13.05.2021

Nowy Napis Co Tydzień #100 / Dziennik wędrowny, poemat podróżny

Na przedprożach baśni

Przy lekturze kolejnego dziennika wędrownego Zygmunta Ficka znów może nas ogarnąć chęć, przed którą ostrzegałem czytelników i samego siebie przed rokiem, omawiając jego zbiór Dzień po długiej drodze(2019); chęć nieodparta, by natychmiast podążyć śladem Fickowych wierszy. Jej szlaki kończą się tam, gdzie zapowiada tytuł, czyli na przedprożach baśni, górskiej baśni, z widokiem na całą głębię ich znaczeń. Bo autor należy do poetów wyjątkowo słownych. Spełnia każdą swoją obietnicę. Zaś fakt, że jest wytrawnym przewodnikiem po swych okolicach, jako oczywisty, wypada przywołać zwyczajnie dla porządku. Trzeba wszakże pamiętać, że nawet pod tak znakomitym przewodnictwem, wędrówka taka będzie wymagać fizycznej wytrwałości (nieraz zwierza się tu poeta ze swego utrudzenia) oraz kontemplacyjnej uwagi, gotowości do wpatrzenia, wsłuchania, do pokornego wobec rzeczywistości zaangażowania zmysłów, które tereny nawet już nieco rozpoznane, każą wciąż postrzegać jako świeże zadanie i wyzwanie. W wierszu Idę, dla tego zbiorku poniekąd programowym, mówi liryczne „ja”:

Idę, a ląd mi nieznany dyktuje swoje prawa.
Po nim tu się płynie, gdy pora najwyższa
więc trzeba łódkę
budować z pamięci. Tu przyda się
wszystko, co z dawna w niej mieszka.

Słyszymy tu jednakże nie dumnego zdobywcę-odkrywcę, lecz kogoś, kto od chwili pierwszego, dziecięcego kroku wędrówkę uczynił sposobem swego istnienia i stylem percepcji świata, kogoś, dla kogo „Iść jest żyć” (Wyszedłem do dnia). Oczywiście nie on pierwszy, Ficek należy do licznej rodziny poetów-wędrowników. Lecz były to na ogół duchy niespokojne, często żądne nadzwyczajnych przygód, wrażeń, względnie bliżej nieokreślonego ukojenia. Tymczasem wydaje się, że tekstowemu „ja” zależy przede wszystkim na zawarciu bliskich więzi z tym, co mu dzień i droga przyniosą. Pozwalając sobie na pewną ogólniejszą hipotezę interpretacyjną, można by chyba powiedzieć, że strategia poetycka zmierza tutaj do ustalenia relacji pomiędzy przeżywaniem czasu i przeżyciem przestrzeni; relacji łączących je w jedną jakość wypełnioną po horyzont egzystencjalną treścią (por. Jedna chwila). W takich momentach objawia się poecie istnienie czyste, wielokształtne, w arcybarwnie ruchliwe odziane formy. Przed oczyma na kolejnych etapach szlaku pojawia się ich zastanawiający, zachwycający bezlik, zaś najwierniejszym kompanem drogi stała się sama droga, bardziej niestrudzona niż wędrowiec. Bywa niknącą w mroku leśną ścieżką lub wiedzie stromo, kamieniście, podprowadza pod szczyt chłodny, mglisty, niejasny, pomimo że swoje góry pokazuje nam poeta o rozkwitłych zapachami, nawet smakami, porach roku, z deszczu zasię i nocy pejzaże wynurzają się odświeżone, pełne blasku. Za jego świetlistą sprawą łatwo

[…] pójść w tę uroczystość. Tak zagłębić się
w księgę drogi. Tak zobaczyć
jak ptak wije gniazdo
w niedosiężnej a na wyciągnięcie ręki dali
doliny, gdzie też
kwili wrodzona nieruchomość ptaka.

*

Tak czytać księgę mniejszych od maku istot
zieleni
jak i ziarenek maku.

(Droga płynie)

Obcowanie ze słowem zrodzonym z tylu wpatrzeń i powidoków zakłada nie tylko odczytywanie znaczeń, ale także ich werbalizowanie. Skłania nas do dopisywania własnych uwag do tak wysławiającego się świata:

A ty, póki co, wpisz się – do złotej księgi
ziół – się zapisz, do złotej księgi drogi
po głazach na górę na amen
się zapisz, ale musisz wiedzieć
że przyjdzie nogawki po łokcie zakasać.
(Tego dnia)

By skorzystać z tej pięknej zachęty, trzeba wpierw wytrwale nabywać języka, którym przemawia do nas przestrzeń wędrówki. Kształtują go po znacznej części obserwacje natury. Każdą jej cząstkę powinno się nazywać możliwie najdokładniej, najlepiej jej własnym imieniem, przykładowo pleszki lub rudzika. Należałoby zapoznać się z dziejami kruków oraz ich krewniaków, rodem z samego raju, przeto do rajskich wypada je zaliczyć ptaków. Warto też zrezygnować z przekonania, że ryby głosu nie mają, bo przynajmniej jedna, ta z Morskiego Oka, okazuje się nad wyraz rozmowna. Ba, i nawet kret, choć już nieżywy, domaga się chwili żalu, do czego, jako boże stworzenie, ma prawo (zob. Cztery spracowane łapki). Właściwie z każdym krokiem i każdym spojrzeniem język ten się doskonali, ukonkretnia. Pojęć abstrakcyjnych używa poeta na ogół w odniesieniu do określonych sytuacji i ewokowanych przez nie stanów ducha. Dlatego w porządku poetyckich rozmyślań ważne miejsce zajmuje wiersz Opuszczenie sięga będący swoistym studium samotności prowadzącym do takich wniosków:

Opuszczenie jest wtedy, gdy cisza tej chwili
– jest, patrzy i milczy, a ty Jesteś.
Jesteś u siebie – w domu swojego opuszczenia.

Częściej niż byśmy zrazu sądzili zdarza się tej poezji przeglądać w mroku. Spoglądać przezeń aż po jego krańce. Sporo mroku przewija się przez teksty będące pożegnaniem umarłych lub przywoływaniem już-nieobecnych (Kiedy tylko). Teraz tęsknota do nich często zastępuje liryzm i czułość dochodzące do głosu w Dniu po długiej drodze.

Równie ważne jak to, co się w górach widziało, pozostaje to, co się przynosi z dróg i wierchów, z czym się schodzi w doliny. Liryczny bohater wraca do dolinnego świata z milczeniem zawierającym odpowiedź na jego zwątpienie zasygnalizowane na samym początku; milczenie, którego echo brzmi teraz dlań za drzwiami kościółka, milczenie tego,

Którego nie poznał, a Który
go poznał i padł mu w objęcia, Jak
od lat
niewidziany przyjaciel na Lodowym Szczycie.

(Po tej stronie, 8)

W teksturze tych wierszy dominuje znów styl migawkowy, fotograficzny. Nagłe spojrzenia układa Ficek w obszerniejsze struktury. Chociaż zastanawia i zachwyca także zwięzłymi drobiazgami, bliskimi poetyce haiku („lekce sobie ważąc”) albo aforystycznymi („nawet ci się nie śni”).

Zbiór kończy się melancholijnie, smutkiem przemijania. Ale jakoś nie chce mi się wierzyć, aby czas wędrówek poezja Zygmunta Ficka miała już za sobą. Kto stanął na przedprożu baśni, ten jeszcze musi wejść w jej głębinę.
 

Zygmunt Ficek, Na przedprożach baśni, Biblioteka „Toposu”, T. 187, Sopot 2020.

okładka książki

Słowa i liczby

– może trzeba rozumieć świat tak, jak ryba rozumie wodę
(B.J.)

 

Przy każdym nowym tomie Bogdana Jaremina czytamy jego poezję nieomal od początku. Tylko trochę pomaga oczytanie w Jareminowym języku poetyckim rozwijającym się konsekwentnie co najmniej od momentu wydania Pracowni czasu (2013), podobnie jak znajomość biografii poety opowiedzianej w zbiorze Zapach porcelany (2019). Poeta dba, aby świat jego wierszy ustawicznie się poszerzał. Tym razem przeprowadził udany eksperyment kompozycyjny, ujmując refleksje epistemologiczne i ontologiczne w ramę fabularną. Gatunkowo można by umieścić Słowa i liczby na pograniczu skrupulatnie prowadzonego itinerariusza i dyskursywnego, pulsującego wrażeniami, skojarzeniami, pytaniami, eseju.

Fabuła unika komplikacji. Poetycki bohater wraz ze swą partnerką wyjeżdża na Sardynię. Chciałoby się rzec: turystycznie. Nie do końca jednak. Bo ucieka od rzeczywistości zniekształconej, wyobcowującej, będącej wyjątkowo uciążliwym współmieszkańcem najdłuższego budynku Europy, czyli gdańskiego falowca przy ulicy Obrońców Wybrzeża. Niewykluczone, że dodatkowy impuls do ucieczki stamtąd daje spotkanie z prostą mądrością wiejskiego cieśli (lub murarza) z Borów. Konkretną, rzemieślniczą, lecz zaskakująco łatwo dającą się przełożyć na prawidła rządzące myśleniem poetyckim i filozoficznym (por. winkiel). Do niej właśnie przyłoży tekstowe „ja” swoje ustalenia przywiezione ze śródziemnomorskiej wyspy. Wszakże nie uprzedzajmy faktów. Pozwólmy wpierw bohaterowi poematu odbyć jego szczegółowo opisaną podróż. Już w samym jej opisie ujawniają się dychotomie (celowo nie piszę o opozycjach), wokoło których będzie się koncentrowało myślenie podmiotu. Prócz tytułowych słów i liczb będą do nich należały: sen i rozum oraz – obecne na drugim planie –przestrzeń i czas. To koordynaty wyznaczające pole funkcjonowania (samo)świadomości. Pozwalają się one wychwycić w izolacji, aczkolwiek prawdziwym wyzwaniem pozostaje przede wszystkim rozpoznanie ich konfiguracji i sposobów działania. W narracji mieści się opuszczanie domu, noc w pociągu, czekanie na lotnisku. Stają się one pretekstami do obserwacji tematów wprowadzanych kontrapunktycznie, równolegle do królewskiego, tytułowego tematu tej fugi – czyli stosunków pomiędzy słowem a liczbą, o czym więcej za chwilę. Tłem namysłu nad nimi staje się właściwie od początku entropia oraz zagadnienie bycia podległego przecież przypadkowym odmianom losu, ujętym w nie do końca jednoznaczną moralnie sentencję Jedem das Seine, powiązaną również z cierpieniem zmierzających ku europejskim brzegom imigrantów.

Wreszcie wylądowali. Są na miejscu. Bez większego trudu, acz na własny sposób, odprawiają wypoczynkowe rytuały. Mnogość spontanicznych wrażeń sprzyja spokojnemu namysłowi i obserwacjom pejzażu, z reguły po nadmorsku zmiennego, kończącego się widnokręgiem, spoza którego „wychodzą nagle / nieznane twarze chmur; szare, pobladłe, milczące jak zero” (07.40 myśli, że jest horyzontem). Ale i światło bywa tutaj z początku szare. Widzenie barw trzyma podmiot pod ścisłą kontrolą – i dla rozkwitu barw rezerwuje określony wiersz. Jego myśl zaprząta przede wszystkim gra dwóch procesów: werbalizacji i uliczbowienia światoobrazu. Przy czym na samym początku liczby wydają się brać górę nad słowami. Nawet nie dlatego, że początkowo robią wrażenie bardziej obiektywnych, trwałych, odpornych na skutki właściwej słowom semantycznej wahliwości, czyli – jakby doskonalej dopowiedzianych. Ta ostatnia cecha, z początku prezentująca się jako zaleta, na kruchych granicach bytu okazuje się bezbronna. Bo zupełne wyrzeczenie się słowa oznacza utratę kontaktu ze Słowem, co według Ewangelii Janowej było przecież na początku. Może dzięki temu swoje trwanie świata wciąż czerpie z trwania Logosu niezbędnego, gdy przychodzi scalić odłamki, fragmenty wyrzucone na brzeg świadomości przez żywioły z natury obojętne wobec jakakolwiek aksjologii (por. 08.30 po sztormie)? Bowiem to, co etyczne, poprzez słowo ujawnia się i rozsądza. Bylibyśmy wszak w błędzie, szukając tutaj jednoznacznych potwierdzeń dla hipotezy, że poeta ostatecznie rozstrzyga spór pomiędzy słowem a liczbą. Przeciwnie: cały wysiłek intelektualny i poetycki Jaremina zmierza do zniesienia tego antagonizmu pomiędzy nimi. Bo oboje w równej mierze są elementami uniwersalnego języka prowadzącego nas ku prawdzie istnienia. Właściwie już same pojęcia słowa i liczby wyznaczają bieguny lub skrajnie, gdzie dopełniają się ich definicje. Tymczasem myśl podmiotu biegnie pomiędzy nimi; jego wyobraźnia postrzega je jako systemy wzajemnie komplementarne. Ich synergia pozwala utrzymać rzeczywistość w równowadze, dynamicznej, nietrwałej, aczkolwiek możliwej. Za czynnik stabilizujący zachowania i rozmyślania podmiotu trzeba by uznać także obecność partnerki podmiotu. Występuje tu ona nie tylko w roli rozważnego świadka. Staje się superarbitrem, gdy spór pomiędzy domysłami i wnioskami wchodzi w fazę ostrą. Pewnym uproszczeniem byłoby uważać tę postać jeno za uosobienie powściągliwej racjonalności. Chyba trafniej byłoby ją uznać za wcielenie tego rodzaju inteligencji, która pozwala odczuć, a właściwie usłyszeć wszystko,

 

co przemawia za tym, że sztuka życia jest żywą sztuką
możliwością tajnego kompromisu między
tymi sferami, dzień jest słowem, noc bywa liczbą
lub na odwrót, a trikster o srebrnych kocich oczach
zarządza ze snu scenografią i akcją
ślepych przypadków zbliżeń i obrotów
niewiarygodnie koniecznych.
(17.55 muzeum w Orosei)

Zapewne taka obecność lirycznego „ty” powoduje, że podmiot godzi się z barwami zawodu czy smutku, wszakże i z radością w ceglastym, serdecznym kolorze. Wybierze je wszystkie, tłumacząc, że:

naszych wyborów nie pojmie fizyka
chemia ani biologia, tylko ręka Boga
pisze ikonostas dla wszystkich
równoprawnych kolorów
(16.52 namiętność kolorów)

Powrót z tej wyprawy odbywa się błyskawicznie. Lecz teraz już nie w wielkomiejskiej scenerii ujrzymy tekstowe „ja”, a w jego borowym gospodarstwie, gdzie ogląda odbudowaną stodołę, dzieło Wacława K., który, chociaż „nie przeczytał żadnego wiersza / mówi, że miara porządku i czasu/ winna być prosta jak winkiel” (prostota). Mądrość, której szukał po świecie, czeka na bohatera-narratora poematu pod jego własnym dachem.

Czy zatem podroż sardyńska była niepotrzebna? Bynajmniej. Powstała dzięki niej książka myślowo odważna, poetycko oryginalna, choć w odbiorze dość wymagająca.
 

Bogdan Jaremin, Słowa i liczby(poemat podróżny), Biblioteka „Toposu”, T. 188, Sopot 2020.

 okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Wiktor Lorkowski, Dziennik wędrowny, poemat podróżny, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 100

Przypisy

    Powiązane artykuły