15.08.2019

Nowy Napis Co Tydzień #010 / Instytut Mikołowski: dwadzieścia lat później

Musi być ktoś, kogo nie znam, ale kto zawładnął
Mną, moim życiem, śmiercią; tą kartką

(R. Wojaczek, Musi być ktoś z tomu Którego nie było)
 

Czarno-biały kadr. Rafał Wojaczek z nieodłącznym papierosem w ustach i nieobecnym spojrzeniem, odchyla się coraz bardziej od ściany, aż powoli teatralnie opada na masywne, drewniane biurko. Ze skrzypieniem otwierają się drzwiczki. Kolejna scena: bohater majstruje przy starym odbiorniku radiowym, z boku kadru widać fragment pieca kaflowego, po drugiej stronie regał z papierami i książkami, a na wprost wisi mały obrazek z Maryją i dzieciątkiem. Wokół niemal gołe ściany wysokiego mieszkania w kamienicy, biurko, maszyna do pisania, jednoosobowe łóżko, pustka przestrzeni. Kadry zainscenizowane są tak, żeby widz mógł odczuć egzystencjalną samotność; żeby przedstawić mu mieszkanie nie jako dom, lecz więzienie, i by sama koncepcja tworzyła wrażenie rodem z wiersza Chodzę i pytam: „W ja­kim po­ko­ju zwie­sza się nad sto­łem/Uprzej­ma pę­tla, bym ją szy­ją prze­tkał?”.

klatka schodowa domu Rafała Wojaczka

Mowa o głośnym, nagrodzonym Złotymi Lwami za reżyserię filmie Lecha Majewskiego Wojaczek (1999), czyli artystycznej wizji opartej na biografii słynnego poety. Tak się składa, że te milczące sceny, odgrywane w prawie pustych pomieszczeniach, kręcone są w prawdziwym mieszkaniu autora w Mikołowie, tym samym, w którym przez kolejnych dwadzieścia lat znajdować się będzie Instytut Mikołowski jego imienia. Współtwórcą scenariusza jest obecny dyrektor placówki, poeta Maciej Melecki (ur. 1969), a w rolę legendarnego buntownika wciela się inny poeta, autor młodzieńczego, głośnego debiutu Dzikie dzieci (1995), od początku związany z Mikołowem i tamtejszym Instytutem – Krzysztof Siwczyk (ur. 1977), dziś wicedyrektor instytucji. Na pustych ścianach, które stały się tłem dla malarskiego wręcz portretu Wojaczka, zawisną wkrótce czasowe wystawy obrazów i zdjęć, a w olbrzymim pokoju rozstawione zostaną krzesła, które regularnie zapełnią goście kolejnych spotkań literackich. Instytut od wielu lat żyje własnym życiem, bez cienia mitycznego patrona nad głową, choć korzystając z jego gościnnych progów.

Poeci wobec legendy

Mikołów to niewielkie, około czterdziestotysięczne miasteczko w okręgu śląskim, stanowiące naturalny bufor dla Katowic. Nie wyróżnia go ani historia, ani wyjątkowe zabytki, może poza urokliwym, odrestaurowanym rynkiem. Co sprawiło więc, że miasto to stało się „zagłębiem poetyckim”, jednym z najbardziej rozpoznawalnych ośrodków współczesnej poezji w Polsce, i że udało się przez tyle lat związać jego kulturalne oblicze właśnie z literaturą piękną? Może zadecydował przypadek, dogodne położenie w śląskiej aglomeracji, może legenda, a może oddolna działalność grupy osób, które zaczęły od skromnego czasopisma i spotkań kulturalno-towarzyskich, by z czasem przekształcić się w prężne wydawnictwo i instytucję? Załóżmy, że wszystko zaczyna się od legendy. Prowokacyjnie streściła ją Aldona Kopkiewicz w „Dwutygodniku” (2014, nr 6):

Jeśli mieliśmy w Polsce Kurta Cobaina, to był nim Rafał Wojaczek. Sam Wojaczek był też Jimem Morrisonem, gdy wybuchała w nim ekstatyczna energia, ale legenda to legenda; w legendzie chodzi o świderek, wprowadzony do czaszki, by sprawdzić, „czy żyję jeszcze”, a także „chodzę i pytam, gdzie jest moja szubienica”. No i o wychodzenie z knajpy przez szybę. W pewnym momencie okazało się wprawdzie, że Wojaczek wcale nie wyglądał jak Krzysztof Siwczyk, ale na tym najważniejszym zdjęciu wydaje się wystarczająco tajemniczy: usta wydęte zmysłowo i opryskliwie, za to oczy mniej harde, ściszone. Spojrzenie nadaje jego twarzy wyraz onieśmielonej niewinności. Ian Curtis z Rimbaudowskim echem.

Rafał Wojaczek, przyszły „poeta przeklęty”, za życia autor zaledwie dwóch książek poetyckich, które i tak zapewniły mu status genialnego i zupełnie wyjątkowego przedstawiciela pokolenia, przychodzi na świat w Mikołowie roku w 1945. Jego krótki i burzliwy życiorys, ale też same wiersze skupione na miłosno-biograficznych grach z podmiotowością (pierwszy z wydanych pośmiertnie tomów autora nosił znaczący tytuł Którego nie było [Wrocław 1972]) stały się podstawą mityzującej opowieści powtarzanej przez kolejne pokolenia licealnych buntowników i buntowniczek, ale też podtrzymywanej przez żyjących jeszcze znajomych poety. Wojaczek mieszkał wraz z rodziną w Mikołowie przez prawie dwadzieścia lat, na pierwszym piętrze kamienicy przy ul. Jana Pawła II 8/5 (wówczas: 1 Maja), po czym przeniósł się na studia, najpierw na krótko do Krakowa, potem do Wrocławia, gdzie jego talent dostrzegł Tymoteusz Karpowicz.

Rodzice poety, uznani pedagodzy, pozostali w rodzinnym mieście. Po śmierci jego matki, Elżbiety, w 1992 roku na ścianie kamienicy zawisła niewielka płaskorzeźba oraz pamiątkowa tablica z wierszem Musi być ktoś. W maju, w rocznicę śmierci Wojaczka, w Mikołowie zaczął się odbywać doroczny Turniej Jednego Wiersza (przeniesiony z Katowic), wkrótce powołano też Ogólnopolski Turniej Poetycki jego imienia. Kilka lat później związano te wydarzenia z Tygodniem Maja Poetyckiego (od 1999), a potem Mikołowskim Majem Poetyckim. Wszystkie te imprezy odbywają się do dziś, a przez ostatnie dwadzieścia lat okazały się wydarzeniami tyleż prestiżowymi (wśród laureatów konkursu było wielu docenionych potem autorów), ile przede wszystkim integrującymi lokalne środowisko poetyckie Górnego Śląska.

O utworzeniu w dawnym mieszkaniu Wojaczka instytucji kulturalnej, która zajmie się nie tylko pracą nad spuścizną tragicznie zmarłego poety, ale też szeroko pojętą działalnością wydawniczą i edukacyjną, zadecydował szereg drobnych i sprzyjających okoliczności oraz mobilizacja tamtejszego środowiska. Od śmierci ojca poety w 1993 roku przez kolejne kilka lat trwały dyskusje i przepychanki dotyczące przyszłości lokalu. Choć wolą brata, znanego wrocławskiego aktora teatralnego Andrzeja Wojaczka, było utworzenie muzeum i domu pracy twórczej, pomysł nie spotkał się od razu z aprobatą mieszkańców. Przekształcenie lokalu w placówkę kulturalną zaproponował najpierw Marian Sworzeń, poeta i uznany dziś eseista (autor między innymi świetnych książek eseistyczno-podróżniczych Opis krainy GogCzarna ikona). Dzięki jego konsekwencji i piastowanym wówczas stanowisku wiceburmistrza miasta oraz wsparciu środowiska poetyckiego (nie tylko lokalnego, bo pod petycją podpisali się choćby uczestnicy ówczesnego Maja Poetyckiego – Julian Kornhauser czy Andrzej Szuba), w 1996 udało się utworzyć iInstytut. Podmiotowość prawną uzyskał on jednak dopiero trzy lata później (1999), można zatem powiedzieć, że świętuje właśnie dwudziestolecie istnienia. Przez ten czas zdążył zmienić się z nieco szalonej inicjatywy grupki literatów i działaczy dotowanych z lokalnego budżetu, w rozpoznawalne w całej Polsce, prestiżowe wydawnictwo poetyckie.

Targiel i jego „Arkadia”

Opowieść o instytucjach kultury to zwykle opowieść o ludziach, którzy za nimi stoją. Paryska „Kultura” miała Jerzego Giedroycia, kluczowe dla poetyckiego przełomu lat 80. i 90. wydawnictwo „Przedświt” Jarosława Markiewicza, a Instytut Mikołowski – Pawła Targiela, pierwszego i wieloletniego dyrektora, którego zastąpili następnie jego współpracownicy, Melecki i Siwczyk, poeci od początku związani zarówno z mikołowskim środowiskiem, jak i z samym iInstytutem. Targiel był postacią wyjątkową i poważaną w śląskich środowiskach artystycznych. Z Wojaczkiem znał się jeszcze z mikołowskiego liceum im. Karola Miarki. Chociaż obaj uczniowie trafili do różnych klas, a Wojaczek wkrótce zmienił szkołę na pewien czas – jak wspominał Targiel – połączyły ich wspólne obozy kajakowe i humanistyczne zainteresowania. Nikt wówczas nie zakładał oczywiście, że z niepokornego młodzieńca o (jak to się zwykło eufemistycznie ujmować we wspomnieniach) „trudnym charakterze” wyrośnie jeden z najsłynniejszych poetów pokolenia.

Po studiach filozoficznych w Warszawie i kilku latach artystyczno-intelektualnej tułaczki Targiel powrócił do Mikołowa, gdzie działał w opozycji. W 1988 powołał drugoobiegowe, prodemokratyczne pismo „miarka” (udało mu się wydać 24 numery oraz zaangażować grono młodszych pisarzy do redakcji literackiego dodatku „Bez miarki”, wśród nich był m.in. Melecki). Kilka lat później, w 1996 roku, a więc w czasie konsolidowania się na Górnym Śląsku postbruLionowego środowiska literackiego, dopiął swego i w wyjątkowo niesprzyjających dla rynku czasopism okolicznościach powołał almanach „Arkadia – pismo katastroficzne”. Jego los zwiąże się na długie lata z samym Instytutem Mikołowskim, a kolejne tomy Biblioteki „Arkadii” będą ukazywać się właśnie jako wydawnictwa iInstytutu. Czasopismo wychodziło do roku 2011 i stało się istotnym ośrodkiem porozumienia górnośląskich literatów. Wiele numerów poświęconych było odrębnym zagadnieniom, a oprócz prezentowania tekstów literackich zdawało choćby relację z odbywających się rokrocznie w Mikołowie konferencji (ostatni numer [27–28/2010] związany był z sesją „Transgresja – nieobecność – ciało”).

Targiel wydał za życia zaledwie dwa tomy wierszy (Ostatnie wiersze, Halsem; pośmiertnie pracownicy Instytutu zebrali jeszcze inedita O tyle więcej), ale zapamiętano go przede wszystkim jako lokalnego organizatora, inicjatora wydarzeń artystycznych i dyrektora raczkującego jeszcze Instytutu. W 2009 roku, niedługo po jego śmierci (od której mija właśnie okrągła dekada), filmowy hołd złożył mu w niezwykle intymnym dokumencie Paweł operator i reżyser Adam Sikora, który dziesięć lat wcześniej odpowiadał za zdjęcia do osławionego Wojaczka. Cykl niezobowiązujących, prywatnych spotkań, na których Targiel opowiadał o swojej filozofii życiowej, o miłości do literatury i o samym Instytucie stał się podstawą dla filmu o godzeniu się ze śmiercią i o nieustającej, intelektualnej pasji.

Okładka tomu „Nie te czasy. Utwory nieznane”

Dalsze prowadzenie Instytutu, pisma i samego wydawnictwa przejęli związani z Mikołowem poeci. Dyrektorem do dziś pozostaje Melecki, a jego zastępcą Siwczyk, co sprawia, że duch autora Nie skończonej krucjaty w jakiś dziwaczy, paradoksalny sposób nadal patronuje ich działalności. Realizując misję upowszechniania twórczości Wojaczka i troski o jego spuściznę, Instytut przez lata angażował się w różne wydarzenia kulturalne i naukowe (liczne konferencje). Efektem tych działań jest choćby pieczołowicie przygotowana książka wspomnieniowa Który jest. Rafał Wojaczek w oczach przyjaciół, krytyków i badaczy pod redakcją Romualda Cudaka i Macieja Meleckiego (wydana wespół z Wydawnictwem Uniwersytetu Śląskiego, 2001) oraz dwa zbiory wierszy niepublikowanych, nieznanych, cenzurowanych lub odnalezionych w rękopisach: Reszta krwi (1999, drugi tom Biblioteki „Arkadii”, towarzyszący premierze filmu Majewskiego i inauguracji działań samego Instytutu) oraz – powstałe na skutek niedawnej kwerendy w archiwum Ossolineum, która zaowocowała nieoczekiwanym odkryciem kolejnych utworów – Nie te czasy. Utwory nieznane (2016).

Kwestie środowiskowo-towarzyskie sprawiły, że Instytut nigdy nie uzyskał praw do opracowania i wydania całego dorobku Wojaczka, być może ze szkodą dla samego poety. Jak wspomina Melecki, pomimo wieloletnich rozmów ze spadkobierczynią praw, zupełnym zaskoczeniem było przejęcie schedy po Wojaczku przez (wówczas wrocławskie) Biuro Literackie, które stoi za Wierszami zebranymi (2008) oraz niewydaną wcześniej prozą Sanatorium (2010). W pewnym sensie „przygoda” z dziełami Wojaczka, z ich krytycznym opracowaniem i upowszechnianiem, została dla Instytutu w ten sposób mocno ograniczona. Przypadek sprawił jednak, że pojawił się inny patron, z którego twórczością kojarzona jest dzisiaj nie tylko działalność samego wydawnictwa, ale też poetyckie dykcje i eseistyczna twórczość jego pracowników – Witold Wirpsza.

Odzyskiwanie Wirpszy

Wspomniany przypadek wiązał się w dużej mierze z wewnętrzną już konsolidacją samego środowiska, z którym identyfikowało się szerokie grono autorów różnych pokoleń i wrażliwości. W 2005 roku Leszek Szaruga (właśc. Aleksander Wirpsza), wówczas uczestnik jednego ze spotkań autorskich w IM, obdarzył wydawnictwo kredytem zaufania i powierzył Meleckiemu dwa niewydane dotąd tomy ojca: Cząstkową próbę o człowieku oraz Spis ludności. Oba ukazały się w dwudziestą rocznicę śmierci poety. To wydarzenie, idące oczywiście w parze z geniuszem poetyckim samego Wirpszy, z jego niezbywalnym talentem i zupełnie niedocenionym wówczas dorobkiem, związało Instytut z odkrywaniem, edycją i wznawianiem dzieł autora. Wraz z kolejnymi tomami zmarłego poety, przypomnieniem czytelnikom fundamentalnych poematów pokroju Liturgii (2006) czy Faetona (z racji poszukiwania zaginionej w pierwodruku strony rozdzielonego przez wydawców na dwa tomy; 2006, 2007), uzupełnionej wersji esejów Gra znaczeń. Przerób (2008) oraz Polaku, kim jesteś? (2009), ranga urodzonego w roku 1918 twórcy zaczęła nagle rosnąć, zwłaszcza w młodoliterackim życiu.

Z neoawangardową, traktatową liryką Wirpszy, w której autor mierzy się i z problemami metafizycznymi, i z wyzwaniami komunikacji językowej i nieprzejrzystością kodu, i z historią ludzkości czy nawet całych cywilizacji, systemów politycznych i prawnych, zaczęli się utożsamiać kolejni, młodzi jeszcze literaci i krytycy. „Faeton Witolda Wirpszy jest najambitniej zakrojonym i najdoskonalej wykonanym poematem XX wieku (a może i wszechczasów, jeśli zestawić krótkość naszej historii z rozległością horyzontu czasowego w Faetonie)” – pisał na okładce tomu Adam Wiedemann. „Wielkość tych wierszy polega między innymi na tym, że umiejscawiają się one (wydarzają, zachodzą) na progu – choćby progu słyszalności i zrozumiałości – dzięki czemu wymykają się zabiegom kanonizacyjnym, skutecznie je sabotując i parodiując” – wtórował mu Jacek Gutorow z okładki Cząstkowej próby… (2005). Trudno się z tymi spostrzeżeniami nie zgodzić. Wirpsza nie jest poetą łatwym, bo nie może być czymś łatwym próba zakwestionowania całego systemu wiedzy i rządzących nim założeń (choćby tom Przesądy). Nie jest też specjalnie liryczny, by uwodzić zręczną metaforą czy obrazem, jak wiersze samego Wojaczka. Intelektualny charakter jego tekstów idealnie odpowiedział jednak na przemiany współczesnej humanistyki w sposobach pisania liryki i myślenia o procedurach komunikacyjnych.

Ostatnimi jak dotąd książkami Wirpszy (wszystkie ukazują się w podobnej szacie graficznej, z intensywnymi kolorami okładek i nawiązaniami do estetyki konstruktywistycznej) były powieść Sama niewinność (2017) oraz poemat Apoteoza tańca (2018), ale działalność Instytutu w tej dziedzinie na pewno nie zakończy się na piętnastu książkach autora (i jednej monografii pióra wybitnego znawcy tematu – Dariusza Pawelca). „Jeżeli mam wieszczyć – mówił ostrożnie w jednym z wywiadów Siwczyk – to chciałbym, aby [Wirpsza – JS] stał się akademickim standardem, żeby odzyskał obecność, żeby poeci czytali najpierw Peipera i Wirpszę, a potem, w ramach relaksu, noblistów”. To utopijne marzenie powoli po części zdaje się spełniać, choćby w postaci monumentalnej antologii Powiedzieć to inaczej (2011), w której XX wiek przemawia w naszej poezji właśnie głosami Wirpszy, Wata, Bieńkowskiego czy Karpowicza, nie zaś Miłosza i Szymborskiej.

Mikołowska (neo)awangarda

W pierwszych latach działalności Instytutu Mikołowskiego, dzięki „Arkadii”, kolejnym konkursom, konferencjom i spotkaniom autorskim miasteczko odwiedziła cała plejada młodych i starszych poetów, nie tylko tych związanych ze Śląskiem oraz grupą „Na dziko”. Pierwsze wiersze z mikołowskich imprez zebrała antologia Nowy sezon (1997), zredagowana przez Meleckiego i jak zawsze aktywnego w Mikołowie Sworzenia. Gdyby z perspektywy prawie dwudziestu lat spojrzeć na listę nazwisk, które przewinęły się przez kolejne tomy serii Biblioteki „Arkadii”, powstałaby osobna, fascynująca opowieść o najnowszej poezji. Prócz Meleckiego i Siwczyka byli to między innymi Robert Rybicki, Arkadiusz Kremza, Genowefa Jakubowska-Fijałkowska, M.K.E. Baczewski, Feliks Netz, Grzegorz Olszański, Przemysław Owczarek, Marcin Bies, Waldemar Jocher, Barbara Klicka, Krzysztof Karasek, Bogdan Prejs, Dominik Żyburtowicz czy zmarły w zeszłym roku poeta i działacz kulturalny, Jerzy Suchanek, fundator jednoosobowej nagrody „Otoczaka”. Do pewnego czasu Instytut wydawał przede wszystkich autorów łączonych z Górnym Śląskiem, ale ich twórczość w żadnym razie nie uchodziła za produkt lokalny. Biblioteka „Arkadii” liczy w tej chwili ponad 150 książek i są wśród nich zarówno serie przekładowe (zwłaszcza popularyzujące poezję słoweńską), opracowania krytycznoliterackie (Anna Kałuża, Karol Maliszewski, Paweł Marcinkiewicz, Leszek Szaruga, Agnieszka Nęcka), ważne i nagradzane tomiki, jak i te jeszcze ważniejsze, bo nienagradzane, przeoczone przez krytyków, niepasujące do dominującej opowieści o naszej najnowszej literaturze (Rybicki, Fijałkowska, Baczewski, Domarus).

Powyższe nazwiska wskazują na pewną istotną cechę działalności Instytutu, która pozostaje niezmienna i wiąże się z estetycznymi preferencjami jego pracowników. Oprócz wydawania twórców związanych ze Śląskiem, ważnych przede wszystkim z perspektywy regionalistycznej (jak Tadeusz Kijonka czy Kazimierz Ratoń), promował on zawsze literaturę trudną, wymagającą, nawiązującą do najlepszych osiągnięć rodzimej (neo)awangardy, do spuścizny Tadeusza Różewicza, Tymoteusza Karpowicza i właśnie Wirpszy. W jednym z wywiadów Melecki tłumaczył to następująco („Odra” 2012, nr 10):

ów zakres [poszukiwań – JS] na pewno posiada awangardowy punkt wyjścia, choć samo pojęcie „awangardowy” mieści w sobie bardzo dużo konotacji niepozwalających na precyzyjne dookreślenia. Ale u podłoża naszego światoodczucia poetyckiego z pewnością legł taki właśnie paradygmat, biorący się z potrzeby przekraczania zastanych sztanc, czego upostaciowieniem byłby rozwidlający się język poetyckiego dyskursu, tworzący liczne „delty” semantyczne. Awangarda to wszak ruch do przodu. W przypadku poezji jest to ruch konieczny.

Ruch w samym Instytucie jest niewielki, zwłaszcza że całość prac dźwiga na barkach kilka osób (dokładnie cztery, wliczając obu dyrektorów). A jednak wciąż udaje się wzbudzić ferment, czy to wydaniem wierszy Rona Padgetta (Bezczynność butów), nowym tomem Marcina Sendeckiego, pierwszym w Polsce książkowym przekładem utworów rumuńskiego surrealisty Gherasima Luki (Bierny wampir), czy nawet fascynującym esejem prof. Tadeusza Sławka (Nie bez reszty. O potrzebnie niekompletności). Zdarzają się oczywiście wpadki – typograficzne i edytorskie (ucierpiały na tym zwłaszcza wydawane na początku tomy Wirpszy), ale nikt chyba nie ma tego za złe, bo w Mikołowie dbają również o estetyczny aspekt książek, o ich konsekwentną szatę graficzną. Jeśli coś zawodzi po latach, to może dystrybucja i promocja książek. Instytut Mikołowski, mimo coraz lepiej działającej strony internetowej i wykorzystania mediów społecznościowych, mentalnością zdaje się tkwić nadal w lokalnym, stricte towarzyskim światku lat dziewięćdziesiątych. Ale może to również jest jakiś „ruch konieczny” dla poezji w dobie urynkowienia książki – pozostawanie w wydawniczej awangardzie, jeśli nie na przodzie, to chociaż nieco obok, gdzie można konsekwentnie robić swoje.

Po dwudziestu latach prężnej działalności, w lutym 2019 roku, Instytut przeniesiono – na czas gruntownego remontu kamienicy, pierwszego od czasów wojny – z dawnego mieszkania Wojaczków do historycznej willi na ul. Konstytucji 3 maja 18, która jeszcze przed wojną służyła pierwszemu burmistrzowi Mikołowa, po niej zaś stała się wieloletnią siedzibą żłobka. Za lokalizacją tą optował sam Melecki, starając się znaleźć miejsce jak najbardziej odpowiadające klimatem i możliwościami poprzedniej placówce. Te przenosiny, połączone z nabyciem przez gminę w lutym bieżącego roku kolejnych pięćdziesięciu obiektów związanych z Wojaczkiem (rękopisy i maszynopisy, listy, pocztówki, tomiki z dedykacjami, trzy niepublikowane dotąd wiersze i inne ciekawostki), to z jednej strony, chwilowa co prawda, wyprowadzka z centrum miasta w stronę historycznych Plantów, z drugiej zaś szansa rozwinięcia ekspozycji muzealnej, która uzupełni izbę pamięci. Otwarcie samej wystawy planowane jest na początek maja, przy okazji kolejnego Mikołowskiego Maja.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jakub Skurtys, Instytut Mikołowski: dwadzieścia lat później, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 10

Przypisy

    Powiązane artykuły