29.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #098 / Na wschód od Zachodu, czyli między cywilizacją a barbarią

Mitteleuropa? Słowiański Orient? A może raczej pół-Azja? Takie pytania stawiali sobie nie tylko niewyedukowani, lecz nawet wielce oświeceni obywatele Starego Świata, dumnie patrząc z zachodniej perspektywy w kierunku mitycznego wówczas europejskiego wschodu. Ukształtowany w XVIII stuleciu nowy, horyzontalny podział kontynentu na dwie części trwa de facto do dzisiaj; nie unieważniło go ani zburzenie muru berlińskiego, ani akcesja do Unii Europejskiej wielu krajów byłego bloku sowieckiego. Owszem, symboliczny rok 1989 wydatnie przyczynił się do uruchomienia procesu zmiany semantyki pojęcia „Wschód”, ale jak trudny jest polityczny, ekonomiczny i zwłaszcza mentalny remapping, świadczy choćby częste ostatnio posługiwanie się przez elity dyplomatyczne określeniem „Europa dwóch prędkości”. O nim akurat Larry Wolff w swojej książki zatytułowanej Wynalezienie Europy Wschodniej. Mapa cywilizacji w dobie Oświecenia nie wspomina, ale to oczywiste: monografia profesora nowojorskiego uniwersytetu wyszła drukiem w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy mieszkańcom tej części globu jeszcze się nie śniło, że dołączą do formalnej wspólnoty europejskiej i zaczną długodystansowe nadrabianie zaległości ekonomicznych jako „dzieci gorszego Boga”.

Dobrze, że ta ważna lektura popularnonaukowa – kolejna w świetnej serii „Biblioteka Europy Środkowej” – ukazała się wreszcie w polskim przekładzie, zresztą niemal natychmiast uzupełniona o wydaną w kraju inną „zaległą” publikację tego samego autora, do której wrócę w dalszej części. Dobrze między innymi także z tego powodu, iż od czasu publikacji Wynalezienia Europy Wschodniej Larry Wolff stał się jedną z światowych gwiazd literatury naukowej, zasłynąwszy zwłaszcza tomami poświęconymi historii intelektualnej i kulturowej tej części naszego kontynentu. Mamy zatem świetną okazję, by wreszcie przekonać się osobiście – w dodatku patrząc okiem „tubylców” – na czym faktycznie polega atrakcyjność jego myśli.

*

Znamienne, że autor opracowania zaczyna swój wywód od przypomnienia epizodu z historii najnowszej: mianowicie od słynnego amerykańskiego przemówienia Churchilla z 1946 roku, w którym po raz pierwszy pada termin „żelazna kurtyna” – metafora kontynentu podzielonego politycznie wzdłuż linii „od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem”. Wolff uznał bowiem za konieczne podkreślenie, że myśl ta miała swoją genezę już dwieście lat wcześniej i w jakiejś mierze – powtarzając za słowami osiemnastowiecznej pieśni francuskiej, cytowanej potem przez Hugo w Nędznikachc'est la faute à Voltaire. No, może nie w całości była to „Woltera wina” (angielski publicysta i polityk Cobbett także pisał w 1802 roku o linii dzielącej Europę „od Rygi do Triestu”), ale nazwisko francuskiego myśliciela i pisarza słusznie patronuje idei tej nowej linii demarkacyjnej – nakreślonej umownie, lecz dotkliwej w skutkach.

Nowej, gdyż przez poprzednie wieki utrzymywał się kierunek podziału obrócony o 90 stopni: opozycja Północ–Południe przeciwstawiała sobie nie tylko różne formy ustrojowo-gospodarcze, lecz także systemy religijne: stąd to utarte przekonanie o protestanckiej i dynamicznie rozwijającej się Północy oraz o popadającym w stagnację katolickim Południu. Ba, jeszcze u progu romantyzmu szwajcarska pisarka i publicystka Madame de Staël, przecież już o jakieś trzy pokolenia młodsza od Woltera, w swojej rozprawie De la littérature przypominała o owym klasycznym podziale, a w eseju O Niemczech sformułowała słynną tezę: „Północ jest romantyczna, Południe – klasyczne”. Było to jednak wówczas cokolwiek spóźnione ratowanie starego układu, bo nowy (i, jak się wydaje, atrakcyjniejszy z punktu widzenia obserwatora znad Sekwany, Tamizy, a nawet znad Sprewy) kierunek orientalny wywrócił uznany dotąd podział. Dzięki wytrwałej pracy propagandowej londyńskich i paryskich elit, w XIX stulecie Zachód wchodził już z utrwalonym w ledwie parę dziesięcioleci spojrzeniem i myśleniem wedle osi Zachód–Wschód.

Wolff prowadzi opowieść w sposób bardzo uporządkowany i klarowny, tytułując w swojej pracy kolejne historyczne etapy „stwarzania” przez Zachód tej części kontynentu rzeczownikami odsłownymi, co nadaje historycznym zjawiskom, ale i samej narracji, pożądaną dynamikę. Tak więc, po „wchodzeniu do Europy Wschodniej”, mamy dalej jej „posiadanie”, „wyobrażanie”, „mapowanie”, „adresowanie”, a wreszcie „zaludnianie”. Nakazaną akademicką sumiennością chronologię autor łamie raz po raz wycieczkami retrospekcyjnymi i antycypacjami, zręcznie – a czasami zaskakująco – wykazując analogie pomiędzy odległymi procesami historycznymi i stawiając w nowym świetle wiele współczesnych skutków wprowadzenia przez oświeceniowych myślicieli i podróżników innego podziału kontynentu

A był to podział zarazem polityczny i cywilizacyjny. Jak efektownie wykazuje w swoim studium Wolff, okazał się on owocem wspólnego, zakrojonego na szeroką skalę „projektu” zachodniej dyplomacji, filozofii i kartografii, tworzącego z Europy Wschodniej swoisty „intelektualny obiekt w budowie”. Projekt ów zakładał ostateczne rozwiązanie dylematu związanego z ewentualnym włączeniem lub (chętniej) wykluczeniem terytoriów „peryferyjnych” – oczywiście peryferyjnych względem zachodnioeuropejskiego „centrum cywilizacji”. Był to, innymi słowy, projekt zbadania i definitywnego ustalenia ekonomicznego oraz kulturowego zasięgu cywilizacji na Starym Kontynencie; próba ustawienia krajów lub narodów Europy Wschodniej w kontynentalnej hierarchii definiującej ich stopień rozwoju (czy raczej zacofania). A jednak obie części naszego kontynentu, pisze autor opracowania, stanowią na mapie mentalnej „komplementarne połówki”, gdyż nie sposób określić „odmienności” Wschodu, nie formułując w domyśle perspektywy „standardu”, z której patrzyli ludzie Zachodu. W oczach oświeceniowych myślicieli owa wschodnia (czytaj: dzika, prymitywna) egzotyka, z jej szczególnym melanżem narodów i języków, miała zatem stać się nie tylko antropologiczną ciekawostką (Wolff nazywa to „laboratorium etnicznym”), lecz równocześnie czymś w rodzaju antytezy dla wciąż szukającego samookreślenia Zachodu (w oczach samych jego mieszkańców „bardziej kulturalnej części Europy”). Autor już we wprowadzeniu stwierdza wprost, nie posiłkując się poprawnymi politycznie wyrażeniami, że była to jednak forma „intelektualnego panowania, łączenia wiedzy i władzy, utrwalania dominacji i podporządkowywania”. Panowanie intelektualne szybko ustąpiło zresztą miejsca pragnieniu zdobycia faktycznej władzy; i tak na przykład po pierwszych podbojach Bonapartego pojawiła się w jednej z angielskich gazet opinia, która bynajmniej nie wyrażała niepokoju, a jedynie żal i sąsiedzką zazdrość: „lepsza połowa Europy została podbita przez Francję, druga zaś połowa leży jak długa u jej stóp”. „Druga połowa” to oczywiście ta „gorsza” i nic w tym stwierdzeniu dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę powszechne przyzwolenie na pokazywanie narodów wschodniej Europy od jak najgorszej strony, głównie jako potomków dawnych barbarzyńskich Scytów, Daków, Morlaków czy Sarmatów; Słowian zresztą generalnie opisywano jako „rasowo gorsze plemiona”. Kolonizatorski sposób patrzenia na świat wciąż dominował; nie trzeba już było nawet podbijać zamorskich ziem, by dać upust swym rasistowskim przekonaniom.

*

Użyte wcześniej określenie „zakrojony na szeroką skalę projekt” jest jak najbardziej uzasadnione: to faktycznie bodaj pierwsze tak masowe zainteresowanie ludzi Oświecenia terytoriami Europy Wschodniej i pierwszy tak wielki zbiór powstających dzieł z opisami wschodnich obszarów naszego kontynentu. Lista nazwisk autorów tych tekstów jest imponująca: Wolter, Diderot, Rousseau, Herder, Lessing czy Smith, a obok nich nawet słynny (z innych zresztą powodów) Casanova.

Ta rozrastająca się „bibliografia Wschodu” to między innymi pokłosie pierwszej tak dużej fali podróży na Wschód (pojęcia cokolwiek jednak umownego, skoro Mozart jadący z Wiednia do Pragi wciąż wierzył, że jedzie na wschód, nie dopuszczając do myśli faktu, że faktycznie zmierza w kierunku północno-zachodnim…). Jednakże w tym przypadku należałoby do słowa „projekt” natychmiast dorzucić pojęcie „projekcji”, gdyż pseudonaukowa znajomość wschodniej części Europy często brała się z lektur o wyprawach imaginacyjnych: bywało, że najdalszym wschodnim punktem, do którego dotarli niektórzy zachodnioeuropejscy autorzy relacji, był raptem Berlin… Rzetelną wiedzę nader chętnie uzupełniano zatem zadziwiającymi orientalnymi fantazjami, opowieściami na poły mitycznymi, które myliły fakty z myśleniem życzeniowym. Trudno dziś uwierzyć, że w oparciu o takie domysły i wymysły powstawały nawet hasła do słynnej francuskiej encyklopedii oświeceniowej, co bezlitośnie demaskuje w swojej pracy amerykański badacz, wskazując tym samym, jak duży wpływ na relacje międzynarodowe do dziś mają utarte, płytkie, najczęściej fałszywe wyobrażenia i przekonania.

Nic dziwnego, że szybko utrwalały się kolejne stereotypy – nie tylko wyobrażeniowe, ale nawet te na poziomie języka: oto chętniej niż nazwami własnymi krajów posługiwano się określeniami nieostrymi: bądź pozornie neutralnymi („wielka część kontynentu”, „mniej znane kraje” albo francuskie là-bas – bliżej niewiadome „tam”, które korespondowało z innym popularnym nazwaniem tego obszaru: „Bóg wie gdzie”), bądź już jawnie negatywnymi („tam, gdzie nie przeniknęła jeszcze nasza nowoczesna cywilizacja”, „długi odcinek niekulturalnego barbarzyństwa”, „półdzicz”, „Wielka Tataria”).

Czy może zatem dziwić, że na takim gruncie obficie wybujały między innymi niedorzeczne przekonania dotyczące Polaków i ich ojczyzny? Irlandzki filozof Burke wręcz widział Polskę jako „kraj na księżycu”, zaś Madame Geoffrin, prowadząca jeden ze słynnych salonów literackich w Paryżu, po przybyciu do Warszawy czuła, „jakby zstępowała z innej planety” (dlatego łaskawie udzielała Stanisławowi Augustowi „bezstronnych porad z planety Oświecenia”, żartobliwie komentuje Larry Wolff). Z kolei anonimowy osiemnastowieczny francuski autor zatytułował swój pamflet Orangutan Europy, czyli Polak, jaki jest, niejako parodiując wcześniejszy, podobny w stylistyce tekst niemieckiego przyrodnika Forstera o „małpim Murzynie”. Tenże z kolei badacz wsławił się zresztą nie lepszym opisem naszego kraju („pół dzikość, pół cywilizacja”) oraz jego mieszkańców („tylko Polacy doprowadzili ciemnotę i barbarzyństwo tak daleko, że prawie wykorzenili ostatni ślad pomyślunku”). Podzielał tym samym opinię samego Fryderyka Wielkiego, który miał nas za „ostatni naród Europy”, a w wierszowanym poemacie pisanym po francusku zgrabnie rymował nazwę Pologne ze słowami ivrogne („pijaczyna”) i vergogne („bezwstydna”), dodatkowo opatrując ją niewybrednymi przymiotnikami: Polska była dlań „prymitywna, głupia i niewykształcona”.

Również bardziej stonowane opinie zachowywały wciąż deprecjonujący wydźwięk. Ówcześni francuscy fizjokraci chętnie wysyłali zatem Polaków na wieś; nawet sprzyjający nam Rousseau zalecał, by „uprawiać starannie pola, nie troszcząc się o resztę”. Natomiast amerykański podróżnik Ledyard, przemierzający Polskę w drodze do Rosji, ocenił Polaków dość bezceremonialnie: „zarówno ubiór, jak i obyczaje Europy źle na nich leżą”; nie bawił się też w subtelności, pisząc o tutejszym „prymitywnym, nieogładzonym, kapryśnym i cudacznym guście”, który oddziela nas od „geniuszu Europy”, i dodając następnie passus o biegnącej tędy „wielkiej barierze” oddzielającej „azjatyckie i europejskie obyczaje” (na poparcie swojej tezy wymieniał długą listę negatywnych cech tubylców).

Czy zatem w tym kontekście mógł inaczej wyrażać się opiniotwórczy Wolter, gdy komentował kwestię krojonej właśnie przez trzech okupantów Polski? Czy mogą dziwić jego pełne uwielbienia dla carycy Katarzyny podziękowania za „ten wielki projekt” – autorytarną decyzję o „rozplątaniu chaosu”? Jego szczere uznanie rozbioru Polski za „szlachetne” i „pożyteczne”, nazwanie tego aktu „triumfem światła nad ciemnościami”? Nie były to, niestety, opinie odosobnione; raczej stanowiły, by tak rzec, mainstream myśli oświeceniowej, która arbitralnie uznawała Europę Wschodnią za obszar pogrążony w mroku i chaosie.

*

Z drugiej strony lektura tych nadętych, często niesłusznych, powierzchownych czy wręcz dyletanckich uwag ówczesnych zachodnioeuropejskich elit stanowić może dla współczesnego czytelnika polskiego ciekawy akt konfrontacji, i to podwójnej. Z jednej strony otrzeźwiająco działa takie zderzenie z naszymi własnymi stereotypami, przepuszczonymi często przez filtr romantyzmu i utrwalonymi w tradycji narodowej; z drugiej zaś – wyliczanka tamtych oświeceniowych opinii i relacji to znakomita egzegeza wielu późniejszych zjawisk politycznych, gospodarczych oraz ideowych, powtarzających się aż po czasy nam współczesne, co pozwala zobaczyć je w jakimś na swój sposób logicznym, nieubłaganym ciągu.

Właśnie ta aktualność i antycypacja – odwrotnie niż zwykle w pracy historyka, który chętniej szuka analogii we wcześniejszych epokach – jest jedną z kilku wielkich zalet omawianej książki Larry’ego Wolffa; dodajmy natychmiast, że nie tylko tej jednej, bo niemal identyczną opinię można sformułować w odniesieniu do jego kolejnego dzieła zatytułowanego Idea Galicji. Historia i fantazja w kulturze politycznej Habsburgów. To studium, trafiające na nasz rynek z opóźnieniem tym razem „zaledwie” dziesięcioletnim, można by traktować jako cenne uzupełnienie poprzedniego – jest ono właściwie uszczegółowieniem znanej już tematyki, co wynika z autorskiej intencji zawężenia pola badań do tytułowego terytorium. Wolff nie ukrywa zresztą we wprowadzeniu, że nowy tom stanowi właściwie dopełnienie poprzedniego: Galicja, ta Mitteleuropa In Klein, to po prostu jeszcze jeden scenariusz geopolityczny, kolejny osiemnastowieczny „projekt” („sztuczny produkt” – wtóruje autorowi Jacek Purchla w posłowiu), który realizowano przez następne sto kilkadziesiąt lat, by później znowu przeobraził się on w „byt fantasmagoryczny”.

Jak podczas lektury Wynalezienia Europy Wschodniej, tak i w kolejnym tomie Wolffa odnajdziemy podobne typy źródeł: urzędowe dokumenty, mniej i bardziej oficjalne relacje, zupełnie osobiste już wspomnienia i refleksje z prywatnych podróży, listy, wreszcie publikacje prasowe. W znakomitej większości odkrywają one habsburską prowincję – i zresztą całą tę część kontynentu – jako „dzikie” ziemie, jakiś „Słowiański Orient”, obszar tkwiący od zawsze „pomiędzy”: pomiędzy cywilizacją i barbarzyństwem, kulturą i nieokrzesaniem, nowoczesnością i zacofaniem. Przy czym w owym charakterystycznym rozdarciu Galicji „pomiędzy”, w pozornej możliwości wyboru, częściej będzie przeważała raczej ta druga, negatywna opcja; w powszechnym myśleniu region utrwala się jako „ojczyzna skrajnej nędzy”, co skutecznie przypieczętowało wydanie przez Stanisława Szczepanowskiego w roku 1888 opracowania o tak właśnie jednoznacznie brzmiącym tytule: Nędza Galicji w cyfrach. Odtąd sformułowanie „nędza galicyjska” weszło na stałe do frazeologii, a – jak wiadomo – klisze językowe są praktycznie nie do wyplenienia i chętnie służą za fundament do budowania wyobrażeniowych stereotypów.

Larry Wolff wielokrotnie wskazuje na tkwiącą u podstaw mitu założycielskiego Galicji zdumiewającą ontologiczną schizofrenię tego politycznego „projektu” czy może nawet kulturowo-narodowego eksperymentu. Nowa prowincja, powstała oficjalnie w 1772 roku, której nazwa wydawała się początkowo pusta niczym tabula rasa, była przecież umownym nawiązaniem do sytuacji politycznej sprzed wieków – Księstwa Halicko-Włodzimierskiego. Włączona w wielkie cesarstwo austriackie – formalnie jednego z zaborców – cieszyła się od drugiej połowy XIX stulecia względną autonomią, jednak hołubiący narodowe tradycje Polacy skupieni między innymi wokół krakowskiego „Czasu” potrafili pogodzić patriotyczną postawę z otwartymi deklaracjami pełnej lojalności wobec cesarza (słynna poddańcza formuła: „Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy”). Używane wtedy słowo „kraj” niekonieczne oznaczało więc Polskę, natomiast z większym prawdopodobieństwem mogło oznaczać po prostu Galicję.

Prowincja bardzo szybko dorobiła się też nazwy własnej ludności ją zamieszkującej (już w 1792 roku anonimowy „Gallicyan” podpisał się pod wierszem Skutki dzieł Woltera), choć przecież ani w przeszłości, ani współcześnie „Galicjanie” jako jedna grupa etniczna nie istnieli; tubylcy nie stanowili wspólnoty, lecz – jak to nazywa autor – „nienarodowe społeczeństwo”: konglomerat skonfliktowanych z sobą Polaków, Rusinów i Żydów. Z drugiej strony to właśnie Polacy najchętniej stawiali znak równości pomiędzy swoim narodem a Galicjanami, nie zważając na wieloetniczne wymiary galicyjskiej tożsamości. Identyfikacyjne rozszczepienie stało się elementem mentalności mieszkańców wielu galicyjskich miejscowości, skoro bez zmiany stałego adresu, a tylko w wyniku „manewrów ornitologicznych” (Wolff tak żartobliwie określa zmiany wizerunków orłów w godłach kolejnych państw władających tymi ziemiami), stawali się oni we względnie krótkim okresie obywatelami kilku kolejno po sobie następujących krajów i ustrojów.

Galicyjską schizofrenię widać wreszcie w historii najnowszej: oto ponad sto lat po oficjalnym zniknięciu z mapy Europy Austro-Węgier, a zatem i Galicji, region ten nadal pozostaje żywy w mentalności kolejnych pokoleń (autor żartobliwie nazywa tę część historii Galicji „epilogiem z duchami”), a pamięć o Galicia Felix chyba nawet ma się coraz lepiej, na co może wskazywać nieustanna mitotwórcza retrospektywa tamtych czasów – od organizacji wydarzeń okolicznościowych i historycznych rekonstrukcji, aż po nieustannie powracającą do tematu publicystykę i literaturę piękną.

*

Książka Larry’ego Wolffa Idea Galicji, nie tylko z racji pokrywającego się w pewnej części obszaru badań, może przywoływać na myśl klasyczne już studium Claudia Magrisa Mit habsburski. Pomijając oczywiste różnice – choćby czas powstania obu monografii, przyjętą metodologię, zaplecze kulturowe czy naukowy background autorów – należy wskazać na dwa przynajmniej „miejsca wspólne” tych ważnych i interesujących także pod kątem czytelniczym prac. Przede wszystkim obaj badacze – chociaż w inny sposób, wedle innego porządku i w odniesieniu do rożnych zakresów terytorialnych – wydobywają na wierzch i omawiają istotne części procesu mitotwórczego Cekanii (by powtórzyć za Musilem tę wymowną nazwę): od jego genezy, poprzez kolejne etapy funkcjonowania, formalny „zmierzch” spowodowany rozpadem monarchii austriacko-węgierskiej, aż po późniejsze „wskrzeszenie” i „drugie życie” mitu Galicji.

Ponadto istotną rolę w tej panoramie ogrywają omówienia i analizy przykładów literackich. O ile jest to naturalne u Magrisa – filologa germanisty, który już z założenia chciał prześledzić losy mitu w literaturze austriackiej moderny – to okazuje się to miłą niespodzianką u Wolffa, badacza zestawiającego niemal na równych prawach historyczne teksty źródłowe i literackie. Podobnie robił już w Wynalezieniu Europy, jednak tam cytaty z opracowań naukowych, dawnej publicystyki czy epistolografii dominowały jeszcze nad przykładami beletrystycznymi. Tym razem proporcje się wyrównują, a polskiemu odbiorcy Amerykanin może imponować zaawansowaną znajomością sporego wycinka historii polskiej literatury (w tym nawet lokalnych sporów artystycznych); to, jak zręcznie wyłuskuje on podczas analizy fragmentów tekstów galicyjskie cechy w Krakowiakach i Góralach Bogusławskiego, komediach Fredry czy Weselu Wyspiańskiego, dowodzi wręcz literaturoznawczego talentu odkrywania nowych wartości w naszej klasyce narodowej. Tych polskich smaczków społeczno-kulturalnych mamy tu oczywiście co niemiara: wraca legenda krakowskiej bohemy i „Zielonego Balonika” (a wraz z nią znane postaci), ożywają prasowe polemiki w polskich czasopismach czasu galicyjskiej autonomii, a do konkurencji o prymat stają znów dwa najważniejsze polskie miasta wschodniej i zachodniej części tej prowincji – Lwów i Kraków. Co godne podkreślenia, autor potrafi nawet idiomatyczne, wydawałoby się, doświadczenia naszego narodu przełożyć na uniwersalny i atrakcyjny język. Być może na to ostatnie miały jakiś wpływ rodzinne korzenie autora: jego dziadkowie urodzili się w habsburskiej Galicji i, jak podkreśla, mimo wielu późniejszych dekad spędzonych już w Ameryce wciąż myśleli o sobie jako o Galicjanach.

Nie pierwsza to książka Wolffa udowadniająca, że interesują go raczej „intelektualne dzieje” regionu na styku polityki i wyobraźni niż faktograficzne studium przypadku; ważniejsze od samych zdarzeń historycznych w Galicji jest dla niego znaczenie tej prowincji – dla decydentów, przemysłowców, artystów, ale i dla przeciętnych mieszkańców. Nie pierwsza to również książka zachowująca przejrzysty układ treści: podobnie jak w Wynalezieniu Europy Wschodniej, autor dzieli tekst na kolejne partie, w których, nie tracąc z oczu chronologii, woli zmierzyć się z tematem Galicji w sposób problemowy (stąd takie tytuły rozdziałów, jak na przykład: „Galicyjski zawrót głowy”, „Kraina niemożliwości” czy „Przeciętny Galicjanin w dobie autonomii”).

Oba tytuły, chociaż pozostają zupełnie autonomicznymi publikacjami, można zatem czytać łącznie, chociaż – przyznajmy – taka ciągła, dwuczęściowa lektura staje się sporym wyzwaniem, gdyż każda z tych pozycji jest nader obszernym i obfitującym w detale tomem. Czytanie Idei Galicji natychmiast po Wynalezieniu Europy Wschodniej może nie wydawać się już tak atrakcyjne; nie chodzi już nawet o fizyczne zmęczenie, lecz o wrażenie, że autor w tym księgarskim „sequelu” wielokrotnie sięga po informacje z wcześniejszego opracowania. Taki zabieg ma oczywiście sens dla kogoś, kto nie zna poprzedniej książki, ale w innym przypadku wywoływane wielokrotnie zjawisko déjà vu bywa nużące. Mało tego: już tylko w samej Idei Galicji znajdziemy kilka wewnętrznych powtórzeń treściowych, które wyglądają na autorsko-redaktorskie niedociągnięcie: zupełnie jakby ktoś zapomniał w jednym rozdziale, że w innym była już o tym samym mowa… Uchybienie to oczywiście niewielkie wobec imponujących rozmiarów dzieła; również parę uwag treściowych sformułowanych w posłowiu przez redaktora serii „Biblioteka Europy Środkowej” Jacka Purchlę, niewątpliwie słusznych, nie stanowi wielkiego zarzutu, gdy zdamy sobie sprawę, że rozważania Wolffa z założenia nie są klasycznymi studiami nad historią habsburskiej prowincji, a tym bardziej całej monarchii.

Bez względu na zastrzeżenia należy podkreślić, że obie świeżo wydane w Polsce książki amerykańskiego badacza z pewnością są przygodą dla tutejszego odbiorcy niezwykłą i wartą lektorskiego wysiłku: autor otwiera czytelnikowi – niekoniecznie tylko pasjonatowi historii – oczy na wiele słabo dostrzeganych zjawisk, zaś na informacje już znane rzuca nowe światło, umieszczając je w szerokim, europejskim kontekście i komentując wszystko z transatlantyckim dystansem. Osobne słowa uznania należą się tłumaczowi obu publikacji Tomaszowi Biedroniowi. Wykonał on prawdziwie tytaniczną pracę nie tylko ze względu na objętość tomów, ale przede wszystkim z powodu ich iście antologicznego charakteru: dziesiątki, jeśli nie setki autorskich cytowań pochodzą przecież z tak różnorodnych stylistycznie źródeł – wśród nich wielu o charakterze literackim – że polska wersja staje się polifonicznym, erudycyjnym popisem translatorskim.

To wszystko plus zachwycająca estetycznie strona graficzna tych książek stanowią o niezwyczajnej atrakcyjności, a z ich wartością merytoryczną „rymuje się” doskonale przyjemność lektury. Krótko mówiąc, gdyby nie było Wolffa, należałoby go… wymyślić! Tak jak Wolter i spółka wymyślili niegdyś Europę Wschodnią.

L. Wolff, Wynalezienie Europy Wschodniej. Mapa cywilizacji w dobie Oświecenia, przeł. T. Biedroń, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2020.

L, Wolff, Idea Galicji. Historia i fantazja w kulturze politycznej Habsburgów, przeł. T. Biedroń, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2020.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tomasz Chomiszczak, Na wschód od Zachodu, czyli między cywilizacją a barbarią, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 98

Przypisy

    Powiązane artykuły