05.03.2020

Podmiot nieliryczny

Na początek cytaty:

[…] osobą cytowaną nie musi być koniecznie wybitna jednostka, jeden z auctores, może to być równie dobrze «ogrodnik sąsiada» – metoda podpierania się autorytetem też okazuje się być w eseju zdemokratyzowanaR. Sendyka, „Nowoczesny esej. Studium historycznej świadomości gatunku“, Kraków 2006, s. 52.[1].

[…] pisano o gatunku, jak gdyby słowo «esej» należało czytać jako «eseista» – każe ostatecznie rozważać to zjawisko jako symptomatyczne, znajdujące być może wytłumaczenie w tezie o paraantropologicznym charakterze eseistycznej pracy zapisu rozpoznającego siebie w świecie podmiotuTamże, s. 85.[2].

W ich świetle trudno wyobrazić sobie lepsze przygotowanie do pisania esejów, niż studia Pawła Lisickiego: filozofia, filologia klasyczna i prawo. Autor, odporny na dyktat jednostronnych ujęć z punktu widzenia jednej dyscypliny wiedzy, ma odwagę samodzielnie prowadzić swoje refleksje. Nie ulega też snobizmowi na rzekome nowinki intelektualne (choćby liczyły sobie dwieście lat), gdyż ma świadomość relatywizmu nowatorstwa. Ledwie przekroczywszy czterdziesty rok życia, mając za sobą osiągnięcia jako wybitny publicysta i redaktor opiniotwórczej prasy, nie jest podatny na szantaż, jakoby opór wobec mody świadczył o starzeniu się lub o frustracji. Eseje Pawła Lisickiego stanowią kontynuację jego dorobku znanego z cenionych w ostatnich dziesięcioleciach pism, takich jak „Tygodnik Powszechny” czy „Znak”, oraz z tytułów o krótszej historii, jak „Fronda” lub „Ozon”, i z ogólnopolskich gazet codziennych. Badacze nowoczesnej literaturyZob. A. Zawadzki, „Nowoczesna eseistyka filozoficzna w piśmiennictwie polskim pierwszej połowy XX wieku“, Kraków 2001, s. 7.[3] odnotowali zaś zarówno jej zwrot ku filozoficzności, jak i zwrot pewnego odłamu filozofii ku literackości.

Przeciętnego polonistę w Powrocie z obcego świata najbardziej niepokoi odczytywanie poezji tak, jak gdyby tworzona była z pełną asercją. A przecież wybitni poeci XX wieku posługiwali się konwencją, która wprost uniemożliwia traktowanie ich dzieł jako wyrazu osobistego credo twórcy. Poeta udzielał swego głosu personom lirycznym przemawiającym jako reprezentanci rozmaitych sposobów myślenia. Szczególnie wyraźnie obserwuje się owo zjawisko u Czesława Miłosza w liryce maski, na przykład w cyklu wierszy Ksiądz Seweryn z tomu Druga przestrzeń. Kim byłby sam Miłosz? Tytułowym bohaterem? Oczywiście nie, wszak nie był duchownym. Kimś z jego parafian? Leonią, która wyobraża sobie ogień piekielny? Retoryczne to pytania, bo poezję współczesną ciekawiej czyta się jako zapis spostrzeżeń, przekonań, stylów mówienia i myślenia, funkcjonujących w kulturze, niż jako wyraz poglądów autora. Tym mniej interesujące zdaje się pytanie, czego poeta stara się czytelnika nauczyć.

Dydaktyzm spotyka się w publicystyce, a nie we współczesnej poezji. Wycofanie się literatury ze spełniania funkcji sumienia społeczności czytelniczej stało się faktem. Wprawdzie istnieją pisarze, którzy zdają się dbać o to, aby czytelnik się czegoś o świecie z ich twórczości dowiadywał, istnieją też autorzy apelujący do sumień. Dominujący we wpływowym odłamie krytyki literackiej immoralizm skazuje tych twórców na marginalizację zwłaszcza wtedy, gdy wrażliwość etyczna twórcy nie pokrywa się z głosem najpotężniejszych „inżynierów dusz” – mediów elektronicznych. Kto zgodnie z własną inicjatywą, zgodnie ze swoim przekonaniem przedstawia pewne racje, zdaje się nie istnieć. Nauczyciel lęka się wspomnieć o utworze „niebyłego” pisarza. Historyk literatury, jeśli byłby nieposłuszny werdyktowi krytyka, ryzykowałby oskarżeniami o stronniczość, niestosowność czy – co jest zarzutem unicestwiającym autorytet zawodowy – o niekompetencję. Wydawca? Wydawca, hurtownik i księgarz orzekliby solidarnie, że nie zajmują się handlem amatorszczyzną. Przyniósłby straty.

W tej sytuacji próba czytania wielkich i odnoszących spektakularne sukcesy poetów współczesnych jako myślicieli nie może zakończyć się powodzeniem. Uznanie sukcesu artystycznego jest bowiem możliwe pod warunkiem wyrzeczenia się przez twórcę ambicji górowania intelektualnie lub moralnie nad człowiekiem masowym, którego znamy z Dehumanizacji sztuki, Buntu mas Ortegi, Masy i władzy Canettiego, Psychologii tłumu Le Bona. Wiek XX, który trwa dłużej – tak długo jak trwają życiorysy ukształtowanych wówczas ludzi – był stuleciem triumfującego tłumu. Paradoksalnie zaś podporządkowany zbiorowym impulsom „człowiek zewnątrzsterowny” (termin Davida Riesmana) czuje się zagubiony, pusty wewnętrznie i niepewny w dziedzinach, w których nie może liczyć na podpowiedź lidera: kiedy wiwatować, a kiedy tupać. Jeżeli więc nobliści ukazują wciąż „wydrążonych ludzi”, zdają się wierni swojej epoce, pochyleni nad jej marnością. Niekoniecznie oznacza to bicie przed marnością pokłonów. Duchowa nędza czasów obfitości dóbr materialnych, najszybszych samolotów i najwyższych budowli zostaje pieczołowicie zanotowana. Czy musimy wymagać jej widocznego przezwyciężenia? Może na razie wystarczy zapis – przezwyciężanie duchowej nędzy cierpliwie, cicho, prawie niezauważalnie?

Interpretując poezję Wisławy Szymborskiej, eseista „rekonstruuje” pojęcie duszy implicite zawarte w wierszach:

Duszą nie jest zdolność niematerialnego poznania; duszą nie jest zdolność odpowiadania na dobro; dusza nie odkrywa prawd metafizycznych. Dusza jest miejscem buntu, jest sprzeciwem, jest tym, co człowiek przeciwstawia okrutnemu ładowiP. Lisicki, „Powrót z obcego świata“, Kraków 2006, s. 148.[4].

Ryzykowna konkluzja, konfrontowanie liryki z teologią, wynika chyba ze zbyt uproszczonych założeń interpretacyjnych:

[…] na więcej tej poezji nie stać. By pójść dalej, by móc opiewać, docierać poza, kontemplować, adorować Szymborska musiałaby przekroczyć ramy gnostyckiego doświadczenia. Musiałaby zobaczyć w bycie odblask boskiego umysłu. Tego zrobić nie potrafi. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie to już inna historiaTamże, s. 149.[5].

Komentując z koleiTamże, s. 180.[6] utwór Czesława Miłosza, złożony z dwóch głosów, z których każdy ujęty został w cudzysłów, eseista skupia się na treści jednego z nich zamiast dostrzec, że jest ono tylko częścią dialogu: „Dusza odrywa się od ciała i szybuje, / Pamięta, że jest wysokość / I jest niskość.”, „Czy naprawdę zgubiliśmy wiarę w drugą przestrzeń? / I znikło, przepadło i Niebo i Piekło?”.

Chociaż zakończenie rozważania przemian metafizycznej poezji Miłosza jest pełne szacunku wobec najlepszych wierszy autora Króla Popiela, jednakże eseista bywa wobec poety nadmiernie surowy.

Religię, w tym rozumieniu [z wiersza Oblicza litości – D.H.], zachowuje się po to, by litować się, współczuć i kochać bliźniego.

 

Jeżeli Boga nie ma,
to nie wszystko człowiekowi wolno.
Jest stróżem brata swego
i nie wolno mu brata swego zasmucać,
opowiadając, że Boga nie ma.

(Jeżeli nie ma)

 

Ten aforyzm wydaje się stanowić bezpośrednią polemikę z Dostojewskim. Dziwne. Miłosz, uważny komentator twórczości autora Biesów pisze, jakby wierzył, że międzyludzkie braterstwo może być podstawą zachowania religii. On, który doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa ateistycznego humanitaryzmu, nagle zaczyna w nim widzieć… oparcie dla wiary. Doprawdy, nie rozumiem jak można nie dostrzegać perwersyjności takich nauk”Tamże, s. 187.[7].

Zarzut jest zasadniczy. Czy jednak trafny? Dyskursywny aspekt poezji Miłosza nie wyczerpuje jej charakterystyki. Poeta w ironiczną ramę ujmował wypowiedź swego podmiotu lirycznego.

Wszakże Bolesław Miciński, z którego twórczością porównywano eseistykę Pawła Lisickiego, esej uważał za formę myślenia i pisania niesprowadzalną do form ani naukowej, ani literackiej ekspresji. Gdy uznamy zdanie Micińskiego za nadal aktualne, nie możemy czynić eseiście zarzutu z rozumowania inaczej niż przeciętny polonista. Czy jednak eseizm jako tryb myślenia, postawa eseistyczna, elitarny gatunek piśmiennictwa liczą się dzisiaj? Nie tylko prasa codzienna preferuje w ostatnich dwudziestu latach krótsze formy tekstów kosztem eseju, lecz również redakcje miesięczników unikają druku esejów. Eseistami byli najwybitniejsi, a więc mający wielu zażartych przeciwników autorzy: Herbert i Miłosz, Gombrowicz i Herling-Grudziński, Mackiewicz i Wat. Niektóre dyskusje wśród desperacko zabiegających o sukces dzisiejszych „szpetnych czterdziestoletnich” eseistów nadają się do tego, by opuścić na nie kurtynę miłosiernego przemilczenia. Nazwiska eseistów najodważniejszych wprawiają w furię przedstawicieli starszej generacji. Instynkt samozachowawczy każe tych nazwisk nie wymieniać w szerszym gronie, nie proponować prac uwzględniających ich dorobek, nie recenzować ich książek inaczej niż negatywnie. Nie sprzyja esejowi kult hierarchicznego i bezwzględnego posłuszeństwa, powtarzania opinii za „wybitnymi intelektualistami”; źle wpływa na gatunek, w którym – jak zauważyli teoretycy literatury – zdemokratyzowana została zasada alegacji do autorytetu, to znaczy autorytetem nie musi być ktoś powszechnie podziwiany, lecz ktoś anonimowy i niewykształcony, „ogrodnik sąsiada”. Wygodnie zatem stwierdzić, że mamy eseistykę marną, a eseistów godnych pogardy (która oceniającemu poprawi przy okazji wyobrażenie o sobie, nie plamiącym się pisaniem byle czego). Likwidatorskie zabiegi wokół autorytetu eseistów wpisują się w unifikacyjne tendencje kultury ostatnich lat. Kiedy wymaga się wyłącznie udziału w chóralnym śpiewie, soliści są eliminowani. Z podręczników można się „nauczyć”, że romantyczny indywidualizm i maksymalizm etyczny są niemodne. A przymiotnik „niemodny” jest dla młodych karierowiczów synonimem „zakazanego”. Jeśli jest prawdą (na co wiele wskazuje), że dzisiejsi dwudziestolatkowie są pokoleniem konformistów, esej nie ma już przyszłości, przynajmniej za naszego życia.

*

Potrzebny, by z człowieka masowego czytelnik przeobrażał się w wolny podmiot stojący naprzeciw Boga, wieczności i prawdy, tom Powrót z obcego świata zawiera ponadto polemiki z pewnymi ideami teologicznymi (ewolucją według Teilharda de Chardin czy z odejściem od tomizmu w myśli księdza Józefa Tischnera):

Pierwszym, wydaje się, błędem księdza Tischnera było bezkrytyczne przyjęcie tez współczesnych myślicieli: Heideggera, Levinasa czy Rosenzweiga. Stało się tak, bo autor Sporu o istnienie człowieka podobnie jak tylu innych nie potrafił doświadczyć prawdziwej transcendencji, poznać w Bogu nie tylko miłosiernego Ojca, ale też bytu koniecznego, pierwszego poruszycielaTamże, s. 134.[8].

Czytając słowa Rahnera czy de Chardina czuję się jak niewolnik zaprzęgnięty do wozu ciągnącego mnie w nieznanym kierunkuTamże, s. 168.[9].

Lisicki, jako tłumacz Zaćmienia Boga Martina Bubera oraz pracy Viktora Fasiasa Heidegger i narodowy socjalizm, dokładnie wie, z jakimi wyzwaniami zmagała się dwudziestowieczna myśl teologiczna i filozofia. Udało mu się wyraźnie wyeksplikować problem filozoficznego kompromisu. Czy jeżeli nie chce się nikogo zrazić, zniechęcić do religii, to czy jeszcze jest się w stanie ją obronić przed indyferentyzmem? Czy jeśli bardziej pragnie się sukcesu niż prawdy, czyli jeśli postępuje się pragmatycznie w sferze intelektu, to czy jeszcze zachowuje się owego intelektu autonomię?

Dlatego lektura najnowszej – po Nie-ludzkim Bogu, Doskonałości i nędzy oraz Punkcie oparcia – książki eseistycznej Lisickiego okazuje się pożyteczna. Umacnia w walce przeciw pokusie duchowego zgnuśnienia, minimalizmu moralnego i zastępowania ostatecznych pytań ugrzecznionym eksperckim frazesem. Jak dobrze, że nie każdy podmiot jest dla eseisty podmiotem lirycznym – kwestią konwencji. Nie warto przecież do konwenansu i konwencji redukować życia umysłowego, zresztą „[…] esej nie jest czymś z pogranicza filozofii i literatury, ale formą autonomiczną”B. Miciński, „Pisma“, Kraków 1970, s. 195.[10].

 

P. Lisicki, Powrót z obcego świata, Kraków 2006.

 

Tekst ukazał się pierwotnie w: Dorota Heck (Maria Tarczyńska), Recenzje bez cenzury, Lublin 2015.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Dorota Heck, Podmiot nieliryczny, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły