29.05.2019

Ni pies, ni wydra

Opowiadanie o człowieku, który miał swoje własne przekonania

Od trzech dni padał śnieg. Pan Stefan miał od trzech dni urlop. Siedział u siebie w pokoju i patrzał przez okno. Z szarego nieba leciały jasne płateczki. Czasem podmuch wiatru podbijał śnieg do góry i zdawało się, że biały rój wraca z ziemi do nieba. Brzoza pod domem, która wiosną i latem świeciła srebrnym pniem wśród zielonych liści, była teraz jakaś brudnawożółta. Cieniutkie, drżące gałązki zwieszały się smętnie jak puste, czarne sieci. Pan Stefan wpatry­wał się tak długo w okno, aż przestał myśleć. Dopiero dzwoneczki, które zapluskały metalicznie w oddali, obudziły go z odrętwienia. Za chwilę przeleciały pod oknami sa­nie, zadudniło głucho, jakby konie miały owinięte szmata­mi kopyta. Śnieg gęstniał i obraz za oknem zamazywał się.

Pan Stefan powiedział domownikom, że „chce mieć do obiadu spokój. Musi wreszcie odepchnąć kilka listów, które czekają na odpowiedź”. Życzenie jego zostało spełnione. Teraz miał spokój, siedział i patrzał przez okno. Jeśli chodzi o listy, to nawet zaczął pisać. Napisał nagłówek, datę, potem informował siostrę: ,,...u nas wszystko po staremu. Wszyscy zdrowi. Mama była zaziębiona, ale kaszel już mi­nął. Śniegi padają tu od kilku dni. A jak u was? U nas wszystko po staremu...”. Spostrzegł, że już raz napisał te słowa, przekreślił więc i zamazał starannie, ale nie wiedział, co dalej. ,,Po staremu, po staremu” – powtórzył, spojrzał ze złością na kartki papieru i odłożył pióro.

Teraz zobaczył lecącą po szarym niebie wronę. Skrzydła jej poruszały się jak krótka, czarna fala, wreszcie zawirowała i  roztopiła  się  wśród  śniegu, jakby i ona była jednym z tych białych płatków. W tej samej chwili zagrzmiało na schodach i ostro zaświdrował dzwonek. Pan Stefan usłyszał w korytarzu jakiś pisk. W drzwiach pokoju stała jego dwu­nastoletnia córka Małgosia.
– Co tam? – spytał, a jego głos wpłynął na ożywioną dziewczynkę jak oliwa wylana na rozkołysaną wodę.
– Ksiądz idzie do nas po kolędzie! Jest w sąsiednim do­mu! Już był u Katarzynki, zaraz będzie u nas... – wykrzykiwała Małgosia.
– No cóż, niech idzie – powiedział pan Stefan i odwrócił się do okna. Małgosia wyszła z
 pokoju ciszkiem, ale przez przedpokój znów biegła, jakby jej nagle u nóg wyrosły kopytka źrebięcia. Pan Stefan wzruszył ramionami.
– Niech idzie, co mnie do tego.

Wiatr ciskał śniegiem w szyby.

,,Że też człowiek nie ma chwili spokoju – pomyślał. – Ksiądz jest u Katarzynki, zaraz będzie u nas. Zamknę się i koniec. – Podszedł do drzwi i przekręcił klucz. – Pomyślą, że wyszedłem. Ostatecznie są inne pokoje. Ceremonia nie musi się odbyć koniecznie u mnie. Wyobraźmy sobie, że wyjechałem. Po prostu mnie nie ma”.

W tej chwili zatupotały za drzwiami nóżki. Klamka poruszyła się raz, drugi i rozległ się dziecięcy głosik. ,,Puk, puk, kochane kurki”. Po chwili mały Miecio zawołał głośniej: ,,Puk, puk, kochane kurki, wpuście liska do komórki”. Ale pan Stefan milczał. Jeszcze przez chwilę obijał się o drzwi żałosny głosik nabrzmiały płaczem. Wreszcie pan Stefan otworzył drzwi z uśmiechem, ale pod drzwiami było już pusto. Stał przy drzwiach i nasłuchiwał, jak malec żałośnie płakał gdzieś w kuchni.

– Dosyć tego! – powiedział energicznie pan Stefan. – Nie będę się zamykał na klucz we własnym mieszkaniu. Dosyć tego! Nie wierzę, proszę księdza, po prostu nie wierzę. Chyba mi wolno, prawda? – Chodził wzburzony po pokoju. – Wszyscy w tym domu robią, co im się podoba; kto chce, ten się modli, kto chce, ten śpiewa. Nie wyjdę. Żona może powiedzieć, że w tym pokoju mieszka sublokator, ateista. Czy każdy sublokator musi wierzyć? Dzięki Bogu jestem dorosły i mogę żyć, jak mi się podoba...

Pan Stefan rozejrzał się bezradnie po pokoju, przypo­mniał mu się obrazek, który już kiedyś widział: na środku pokoju klęczy organista, dwaj ministranci w czerwonych pelerynkach, klęczy teściowa, klęczy żona, klęczy Małgosia, klęczy Miecio i pokazuje język ministrantom. Potem kropidło... Pan Stefan przymknął oczy. ,,Chyba nikt mnie nie zmusi, żebym klęczał na środku pokoju z Małgosią i dwoma chłopcami w czerwonych pelerynkach! Stać na środku pokoju wśród klęczących też nie wypada, jakoś głupio. Najlepiej sprawę postawić otwarcie. Proszę bardzo, niech ksiądz siada, ja, niestety, nie wierzę... A nuż wyjdzie obrażony? Wszyscy patrzą na ciebie jak na zbrodniarza... Nie! Chwili człowiek nie ma dla siebie, żeby was!”.

Wybiegł z pokoju. W korytarzu poczuł zapach grzybów. „Grzybową pewnie, gotują – pomyślał –zając został z wczorajszego obiadu, żeby tylko buraczków nie słodzili, zawsze słodzą, a prosi się, tłumaczy. W śmietanie będzie doskonały...”. Pan Stefan nerwowo zapinał palto. Zdawa­ło mu się, że guziki są jakieś bardzo wielkie, a dziurki ciasne, i o mało ze złości nie urwał guzika, ale się opamiętał. Kiedy otworzył drzwi, spotkał w nich zdyszaną Małgosię, która potrząsała pożyczonym u sąsiadów kropidłem. Jej zarumieniona buzia była wilgotna, na rzęsach drżały gwiazd­ki śniegu, zamieniające się w kropelki wody.
– Huragan na dworze, tatusiu! Potknęłam się i o mało nie wywaliłam w śnieg razem z
 kropidłem. Gdzie tatuś idzie, lepiej przeczekać, pewnie zaraz się wypogodzi. Obiad też gotowy!... – paplała  Małgosia.
– ,,Gdzie tatuś idzie”, nie dla przyjemności – powiedział ponuro pan Stefan.
– To może ja tatusiowi coś załatwię – ofiarowała się Małgosia. Pan Stefan zatrzasnął za sobą drzwi. Płatki wapna posypały się na głowę zdziwionej dziewczynki.

„Wszystkim wolno – myślał pan Stefan – tylko mnie nie wolno. Każdy w moim domu żyje według własnych przekonań. Każdy! Nawet Miecio, kiedy go pytają, «gdzie Bo­zia», może odpowiedzieć «w kominie». Tylko mnie nie wolno. Ale to się skończy. Żeby człowiek, dorosły człowiek, jak idiota uciekał bez obiadu z własnego pokoju. Łaź teraz, łaź. Do butów namięknie, zdaje się, że już katar jest. «Gdzie tatuś idzie, obiad zaraz będzie», taak. Więc uklęknij z Małgosią, Mieciem i dwoma chłopakami w czerwonych pelerynkach. Taki chłopak śmieje się w kułak, nic powagi... Zresztą przewietrzę się. Wrócę za godzinę. Pewnie będzie po kolędzie – uśmiechnął się pan Stefan do mimowolnego rymu. – Obiad też będzie lepiej smakował, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

Zawieja wzmagała się. Wiatr bił wilgotnymi płachtami śniegu, skręcał je, rozdzierał, ciskał w twarz, zalepiał oczy i usta.

„A jakbym teraz wrócił? Pewnie już nie klęczą. Można by wejść i powiedzieć: «Dzień dobry, dobry wieczór! Ale też mamy pogodę! Aa! Witam, witam». Przecież mi nie każą odmówić pacierza. Siwowłosy staruszek skinie dobrotliwie głową i poda mi rękę. «W kościele jakoś pana nie widuję» – powie. «Służba nie drużba, proszę księdza, człowiek ciągle w rozjazdach...» i koniec”. Pan Stefan zatrzymał się, zrobił po wojskowemu w tył zwrot i pomaszerował w stronę domu. Śnieg na palcie zamarzł i zamienił się w sztywną, chrzęszczącą skorupę. Zimne grudki wpadały za kołnierz i topiły się na ciepłym karku. Przyśpieszył kroku. Po chwili stał przed domem i spoglądał w oświetlane okna swojego mieszkania. Jakiś cień przeleciał po ścianie pokoju.

„Pewnie kropidłem teraz... zaraz się skończy, nie ma się co pchać. Przejdę jeszcze do rogu i wrócę”. Pan Stefan ruszył ciężkim krokiem przed siebie. Mokry śnieg kleił się do butów i zbijał pod podeszwami w wysokie pagórki.

„Raz, dwa, trzy, cztery – zaczął liczyć – pięć, sześć, siedem... Czas prędzej zleci... Zając wyschnie przez ten czas, buraczki przejdą żelazem. Mogliby moją część zająca od­stawić na talerzyku i później przygrzać, ale kto o tym pomyśli. Każdy zje swoje i zadowolony. Zając i tak suchy, na blasze wyschnie na wiórek... Trociny będziesz gryzł, trociny. Każdy patrzy, żeby swój kawał złapać i strawić, może o duszy będzie myślał, co? Będzie się męczył? Jest albo nie jest. – Pan Stefan uśmiechnął się gorzko. – Dobrze ci, po diabła uciekasz z własnego domu. Filozofuj teraz. Z nosa się leje i w butach mokro. Idiota!”.

Śnieg przestał padać. Z nieba sypał teraz jakiś wilgotny pył, coś obrzydliwego. Nagle pan Stefan stanął. Zdjął kapelusz, ukłonił się do samej ziemi i zaczął głośno gadać:

– Przepraszam, bardzo przepraszam... Czy mogę wejść do swojego domu i zjeść obiad? Mam czterdzieści lat, czy mogę mieć swoje przekonania? Miecio mówi, że „Bozia jest w kominie”... pozwólcie i mnie. Bardzo przepraszam... Małgosiu, panie organisto, czy już mogę wejść do domu? Puk, puk, otwórzcie, to ja, wasz ojciec. Ni pies, ni wydra! – Pan Stefan nasadził kapelusz tak mocno, aż mu wpadł na oczy, w których zakręciły się łzy.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tadeusz Różewicz, Ni pies, ni wydra, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły