29.05.2019

Spowiedź

Pierwsze zadanie było proste. Chodziło o zastrzelenie dwóch kobiet. Matki i córki. Gruby wyjaśnił nam krótko, że są to dwie kurwy, które puszczają się z Niemcami. Staliśmy przy drodze, przed nami były jesienne gnijące pola, za nami czarny las.
– Panie poruczniku, ja mogę je zastrzelić – powiedział Drągal.
– Panie poruczniku, ja to bym takiej wsadził między nogi lufę i dał serię – mówił Zemsta. – Nic nie będzie słychać… Albo udusić, będzie cichutko i zaoszczędzi się kuli.

Zemsta pochylił się nad dowódcą. Był wysoki, miał małą główkę i mówił śpiewnym ciepłym głosem. Ktoś się zaśmiał. Widocznie propozycja uduszenia wydała się dowcipna. Ale taka forma wykonania wyroku nie była przyjęta.

Zemsta szedł przodem, jego długie ręce kołysały się z obu stron tułowia jak niepotrzebne, martwe przyrządy. Mała główka na wielkim kadłubie przypominała proporcjami przedpotopowe stwory.

Po dłuższym kołowaniu w ciemnościach Drągal wyprowadził nas na drogę, która biegła prosto do miejsca przeznaczenia. Spodnie były sztywne od wody, schlastane przez wilgotne łubiny stojące jeszcze na polach.

W ścianie chałupy jedno okienko. Kiedy Zemsta podszedł bliżej, zdawało się, że jest wyższy od chałupy, jego mała głowa sięgała prawie komina. Walili najpierw do drzwi, potem do okna. Ale ze środka nie odezwał się żaden głos. Zemsta podważył lufcik bagnetem. Wsadził głowę do ciemnego wnętrza i zaczął ryczeć.
– Otwierać! Wojsko! Spalimy! Otwierać! Chodźta, otwierają!

Na ubezpieczeniu został Biały i ja. Reszta oddziału pod dowództwem Grubego wkroczyła do izby. Okienko poróżowiało i przez szyby widać było łodyżki kwiatów i doniczki. W izbie poruszały się cienie. Jeden z nich, bardzo długi, był pozbawiony głowy.

Biały trzymał automat pod pachą. Od strony wsi ciapkało po błocie dwóch ludzi. Biały skierował lufę w ich stronę, huknął nagle stłumionym głosem:
– Stój! Kto idzie?
Mężczyźni uskoczyli w bok, ale nie uciekali.
– Swój, panowie, swój!
– Nie ruszać się, ręce do góry! – rozkazywał Biały. Kochał się w tych głupich kawałach. Jeden z ludzi podniósł obie ręce do góry, drugi tylko jedną. Miał przez ramię przewieszony worek, który przytrzymywał.
– Co tam macie?
– Prosiaka ubili i niesiemy do domu – powiedział ten z rękami podniesionymi do góry.
– Pokażcie – rozkazał Biały. – Prędzej, prędzej. – Lekki ruch lufy.
Chłopak rozwiązał worek. Biały zajrzał do środka.
– Zobacz, my, bracie, krew przelewamy, a oni pospółkę tentegują.
W świetle, które sączyło się z okienka, widać było świński ryj z wielkimi czarnymi dziurami i krwawy bok z białym pasem słoniny. Bryła mięsa lśniła i szedł od niej słodki, wilgotny zaduch.
– Pod takiego kotleta wypić, co? – zwrócił się do mnie Biały. Tamci opuścili ręce i
 uśmiechali się. Starszy szukał po kieszeniach.
– To może panom wyciąć ładny kawałek, mam nóż…
W tej chwili wewnątrz chaty rąbnęły dwa strzały. Po chwili trzeci.
– Nie trzeba – powiedział Biały – zmykajcie…
Jeden z chłopów ukłonił się zdejmując czapkę, drugi przytknął palce do daszka. Skoczyli w ciemność. Jeszcze przez chwilę mlaskało błoto pod ich nogami.

Po chwili tamci trzej byli z nami na drodze. Gruby obciągał bluzę.
– Idziemy.
Za nami została chałupa. Okienko było ciemne w bielejącej ścianie.
– Kurwa, ugryzła mnie w palec – powiedział śpiewnym, miękkim głosem Zemsta. – Proszę grzecznie, żeby wylazła, a ta mnie chap. Musiałem ją za te siwe kudły wyciągnąć spod pierzyny.
– Za to młoda jak na obrazku. Oczka zamknęła, rączki złożyła i leży. Szkoda, żeś nie widział – Drągal tknął mnie łokciem. – Leży sobie w białej koszulce. Aż mi, bracie, serce się kraje, nóżki stuliła, a między nóżkami śpi sobie ta kaczusia, mięciutka, cieplutka… Żeby choć pogłaskać.
– Nie gadać tam – warknął Gruby – nie gadać. Mielą ozorami jak te baby. Drągal prowadzi. Do gospodarza Wąsika na kolonię.

 

Wieś się skończyła. Droga była teraz biała. Wiatr przegnał chmury. Księżyc wyszedł bardzo jasny. Daleko zapaliło się światełko i zgasło. Znów się zapaliło i zgasło.
– Sygnały – powiedział Biały.
– Gówno. Tobie ino w głowie sygnały – Drągal machnął ręką.
– Stać! – Gruby patrzał w stronę, gdzie zabłysło światło.
– Pewnie ktoś wyszedł do obory – powiedział Drągal.
– Maszerować! – Gruby ruszył przed siebie.

Nie dobijali się długo, bo gospodarz zaraz, jak zastukali, otworzył. Pewnie nie spał. Usiedli grzecznie, gdzie się dało. Gruby wyciągnął w stronę gospodarza papierosa. Zapalili.
– Jak tu żyjecie, co?
– Stara bida.
– Mamy do was sprawę bardzo ważną.
– Dziękuję panom.
– Widzicie… Dawniej to były różne wojska. Wasze bechowskie, socjalistów, narodowców, a teraz wszystko jest pod jednym dowództwem. Broń cała należy do Wojska Polskiego. Broń i amunicja. A kto przechowuje broń dla siebie, jest karany. Wiecie o tym.
– Wiem, panie śtabskapitanie.
– Są tacy, co broń trzymają i na rabunek chodzą. Nie znacie tu takich we wsi?
– Broń Panie Boże!
– A za rabunki z bronią w ręku Wojsko Polskie karze śmiercią.
– W imię Ojca i Syna… – stary przeżegnał się.
– Wiecie, mamy do was jeden interes. Słuchajcie mnie uważnie. – Gruby pochylił się i
 dotykał spoconym czołem pomarszczonego czoła starego. – Taki interes. Chcemy od was dzisiaj przejąć ten erkaem i skrzynkę amunicji.
Stary odsunął się od stołu i powiedział do Grubego:
– Ja nazywam się Wąsik.
Gruby patrzał na niego i uśmiechnął się.
– Nazywam się Czesław Wąsik.
Gruby kiwał głową.
– Właśnie, panie Wąsik. My do pana z prośbą. Mamy wiadomość, że ma pan erkaem polski i amunicję. Zostawili to u pana żołnierze we wrześniu. Własność jest wojskowa i
 trzeba teraz zdać wojsku. Wiemy, że pan się dobrze bronią opiekował, jak przystało na dobrego Polaka i obywatela. Wiadomość jest pewna. Wiemy też, że ostatnio pan ten erkaem przeglądał i amunicję suszył. To bardzo dobrze.
Stary patrzył na Grubego.
– Teraz w nocy musi nam pan zdać amunicję i karabin maszynowy, rozumie pan?
– Myślę, że panowie się pomylili. Że mylą mnie z innym Wąsikiem. Ludzie gadają byle co.
– Tu, widzicie, chodzi o obowiązek obywatelski.
– A cóż ja, panowie, z karabinem maszynowym będę robił?
– Właśnie, przecież własnego wojska nie założycie. No, gdzie go przechowujecie? Czasu mamy mało…
– Ale! Panowie sobie żarty ze mnie stroją. Pewnie ktoś był zły na mnie i doniósł takie głupstwo.
Gruby wyciągnął chustkę do nosa, rozłożył ją na dłoni i wycierał twarz, kark pod kołnierzem i ręce. Zamilkł i wpatrywał się w stół.
Stary zawołał na dziewczynkę, która leżała w łóżku. Nakryła się na głowę i tylko czasem wyglądała na izbę, płochliwie jak myszka z nory.
– To wnuczka. Sami tu gospodarzymy. Matkę wywieźli do Germanii, a ojciec gdzieś przepadł. Wstań, córuś, i usmaż żołnierzom jajecznicy. Nie pogardzą panowie?
– Co tu gardzić, smażcie. Wszyscy jesteśmy Polakami – zagaił ugodowo Biały. Spojrzał na Grubego i zreflektował się. – Jak pan porucznik pozwoli.
Gruby rysował palcem na stole i milczał. Pocił się, choć w izbie było chłodno.
– Musicie nam zdać zaraz ręczny karabin maszynowy i amunicję. Trzy tysiące sztuk. Jak jest zakopany, to bierzcie szpadel albo dwa i do roboty… Biały, pomożesz przy kopaniu. Gdzie szpadel?
– Stoi w sieni. Ale, jak Boga kocham, karabinu maszynowego nie mam, jakiś wróg na mnie doniósł.
Gruby spojrzał na zegarek.
– Za godzinę musimy odejść. Bierzcie się do roboty. Gdzie ten szpadel?
– W sieni.
– No to bierzcie szpadel i do kopania.
Stary wyszedł do sionki i wrócił ze szpadlem. Stał z tym szpadlem na środku izby.
– Idziemy – powiedział Gruby.
– Gdzie? – zapytał Wąsik.
– Wykopać karabin i amunicję. Dalej, prowadźcie.
Chłop razem z żołnierzami wyszedł na małe podwórko. We wsi szczekały psy. Chłop trzymał szpadel i rozglądał się po podwórku. Było cicho. W księżycowym świetle przedmioty, drzewa, narzędzia były czarne i srebrne.
– Zaczynajcie – rozkazał Gruby. Stary popatrzył w ziemię. Obok niego stali Drągal i
 Zemsta.
– Ale gdzie zaczynać? – spytał stary. – Może tu? – Postukał szpadlem w ziemię.
– Prędzej.
Stary zaczął kopać ziemię koło siebie. Gruby przyglądał się tej robocie przez chwilę.
– Słuchajcie – powiedział – a może trzymacie go w stodole? Albo w poszyciu na chałupie? Co?
Stary rozkopywał dalej ziemię.
– Nie słyszycie, co do was się mówi?
– To już nie kopać dalej? – spytał.
– Nie. Wracajmy do chałupy, szpadel weźcie, przyda się.
Znów rozsiedli się. Gruby zapalił papierosa. Przyglądał się staremu, który stał przy stole.
– Wy jesteście Polakiem?
– Ojciec był Polakiem i dziadek był Polakiem, to i ja jestem Polakiem.
– Zły z was Polak, zły Polak i zły obywatel. Wojsko potrzebuje broni i amunicji do walki z
 Niemcami, a wy w ziemi trzymacie i nie chcecie wydać. Mamy rozkaz zbierać broń i amunicję. Jedno wojsko i jeden naród.
– Rozumiem to, panowie.
– Mamy wiadomość, że jest u was ręczny karabin maszynowy i amunicja.
– Panowie, przysięgam na rany Chrystusa, że nic nie mam. To pewnie Zielonka doniósł na mnie, bo zły.
Dziewczynka pod pierzyną nie ruszała się. Gruby wyciągnął zegarek.
– Czekam jeszcze trzy minuty. Przypomnijcie sobie, gdzie jest schowany karabin.
W izbie było cicho.
– Minuta. Dwie. Trzy minuty – powiedział i schował zegarek. – Wiecie, gdzie jest karabin?
– Nie wiem, panie.
– Słuchajcie, Drągal, ja wyjdę z Białym na dwór, a wy się spytajcie po swojemu gospodarza, gdzie jest karabin i amunicja.
Drągal stanął na środku izby. Szukał przez chwilę w chlebaku, wreszcie wyciągnął kawałek papieru. Rozłożył papierek. Stanął na baczność i zaczął czytać:
– W imieniu Komendanta Głównego Wszystkich Sił Zbrojnych rozkazuję…
Ale w tej chwili Zemsta podszedł do starego i położył mu rękę na ramieniu.
– Kładź się, ojciec.
– Co?…
– Kładź się tu, na ławie. Stary nie ruszał się.
– W imieniu Rzeczypospolitej – zaczął znów Drągal.
– Spuszczajcie, ojciec, portki, migiem… – Zemsta wziął z kąta szpadel… Drągal schował papierek do torby.
Stary odpiął pasek i położył się na ławce.
– Portki spuścić – powiedział cicho Zemsta.
Stary zsunął portki z tyłka. Leżał teraz na ławie w gaciach. Zemsta podniósł szpadel.
– Czekaj – powiedział Drągal – złamiesz. Wycior masz?
– Zemsta wyciągnął stalowy pręt. Świsnął nim w powietrzu. Rąbnął w ławę.
– Drągal, potrzymaj mu głowę.
– Słuchaj, ojciec, macie już ten karabin?
Stary się nie odezwał. W tej chwili do izby wszedł Biały.
– Porucznik mówił, żeby nie bić.
– Wstańcie, zapnijcie rozporek.
Stary wstał, drżącymi rękami zapinał spodnie. Nie patrzał już na żołnierzy. Podszedł do łóżka i pogładził pierzynę. „Nie bój się, córuś, panowie tak się tylko bawią”. Dziewczynka wyciągnęła głowę spod pierzyny. Chlipnęła cichutko.
Porucznik kazał go wyprowadzić na podwórze.
Stary nasadził kapelusz.
– Pożegnajcie się z wnuczką – powiedział Drągal. – Pożegnajcie się – powtórzył Drągal – pewnie prędko nie wrócicie.
Stary pochylił się nad dziewczynką i pocałował ją w głowę.
– Nie płacz, córuś, dziadek zaraz przyjdzie. Tylko panom drogę pokaże. – Dziewczynka nie odezwała się.
– Weźcie szpadel – powiedział Biały.
Wyszli znów na podwórko. Biały prowadził ich pod stodołę. Daleko we wsi szczekały psy. Gruby wyciągnął zegarek.
– Co nam powiecie, obywatelu Wąsik? Co to Wąsik tak milczy jak grób? Nie zrobili tam panu jakiej przykrości? Drągal, co tam było?
– Melduję posłusznie, że nic.
– Widzisz, że nie chce z nami gadać. Wam żarty w głowie, a sprawa jest poważna. Zrobili panu jaką przykrość?
– Nie.
– Portki spuścił, cała przykrość – zaśpiewał Zemsta – prawda, ojcze? Przecież już nieraz w życiu portki spuszczał.
– Darujcie, obywatelu, młode to, głupie. Żarty się ich trzymają. Właściwie to powinniście go przeprosić. Może wam być ojcem. Ty, Zemsta, zawsze byłeś głupi i
 będziesz głupi.
– Tak jest, obywatelu poruczniku.
– Słuchajcie, ojciec, czasu mało… dajcie karabin i amunicję. Nie gniewajcie się na chłopaków. Tyle ich, co się pośmieją. Jak mi kiedy jeszcze tak potraktujecie obywatela polskiego, z oddziału na mordę wyrzucę. No, zabieramy się do roboty. Pokażcie, gdzie kopać, pomożemy wam. Raz, dwa. Może pod stodołą, co?
– Nie wiem, panie.
– Kopcie pod stodołą.
Ze światła weszli w cień. Stali teraz pod stodołą. Szedł z niej zapach zbutwiałej, mokrej słomy.
– Nie możecie sobie przypomnieć?
– Nie mogę. Zlitujcie się, panowie.
– Przypomnijcie sobie. Może tu?
Stary zaczął kopać w tym miejscu. Wyrzucił kilka szpadli ziemi. Głębiej pokazał się jaśniejszy piasek.
Gruby pociągnął nosem, jakby powstrzymywał płacz.
– Bydlę – powiedział podnosząc głowę do nieba – bydlę…
Stary kopał w milczeniu.
– Przestańcie kopać. Biały, zabierz łopatę, dół wykopiemy później.
– Obywatelu Wąsik, pytam was ostatni raz, gdzie jest ręczny karabin maszynowy i
 amunicja?
Stary stał z opuszczonymi rękami.
– Żebym tu jak pies zdechł, nie wiem, panowie. Nakłamali na mnie.
– Dobrze. Zemsta, Drągal! Przygotujcie się do wykonania wyroku. To nie jest Polak. To jest wróg i zdrajca narodu polskiego. Dla zdrajcy kula w łeb. Czy pożegnał się z
 wnuczką?
– Pożegnał, panie poruczniku.
– Dobrze. Czy macie jakieś życzenie przed śmiercią?
Stary zdjął kapelusz.
– Nie? Zawiązać mu oczy. – Gruby podał Zemście zasmarkaną, mokrą chustkę.
Zemsta przewiązał staremu oczy i okręcił go dokoła.
– Klęknijcie – powiedział.
Stary ukląkł z trudem nad płytkim dołkiem. Kapelusz położył obok.
Zemsta zarepetował karabin raz i drugi. Zamek trzaskał. Drągal wyjął pistolet, odbezpieczył.
– Panowie – powiedział stary niewyraźnie – panowie, ja…
– Odstąpić! – zawołał Gruby. – Co chcecie nam powiedzieć?
– Panowie, ja jestem chrześcijaninem, tak jak i panowie. Chciałbym się przed śmiercią wyspowiadać…
– Co chcecie?
– Grzechy chcę wyznać przed śmiercią.
Drągal zaśmiał się.
– Co, z kapucyna wam wytrzepiemy księdza?
– Cicho – warknął Gruby. – Nie umiecie nawet uszanować skazanego na śmierć… Widzicie, nie możemy wam teraz sprowadzić ani proboszcza, ani kapelana. Wyrok będzie wykonany natychmiast. Panie plutonowy!
– Panowie, to już pozwólcie, że się przed wami wyspowiadam. Grzechy wszystkie zrzucę. O to jedno proszę, aby mnie panowie wysłuchali.
Zemsta, Biały, Drągal i Gruby stali nad klęczącym.
– Niech się wyspowiada, panie poruczniku.
– I tak pójdzie do piekła – powiedział Gruby. – Zły Polak z niego i zdrajca ojczyzny. My krwi nie żałujemy z żył, a on żałuje amunicji i broni, którą ukradł prawowitemu wojsku.
– Pies go jebał, panie poruczniku, niech mówi – poparł Drągal Białego.
– Spowiadajcie się – powiedział Gruby i zapalił papierosa – tylko prędko.
Stary zrobił znak krzyża. Wymamrotał spowiedź powszechną, bił się w piersi.
– Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Ostatni raz u spowiedzi byłem przed wojną. Będzie dwadzieścia lat. Nie chodziłem, bo nie wyznałem grzechu śmiertelnego. Będzie już pięćdziesiąt lat, jak zgrzeszyłem, ale na spowiedzi świętej grzech zataiłem i
 w stanie grzechu śmiertelnego sakrament przyjmowałem. Uczynek mój popełniłem mając lat dwadzieścia. Była tu w naszej wsi dziewczyna, Anielka. W moim wieku albo młodsza. Młodsza. Bardzo mi się spodobała. Warkocz miała gruby. Najwięcej mi się u niej podobały…
– Dupa? – cicho zapytał Zemsta.
– Milczeć – powiedział Gruby – niech się wyspowiada. Macie jeszcze pięć minut, potem pójdziecie do Piotra z grzechami.
– Oczy mi się podobały i zęby białe, czyściutkie. Ciągle mi się zdawało, że ją widzę. Raz założyła do kościoła chustkę w czerwone różyczki. Znaliśmy się od dziecka, ale kiedy ją teraz spotkałem albo przy niej stałem, to całe ciało moje dygotało jak listek osinowy. Krew mi do oczów się lała i nic nie widziałem. Ona mnie omijała. Ja, grzeszny, jak ten pies za suką za nią latałem. Czasem ją gdzie dopadłem i tylko płakałem, i patrzyłem się jak w obrazek. Ona się czerwieniła. A była bielutka na twarzy. Ta krew podchodziła jej aż na czoło. Kusiłem ją jak ten wąż. A przecie wiedziałem, że mnie ojciec z inną ożeni, bo Aniela była dziadówką, biedota.
– Panie poruczniku – Biały zwrócił się do Grubego.
– Czego?
– Czy mogę odejść na stronę?
– Możecie.
Biały zniknął po drugiej stronie podwórza, kucnął za oborą. Stary przerwał spowiedź. Milczał chwilę.
– Mów, ojciec, to, co najważniejsze. Jakżeś się dostał do tego gaiku Anielci?… – Drągal potarł dłonią brodę. Zemsta otworzył szeroko usta i śmiał się. Śmiał się Gruby. Śmiali się nad klęczącym. Mieli usta otwarte. Zęby wilgotne i białe błyszczały w ciemności. Śmiali się bezgłośnie. Żaden dźwięk nie wydobywał się z
 ich otwartych ust. Patrzeli sobie w oczy i śmiali się. Zemsta trzymał się za boki i kucał, jakby chciał zatańczyć kozaka.
Stary westchnął i mówił dalej. Ale mówił bardzo niewyraźnie. Chustka osunęła mu się z
 oczów i zatrzymała się na wąsach. Głos przez chustkę wydobywał się stłumiony. Nikt mu chustki nie poprawił. Stary klęczał z opuszczonymi rękami i mówił coraz prędzej. W kurniku obok stodoły poruszyły się niespokojnie kury, zatrzepotały i znów cisza. Głos starego był bardzo niewyraźny, może już tylko mówił do siebie.
– ...biała była i przeźroczysta jak opłatek, patrzała na mnie jak małe dzieciątko, z
 wielkim strachem i wstydem mi to wyznała, a wtedy diabeł mnie skusił i zgubiłem trzy dusze, kazałem jej truciznę łykać, żeby to dziecko otruła. Usłuchało mnie moje kochanie, przeklętego…
Stary ścisnął głowę i zatrząsł się cały.
– Umarła z dzieckiem w sobie… i moja dusza też umarła. Żyłem bez duszy, bo umarła, i
 tak już bez duszy zostanę. Ten grzech ciężki wyznaję i o pokutę proszę…
– Zerżnął dziewczynę, a teraz beczy. Wstydź się, ojczulku – powiedział Zemsta – chłop nie krowi ogon, żeby przy jednej dupie wisiał.
Biały zbliżył się, poprawiając pas i bluzę.
Gruby powiedział do Zemsty:
– Wykonać wyrok.
Stary klęczał. Pochylił nisko głowę. Zemsta znów zarepetował karabin. Trzask zamka. Przystawił lufę do głowy starego.
Stary poczuł dotknięcie twardego, zimnego przedmiotu na skórze.
– Liczę do trzech – powiedział Gruby – jak nie powie, gdzie schował karabin i
 amunicję, wykonacie wyrok.
– Tak jest – powiedział Zemsta. Popatrzył na Grubego, Drągala i na jego szczurzej twarzy pojawił się mały dziecinny grymas.
– Raz, dwa, dwa i pół... trzy. Ognia!
Stary rozkrzyżował ręce i upadł na ziemię. Światło księżycowe pobieliło jego głowę i
 rozlało się niebieskie na białej ścianie opuszczonej chałupy.
Pochylili nad nim głowy, jakby chcieli się przyjrzeć uważnie temu ciemnemu, podłużnemu kształtowi, który znieruchomiał. Zemsta podniósł teraz do góry małą główkę. Jego twarz w świetle księżyca spiczasta jak lisi pysk drgała cała, wyglądało to, jakby obwąchiwał ciemność, ludzi, którzy go otaczają, i niebo. Nagle otworzył pysk i
 zaskowytał cicho. Z jego krtani wydobywał się jeden dźwięk. Gruby spojrzał na niego, wsadził palec za kołnierz munduru, który opinał kark jak ciasna obroża. Jego wielka tłusta twarz różowiała i błyszczała. Trząsł się cały. Milczący, ogromny, z brzuchem maciory. Drągal pochylił się nad ciałem starego. Położył dłoń na białej głowie.
– Wstańcie – powiedział.
Stary nie poruszył się.
– Wstawajcie, ojciec – chwycił go pod ręce i uniósł. Stary siedział na ziemi i
 spoglądał w górę na twarze, które się nad nim śmiały. Nad roześmianymi twarzami w głębokim niebie świeciły gwiazdy, w chmurach płynął księżyc jak odrąbany kawałek lodu.
Dzwony znów zaczęły bić we wszystkich kościołach. Biły w jego głowie, uderzały w
 środku ciała. Po tylu latach milczenia znów biły dzwony. Stary przekrzywił głowę i nasłuchiwał tego bicia dzwonów w ciemności.
Biały przysiadł obok starego i powiedział:
– Jesteście już w niebie.
Stary patrzał na niego długo i uważnie. Uśmiechnął się łagodnie i przymknął oczy.
– Widzicie, ten z brodą to jest Święty Piotr – pokazał na Drągala – a ja jestem aniołek. – Biały poruszał rękami jak skrzydełkami. Teraz nad głową starego zaryczał śmiech. Ludzie pochyleni nad nim ryczeli i rechotali, kwiczeli i rżeli. Tylko Zemsta wył ciągle i
 nieprzerwanie. Gruby podszedł do starego, wziął go pod rękę i postawił na nogi.
– Na nas czas, gospodarzu. Chłopaki, nie ryczeć! Nie gniewajcie się, obywatelu, widać ktoś na was doniósł fałszywie. Musicie zrozumieć. Rozkaz to święta rzecz. Wszyscy jesteśmy Polakami. Za każdy karabin płacimy życiem ludzkim. Zostańcie, stary, z
 Bogiem. Co złe, to nie my…
Gruby poczęstował starego papierosami. Ten wziął jednego, ale Gruby wyciągnął z
 papierośnicy kilka papierosów i wsadził staremu do kieszeni.
– Panie poruczniku – przypomniał Biały – może skoczyć po te jajka…
– Maszerować! – Gruby machnął ręką.
Żołnierze nie oglądali się, jeden za drugim wyszli na drogę. Odeszli w ciemność.

Stary stał na podwórzu nad wykopanym dołkiem. Stał i nasłuchiwał. Podniósł z ziemi kapelusz i nasadził go na głowę. Na ziemi leżała brudna chustka. Stary zaczął zgarniać ziemię do dołka. Ale po chwili odszedł do domu.

Usiadł na ławie przy stole. Zapalił papierosa. W misce leżały jajka, z których miała być smażona jajecznica. Gdzieś daleko we wsi znów zaczęły psy naszczekiwać, potem rozjazgotały się na dobre. Pewnie żołnierze szli przez wieś.

Stary siedział przy stole nieruchomo. W pewnej chwili powiedział półgłosem:
– Śpisz to, córuś, śpisz?
Dziewczynka nie odzywała się.
– Już sobie panowie poszli – powiedział stary. – Poszli. Już są daleko, daleko.

„Pewnie zasnęła od tego strachu – pomyślał stary. – Może usmażyć jajek albo ugotować…”. Poczuł głód, ale żal mu było jajek.

„Będziesz sobie jajecznicę smażył, patrzcie starego, a wnusia jutro co sobie ugotuje? Ty, stary, lubisz sobie dogodzić. Jajecznicę będziesz po nocy jadł, chciałaby dusza do raju. Nie będziesz smażył jajecznicy. Jutro sobie Helcia ugotuje… że też człowiek stary, a łakomy jak dziecina. Jeszcze po nocy gotów w skrytości jajka wyjadać dziecku”.

Schował miskę z jajkami do szafki. Zapalił jeszcze jednego papierosa. Wyjął z kieszeni resztę papierosów i ułożył na stole. Oficer dał mu sześć papierosów. Były dobrze nabite i słodko pachniały. „Mewy”. Ułożył je w drewnianej papierośnicy. Zbliżył się do łóżka i powolutku zaczął odchylać pierzynę.

Dziewczynka leżała z zamkniętymi oczami. Stary pochylił się. Powieki dziewczynki drżały leciutko. Nagle otwarła oczy i uśmiechnęła się.
– Ja nie śpię, dziadku.
– Oszukanica z ciebie.
– Nawet ociupinkę nie spałam. Wojsko już poszło?
– A, poszli sobie, poszli daleko.
Stary usiadł na łóżku i gładził buzię dziewczynki. Dziewczynka uśmiechała się do niego i poruszała głową jak kot.
– Jutro ugotujesz sobie na śniadanie dwa jajka, wiesz? Zjesz sobie. Bo panowie nie chcieli jajecznicy. Jak będziesz głodna, to możesz sobie ugotować i trzy.
– To może w sklepiku na landrynki zamienię?
– Twoje są. Wszystkie dziesięć w misce są twoje. Możesz robić z nimi, co chcesz.
Dziewczynka zaśmiała się i usiadła na łóżku.
– Całą torbę landrynków dostanę w spółdzielni. Dziadkowi też dam.
– Ile?
– Dwa albo pięć…
– Dziadek nie ma czym gryźć cukierków, zęby pogubił.
– A ja mam dużo zębów i ostre jak mysz, prawda?
– Połóż się i przykryj. Dziadek jeszcze musi na dwór. Tylko leż grzecznie i nie wstawaj. Zaraz wrócę.

Stary wyszedł z chałupy. Księżyc utonął w ciężkich chmurach. Było ciemno. Stary stał na środku podwórka. Nasłuchiwał. Było cicho. Podniósł z ziemi szpadel, postał chwilę, rzucił szpadel i poszedł do chałupy. Zatrzasnął zasuwkę.

– Odsuń się od ściany albo lepiej całkiem wstań.
Dziewczynka wyskoczyła z łóżka. Stała teraz w długiej za kolana koszuli i
 przyglądała się dziadkowi. Słoma w sienniku zaszeleściła. Stary pochylił się mocniej, zanurzył ramiona w słomie i wyciągnął podłużny przedmiot okręcony workiem. Niósł go ostrożnie w obu rękach jak śpiące dziecko, wreszcie złożył na stole.
– Kładź się i śpij – powiedział surowo stary.
Dziewczynka wskoczyła do łóżka i wysadziła spod pierzyny głowę. Za uszami sterczały jej sztywne jakby z drutu warkoczyki. Drżały przy każdym poruszeniu niespokojnie.
– Co to jest, dziadziusiu?
Stary uśmiechnął się.
– To? – pokazał palcem na długi przedmiot owinięty szczelnie w szmaty. – To jest lalka, wiesz?
– Lalka? – Dziewczynka złożyła rączki. Taka wielka!
– A bo to jest moja lalka, przecie dziadek nie będzie się bawił taką lalką jak twoja.
– Ja tam już się nie bawię lalkami.
– Racja, pewnie się za kawalerami oglądasz?
– Niech ją dziadek rozbierze!
– Będziesz ty cicho! Zamknij oczy i śpij, dziadek sam wie, co robić.
Dziewczynka przymykała i otwierała oczy. Mrugnęła do starego, ale ten zrobił srogą minę i zaczął ściągać kapotę. Zawiesił kapotę na oknie i dopiero teraz podkręcił knot w
 naftowej lampce.
– Helcia, a widziałaś, co ci panowie żołnierze mieli na rękawach?
– Widziałam.
– No co?
– A nic.
– To źle widziałaś. Ten długi miał opaskę na rękawie. Białą i czerwoną. Nie widziałaś?
– Widziałam, dziadku.
– A jakie to były litery, poznałaś?
– WP było wydrukowane.
– WP. A wiesz, co to znaczy WP?
– Nie wiem.
– To znaczy Wojsko Pańskie. Wojsko Pańskie. Dawniej to było Wojsko Polskie, a
 teraz zmieniło się w Wojsko Pańskie. Rozumiesz?
– Nie, dziadziusiu.
– No i dobrze, że nie rozumiesz. Ja stary dopiero teraz zrozumiałem, wiesz? Gdzie to te szmaty podziałaś, co wczoraj ze strychu zniosłem?
– Są pod stołem… Stary wlazł pod stół.
– Wojsko Pańskie – powiedział do siebie.
– Co dziadziuś mówi?
– Trzeba ładnego ubranka dla naszej laleczki poszukać. Przebrać ją trzeba, nakarmić, umyć.
Rozłożył szmaty na papierze. Zaczął je polewać naftą.
– A ty śpij. Odwróć się do ściany i śpij.

Stary zdjął ze stołu podłużny przedmiot, położył go na podłodze i zaczął starannie owijać w szmaty. „To mu nigdy nie zawadzi – pomyślał – wczoraj go oglądałem. Lufa jak lustereczko… Nie będę go już odwijał”. Przewiązał przedmiot kilka razy sznurkiem i znów wyszedł z domu.

W tym samym miejscu, gdzie klęczał i opowiadał obcym ludziom największy grzech swojego życia, był płytki dołek wypełniony jaśniejszym piaskiem. Na dnie leżała chusteczka, którą miał zawiązane oczy. Stary chwycił szpadel i zaczął pogłębiać dół. Wziął w obie ręce karabin i ostrożnie złożył go w ziemi. Poprawił wilgotne, tłuste szmaty, narzucił na nie jeszcze chusteczkę i zaczął zasypywać ziemią. Potem ziemię starannie udeptał i rozrzucił w tym miejscu trochę słomy i nawozu.

Stał w ciemności. Czuł pod nogami lżejszą, jakby uległą ziemię. „Leż sobie – uśmiechnął się – leż”.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tadeusz Różewicz, Spowiedź, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły