęć odwetu już sam nie wiedział na kim.

– „Ludzie uwielbiają startować w zawodach o miano zwykłego człowieka, któremu przyznają puchar z napisem „normalny”. Chcą mieć dobrą opinię u równie normalnych sąsiadów, zorganizowaną pracę od godziny do godziny, niedziele dzielone między kościół a supermarket, chcą słyszeć wokół siebie dzień dobry, dobranoc, cześć i do jutra, wypowiadane różnymi głosami” – rozmyślał.

Szymon zawsze smutki tropił w piwie, dzięki czemu miał większą energię do działania. Cóż z tego, kiedy właśnie przez ten swój brak zwyczajności, nawet podrzędnej posady w „Wiklinie” nie dostał. Zapraszano go jedynie na gościnne występy.

 – No tak – mruczał do siebie pociągając kolejny łyk piwa – może to i lepiej. Nie będę się trudził. Człowiek nowatorski, niepospolity zawsze tak ma. Piwo zamroczyło go zupełnie. Koledzy drzemali obok, bo tak jak on stracili chęci do czegokolwiek.

– Co poradzić, prawdziwej inteligencji rola już skończona, a te jej rozwydrzone mutacje niczego przecież nie zrobią – bełkotał czując, że płytki tarasu usuwają mu się spod nóg i pędzą gdzieś przed siebie. – Żyjemy na antypodach życia. Do pieniędzy ludzie sami trafią, a czego innego nie potrzebują, a zwłaszcza nas. Po cóż im jesteśmy z naszymi wiecznymi wątpliwościami i cierpieniem. Już idą takie czasy, że prawdziwy inteligent, będzie całował ślady prawdziwego inteligenta. Biznes, przemysł. Psiakrew. Ale my się jeszcze odrodzimy, jeszcze sobie o nas przypomną, ci co teraz zapomnieli, jeszcze... Aaa zresztą precz i pociągnął następny łyk piwa. Kilka razy rozpaczliwie czknął i zapadł w słodką drzemkę na tarasie.

Ocknął się w nieoczekiwanych okolicznościach i nigdy nie był pewien, czy naprawdę odzyskał wtedy świadomość. Oto siedział z gazetą w ręku na środku największego w mieście ronda. Po szarej wstędze ulicy płynęły samochody, rowery, hulajnogi. Otaczała go świeża zieleń trawnika i miły zapach kwiatów wysadzonych na klombach. Wyciągnął rękę, żeby zerwać chociaż jeden, gdy nagle na jego krzesło runęło prosto w trawę. Wstawał z trudem usiłując cokolwiek zrozumieć. Rozejrzał się bezradnie dookoła i spostrzegł obok jakąś rodzinę, która najwyraźniej zażywała tutaj słonecznej kąpieli. Byli w znakomitych humorach.

Szymon odrzucił gazetę, przetarł oczy, spojrzał bezradnie przez sznur jadących pojazdów w stronę chodnika i znowu oniemiał. Po chodniku, ni stąd ni zowąd, szła młoda kobieta ubrana jedynie w kostium kąpielowy, a przez ramię miała przewieszoną elegancką, czarną torebkę.

– Co się dzieje – pomyślał – przecież w takim stroju nie wolno chodzić po ulicy. Albo wszystko stoi na głowie, albo piwo mi zaszkodziło.

Wstał i ostrożnie wymijając samochody, które zdawały się go wcale nie zauważać, przeszedł na drugą stronę jezdni. Podszedł do jakiegoś na wpół rozebranego mężczyzny, a raczej ubranego jedynie w krótkie spodenki i krawat. Nieznajomy trzymał w ręku dużą teczkę i najwyraźniej wracał z pracy.

– Co tu się dzieje? – zapytał go Szymon. Kto pana tak ubrał? Gdzie ja jestem? To miasto chyba oszalało. W każdym razie, któryś z nas na pewno jest wariatem.

– O co panu chodzi? – zdziwił się tamten.

– A chociażby o pański strój. Skąd pan wraca? Może z pracy? Bez koszuli, marynarki, bez porządnego ubrania? – atakował Szymon.

– Nie ma takiego obowiązku – wyjaśnił dziwak. – Już od kilku dni nie ma w naszym mieście wielu krępujących zwyczajów. Każdy jest wolny i może robić co mu się podoba. Czy pan o niczym nie słyszał? Otóż nasze miasto, jako jedno z pierwszych postanowiło przeprowadzić ważny eksperyment na skalę światową. Chodzi o to, żeby wyeliminować z życia mieszkańców przestarzałe zasady, które krępują inicjatywę jednostek. Jak się wszystko uda, będziemy najszczęśliwszą społecznością na całym globie i wszyscy będą z nas brali przykład. Czy to nie cudowne?

Szymon nic nie odpowiedział. Poszedł dalej w nadziei, że może spotkany mężczyzna był po prostu idiotą. Ale nie, nic na to nie wskazywało. Po drodze mijał ludzi, z których jedni byli zupełnie rozebrani, a inni zupełnie ubrani. Ponadto przeplatały się ze sobą stroje w stylu bardzo odległego retro, z takimi, które wybiegały pomysłem w bardzo daleką przyszłość. Wszędzie panował ścisk i nieopisany zamęt.

Wprowadzano pomysły biorące początek w rozmaitych głowach. Stare zasady niechętnie ustępowały miejsca nowym, a każdy jak umiał starał się urządzić się w tym co nastało. W rynku Szymon trafił na orgię. Obok, wymachując transparentami wznosiła okrzyki dezaprobaty grupa rozpuście przeciwna. Kilka metrów dalej, ktoś chciał zorganizować koncert muzyki jazzowej, ale dźwięki ginęły w niemożliwym hałasie.

Szymon miał dosyć: – „Co oni robią z cudownego daru wolności? – zapytał sam siebie. – Dlaczego policja nie reaguje, a nawet nikt policji nie wzywa? Już wiem, trzeba po księdza, może on ich jakoś opamięta, piekłem postraszy, albo czymś innym. Nigdy nie byłem specjalnie religijny, ale teraz to ostatnia deska ratunku”. Truchtem poleciał na plebanię. Tam też już stało sporo osób. Jedni byli zgorszeni tym co się działo, inni przyszli załatwić swoje sprawy. Ktoś krzyczał w tłumie:

– Niech będą jakiekolwiek zasady, złe, czy dobre byleby jakieś były, inaczej zginiemy w tym bałaganie. Eksperymentów im się zachciało.

– Trzeba coś zrobić, trzeba to jakoś ukrócić – zawtórował mu ktoś inny.

– Dlatego do księdza chodźmy szybciutko, niech działa, w końcu ma autorytet – wołał podniecony Szymon, aż sam siebie nie poznał z tymi poglądami.

– Panie, nikt tu niczego nie ukróci. Eksperyment już dotarł na plebanię. Księdza nic nie obchodzi. Ja od tygodnia babki nie mogę pochować po chrześcijańsku – powiedział stojący obok mężczyzna. – Mówię księdzu, żeby pochował, bo tak wypada. Babka w końcu była pobożna, stale w kościele przesiadywała, pacierze klepała w intencji całej rodziny, a on mi odpowiada, że ma to w nosie, bo też zamierza użyć życia. Tak powiedział. Zresztą przy takim bezprawiu trudno, żeby był inny. Diabeł w niego wstąpił.

– Ale ksiądz – podjął Szymon – ksiądz właśnie powinien być ponad wszystkim, on przecież podlega wyższej instancji, reprezentuje Boga, świętość...

– Jak on już czego innego posmakował, to myśli pan, że się wyższej instancji przestraszy. Nic z tego. Teraz właśnie uczy się tańczyć. Powiedział, że zanim go rodzice oddali na księdza, chciał być tancerzem – wyjaśniał Szymonowi jego rozmówca.

– Przecież – zauważył Szymon – w naszych czasach nikt nikogo na księdza nie oddaje. Pewnie sam chciał, a teraz nie pamięta.

– No, to prawda, ale opowiadał, że w domu było ich pięcioro, a rodzice tylko dwójce starszych mogli zapewnić przyzwoite, ekonomiczne wykształcenie. Reszta musiała sama o sobie pomyśleć, dlatego poczuł się na księdza oddany, no i w dodatku chciał zaprotestować przeciwko temu, co akurat było wtedy modne. Rozumie pan, paskudna konsumpcja. I tak jakoś został księdzem.

– I po diabła, kiedy powołania nie miał – wrzasnął oburzony Szymon.

Zniechęcony poszedł szukać pomocy gdzie indziej. Żeby wszyscy na pewno wiedzieli czego szuka, wyrwał jakiś przydrożny „zakaz wjazdu” i wypisał na nim świeżym błotem: „Pomocy natychmiast potrzebuję”. Nikt jednak na jego prośbę nie reagował, toteż cisnął wreszcie napis w krzaki i włożywszy ręce do kieszeni pomaszerował dalej. Nie mógł zrozumieć, co właściwie tych ludzi opętało.

– Jaka to wolność, kiedy już z urzędu wszystko wolno – dziwił się. – Wolność najlepiej widać tam, gdzie ma ona wyraźne granice, wtedy wiadomo czego w jej imię się domagać, a teraz co? Moja wspaniała idea straciła sens, przyćmiona przez miejskich urzędników, jak gdyby oni nie byli stworzeni do ograniczania wolności, a ja do walczenia o nią. Zawsze tak było i było dobrze, aż komuś zachciało się naruszyć odwieczny porządek rzeczy. I zostałem bezideowcem.

Miasto ogarnął geniusz nieładu. Tymczasem statystyczny obywatel, jak mógł najlepiej zagospodarowywał się w nadmiarze wolności. Powstawały pierwsze mini – państewka, niektórzy w niewielkich grupkach zdezorientowani stali na ulicy zastanawiając się, co ze sobą począć. Ktoś wszedł na kupkę zwalonych desek i usiłował przemawiać. Krzyczał, gestykulował rękoma, ale nie mógł przekrzyczeć tłumu, więc dał sobie spokój.

Po kilku dniach stare zasady definitywnie wyszły z użycia, a spis nowych był dopiero w przygotowaniu. W dodatku prace nad nim niezmiernie się ślimaczyły. Mieszkańcy zgubili trop. Nikt nie wiedział czego przestrzegać, ani czego wymagać od innych. Między oswobodzonymi zaczęło dochodzić do niesnasek. Przy okazji stale ktoś wpadał na nowe pomysły wprowadzając jeszcze większy rozgardiasz. Organizatorom eksperymentu coraz mocniejsze ciarki chadzały po plecach, zaś z każdej strony miasta słychać było zatrważające wieści. W jednym z urzędów na przykład zaczęto hodować tygrysy, w kilku szkołach otworzono salony wróżb, na poczcie urządzono klub brydżowy, a w muzeum historycznym sekcję siatkówki miejscowego klubu sportowego. Szymon akurat był w pobliżu przeinaczonego muzeum, gdy złowił uchem fragment rozmowy przechodzącej obok pary.

– A więc nie jesteś o mnie zazdrosny – mówiła ona.

– Ależ posłuchaj mnie kruszynko, przecież to teraz nie ma żadnego znaczenia, czy jestem, czy nie jestem zazdrosny. Żyjemy w dobie wielkich przemian, kto wie, co z tego wyniknie. Nie można stale trzymać się jednej osoby, trzeba twórczo poszukiwać, starać się o...

– Jesteś podlec i krętacz. – przerwała mu dziewczyna. – Wiem, co to znaczy, nie zależy ci na mnie. Wolność uwolniła cię ode mnie.

– Głupstwa pleciesz kochanie. Tłumaczę ci tylko, że nie można myśleć po staremu, gdy nadchodzi nowe. Jesteś tradycjonalistką, nie rozumiesz doniosłości zmian, jakie zachodzą na twoich oczach – przekonywał chłopak.

– Nic nowego mi nie mówisz, mężczyźni zawsze w taki sposób oszukiwali kobiety. Nie chcę cię więcej widzieć. Wynoś się – krzyknęła i szybko skręciła w boczną uliczkę. On stał dłuższy czas zdezorientowany nie wiedząc, w którą stronę pójść.

– Katastrofa – westchnął Szymek... i zamyślił się nad perspektywami rodzinnego miasta. Mówił sam do siebie, gestykulował i sam sobie udzielał rad i przestróg. Nikt na niego nie zwracał uwagi.

– No proszę – ocknął się z zamyślenia. – To szaleństwo ma jednak dobre strony, w przeciwnym razie uznano by mnie za wariata.

Mijali go ludzie zajęci sobą, mijały rozszalałe nastolatki, widział też grupki narzekających i rozkładających ręce. Na rogu ulicy wpadł na niego Gucio, kolega od kawiarnianych dyskusji.

– Jak się masz, dokąd tak pędzisz? – zaczepił go Szymon.

– Mam świetny pomysł, muszę go szybko zapisać, może się spodoba – odpowiedział tamten.

– Komu? – zapytał zdziwiony Szymon.

– Wszystkim – wzruszył ramionami Gucio. – Otóż widzisz co się dzieje wkoło: bałagan, brak zasad i tak dalej, słowem każdy robi co chce, wymyśla swoje i nawet jest to zabawne, ale nie można na tym poprzestać, bo swoboda może się ludziom zbyt prędko znudzić. Już słyszałem w mieście głosy wzbudzające mój niepokój, a przecież obecna rzeczywistość jest prawie doskonała. Nikt i nic cię nie krępuje. Szymku, nareszcie jesteśmy sobą. Ziściły się nasze marzenia.

Tu wyściskał Szymona jak druh druha, otarł łzy radości i mówił dalej.

– Otóż ja chciałbym pójść jeszcze dalej. Pragnę stworzyć dzieło sztuki tak skandalizujące, jakiego jeszcze nikt nie stworzył. Niech zobaczą, że prawdziwa wolność nie ma granic, jak prosta, która nie ma końca. Rozumiesz!

– Wątpię czy ci się uda – odpowiedział Szymon. – Jeśli nie zdążyłeś stworzyć takiego dzieła do tej pory, przepadło. A swoją drogą prekursorzy w dziedzinie skandalizowania mieli nieporównywalnie łatwiej niż my. W połowie tak się nie napracowali, a pamięć o nich trwa. Mówię ci, kołtuństwo mimochodem wypromowało niejednego artystę, a teraz co nam pozostało? My nie mamy czym zaskoczyć, bo skutecznie zaskoczono już przed nami. Zresztą przyznasz, że trudno by nam było zrobić jeszcze większy skandal, niż ten, którego jesteśmy świadkami. – rzekł Szymon.

Gucio milczał przez chwilę, ale szybko odzyskał wenę.

– E tam, szkoda czasu na gadanie. Ja jednak spróbuję. Cześć – krzyknął Szymonowi i popędził przed siebie. Szymon dla zasady powędrował w przeciwnym kierunku.

– „Zabawne, wśród tego wszechogarniającego postępu stałem się przestarzały” – pomyślał.

Ogarnęła go melancholia, poczuł się bezsilny. W swej gorączkowej niemocy cedził słowa: świat, ludzie, tragiczne istnienie, otchłań, ból, cierpienie. Z tych bezładnie rzucanych wyrazów zrymował w rezultacie wiersz o boleściach dnia codziennego. Potem zmęczony usiadł na jakimś murku. Rozejrzał się dookoła i oniemiał.

Na bramie jednego z ogrodów zobaczył olbrzymi napis: „Państwo Kowalskich”. Myślał, że się pomylił, on lub tamci, bo powinno raczej być napisane: „Państwo Kowalscy”. Ale nie, napis najwyraźniej ogłaszał stan faktyczny. Podszedł bliżej. Teraz dopiero zauważył umieszczoną obok tablicę z „Konstytucją Państwa Kowalskich”. Ten dziesięciopunktowy tekst zaczynał się od słowa bałagan, a kończył słowem porządek. W trakcie była jeszcze mowa o dziedziczeniu tronu, oraz o karach i obowiązkach nałożonych na poddanych. Szymon zajrzał przez płot. W otwartym oknie zobaczył duży pokój Janiny i Stanisława Kowalskich, który teraz pełnił rolę czegoś w rodzaju sali tronowej. Na podwyższeniu siedział Stanisław Kowalski we własnej osobie, niegdyś skromny pracownik poczty, teraz najwyraźniej monarcha. Z wysokości swego fotela wydawał rozkazy. Uwijała się wokół niego Kowalska i inni członkowie rodziny, a nawet niektórzy sąsiedzi, bo do „Państwa Kowalskich” przyłączyło się razem ze swoim terytorium (dawniej zwanym posesjami lub ogrodami) kilka okolicznych rodzin. Sądząc z min i gestów podwładnych, rządy Kowalskiego do najlżejszych nie należały. Kowalski zawsze lubił się szarogęsić, a jako monarcha przeszedł samego siebie.

Od jednego z poddanych Kowalskiego, Szymon dowiedział się, że Kowalscy wraz z sąsiadami, zgorszeni panującym w mieście nieładem, postanowili stworzyć własne wzorowe państewko, w którym nie tylko odżyją stare zwyczaje, ale zostaną jeszcze ulepszone. Zaś sam Kowalski, jako jednostka wyjątkowo solidna, a obecnie wyniesiona na tron, będzie gwarantem ich przestrzegania.

Sąsiedzi chętnie się zgodzili, mimo oczywistego despotyzmu jego wysokości, gdyż uznali, że najtwardsze zasady są lepsze niż ich zupełny brak. Poddany wyznał też Szymonowi w wielkiej tajemnicy, że mają już jednego więźnia politycznego. Jest nim niejaki Gustaw Policzko, wielki burzyciel porządku, związany z nieistniejącym już klubem „Wiklina”, z którego złe obyczaje w miasto płynęły. Otóż ów Gustaw P. jest wyjątkowo podłą kreaturą, gdyż nie dalej jak pół godziny temu usiłował w „Państwie Kowalskich” wzniecić rewolucję przeciwko prawowicie sprawowanej władzy jego wysokości Stanisława Zdzisława Kowalskiego i jej wysokości Janiny Jadwigi Kowalskiej. Wspomniany gorszył poddanych i bluźnierczo godził w konstytucję monarchii.

– Jak to, Kowalski reżim wprowadza?! – krzyknął podirytowany Szymon. – Niech wraca na pocztę, gdzie jego miejsce, a nie rebelie w mieście będzie urządzał.

– Oj obywatelu, niech pan lepiej uważa na swoje słowa, bo mogą się nie spodobać naszemu władcy. On ma wszędzie szpiegów, no i wiernych poddanych, takich, jak ja. W każdej chwili mogę pana zadenuncjować, ale tym razem tego nie zrobię. Niech pan wie, że król Kowalski nie jest żadnym tyranem, lecz monarchą dobrym i sprawiedliwym. Zresztą teraz nasze państwo szykuje się do swojej pierwszej wojny z „Państwem Malinowskich”, wie pan, tego Malinowskiego, co to przy Zielonej mieszka, a jego żona sklep z konfekcją damską prowadziła zanim królową została. Szanujące się państwo musi prowadzić wojny, podbijać nowe ziemie, no i mieć swój aparat bezpieczeństwa. Na razie się organizujemy, ale wkrótce wszystko zadziała na medal. I na samą myśl o tym zatarł ręce.

– Kowalski chyba bajek się naczytał, albo innej niepotrzebnej lektury – zauważył Szymon.

– To prawda, jego wysokość dużo czyta i nam objaśnia, gdy rozumiemy inaczej drukowane słowa. Ma światły umysł, poprowadzi nas do zwycięstwa – dodał poddany i odszedł, bo sądząc z odgłosów władca już się niecierpliwił.

Szymek opuścił terytorium niegościnnego państwa, by kilka minut później stanąć przed kolejnym parkanem, na którym widniał napis: „Republika Pawlaków”.

Z wrażenia zachwiał się na nogach.

– Ustrój mamy wprawdzie demokratyczny, ale pijaków nie tolerujemy – odezwał się jakiś głos. Był to strażnik stojący tuż przy bramie.

– „Warta Pawlaków” – pomyślał Szymon.

– Jest pan aresztowany za zakłócanie porządku publicznego. Proszę za mną – rzekł strażnik.

Szymon rozpoznał w nim młodszego syna Pawlaków.

– Odczep się smarkaczu – krzyknął. – Ja cię nauczę szacunku dla starszych i już podniósł rękę, by go uderzyć, ale w tej samej chwili zagrodziła mu drogę gwardia „Republiki Pawlaków” i poprowadziła, jak się okazało, prosto przed oblicze prezydenta Pawlaka. Rząd pawlakowego państwa dopiero się formował, a kandydat na premiera wyciągał jakieś graty z piwnicy przygotowując ją do pierwszych obrad parlamentu. Pawlak siedząc w skórzanym fotelu z luksusowego kompletu wypoczynkowego „Floryda”, kupionego jeszcze za starych porządków, na raty, w sklepie meblowym ”Ewelina”, minę miał bardzo uroczystą. Natychmiast zaatakował Szymona dłuższą mową z pogróżkami. Zarzucił mu nieróbstwo, przesiadywanie w „Wiklinie” z jemu podobnymi próżniakami, pijaństwo, a nawet skłonność do bijatyk. Groził mu palcem, wymachiwał pięścią... Winy swoje mógł Szymon zmazać jedynie zostając agentem „Republiki Pawlaków”. Głównym celem jego działań specjalnych miało być wybadanie sytuacji we wrogiej pawlakowemu państwu „Rzeczpospolitej Ambroziaków” oraz informowanie Pawlaka o nastrojach ulicy.

Tymczasem rozdrobnienie dzielnicowe w miasteczku postępowało chyżo. Na każdym kroku roiło się od królów, książąt, prezydentów, premierów i ministrów. Zaniosło się też na liczne konflikty zbrojne i etniczne.

W rynku panowała jeszcze względna wolność, jednak z każdej strony szykowano na nią atak. Czyj będzie rynek? – to najważniejsze pytanie, jakie stawiano w lokalnej prasie.

Szymon bezradnie rozglądał się dookoła, jakby po raz pierwszy widział kamienice, wśród których dorastał. Nagle ktoś za nim krzyknął:

– Bierz się do pracy, bo cię aresztuję!

No tak. Imperium Pawlaków dało o sobie znać. Przecież zgodzono go jako tajnego agenta, a on pochłonięty myślami zupełnie o tym zapomniał.

– Marsz – usłyszał znowu tuż nad uchem. Obejrzał się. Za jego plecami stał pan Klekociński, kiedyś nijaki, cichy, o którym nie dało się w zasadzie nic powiedzieć poza tym, że pracował, jadł, spał, miał dom, kłaniał się sąsiadom i chętnie każdemu przytakiwał. Teraz jak widać wyrósł na potęgę. Czasy mu sprzyjały, a władza uskrzydlała, bo Pawlakowie darząc Klekocińskiego niezrozumiałym szacunkiem, mianowali go pierwszym ministrem swojego państewka.

– Szymon chcąc zejść natrętowi z oczu, pospiesznie wmieszał się w pierwszą spotkaną grupkę ludzi. Trafił akurat w sam środek awantury. Każdy z zebranych krzyczał co innego, z czego zrozumieć można było jedynie pojedyncze słowa, rzadziej fragmenty zdań. Ludzie popychali się wzajemnie i przeciągali na różne strony. Niespodziewanie na plan pierwszy wysunęła się Julia, plastyczka z domu kultury. Ubrana w długą, powłóczystą suknię, w której przypominała wieszczkę, wskoczyła na drewnianą skrzynkę po warzywach, uniosła ręce do góry i zaczęła przemawiać:

– Władzę trzeba oddać ludziom światłym, ludziom o wyższej umysłowości, takim którzy potrafią odróżnić dobro od zła i będą rządzili nie przemocą, lecz rozumem. Pamiętajcie, marna władza, to marne prawa. Już wielki filozof Platon głosił, że rządzić powinni mędrcy. Wy jesteście zbyt ułomni, a wasze umysły produkują jedynie banały, dlatego... Dalsze jej słowa zakłóciły gwizdy i krzyki.

– Bredzi! Władza należy się ludziom praktycznym, takim którzy nie bujają w obłokach, lecz wiedzą czego ludziom do szczęścia potrzeba. – To pan Klekociński podzielił się swoim światopoglądem z zebranymi, a tak się srożył i machał rękoma, aż wszyscy ucichli. On zaś widząc, że pierwsze zdania zupełnie gładko mu poszły, poczuł w sobie przypływ odwagi. Roztaczał więc w imieniu Pawlaków wizje dobrobytu, tłumaczył, jak do niego się dochodzi prostymi drogami, mówił jakie dobra i między kogo zostaną rozdzielone w państwie, w którym ma zaszczyt być ministrem. Wspominał też o karności i porządku.

– W naszym państwie – tłumaczył – obywatele mają być do siebie podobni. Odmieńców i takich, co to za dużo filozofują, a za mało pracują, nie będziemy tolerowali. Inaczej dobrobytu i porządku nie będzie – zakończył przemówienie groźnie patrząc na zebranych.

Julię tłum prawie zdeptał, ale za to na skrzynię udało się wskoczyć ministrowi do spraw ładu i porządków ogólnych, we wrogiej Pawlakom „Rzeczypospolitej Ambroziaków”. Ten również obiecywał, że będzie zwyczajnie, tradycyjnie, bez szaleństw. Miarą ładu w mieście miały być wzorcowe zachowania statystycznego człowieka normalnego. Ambroziakowie ponadto, ustami swojego ministra niezwłocznie zobowiązali się zapewnić mieszkańcom niespotykaną dotąd stabilizację.

Program Ambroziaków, podobnie jak wcześniej program Pawlaków wydał się zebranym atrakcyjny, cóż z tego, kiedy takich zgromadzeń było w rynku i jego okolicach kilkanaście, a wszędzie krzyczano, obiecywano, zapewniano i hałaśliwie wygrażano przeciwnikom. Za najmniej popularny uchodził program stronnictwa Julii, toteż cała jej formacja postanowiła czym prędzej przejść wobec wszystkich do opozycji i stamtąd czuwać nad sytuacją.

Przeprowadzono wybory. Mniej więcej pół miasta dostało się pod berło Kowalskich, a po jednej czwartej przypadło Pawlakom i Ambroziakom. Mniejsze imperia poddały się zachowując jedynie minimum suwerenności. Od tej pory znikły z ulic miasta orgie, śmiech, szaleństwo wraz z całym wolnościowym bałaganem.

Kowalscy, Pawlakowie i Ambroziakowie wymagali od poddanych posłuszeństwa oraz niezachwianej lojalności. Każdy mieszkaniec dostał też od swego władcy obszerny spis dobrych zwyczajów do bezwzględnego stosowania. Dokument ów raz na zawsze porządkował w punktach wszystkie dziedziny życia.

Szymon przeżywał trudne chwile. W żadnym z państw, jako lekkoduch nie był mile widziany i nikt nie chciał wziąć go pod swoje opiekuńcze skrzydła. Został więc pozbawionym przydziału „wolnym obywatelem”, który nawet podatków nie miał komu płacić, co akurat wcale go nie martwiło.

Od tej pory błąkał się samotnie z jednego końca miasta na drugi usiłując znaleźć sobie miejsce. Któregoś razu o wczesnej, porannej godzinie spotkał na środku rynku kobietę, która uderzała młotkiem w ustawiony tam mosiężny gong.

– Co pani robi? – zapytał zdziwiony.

– Jak to co? – oburzyła się kobieta. – W naszym państwie, a jestem poddaną najmiłościwiej nam panującego króla Stanisława Zdzisława Kowalskiego, codziennie rano każdy ma obowiązek trzy razy uderzyć w gong, żeby powitać władcę, zawiadomić, że już nie śpi i zabiera się do pracy. Zresztą podobny zwyczaj wprowadzono u Pawlaków i Ambroziaków – wyjaśniła.

– A po cholerę tak robić, przecież to niemiłosiernie głupi zwyczaj, z którego nikt nie ma pożytku – zauważył Szymek.

– Może i głupi, ale jest. Przez takich jak ty, już dość mieliśmy zamętu – odpowiedziała patrząc ze złością na Szymona, a potem jeszcze głośniej uderzyła w gong. Było to niestety po raz czwarty. Ścierpła, przeżegnała się i jęknęła:

– Zrobiłam błąd w zwyczaju. Kowalski mi nie daruje. Spotka mnie coś złego. Oj, co za nieszczęście – lamentowała.

Ale nic złego jej nie spotkało, tylko kilku przechodniów zaczęło się śmiać, a potem jeszcze przez kilka dni pokazywano ją palcami. Ona zaś, żeby nie być pośmiewiskiem schodziła ludziom z oczu, aż wreszcie zamknęła się w domu udając chorą.

– Więc tak wygląda dobrowolne poddanie się terrorowi, a ja głupi chciałem ich kiedyś obdarować możliwością wyboru indywidualnej twarzy. Oni jednak woleli zbiorową maskę czując się pod nią bezpieczniej. Nie, nie mogę, chyba napiję się piwa. To miasto nie jest łaskawe dla trzeźwych – stwierdził Szymon i wszedł do pobliskiego sklepu. Poprosił o dwa piwa.

– Dzisiaj piwo!? – zapytała oburzona ekspedientka. – Piwo tylko w soboty sprzedajemy. Mało mu było rozpusty – sarkała.

Szymon wybiegł stamtąd przerażony. – Sytuacja wygląda gorzej niż przypuszczałem. Co ciekawsze wydaje mi się, że wszystkim poza mną jest w tym wieloreżimowym społeczeństwie dobrze. W takim razie, albo jestem wariatem, albo ostatnim żyjącym tu marzycielem.

Tymczasem w mieście odtrąbiono wojnę. To opozycja, do której i Julka należała przekształciła się w „Państwo Rozumnych Ludzi” i zamierzała przejąć władzę w rynku. Obiecywano lepsze prawa i sprawniejsze rządy, głośno wykrzykując mieszkańcom do głów, że te obecne są przestarzałe i nie pasują do nowoczesnego państwa.

– Czego można było się spodziewać po Kowalskim, Pawlaku czy Ambroziaku? – ludziach słabo wykształconych, nie obeznanych z wielką polityką. Dopiero stając po stronie profesora Maciupkiewicza, macie szansę uratować miasto przed upadkiem. On poprowadzi was ku nowoczesnej przyszłości. Z nim razem przepędzicie intruzów. Profesor Maciupkiewicz w swoim działaniu opiera się o umysły światłe, (chodziło o Julkę, Gucia, a częściowo nawet o IkaroDedalusa) i jest w stanie sprostać ambitnym wyzwaniom, przed którymi stoi nasze miasto. Poza tym ma olbrzymie zasługi dla nauki – grzmiał mówca wymieniając publikacje i organizacje naukowe, do których Maciupkiewicz należał, należy i zamierza należeć w przyszłości.

W rynku znowu zawrzało. Trzech dotychczasowych władców z minuty na minutę traciło popularność. Potężne armie uzbrojone w podręczne naczynia kuchenne, ruszyły naprzeciw siebie. Szczęk łamanych widelców, wyginanych łyżek i rzężenie niszczonych pokrywek od garnków złowieszczo roznosiło się po okolicy. Nieuzbrojeni mieszkańcy z przerażeniem zamknęli się w domach czekając na wyjaśnienie sytuacji, albo na koniec świata.

Wojny trwałyby jeszcze długo, gdyby nie ogłoszono końca eksperymentu. Jego organizatorzy stwierdzili, że się nie udał i zarządzili powrót starych porządków. Jednak eksperci oceniający skutki wolnościowej próby, uznali że mogła zakończyć się sukcesem, jeśliby nie zawiódł materiał ludzki. Ten niestety nie dotrzymał kroku szczytnej idei i popsuł wszystko uwalniając niekontrolowane emocje. Mało tego, zamiast radośnie korzystać z wolności, zaczął organizować się w przestarzały i dalece schematyczny sposób, czym ostatecznie ekspertów rozczarował.

Ale przywrócenie poprzedniego stanu rzeczy sprawiło organizatorom więcej kłopotów niż cały eksperyment. Mnóstwo wysiłku kosztowała bowiem detronizacja oraz resocjalizacja Kowalskiego, Ambroziaka, Pawlaka, światłego Maciupkiewicza razem z Julką, a także kilku mniej wpływowych monarchów, którzy w międzyczasie zdążyli zapewnić sobie dziedziczenie tronu i ani myśleli wracać do dawnych zajęć. Pokonano ich dopiero po wielu trudach i ściągnięciu posiłków z zewnątrz. Zdetronizowani władcy nie chcieli się jednak pogodzić z utratą tronów i foteli. Tym sposobem Kowalski jeszcze przez dłuższy czas urzędował na poczcie w koronie i purpurowym płaszczu, uszytym z aksamitnych zasłon Kowalskiej, a Ambroziak przechadzał się z berłem w dłoni po miejscowych zakładach przetwórstwa spożywczego, w których z powrotem rozpoczął pracę. Julkę zaś ledwo odratowano, gdyż duma kazała jej popełnić samobójstwo.

I znowu Szymon siedział ma na tarasie domu kultury „Wiklina” dyskutując o wolności, Gucio myślał poważnie o stworzeniu niezwykle skandalizującego dzieła sztuki, zaś IkaroDedalus drzemał w kącie, wrzucając od czasu do czasu jakieś pojedyncze zdanie do rozmowy. Życie w mieście ustabilizowało się, mieszkańcy postępowali zgodnie z oczekiwaniami Szymona, czyli zachowując jak największy stopień normalności, a on sam już nie wiedział, czy to co przeżył było prawdą, czy tylko koszmarnym snem.

(2001)

 

Opowiadanie ze zbioru Stracić głowę

Okładka książki

Wydawca: TORRUS

Warszawa 2002

ISBN 83-915348-2-0

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jolanta Cywińska, Wielka eksplozja wolności, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 88

Przypisy