08.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #095 / Pandemia i inne plagi (fragment)

 

Spacer. Pozornie jest zawsze taki sam. Psy myszkują, dwa większe tropią myszy, kopią zawzięcie i odsłaniają plątaninę przejść gryzoni. Ja porządkuję las, zbieram gałęzie na stosy, ale przede wszystkim obserwuję drzewa, które posadziłem trzydzieści lat temu. Również te młodsze, które są jak dzieciaki czekające jeszcze na czas swoich zwycięstw. Niektóre z nich zostały rozsiane przez okoliczne drzewa (zwłaszcza iwy, brzozy, osiki, graby), choć muszę przyznać, że w 1986 roku nie zdawałem sobie sprawy z zaborczej siły lasu i zapobiegliwie, chociaż zupełnie niepotrzebnie, posadziłem parę brzózek i buków. Później dosadzałem już tylko te gatunki, które zasiać się nie mogły, bo nie ma ich w okolicy, sosnę czarną, świerk pospolity, dąb czerwony, jesion wyniosły i klon jawor. Ostatnio dorzuciłem odrobinę jodły kaukaskiej, jodły olbrzymiej i daglezji.

 

Każdy spacer to inny moment wirowania świata, współpracy i podjazdowej wojny drzew, krzewów i bylin, inny moment odrywania się życia od ciała i ciała od pamięci, odmienne światła tajemnicy, kolory rozpaczy. Tylko wierność i wybuchy radości psów pozostają takie same. Nawet jeśli od poprzedniego wyjścia minęło zaledwie parę godzin, minuta od ostatniego spojrzenia, od ostatniego oddechu sekundy, wkraczam z rozejmem, ogniem i nadzieją w labirynt kwitnienia, zbiorów i kresu, pełen oczekiwania na objawienie, na choćby podświadomy dotyk sensu. Powszedniego, oswojonego i ostatecznego. Odmiana w powtarzalności, śmierć i powrót do rodzicielskiego źródła wszystkiego, co mnie otacza, nigdy nie kojarzyły mi się z rutyną i nie obezwładniały nudą, tak groźną i tak marnie wszechobecną w życiu ludzi, którzy pragną natychmiast i za wszelką cenę osiągnąć ekstazę szczęścia i rozkoszować się nim nieustannie. Bez chwili przerwy.

 

Człowiek ze światem w zaciśniętej dłoni zatraca się w przemianie pór roku, w nawrotach głodu i sjesty, światła i ślepoty, miłości i rozkładu, strachu i snu. Każde życie niezidentyfikowana siła pcha do ucieczki, a bunt tęsknoty zmusza do powrotów. Pełny, sycący rytm odrodzenia prowadzi do jasności śmierci, piękno wspólnoty do czasu samotności, a ożywcza wiara do bólu. Jeśli się szuka sensu i swojego miejsca, spokój nie staje się domownikiem, lecz porzuca, znika i powraca jak marnotrawny syn.

 

Przez trzydzieści cztery lata drzewa zżyły się ze mną. Czy teraz, podczas gorączkowego, złowrogiego przepoczwarzania się świata, mogła osłabnąć lub – co gorsza – ukryć się przede mną siłę lotnych soków, szarych myśli, sieć cieni, które krążą między nami? Czy twardy i niepokorny duch drzew mógł, chciał lub musiał się oddzielić barierą kwarantanny? Chwilami wydaje mi się, że ich wrastające w przyszłość korony i pnie, w których trwają osie czasu, znalazły się rzeczywiście za nowo wytyczoną granicą, oddaliły się i patrzą zza mglistej magmy innego języka. Że szybują w swojej odrębnej rzeczywistości, że wzmacnia się w nich lojalność wobec najbliższej rodziny, wspólnoty przyrody, która niespodziewanie mocno wypowiedziała posłuszeństwo i wysyła kolejne ostrzeżenie wobec ludzi wypchanych trocinami lekceważenia? Drzewa z pewnością nie chcą mieć nic wspólnego z ludzkim lękiem i niepewnością, które, uzupełniły zwykłą pogardę i codzienną pychę. Miażdżąco rozważny, niepodatny na doraźne wahania i wpływy, porządek buków, dębów, wiązów, i ich rozrzuconych wolnych koron, żyje własnym rytmem i osobnym sensem.

 

Może przesadzam. Przecież wierzę, że drzewa wybrały swój los i z determinacją trwają wśród nas, trochę zmienione, ale nadal oferują wsparcie, porządkującą logikę rozpuszczoną w przestrzeni, równowagę gęstwiny światła i wysokich tajemnic, unoszą ku rozkołysanemu azylowi. Smak ledwie wyczuwalnej obcości, której wcześniej nie było między nami, może mieć źródło w ich kontemplacyjnym dystansie wobec małostkowego, ludzkiego strachu przed chorobą, chaosem, biedą i poniżeniem, który im trudno zrozumieć.

 

Lubię być blisko drzew, dotykać je, gładzić, obejmować. Zawsze czułem skrępowanie, respekt wobec ich opiekuńczego ojcostwa (nawet wtedy, gdy wiedziałem, że niektóre będę musiał ściąć, by inne mogły rosnąć swobodniej i zachować lepsze zdrowie). Czy grzeszyłem pewnością siebie, popadałem w pychę wobec nieruchomych kolosów i mogło mi się wydawać, że mam nad nimi jakąś niesprecyzowaną przewagę? Zastanawiam się, przewagę wyobraźni, ucieczki? Krzyku? A przecież w głębi czułem się wobec nich ulotny, jak prośba, której nie da się sformułować, wiatr przed burzą, bezdomna idea, słaby jak schnąca siewka, która próbuje wzejść na kamieniu.

 

Każde drzewo jest drzewem genealogicznym ludzkości. Przed zarazą cieszyłem się homilią wędrujących pod korą głosów, doskonałością nierozwiniętych pąków, ciężkim oddechem soków dźwigających pokarm ku koronom, słonym zapachem śpiących w ulewie konarów i nie czułem się opuszczony. „O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa”. Nie pamiętam kiedy dokładnie zamieszkało we mnie to zdanie. Przypuszczam, że znacznie później niż w dniu, kiedy je poznałem. Może to było dopiero w latach osiemdziesiątych? Wcześniej rosło we mnie niepostrzeżenie i wsiąkało w krew. W każdym razie już mnie nie opuszcza, ale bezwietrznie szumi we mnie.

 

Tak jak parę innych zaklęć, na przykład to: „Wierszem rosnę do ciebie, która o mnie nie wiesz”, wczepione we mnie pięćdziesiąt lat. To bardzo ludzkie (zwłaszcza w oczach drzew) ale lubię też drewno, przedmioty, domy, meble z drzew przemienionych w piękny materiał. Drewno tak jak kamień towarzyszy człowiekowi na wszystkich drogach i we wszystkich czynnościach, zamienia się w dom, stół, łóżko, papier, trumnę i krzyż. „Kiedyś próbowałem odcyfrować majaczenia ziemi i drzew” (Jerzy Stempowski). „W drzewie podziwiamy potęgę pierwowzoru” (Ernst Junger).

 

Wydaje nam się, że to my sami, siłą inteligencji i twórczego geniuszu, stwarzamy rzeczy nowe w świecie nieświadomym i biernym. Tymczasem, przyjrzawszy się sprawie z bliska, dochodzimy do wniosku, że w ogóle trudno jest nam stworzyć coś nowego. Przybłędami tylko jesteśmy, niedawno przybyłymi na Ziemię, toteż odnajdujemy jedynie to, co istniało dawno i powtarzamy niby nowością olśnione dzieci, wszystko to, czego dokonało przez wieki życie. (Maurice Maeterlinck, Inteligencja kwiatów)

 

W czasie zarazy nieczysty konflikt ze światem przyrody, zdawało by się, wszechstronnie zbadanej, oswojonej, ujarzmionej i bezbronnej wobec przemocy, jest boleśnie odmieniony, drwi z nadętego człowieka, który przebrał się za tłustego, żałosnego bożka.

 

 

Zaraza. Jest bliżej mnie niż moje własne myśli, stara się mnie ubezwłasnowolnić, pozbawić autonomicznej samotności, prawa do ucieczki i bezpiecznego schronienia, myśli mną i za mnie jak totalitarny despota, który wietrzy wszędzie spisek, dwulicowość, podtekst, mistyfikację i prowokację. Dotąd byliśmy kolonizowani przez technologię – smartfony, tablety, laptopy, a raczej przez schowanych za jej plecami chciwych ideologów, pragnących więcej i więcej nicości, mistrzów posługiwania się technologią, która wikła człowieka w grę fałszywego świata, sieć jego paranormalnych i paramoralnych uzależnień. Teraz wirus wszedł z nimi we współpracę, stał się, tak jak oni, jednocześnie carem i bolszewikiem, buntownikiem i cenzorem. Wspólnie przy pomocy technologii, która wielu kojarzyła się i kojarzy z wolnością, kolonizuje umysły, wyobraźnię, język, sny. Wypełnia marnością zdychającą w opuszczeniu chwilę i niszczy nadzieję na ludzką przyszłość.

 

Książkę Pandemia i inne plagi Jana Polkowskiego można zakupić w e-sklepie Instytutu Literatury również jako e-book.

Okładka książki

 

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Polkowski, Pandemia i inne plagi (fragment), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 95

Przypisy

    Powiązane artykuły