29.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #098 / To przyszło w noc jasną i księżycową

Maciej Piotr Prus, dziennikarz, pisarz, redaktor wychodzącego poza cenzurą (w latach 80.) pisma „Bez dekretu”, paryskiego miesięcznika „Kontakt” i naczelny – w latach 2000–2001 – „Przekroju”, jak czytamy na obwolucie książki, usłyszał od Roberta Makłowicza historię, która wydarzyła się na niewielkiej wyspie Molat na Adriatyku, w Północnej Dalmacji. Na poły legendarna i anegdotyczna historyjka o tajemniczej istocie nękającej niewielką społeczność, posłużyła za kanwę Wyspy i innych ludzi Prusa, utworu, który zaczęto nazywać pierwszą polską powieścią insularną, a ja wolałbym ją określić raczej znacznie szerszym pojęciem – pierwszorzędnej prozy gatunkowej.

Proza insularna wiąże się nieodłącznie z geopoetyką miejsca, można ją przecież nazywać prozą „wyspiarską”, z nieodłączną historycznoliteracką listą odwołań, na której znalazły się Utopia Thomasa More’a, Władca much Williama Goldinga, czy Wyspa Sigríður Hagalín Björnsdóttir. Sądzę jednak, że zakres powieści Prusa jest poniekąd szerszy i sięgając do tych wspaniałych wzorców literackich (możemy jeszcze dorzucić zarówno Maga Johna Fowlesa, jak i Kroniki portowe Annie Proulx), eksploruje również bardzo modny od kilkudziesięciu lat – przede wszystkim w kulturze popularnej – motyw zamkniętej na świat zewnętrzny społeczności lub miejsca (najczęściej właśnie wyspy), której wewnętrzną harmonię (nawet jeśli konstruowaną w oparciu o zło) burzą przybysze. Ten motyw może operować żywiołem komicznym, jak w wypadku serialowego tasiemca Przystanek Alaska, może być ostrzeżeniem przed nieoczekiwanym efektem eksperymentów naukowych – tutaj klasycznym przykładem jest Spielbergowska seria o dinozaurach z Isla Nublar, czy wielokrotnie ostatnio eksplorowana i przerabiana Wyspa doktora Moreau Herberta George’a Wellsa, może być wreszcie opowieścią zbudowaną na ezoterycznej magii i nieodgadnionej walce boskich sił pierwotnych, ukazanych chociażby w telewizyjnym przeboju Zagubieni. Z tej bardzo bogatej tkanki literacko-filmowej Prus oczywiście korzysta, a nawiązań do motywów „wyspiarskich” lub – jeśli wolimy – insularnych w jego najnowszej powieści odnajdziemy bardzo wiele. Autorowi Wyspy i innych ludzi chodzi jednak o rozszerzenie pól znaczeniowych. Bohaterami jego prozy są społeczności zamknięte, przefiltrowane przez kulturową tradycję. Już w swej poprzedniej – bardzo dobrze przyjętej – powieści Przyducha umiejętnie budował suspens i klimat zagrożenia, zgrabnie modelując wzorce nie tylko odwołujące się do przestrzeni zamkniętej i uwięzienia, ale olbrzymiej tradycji „opowieści o zarazie” (do której należą Decameron Giovanniego Boccacia, Dziennik roku zarazy Daniela Defoe, Dżuma Alberta Camusa i – mam wrażenie, mało u nas znany – Galernik Draga Jančara). Nie dziwi zatem ten ciąg zestawień w przypadku Wyspy…, sięgający do tradycji opowieści właśnie insularnych. Ta gatunkowość utworu Macieja Piotra Prusa anektuje jednak – jak już wspomniałem – znacznie szersze obszary. Na poziomie języka i kreacji bohaterów tej małej społeczności pisarz wprowadza motywy i typy znane z literatury Południowych Słowian, od czeskiej począwszy. Ta niezwykła galeria dziwaków to miejsce, gdzie czas płynie leniwie, a rytuałem są wieczorne spotkania przy jedynym istniejącym sklepiku oraz łagodnie i radośnie ukazane romanse pięknych mężatek – to wszystko tchnie niezwykle sensualnym pisarstwem Bohumila Hrabala. Te odwiedziny u przyjaciół, rozmowy przy winie i rakii, budują niepowtarzalny klimat dzikości, piękna i zapomnienia z niezwykłą galerią postaci:

Wszyscy wiedzieli, że Bojan zna się na ziołach. Kiedyś Bojan leczył mieszkańców wyspy. Potem na wyspie powstała szkoła i nauczyciel przestrzegał przed piciem gorzkich wywarów Bojana. […] Szkołę zamknięto jednak kilka lat temu, nauczyciel wyjechał, a do lekarza trzeba było płynąć na ląd. […] Na wyspie był jeden policjant. Kiedyś Jovanowi zginęła koza. […] Na wyspę przyjechał wtedy Tomas. Chodził po domach, rozmawiał i wszędzie częstowali go rakiją, ludzie wyciągali zapasy trzymane na specjalne okazje. Tomas przedłużał śledztwo, mimo że koza znalazła się w krzakach w wąwozie.

Eksplodujące emocje i krwawa zemsta wspólnoty są jednak już w bałkańskiej proweniencji, nieomal ze światów Emira Kusturicy czy pulsującego, ujawniającego się gwałtownie zła obecnego w prozie – wspomnianego już – Draga Jančara. Tak nagłe okrucieństwo, zmieszane z groteską, widzimy w scenach przypadkowego zabójstwa dokonanego przez przybysza (Vuka) i trochę później w opisie wręcz morderczego rytuału dokonanego przez tubylczą wspólnotę na owym przybyszu (symbolicznym „innym”). Są one echem tego, co w kulturze bośniackiej, narodów Serbii i Chorwacji wciąż pulsuje. Twórca Wyspy… ukradkiem, rzuconym zdaniem, niewielką sceną, oddaje czytelnikom swoisty brulion z zapisem fragmentów archiwum wspomnień dotyczących okropieństw wojny. Pozornie niezwiązany z fabułą mikroobrazek o podróży Adama (właściciela sklepu) do portowego miasta na lądzie i przypadkowe spotkanie w kawiarni dawnego wspólnika uruchamia nie tylko pokłady strachu, ale ukazuje w retrospekcjach wojnę domową jako najistotniejsze doświadczenie pokoleniowe w dziejach współczesnych narodów byłej Jugosławii.

Niezwykle ciekawe są w tej powieści – zdawałoby się poboczne – elementy Bildungsroman, w których to właśnie miejsce (a nie edukacja, przeczytane lektury, podróże do odległych krain i centrów sztuki) determinują poznanie, a po nim przemianę. Pobyt Petra w mieście u ukochanej Zo, jego krótka wycieczka w głąb interioru blokowisk i odwrotnie – przyjazd dziewczyny na wyspę, bez telewizji, bez internetu, bez zasięgu sieci komórkowej; każde z nich przeobraża, uświadamia coś, co nazwałbym „byciem obok” (zarówno bohaterom, ale i czytelnikowi), uznaniem dość prostej prawdy, iż żadne z nich nie może istnieć poza wyspą lub poza miastem. Ten zabieg metamorfozy bodaj najtrafniej oddany został w kreacji postaci Vuka – niegdyś myśliwego, wręcz profesjonalnego zabójcy, pogrążonego w melancholii, bez pracy, bez przyjaciół i rodziny. Wynajęty przez wyspiarską społeczność dla zwalczenia „złego”, stopniowo pogrąża się w fantasmagoriach i szaleństwie prowadzącym do zbrodni. Ta niewielka dalmacka wysepka pożera go niczym jednego z bohaterów Conradowskich.

Gatunkowe elementy, które frapują najbardziej w dziele twórcy Przyduchy, to jednak składniki typowe dla klasycznego horroru (lub raczej nowoczesnej odmiany gotyckiej powieści grozy). Służą temu zabiegi na poziomie językowym, fabularnym: typowy sposób obrazowania, wreszcie antropomorfizacja przestrzeni i miejsca („Wyspa rzadko do nas mówi, coraz rzadziej”) dające efekt oniryczny, charakterystycznej dla gatunku „gęstniejącej atmosfery”. Ciąg wypadków: odosobnione miejsce, początkowo nieśmiałe oznaki budzącego się zła, tajemnicze wypadki – rozgrywające się w nocy, a jak się dowiadujemy są to noce księżycowe w czasie pełni, rosnący strach mieszkańców, poszukiwanie winnego i remedium, przybycie „zbawcy” (łowczego Vuka, niczym dalmatyńskiego Van Helsinga) i nakładające się na narrację miejscowe podania o kowalu-wilkołaku i wiedźmie. W tym modus operandi horroru nie mogło również zabraknąć – to kolejny rekwizyt z kanonicznego zestawu gatunku – tabu, którym dla wyspiarzy jest „strefa zakazana”, ten obszar, o którym krążą legendy i nikt jej nie odwiedza.

Skąpana w zielu palonym przez starego Bojana społeczność staje się bytem coraz bardziej mrocznym i magicznym. Autor kilka razy rozbija tkaną misternie strukturę klasycznego horroru, czy to groteską, jak w epizodzie o kupionych za składkowe pieniądze cudownych pułapkach, czy autokratycznych zapędach emerytowanego policjanta Tomasa. Gdy już się wydaje, że powieść zmierza ku typowej historii o spisku i kosmitach – sceny w polu kukurydzy przypominają jakby kadry wycięte z filmu Z archiwum X – lub paraboli o narodzinach systemu opresji, właśnie w tych momentach autor powraca do scenografii horroru. Powraca, stawiając pojedyncze drogowskazy. Jak błękitne oczy dziecka Marty (w klasycznych historiach gatunkowych to nieodmiennie znak budzący niepokój), jak tajemnicze zachowania Petra. Bo oto właśnie pisarzowi udaje się wykreować postać niejednoznaczną. Ten uznawany za „wioskowego głupka”, tracący czasem kontakt z widzialnym (lub raczej słyszalnym) światem utalentowany malarz jest głównym bohaterem Wyspy… Enigmatyczna i do końca nierozpoznana postać stanowi jeden z najistotniejszych walorów artystycznych powieści:

Jego uszy nie były nastawione na odbieranie słów, starał się nie słyszeć ich zbyt wiele. Nie był głuchy, potrafił rozróżnić głosy ptaków, słyszał trzeszczenie desek w podłodze, drapanie myszy za lodówką, deszcz stukający o dach. Petr najsłabiej słyszał ludzi. Często nie odpowiadał na pytania, albo odpowiadał od rzeczy.

Początkowe (i mylne) wrażenie, iż jest on kimś na kształt Mattisa ze słynnej powieści Ptaki norweskiego twórcy Tarjeiego Vesaasa, człowieka „osobnego”, sklejonego w swej wrażliwości z dziką naturą, zaczyna się rozwiewać niczym poranna mgła nad wyspą tajemnic. Zaś finał… bardzo filmowy. Niczym zapowiedź sequelu u Stephena Kinga.

Powieść Prusa to interesujące wyzwanie, nie tylko dla czytelników i krytyków, ale i jurorów literackich nagród. Jeśli Radek Rak otrzymał Nike za ubraną w gatunkową formę opowieść fantasy, to Wyspa i inni ludzie są dobrym pretekstem do przełamania innych schematów. Ten – nazwijmy go – metafizyczny horror, mógłby na początek zwyciężyć w kategorii powieściowej Nagrody im. Janusza Zajdla.

 

Maciej Piotr Prus, Wyspa i inni ludzie, Korporacja Ha!art, Kraków 2020.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Chmielewski, To przyszło w noc jasną i księżycową, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 98

Przypisy

    Powiązane artykuły