14.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #083 / Piękny dwudziestoletni: gra z cieniem

Wszystko zaczyna się na lotnisku Okęcie, to tu – na pasie startowym, chwilę przed odlotem do Paryża – zaczyna się krystalizować legenda. Niczym demoniczny przeciwnik Holmesa w Grze cieni, jak bohaterowie biografii Alana Turinga, wciąż podający się za kogoś innego, uczestnicy nieustannej gry pozorów, Marek Hłasko jest równie nieuchwytny. Przeżywał chwile wielkiej chwały i zapomnienia – najpierw w 1956 roku, gdy jego mikropowieść Pętla drukowały nawet partyjne dzienniki (jeszcze przed książkową premierą zrobiło to kieleckie „Słowo Ludu”); potem pośmiertną, gdy u schyłku lat 80. ukazuje się zbiór esejów Kaskaderzy literatury, potem – jeszcze okrojone przez cenzurę, ze stosownymi zapisami – pierwsze polskie wydanie Pięknych dwudziestoletnich w oficynie „Alfa”. Wreszcie czytelnikowska edycja Utworów wybranych (1989), której pięć tomów stało się rynkowym bestsellerem, a szósty – pirackim dodrukiem sprytnych businessmanów (stylizowanym na oryginał). Powstają o nim od czterdziestu lat setki artykułów, opracowania teoretycznoliterackie, rozdziały kolejnych książek (Tomasza Lacha, Barbary Stanisławczyk i innych). Wciąż się Hłasko wymyka. Jest niejednoznaczny, niejednoznacznością bohaterów wielkiej powieści realistycznej XIX wieku (powtórzonej później przez kinową klasykę kolejnego stulecia), których usiłujemy rozpoznać dzięki fragmentarycznym, często sprzecznym sądom ich przyjaciół i wrogów.

Zofia Komedowa-Trzcińska w Nietaktach, sugerując, że autor Sowy, córki piekarza popełnił samobójstwo, czując się odpowiedzialnym za śmierć Krzysztofa Komedy, kreśli portret pisarza odgrywającego coś na kształt histerycznego monodramu nad szpitalnym łóżkiem pogrążonego w śpiączce przyjaciela. Mamy wspomnienie Leopolda Tyrmanda:

Kochało się go zazwyczaj 24 godziny. Nie można było dłużej. Kilka pań próbowało, ale żadnej nie wyszło. Znaczne ilości innych koleżanek rozumiały instynktownie prawa gry. […] Jego wczorajszą miłość i oddanie odnaleźć można było tylko w dzisiejszych szyderstwach, w karykaturalnej mowie. („Kultura”, 9/1969).

Motyw gry powraca także w Kalendarzu i klepsydrze Tadeusza Konwickiego:

Nazajutrz rano zjawił się zapłakany, roztrzęsiony, złamany nieszczęściem. Umarła mu w nocy córeczka. Wszystkie panie, wszystkie nasze literatki ówczesne podniosły lament. […] Później ruszyłem obejrzeć Marka trochę skonfundowany intensywnością obrzędu. Siedział na ganku z opuszczoną głową, zamarły w geście rozpaczy i rezygnacji. […] Marek podniósł głowę i spojrzał mi w oczy przez grube łzy. I już wiedział, że ja wiem, że on wie, że to nieprawda. I przez te wielkie, niebieskie łzy zobaczyłem w jego oczach żal do mnie, bolesną pretensję, że przez zwykłą małostkowość, przez drobnomieszczańską małoduszność nie stać mnie na podjęcie gry, na śmiałe i pełne ryzyka wstąpienie w zaczarowany krąg boleśnie pięknych urojeń, dramatycznie wzniosłych zwidów – historyjka przywołana zostanie w biografii, która jest przedmiotem naszych rozważań.

Warto – tak przy okazji – pamiętać, że to właśnie Konwicki stworzył formułę „łże-dziennika”. Prywatne gry twórcy Pętli stawały się stopniowo zabawą a’rebours, a on sam spadał do roli pionka w bardzo niebezpiecznych, cudzych rozdaniach. Maria Dąbrowska w specjalnie nagranej w 1957 roku wypowiedzi (Sine ira et studio) stwierdzała:

Dawno nie widzieliśmy takiej harmonii sfer jak w nagonce na Marka Hłaskę. Powtórzyła się sławna rada w Dobrzyńskim Zaścianku. Na nic nie było zgody, nawet na rzeczy słuszne. Wszystkich pogodziło dopiero hasło: „Hajże na Soplicę”. […] Osobiście bardzo żałuję, że Marek Hłasko dostał się w obroty polityków. Nic dobrego stąd wyjść nie może, bo dla polityków człowiek, pisarz czy literatura są tylko atutem w grze.

Sam Hłasko podsumował kampanię, w typowym dla siebie stylu, notując w Pięknych dwudziestoletnich: „Adolf Rudnicki napisał kiedyś, że najmodniejszym kierunkiem w literaturze polskiej jest miażdżenie i niszczenie”.

 

Trzecia fala popularności nadchodzi wraz z premierą, uznawanej za nieistniejącą, powieści Wilk („Iskry”, 2016), publikacją licznych wspomnień o warszawskiej bohemie literackiej i filmowej lat 50., która nie istnieje bez postaci Marka Hłaski. Legenda wciąż trwa. Popatrzmy jak sytuuje się w tej grze z cieniem biografia Hłasko. Proletariacki książę pióra Radosława Młynarczyka, edytora wspomnianego Wilka oraz Najlepszych lat naszego życia. Książka trafia do czytelnika w znakomitej serii oficyny Czarne, w której ukazały się między innymi portrety: Gajcy. W pierścieniu śmierci Stanisława Beresia, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce Mariusza Urbanka, biografie Gombrowicza autorstwa Klementyny Suchanow i Oty Pavla – Aleksandra Kaczorowskiego.

Młynarczyk w krótkim résumé  układa tę mitograficzną historię Hłaski (szofer, robotnik, samorodny talent, macho, „zamordowany przez Zachód”, szaleniec, samobójca, nasz Hendrix, Morrison – te porównania nie są bezzasadne, bo funkcjonuje on w popularnej mitologii jak gwiazdor rocka skrzyżowany z „poetą przeklętym”), demistyfikuje i streszcza cel powstania książki, kolejnej dotykającej losu oraz dzieła Nawróconego w Jaffie, w następujący sposób:

Hłasko stał się zlepkiem legend, wyobrażeń wyniesionych z opowiadań i powieści, a także kilku popularnonaukowych opracowań, które na jego temat powstały. Ich autorom zdarzało się powielać półprawdy, naginać fakty do odgórnie przyjętych tez bądź epatować opinię publiczną informacjami o skandalicznym pijaństwie czy skrywanym homoseksualizmie. Próbując dociec prawdy, należy bardzo uważnie odsiewać historyjki od historii, plotki od faktów, pomówienia od kontrowersji. Do każdego wspomnienia i świadectwa trzeba podejść ze szczególną ostrożnością. Hłasko jest dziś produktem popkultury, kliszą prezentowaną jako symbol polskiego Października.

Możemy tylko antycypować, kim byłby dziś autor  Pierwszego kroku w chmurachulubieńcem tabloidów – z pewnością, celebrytą dającym zatrudnienie kilkudziesięciu dostarczycielom newsów dla internetowych serwisów plotkarskich – bez wątpienia, stałym gościem „ekskluzywnych” wywiadów telewizyjnych stacji – tak. Oblegany przez paparazzich i duszony przez kamerzystów, być może zatańczyłby nawet na lodzie (choć – jak dowodzi jeden z epizodów przytoczonych w Proletariackim księciu – tancerzem był fatalnym i pewnej nocy w hotelowej restauracji zamęczał w tangu Sonję Ziemann, niemiłosiernie depcząc jej stopy), lecz gwiazdą medialną stałby się na jeden, dwa sezony… Niepokojąco to przypomina szczyt jego kariery w Polsce lat 50., która trwała niespełna trzy lata.

Przyznając, że najwięcej zawdzięcza książce Andrzeja Czyżewskiego Piękny dwudziestoletni (2012), Młynarczyk docenia go za rewizję wielu plotek i pomówień, zastrzegając, iż pokrewieństwo z pisarzem (Czyżewski był bratem ciotecznym Hłaski) nie pozwoliło na zdystansowaną i wyważoną ocenę jego dorobku, a w efekcie – życia (lub „życiopisania” jak stwierdziłby Stachura). Celowo użyłem tu terminu odnoszącego się do twórczości autora Siekierezady (wraz z Hłaską należącego do zbioru figur nazywanego „kaskaderami literatury”) – skłania do tego sposób budowania narracji, na której oparty został  Proletariacki książę. Poszczególnym rozdziałom nadaje Młynarczyk tytuły kolejnych utworów Hłaski:  Lombard złudzeń, Kawiarnia przy pięknej ulicy czy  Umarły sad  (znany czytelnikom jako  Umarli są wśród nas). Ten zabieg ma nakierować czytelnika na tropy skrajnie osobiste, ukazać autobiograficzną cechę pisarstwa, zespolenie w jedności autora i dzieła. W zajmującej trzy czwarte książki historii życia w Polsce (od najwcześniejszego dzieciństwa do słynnej sceny na Okęciu z biletem w jedną stronę) dominuje ten właśnie wątek autokreacji, dziś powiedzielibyśmy autopromocji lub zabiegów „piarowskich”. Młynarczyk pokazuje jak chłopak z dobrej mieszczańsko-szlacheckiej rodziny wciela się w rolę szofera, szorstkiego „robociarza”, jak dzięki tej wymyślonej (trochę z powodów trudnego charakteru i dość szybko przerwanej edukacji zrealizowanej) postaci, zdobywa szacunek, budzi zaciekawienie redakcji czasopism, fascynację wpływowych kobiet i popularność wśród czytelników. Interesującym wątkiem – z punktu widzenia psychologii twórczej – są osobiste relacje Hłaski z matką, poszukiwanie (tak to odczytuję) figury ojca, skomplikowane relacje z ojczymem, wreszcie nienazwany w książce, lecz z niej wyzierający syndrom kompensacyjny – obsesyjne (dodajmy zarazem, iż krótkotrwałe, lecz intensywne) związki ze starszymi i dojrzalszymi kobietami, najczęściej rozwódkami, lub mężatkami z dzieckiem, którym – być może – pragnął pisarz zapełnić lukę po nieistniejących ojcach.

Jest w tej biografii rozprawa z mitem zawadiaki, mistrza alkoholowej zabawy i wiecznego młodzieńca. Jest też znoszona cokolwiek maska mizogina i mamy ślady, kilka wyjaśnień, parę domniemań, a nawet uzasadnień takich relacji pisarza z przyjaciółmi i jego lęków (przed odrzuceniem złączonych z patologiczną nieraz zazdrością), które są jednym z powodów takiego, nie innego stosunku Hłaski do większości kobiet. Jest w tym też element gry, świadomej – w znacznym stopniu – autokreacji. To Hłasko przesiąknięty hemingwayowskim widzeniem świata. To Hłasko, jako brutalnie szorstki i wypierający się uczuć Humphrey Bogart z ulubionej przez pisarza Casablanki. Tu dochodzimy, najprawdopodobniej, do tej drobnej usterki zawartej w książce Radosława Młynarczyka. Hłasko w swym pisarstwie i życiu był na tyleż literacki, na ile również filmowy. Zabrakło mi tutaj szerszego omówienia relacji twórcy z kinem polskim. O ilePętla zostaje jeszcze ładnie potraktowana (choć brak wskazania na koincydencje z niemieckim ekspresjonizmem i kongenialną rolę Tadeusza Fijewskiego w roli pijaka – misternej wizji przyszłego Kuby), to Ósmy dzień tygodnia iBaza ludzi umarłych istnieją trochę poprzez opinie samego Hłaski, który wycofał swoje nazwisko z napisów tego drugiego. To obiegowe opinie o dyspozycyjnej roli reżyserów Aleksandra Forda i Czesława Petelskiego. Tymczasem oba obrazy – mówiąc kolokwialnie – „bronią się”, nie tylko znakomitym aktorstwem, ale wizją świata przedstawionego w duchu pisarstwa Hłaski (Ósmy…), czy jak w przypadku  Bazy… niespotykanym w polskim kinie obrazem brutalnej przestrzeni, walki z naturą, męskiej przyjaźni na miarę dzieł Clouzota czy przywoływanego w książce, w kontekście współpracy Marka Hłaski z Hollywood – Nicholasa Raya. To ten drobny dodatek, który ubarwiłby biograficzną opowieść.

Nie zdradzajmy czytelnikowi meandrów związku z Agnieszką Osiecką i tajemniczymi – Wandą lub Esther (później przetransponowaną na tytułową postać jednego z opowiadań izraelskich), bardzo interesująco wyjaśnioną tajemnicę udziału pisarza w śmiertelnym wypadku Krzysztofa Komedy, niezwykłe zabiegi promocyjne Hłaski związane z powstawaniem i wydaniem  Sonaty marymonckiej, wreszcie relacje z wieloma zapatrzonymi w autora  Cmentarzy autorytetami polskiej sceny literackiej – Wilhelmem Machem, Jerzym Andrzejewskim i Henrykiem Berezą. Jaki więc obraz Marka Hłaski wyłania się z tej ciekawej i dobrze napisanej (co wcale nie jest regułą we współczesnym nurcie dokumentalnym) książki? Poza trafnie ukazaną ewolucją technik i motywów pisarskich – od soc- i czarnego realizmu do strumienia świadomości – ten oto pisarz, bohater śledztwa, to zdawałoby się ktoś urodzony pod szczęśliwą gwiazdą (ten motyw bardzo często powraca), w wielu przypadkach bezwzględny manipulator, korzystający ze słabości zakochanych w nim kobiet, mężczyzn i potrafiący się wkradać w łaski możnych (wpływami, bo nie zasobnością kont bankowych) protektorów, zdolny mistyfikator i prekursor autopromocji. Zarazem w swych wysiłkach i słabościach – zwłaszcza w zderzeniu z rynkowym i znającym się na reklamie Zachodem – dość nieporadny i tragiczny. Jak wielu jego bohaterów, zmagający się z samotnością, zatracający bez umiaru. Żyje i trwa, gdy wszyscy są odwróceni. Przypomina figury Ikara, Chrystusa, „świętego” głupca z płócien Bruegla Starszego, którzy bawią i przerażają widzów tylko przez chwil kilka, a potem pozwalają powrócić do żmudnej, nieciekawej, lecz spokojnej i pozornie zdrowej pracy, do codziennej egzystencji.

 

Radosław Młynarczyk, Hłasko. Proletariacki książę, Czarne, Warszawa 2020.

okładka kasiążki

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Chmielewski, Piękny dwudziestoletni: gra z cieniem, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 83

Przypisy

    Powiązane artykuły