04.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #090 / Już w innym wymiarze rozdaje rysografy

Niezwykły układ cyfr – dwudziesty pierwszy dzień pierwszego miesiąca dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku i śmierć Papcia Chmiela – te dwa zdarzenia strwożyły Warszawę, a kilkanaście minut po północy całą Polskę. Ta wiadomość – parafrazując jeden z akapitów Ziemi obiecanej – rozlała się w po całej sieci. Papcio umarł! Nikt nie chciał uwierzyć w tę śmierć. Przecież on zawsze był, od stu lat nieomal o nim mówiono, miał żyć wiecznie, on niepodzielnie nad polskim komiksem panował, jego talent olśniewał, ten tytan, ten geniusz, ten przeklinany za swe wybory i podziwiany, umarł! Trudno było uwierzyć w ten fakt tak prosty, w tę śmierć, która brała każdego z nich. Miliony postów. Tysiące notek i setki gazetowych artykułów. Tytus płaczący, Tytus sierotą. Dziesiątki elegijnych rysunków. Henryk Jerzy Chmielewski (1923–2021) nie żyje…

Dla polskiej popkultury, dla tej „kultury niższej” (której się nigdzie już chyba – poza paroma zakamarkami uniwersytetów – tak nie nazywa), dla czytelnika – od dzieci najmniejszych do osiemdziesięcioletnich nestorów, był niczym Mickiewicz ze Słowackim razem wzięci. Popularniejszy niż Henryk Sienkiewicz, sprzedając czterdzieści milionów swoich książek. Na świecie byłby krezusem, supergwiazdą rozchwytywaną przez Disneya do spółki z Warner Bros, kumplem z golfowego pola dla Jaya Leno i stałym gościem programów Oprah Winfrey. Gdyby tylko zamieszkał we Francji, każdy z jego albumów byłby literacką sensacją, a „Paris Match”, „Le Soir” z sąsiedniej Belgii, poświęcałyby mu nagłówki obok anonsów o premierowych książkach Michela Houellebecqa i Jeana-Marie le Clézio. Krytyczne analizy jego bohaterów i narracyjnych wątków stałyby się tematem poważnych telewizyjnych debat, a lekceważącą uwagę o jego twórczości oceniano by jako pocałunek śmierci złożony na czole recenzenta.

Dziesięć dni po tej śmierci – niespodziewanej – ukazał się drukiem ostatni z jego albumów – tym razem zwany żartobliwie przez autora „książeczką”: Tytus, Romek i A'Tomek pomagają księciu Mieszkowi ochrzcić z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani. Już ostatni z „historycznego cyklu”, w którym wcześniej bohaterowie występowali jako warszawscy powstańcy, w bitwie 1920 roku, pod Grunwaldem, szli na odsiecz Wiedniowi, walczyli w wojnie o niepodległość Ameryki, jako rycerze Bolesława Krzywoustego poznawali historię hymnu, obchodzili 100-lecie niepodległości, podróżowali Jedwabnym Szlakiem. Idąc z duchem i literą dzieła wielkiego artysty – tak całkiem przy okazji – trochę się wytłumaczę, że z Papciem Chmielem nic (poza zbieżnością nazwisk) rodzinnie mnie nie łączy, choć kilkanaście lat temu, podczas jedynej naszej rozmowy, podsunąłem pomysł, który mistrzowi się spodobał – pomysł o możliwym spotkaniu przed dwustu laty na (podwarszawskich wtedy jeszcze) Powązkach, w sentymentalnym ogrodzie książąt Czartoryskich, gdzie czytał swe wiersze Kniaźnin, dwóch naszych (lub chociaż jednego) mazowieckich praszczurów. Skąd brał się jednak ten fenomen „papciowy”? To kulturowe zjawisko trwające przez siedem dziesięcioleci.

Rysownikiem prasowym został w 1947 roku, dla „Świata Przygód” kontynuując amerykańską serię Sierżant King z królewskiej konnicy, ale dla czytelników stał się naprawdę ważny dziesięć lat później (zwracam uwagę znów na te magiczne cyferki), gdy na łamach „Świata Młodych” (22 października 1957 roku) pojawił się Tytus. Trzydzieści jeden kanonicznych komiksów i dziesięć albumów z „cyklu historycznego” wykreowały trójkę bohaterów – wraz z „uczłowieczającym” się szympansem dwóch harcerzy – Romka i A'Tomka, którzy stali się postaciami przebijającymi popularność Bolka i Lolka, Koziołka Matołka, Reksia czy komiksowych superherosów PRL: kapitanów Klossa i Żbika, a być może, ale tylko być może, dorównać im może para wojów z Mirmiłowa – Kajko i Kokosz, postaci nakreślone w komiksach Janusza Christy. Seria przygód wymyślonych i narysowanych przez Chmielewskiego (Papcia Chmiela) nie jest bowiem tylko zestawem cyklicznych historyjek obrazkowych. Jest historycznym i socjologicznym dokumentem swoich czasów, rejestrem funkcjonowania popkultury w Polsce po 1945 roku, wreszcie literackim utworem o postmodernistycznym zacięciu, pokazującym możliwości tkwiące w rysunkowym medium. Ten zestaw chwytów i zabiegów językowo-literackich możemy dostrzec nie tylko w pierwszych kilkunastu zeszytach publikowanych jeszcze przez Wydawnictwo Harcerskie (późniejsze „Horyzonty”) i Młodzieżową Agencję Wydawniczą, ale również w pośmiertnym albumie, nawiązującym do historycznych wydarzeń z 966 roku.

Drukowany w formie zwartych albumów komiksowych Tytus… musiał od początku stykać się z typową PRL-owską logiką ambiwalencji. Komiks był z jednej strony postrzegany jako „wytwór amerykańskiego imperializmu” i obok Coca-Coli oraz jazzu stanowił dowód na zmierzch i upadek kultury Zachodu. Z drugiej strony, dość dobrze zdawano sobie sprawę z jego zalet propagandowych. Nawet w latach stalinowskich najpierw publikowano przedwojenne historyjki w formie gazetowych „pasków”, a później nakłaniano rysowników i scenarzystów do przedstawiania bohaterów w coraz bardziej kuriozalnych sytuacjach, walczących ze stonką, bombą atomową czy kułakami. Jak jednak ironicznie wspomina w Pięknych dwudziestoletnich Marek Hłasko, Polacy kochali Myszkę Miki i komiksy do tego stopnia, że wystawa zorganizowana w Warszawie na początku lat 50., mająca obrzydzić amerykańską kulturę (w tym historyjki „z dymkiem”), przyciągała tłumy widzów. Efekt był cokolwiek odmienny od zamierzonego. Z tą niejednoznaczną i surrealistyczną w swej istocie sytuacją musiał sobie poradzić Chmielewski, proponując – najpierw redakcji, a potem wydawnictwu – rysunkową opowieść o „uczłowieczaniu” małpy. Okoliczności premiery pierwszej księgi Tytusa, Romka i A’Tomka obrosły tyloma anegdotami, że nie będę ich tutaj przytaczał. Podobno głos decydujący miał jeden z ważnych decydentów, którego syn przeczytał roboczą wersję komiksu i był nią zachwycony. Warunkiem było, aby bohaterowie stali się harcerzami, propagowali socjalistyczny etos wychowania, wartości dydaktyczne i „uczyli bawiąc” (co akurat autorowi udało się wyśmienicie dzięki sięgnięciu do staroświeckich być może metod, ale doskonale sprawdzonych – łagodnej i prześmiewczej satyry, którą w dydaktyce wykorzystali już mistrzowie polskiego oświecenia). Papcio Chmiel zastosował się do ogólnych zaleceń, ale uczynił to w sposób na tyle absurdalny, że wzniósł polską sztukę komiksu na poziom groteski, której dorównać mogła tylko Zielona Gęś mistrza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, wiersze Ludwika Jerzego Kerna, tygodnik „Przekrój” czy humoreski Sławomira Mrożka. To jest – absolutnie bez żadnej przesady – tej rangi literatura. Inteligentnie rozrywkowa i zapośredniczona przez rysunek. Zarazem poprzez swój lokalny koloryt i specyfikę językową, niestety nieprzekładalną, a jedynymi jej odbiorcami mogliby być – w pewnym stopniu – być może wykształceni Rosjanie rozczytujący się we wczesnym Bułhakowie lub dziełach Pietrowa i Ilfa albo czescy wielbiciele przedwojennego surrealizmu.

W premierowym zeszycie z 1966 roku wprawdzie chłopcy i Tytus należą do harcerskiego zastępu, ale w zasadzie każde z ich działań ma charakter groteski. Jeśli harcerz powinien opiekować się zwierzętami, to A’Tomek, owszem, ma swojego pupila, ale jest nim wigilijny karp o imieniu Grubcio, którego wyprowadza na spacery nad, a w zasadzie do… rzeki w specjalnych szeleczkach. Jeśli zakładają spółdzielnię młodzieżową, to jest to „Odnowianko”, a podczas malowania jednego z mieszkań kapryśnej klientki nie mieszczą się w pokoju z powodu kolejnych warstw farby. Kiedy w kolejnym zeszycie otrzymują zadanie zdobycia prawa jazdy, to ich pojazdem jest mechaniczna klacz Rozalia, której jedynym marzeniem jest „uzwierzęcenie” i codzienna porcja siana. Stopniowo pojawiają się również nieodłączni bohaterowie drugoplanowi – profesor T'Alent, hodowca różnokolorowych myszek i odpowiednik bondowskiego „Q”, dostarczający bohaterom nie tylko niezwykłego wyposażenia i pojazdów – syfonolotu, gwizdkolotu, trąbolotu – kompletnie absurdalnych, acz paradoksalnie przydatnych maszyn. Nieustannie parodiowany jest hierarchiczny system społeczny, wspaniałym tłem (pojawiającym się również w omawianym albumie) są przypadkowi przechodnie – obserwujący ze zdziwieniem działania bohaterów, lub komentujący je z nieskrępowaną złośliwością. Parodii i trawestacji ulegają w poszczególnych księgach wielkie dzieła literackie (nie mówiąc o kinie gatunkowym), zwłaszcza klasyka przygodowa dla młodzieży – King Kong z 1933 roku z nieomal ikonicznymi scenami na nowojorskim wieżowcu i wyspie, Podróż do wnętrza Ziemi Jules’a Verne’a, Zaginiony świat Arthura Conana Doyle’a, Wojna światów Herberta George’a Wellsa czy elementy metamorfozy doktora Jekylla w pana Hyde’a, zaś w tegorocznym albumie – motywy z mitologicznej podróży króla Itaki. Autor wciąż bawi się również konwencją autotematyczną – bohaterowie odwołują się do sądów rysownika, on ich napomina, a nawet sam wciela się w postać komiksu. Arcydziełem gatunku jest niewątpliwie księga XIII, będąca parodią Podróży Guliwera Jonathana Swifta. Tym razem komiksowa trójka zwiedza Archipelag Wysp Nonsensu z kafkowską Wyspą Papierolubków, absurdalną Hecoludków, Nikotyńską Republiką Tabacką, gdzie stają się sprawcami rewolucji. Osiemnasty tom przygód to niezwykła podróż w głąb arcydzieł światowego malarstwa i zarazem edukacyjna perła będąca przystępnym wykładem z historii sztuki. Niezwykle komicznym okazuje się epizod XVI, przenoszący nas do gmachu redakcji magazynu „Trele-morele”, antycypuje on świat fake newsów (specjalne działy „kaczek dziennikarskich” i „wyssanych z palca”) z doskonale odtworzoną atmosferą spotkań z potencjalnie niechcianym autorem i cytatów, które weszły do języka potocznego: „Precz z preczem!”, „Kawa musi być czarna, mocna, ostra i aromatyczna!”. Ten nieustanny wyścig i slalom z cenzorem uczynił Papcia Chmiela niezwykłym spadkobiercą ezopowego języka w polskiej literaturze, lecz w tej jego odmianie absurdalno-komicznej.

Gdy w 2009 roku zaczęto wydawać przygody Tytusa, Romka i A’Tomka z „serii historycznej”, zmieniła się ledwie formuła plastyczna albumów, lecz wszystkie – wspomniane wcześniej – kanoniczne cechy twórczości Chmielewskiego pozostały niewzruszone. Opowieść o trójce przyjaciół wyruszających z misją do kraju Polan na pierwszy rzut oka (mistrz Papcio natychmiast dopisałby – „a na drugi?”) wydaje się kwalifikować do przegródki z napisem „artbook”. Nic bardziej mylnego. To pojedyncze, bardzo malarskie, niezwykle kolorowe (lecz nie intensywnością palety amerykańskiego pop-artu i Marvela, lecz raczej europejskich postimpresjonistów) kadry, są za każdym razem rodzajem panoramy. Dostrzec w nich możemy tę niezwykłą mnogość kontekstów, która zawsze charakteryzowała twórczość rysownika – od tkaniny z Bayeux do krajobrazów ludycznych Pietera Bruegla Starszego. Tekst komentarza – rzucony na boczny panel – złożony z wiedzy historycznej i osobistych wspomnień twórcy, teoretycznie zaprzecza formalnym wyznacznikom współczesnego komiksu. Tyle tylko, że Papcio Chmiel istniał ze swoją sztuką niejako poza czasem i doskonale wyczuwał adekwatność tekstu do obrazu. Ten rodzaj komentarza odsyła nas do historii, do dawnych kronik i pamiętników, a wraz z cytatami z autobiografii autora tworzy rodzaj diariusza na wzór XVIII-wiecznych relacji z odległych krain. Przypomina chociażby niezwykle istotny dla rozwoju europejskiej sztuki rysunkowy zapis Podróży z Berlina do Gdańska (1773) Daniela Chodowieckiego, który został wydany w takiej właśnie formie w latach 80. dziewiętnastego stulecia, a jego rozwiązania inspirowały między innymi Stanleya Kubricka w trakcie ekranizacji Barry’ego Lyndona. I wreszcie – jak nieomal w każdym z zeszytów o przygodach Tytusa – Chmielewski wciąż korzysta z jednego z najstarszych toposów literackich, z motywu wędrówki.

Komiksowa opowieść o wprowadzeniu chrześcijaństwa na przyszłych ziemiach polskich i o polityczno-ekonomicznym (bo taki nim był w ogromnym stopniu) wyborze komesa Mieszka mogłaby utonąć w nudnym wykładzie historycznym, odpędzać i przestraszać dydaktycznym zaduchem. To jeden z najważniejszych mankamentów polskiego komiksu historycznego. Komiksu unikającego literackości. Tymczasem Papcio Chmiel – jak zwykle – nie pozwolił oprawić się w sztywne ramy, stosując wypracowane w najwcześniejszych zeszytach scenariuszowe zabiegi, rozrysował opowieść awanturniczą, wprowadził wątki mityczne – pobyt w Amazonii (republice kobiet), antropologiczne o charakterze żartobliwym – jednodniowe małżeństwo Tytusa zawarte w wigilię Święta Kupały. Można zaryzykować nawet tezę, iż choć tematem głównym komiksu jest wprowadzenie chrześcijaństwa w księstwie Polan, to najciekawsze oraz dominujące zarazem elementy opowieści dotyczą wierzeń i obyczajowości pradawnych Słowian. Nic w tym dziwnego – Henryka Jerzego Chmielewskiego zawsze fascynowały inne światy, domniemane, o których wiemy niewiele, pozostawiając olbrzymi margines wolności dla niepohamowanej, artystycznej inwencji.

Kolejne albumy już nie powstaną. Dziś Papcio Chmiel – jak zwykle przy ogromnej kolejce fanów – już rozdaje rysografy dla innej publiczności.

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek pomagają księciu Mieszkowi ochrzcić Polskę z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani, Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Chmielewski, Już w innym wymiarze rozdaje rysografy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 90

Przypisy

    Powiązane artykuły