11.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #091 / Nowe szaty zła  

W krytyce literackiej często nadużywa się pojęcia „metafizyczny”. Nawet poeta niemetafizyczny chciałby być w ten sposób określany. Myślę, że niektórzy nie odróżniają też zagadki od Tajemnicy, do której to właśnie powinno się odnosić pojęcie „metafizyczny”. Zagadkę, w przeciwieństwie do Tajemnicy, można rozwiązać. Istnieją natomiast supły nierozwiązalne, nie dlatego, że są zbyt mocno splątane, ale dlatego, że są utkane z niewidzialnych nici. Piszę to trochę przewrotnie, mając na myśli znakomitą refleksję, którą z czytelnikami podzielił się Tomasz Burek. Znalazła się ona na obwolucie książki Kazimierza Kummera Opowiadania i słuchowiska. Klatka, wydanej w 2015 roku przez lubelskie wydawnictwo Episteme. Burek pisze:

Sam sobie stawiam pytanie, jak to się mogło stać, że kiedy recenzowałem Klatkę pół wieku temu – przeoczyłem wstrząsającą wymowę sceny w Klatce ostatniej; sceny, w której następuje konfrontacja historii zamienionej „w przewalający się przez pola tuman kurzu” z perspektywą sakralną i horyzontem metafizycznym, a więc czymś trwałym, co przynosi nadzieję oczyszczenia.

To oczywiście niezwykłe i dziś wyjątkowo rzadkie, że krytyk uderza się w pierś i mówi: „przeoczyłem, przepraszam”. Dodam, że powieść Klatka, będąca debiutem prozatorskim Kummera, została po raz pierwszy wydana w 1962 roku, już po tragicznej śmierci pisarza. Z tego też czasu pochodzi wspomniana recenzja.

Burek nie pojawia się tu zresztą przypadkowo. Wydaje się, że z Wojciechem Kassem łączyły go nie tylko nici, ale wręcz silne więzy wzajemnej sympatii. Kass wielokrotnie wspomina nieżyjącego już krytyka podczas spotkań autorskich i w udzielanych wywiadach, choćby w interesującej rozmowie, którą odbył z Karolem Samselem 14 marca 2020 roku w ostrołęckiej bibliotece.

Utwory zamieszczone w zbiorze Metaf. 20 wierszy o położeniu układają się w liryczny dziennik (choć nie wszystkie są datowane). To ciekawy zabieg. Przypomnę tylko, że poeta jest też cenionym diarystą, a swoje zapiski regularnie zamieszcza na łamach sopockiego „Toposu” w rubryce Notes. Czy to przypadek, że gdy porównamy daty skrajne wierszy, a więc datę początkową (czerwiec 2019) z końcową (marzec 2020), to wyjdzie nam klasyczne dziewięć miesięcy? Może jest to naturalna kolej rzeczy czy wskazówka, że tyle potrzeba, by „urodzić” zbiór wierszy. Uprzedźmy nieco fakty: zbiór zdrowych wierszy. Frapujący jest też podtytuł, a w szczególności użycie – rzadko wykorzystywanego przez poezję, mimo jego oczywistych polisemii i ciekawych konotacji – słowa „położenie”.

Żeby pojąć, dlaczego Kassa można nazwać poetą metafizycznym, wystarczy przeczytać pierwszy wiersz, z czerwca 2019 roku, Wielu takich było. Daje się w nim wyczuć delikatny cień romantyzmu. Oto młodzi ludzie po zażyciu kąpieli w Jeziorze Nidzkim wracają do domu. W ostatnich trzech wersach poeta pisze:

nikt nie wiedział, co się wydarzyło.
Za to jaśnieli w nieznanym dotąd
szyku.

Więcej nie potrzeba. Skoro bohaterowie wiersza „jaśnieli”, w wodzie musiało się coś znajdować, jakaś nieznana energia. Pominę całą symbolikę, którą niesie z sobą obmywanie ciała, konotacje religijne czy choćby traktowanie wody przez ludy pierwotne jako pramaterii, jako matki, która daje życie. Cokolwiek o niej powiemy, nie dojdziemy do tego, dlaczego bohaterowie „jaśnieli”. I dlatego ten pierwszy krótki wiersz jest ciekawą zapowiedzią kolejnych, kładką, po której czytelnik przedostaje się dalej, w głąb lirycznej wyobraźni Kassa. Taki jest początek książki i wydaje się, że jest on niezwykle ważny; uskrzydla, ale też wytycza kierunek, w którym pójdzie autor.

Tryptyku do poety i czytelnika Kass odnosi się do twórczości Czesława Miłosza, który wiedział, że poezja to przygoda na całe życie, a jej głębokie rozpoznanie dane jest nielicznym. Sopocki poeta pisze:  

a chodzi jednak o To, aby Coś wymacać
z empirii i historii, z kosmosu i absolutu
wypisać To i Coś wymacane
pracowicie wyryć, krwią, potem,
prochem.

„To” jest tutaj, jak sądzę, Tajemnicą, a „Coś” – konkretem lub działaniem. Poeta musi wyrwać kawałek świata, jakąś prawdę o nim; nie dla siebie, ale dla czytelników. I dzieje się tak tylko poprzez własne indywidualne doświadczenie naznaczone cierpieniem, poprzez drogę, którą idzie się samemu i w nieznane.

W wierszu Na brzegu nocy Kass używa słowa „czułość”. Słowo to zrobiło w ostatnim czasie zawrotną karierę, zapewne głównie za sprawą noblowskiej mowy Olgi Tokarczuk. Wydawałoby się, że słowo, które przez swą powszechność staje się niemal puste (tak samo, jak choćby „szczęście”), nie jest warte wskrzeszenia w poważnym wierszu; u Kassa zyskuje ono jednak nowy wymiar. Czułość w wierszu sopockiego poety nie jest oderwana od rzeczywistości, jej piękno ujawnia się w relacji z piastunką. Ta konkretna czułość bardziej do mnie przemawia; nie jest bowiem enigmatyczna, lecz namacalna:

Pieszczotliwe, w których jest czułość piastunki
po brzegi wypełniająca czółno serca?

Czułość w ujęciu Kassa ma swoje źródło w naturze. Świat jest piękny i na nowo zachwyca nas każdego dnia. Intuicyjnie czujemy, że są w nim wielkie, odnawiające się pokłady piękna i dobra. Jest też zło, które – jak mówi Kass w rozmowie z Samselem – może mieć pochodzenie wewnętrzne (zło jest w nas) i tu powołuje się na Tadeusza Różewicza, ale może też mieć charakter metafizyczny i przybywać z zewnątrz, jak to było u Miłosza. Wydaje się, że Kassowi bliższa jest koncepcja Miłosza. W wierszu Łapanka pisze:

A tam jeden po drugim podchodzą chłopcy,
dziewczęta i ciągną w bramę na tańce nagusek
lub co więcej, do burdelu na debatę o istocie ssaka,
myślę – młode czarty – namierzają na muszkę.
Młodzieży nie stręczcie siebie i nas! Świat jest
wystarczającym stręczycielem.

W tym fragmencie wybija też gorycz, że przyszło nam żyć w bezdusznym świecie, w którym ktoś nieznany, pociągając za sznurki, steruje chłopcami-naganiaczami jak kukiełkami. Co ciekawe: Kass przyjeżdża do Sopotu z leśniczówki, z leśnej ostoi. Jest raczej gościem niż tutejszym; penetracja miejskiego labiryntu, w którym można się zgubić, jest dla niego pewnie czymś rzadkim. Nie chodzi tu wcale o to, że Kass nie zna topografii miasta; zna ją bardzo dobrze. Przerażają go nowinki, czyli zło w nowym wcieleniu, w nowym przebraniu. Perspektywa w mieście jest zupełnie inna; ludzie są stłoczeni na niewielkiej przestrzeni niczym w klatce, wciąż skazani są na nowe spotkania i kontakty, często pod byle pretekstem skaczą sobie do gardeł. Tu człowiek musi cały czas mieć się na baczności.

Jego czujność może wydać się dziwna mieszkańcom miasta, gdyż jest ona spowodowana zadziwieniem. Pisze dalej poeta:

[…]
Ale może to ja
zbyt czule poruszam się po deptaku, rozglądam
po stworzonym, a oni mój zew namysłu czytają
inaczej.

Kass jest poetą metafizycznym, bo toczy walkę z demonami nocy, z upiorami, które co rusz nawiedzają biednego człowieka. Jak osobliwie notuje w ostatnim wierszu Ustąp:

Ciemność zaciska obrożę na krtani, pełznie z ust
do ust, ostrzeliwują się nią młodziutkie wiersze
lecz cóż mogą, co rozstrzygnie takie pif-paf.
Słowo promotor wyparło stręczyciela, postępowiec
szabrownika i co?

Zło ma straszną władzę nad człowiekiem, ponieważ jest innowacyjne, również językowo. Porzuca stare słowa i wchodzi w nowe, które przecież nie brzmią źle. Tymczasem za zasłoną czai się draństwo i upodlenie. Człowiek zawsze jest sam, zdaje się nam mówić poeta, i musi stawić czoło demonom, nie licząc na żadną pomoc. To fatalizm znany już starożytnym. Nawet najbardziej odważni z odważnych, ludzie Leonidasa, przegrywają. Jak pięknie zapisał Kawafis w Termopilach, ostatecznie pojawi się jednak Efialtes i Medowie przejdą.

Gdyby poprzestać na konstatacji, że zło zwycięży, ponieważ posiada posturę nie tylko silnego lwa – delikatnie zahaczam o myśl Machiavellego – ale też jest przebiegłe niczym lis, to powiedzielibyśmy o poezji Kassa zaledwie półprawdę. W jego twórczości jest bowiem dużo z akceptacji świata, nadziei, miłosnych uniesień, wspomnianej czułości i mądrości płynącej wprost z natury. Poeta zwraca uwagę na szczegóły; na telefon od bliskiej osoby, na drobne uprzejmości (Do T.), na sny, w których zmarli przyjaciele tańczą walca (Walczyk), na ciekawe detale z historii Sandomierza (Pytania cudzoziemca zadawane w Sandomierzu). I zapewne dlatego podmiot liryczny w ostatnim wersie zbioru, pragnąc rozgonić demony oraz przegnać ciemności, mówi:

[…]
a ty nocy, ty ciężka jak popiersie ziemi,
ty ustąp.

Afirmatywne jest w tej poezji działanie służące bonum commune, działanie pomimo i wbrew wszystkiemu, co podłe, nędzne i tchórzliwe. Nawet w czasach mało poetyckich można pisać mądre i dobre wiersze, uderzające w samo jądro bólu.

Trzeba trwać – apeluje poeta – i ten zbiór wierszy jest właśnie symbolem trwania, świadectwem duchowej walki, wyzwaniem rzuconym cywilizacji nihilistycznej. Trzeba odpędzać czarty, złe moce, złą energię, nawet gdy dla innych jest jasne, że sprawa przegrana, że Medowie przejdą. Kass jest buntownikiem metafizycznym, ponieważ buntuje się przeciwko tragiczności ludzkiego losu, fatalizmowi, który nie daje możliwości wyboru. Poeta nie może zaprzestać walki, za to powinien poznać właściwości zła, jego kod genetyczny, skrytość i wyrafinowanie, znakomite zdolności adaptacyjne, liczne mutacje i umiejętności maskowania się, przebierania w nowe atrakcyjne szaty, jego tajemny urok i diabelską moc, ponętność i inteligencję. Ta kumulacja zła wieszczy biednemu człowiekowi smutne zakończenie, wieszczy katastrofę, z której czasami udaje się coś ocalić, jakiś fragment, strofę, która jest autentycznym zapisem stoczonej walki.

Wojciech Kass, Metaf. 20 wierszy o położeniu, Wydawnictwo Austeria, Kraków–Budapeszt–Syrakuzy 2020.

okładka ksiązki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bartłomiej Siwiec, Nowe szaty zła  , „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 91

Przypisy

    Powiązane artykuły