27.05.2021

Nowy Napis Co Tydzień #102 / Polska apokalipsa obcości

Dlaczego Jarosław Maślanek w swojej piątej powieści Liczby ostatnie zdecydował się wykreować dystopijny świat, ukazując jego wieloaspektowy rozkład gospodarczy, polityczny, duchowy i substancjalny, nie nadając przy tym tej czasoprzestrzeni konkretnej nazwy geograficznej? Co kryje się za użytym przez jednego z drugoplanowych bohaterów dość enigmatycznym określeniem – „kraj wiecznej niedokończoności”? Dlaczego autor skupił się na opisywaniu quasi-fantastycznej wizji końca ludzkości, pozbawionej fundamentalnych wartości nowoczesności, takich jak tolerancja, wielokulturowość, wolność jednostki czy jej prawo do samostanowienia? I wreszcie, czy ta apokaliptyczna opowieść pełna sugestywnych obrazów nadchodzącego końca ma wywołać w nas niepokój o byt rzeczywistych przyszłych pokoleń, czy może jednak opisane w niej siły zniszczenia ludzi oraz natury zostały przeszacowane? Te pytania postawiłem sobie w trakcie lektury książki, żeby móc się czegoś uchwycić w podróży po tylko pozornie nieznanym świecie powieści. Być może tego, o czym piszę, w tekście nie ma. Wątpliwości, w moim przekonaniu, wywołane są bowiem przez stylistykę Maślanka rzutującą na odbiór dzieła. Nawet jeśli uda się ten koncept skonkretyzować, to i tak po lekturze pozostaje poczucie intelektualnego niedosytu – co wymaga osobnego komentarza w dalszej części recenzji.

Zanim jeszcze spróbuję rozwiązać równanie z Liczbami ostatnimi, uprzedzam, że moje kompetencje w zakresie historii literatury antyutopijnej czy też dystopijnej nie pozwalają mi porównać, jak na tle wybitniejszych dzieł wypada historia stworzona przez Jarosława Maślanka. Ale to chyba lepiej dla autora. Co do ogólnej problematyki dystopii nie mam zbyt wielu nowych narzędzi interpretacyjnych w swoim warsztacie, może poza jednym. Otóż mój znajomy ze studiów kulturoznawczych na potrzeby dyskusji bodajże o Harukim Murakamim sparafrazował przed laty ciekawą zbitkę słowną z piosenki Hydropiekłowstąpienie grupy LaoChe, która brzmiała „utopię twoją utopię”. Nie jest to tylko zabawna gra słów, raczej należy ją rozumieć jako wartościujące określenie wszelkich dążeń do stworzenia prawdopodobnej wizji egzystencji, która miałaby się ziścić. Bo jakie predyspozycje ma pisarz do snucia scenariuszy dotyczących tego, co będzie? Raczej nikłe. Może mieć siłę perswazji, abyśmy uwierzyli w fikcję literacką. Tylko tyle i aż tyle. Zgodnie z przytoczoną przeze mnie metaforą wszystkie te stawiane tezy w „-topiach” można obalić, a ich najsurowszym weryfikatorem jest czas, który nasze prognozy snute na podstawie doświadczeń, przeczuć społecznych, badań czy lektur brutalnie weryfikuje. Czy autor chciał tę dystopię wprowadzić w życie po to, aby zatrzymać pęd ludzki ku tworzeniu nowego, wspaniałego świata przez dominujące rządy? Jeśli tak, to choć cel przyświecał mu szlachetny, głęboko humanistyczny, środki literackie nie oddziałują dzisiaj z siłą, dzięki której można by coś zmienić w naszej rzeczywistości. O ile literatura jest jeszcze w stanie nakłonić kogokolwiek do zmiany czy choćby (auto)refleksji, która skutkowałaby jakąś zmianą postanowień czy podejścia do życia.

Powieść na pierwszy rzut czytelniczego oka ma całkiem ciekawą i przemyślaną konstrukcję. Główny bohater, który opowiada historię pozbawioną prawie całkiem humoru (rozbawiło mnie połączenie przyczyny hemoroidów z czytaniem), nazywa się Kurdebenek i ma obsesję liczenia. Nie jest on żadnym geniuszem matematycznym, liczenie stanowi raczej część jego tożsamości. „Zawsze (odkąd pamiętam) byłem tym, który liczy. Zaczęło się od liczenia do stu, gdy nauczyłem się liczyć do dziesięciu”. Opowieść zaczyna się więc rozdziałem Liczby pierwsze, a kończy – Liczby ostatnie. Zostajemy wprowadzeni w nastoletni świat Kurdebenka, gdzie poznajemy jego krąg przyjaciół: Chudsona, Grubela oraz Ninę. Widzimy ich oczami głównego bohatera, możemy obserwować, jak wspólnie przeżywają przygody w piwnicy, na bagnach, w kinie, w szkole czy na urodzinach. Ot, przyjaciele z jednego bloku. Z czasem nastolatki zaczynają się od siebie odseparowywać. Dlaczego? Nieco więcej wyjaśnia wypowiedź nauczycielki języka polskiego, która zwraca się do jednego z byłych kolegów Kurdebenka słowami: „Pawle, jak chcesz poprawić ocenę, napisz na następną lekcję pracę, w której wskażesz cechy powodujące, że naród opiera się zewnętrznymi wewnętrznym zagrożeniom, w szczególności politycznym, ekonomicznymi moralnym”. Wcześniej wyraża ona opinię: „Za dużo było wydarzeń, które skruszyły monolit naszego społeczeństwa”. Rodzice decydują za nich, kto z kim ma się trzymać, kto jest dziwny, kto może mieć zły wpływ na inne dziecko, a kto spełnia normy społeczne, dotyczące wyglądu, zachowania, zainteresowań i tym podobnych. Początek Liczb ostatnich przypomina powieść o dojrzewaniu, której sedno miałaby stanowić teza, że prędzej czy później relacje międzyludzkie ulegają rozpadowi, a ludzie często stają się dla siebie obcy z powodów narzucanych im przez otoczenie zewnętrzne. Bohaterowie spotkają się co prawda w przyszłości, ale są już zupełnie innymi… – nie jestem pewien –„ludźmi”? Stawiam znak zapytania podobnie jak Primo Levi, który swoje doświadczenia z obozu koncentracyjnego opisał w książce Czy to jest człowiek? Bohaterowie Maślanka są ludźmi odrębnego gatunku, którzy zwalczają i izolują się od nie-swoich, gorszych. A może nie są ludźmi, a nadludźmi, podludźmi, kolejnymi liczbami bez większych właściwości, o znikomej wartości z perspektywy końca świata?

Wraz z rozpadem rodziny bohater traci poczucie bezpieczeństwa. Maślanek pokazuje, jak spokojny byt rodziny ulega zagładzie wskutek nagonki politycznej. Ojciec traci pracę przez absurdalną aferę, a sprawę dodatkowo komplikują powiązania jego firmy z rzekomo skorumpowanym politykiem – w wyniku czego rząd chce go zniszczyć, zaczynając od reputacji, a na poczuciu wolności kończąc. Kolejne osoby odchodzą w niebyt, a Kurdebenek nie ma możliwości ani na intelektualne skonsumowanie studenckiej młodości, ani na edukację, ani na właściwy rozwój osobowości. Za wszystko odpowiada system, którego staje się elementem, jednostką liczbową realizującą obowiązki wobec państwa. Państwa bez nazwy, któremu bezrobotni oddają krew, żeby mieć za co żyć. Państwa, którego obywatele szkalują obcych etnicznie, a rządowe media jedynie wtłaczają tradycyjno-narodową papkę do mózgu bezkrytycznych oglądaczy. I w końcu państwa nadzorującego aktywność w internecie, mediach społecznościowych, państwa nieprzestrzegającego praw obywateli mówiących o niezależności i nietykalności jednostki, w którym słowo „WON!” można komuś bezkarnie napisać na drzwiach. Albo wierzysz w te bzdury o potrzebie zjednoczenia narodu i unifikacji poglądów, etnicznego, albo stajesz się odpadem –tym gorszym, którego dane ulegną destrukcji. Zanim to jednak nastąpi, urządza się śmiertelne polowanie na obcego, za którego otrzymuje się punkty. I zostaje się z piętnem, jak główny bohater pozbawiony godności, zdrowia i dostępu do wartości intelektualnych – o czym przekonamy się dobitnie na końcu historii. Czyż więc nie lepiej być anonimową liczbą, nie buntować się wewnętrznie i czekać grzecznie na końcowe odliczanie do śmierci, zanim system się ciebie pozbędzie?

Kurdebenek, żeby przetrwać, musi dostosować się do wymagań i znaleźć pracę. Zostaje więc strażnikiem w SOOAP, czyli Służbie Ochrony Obiektów Administracji Państwowej, choć wcale na to stanowisko nie aplikował. Nie zdradzę, jak inaczej określa się z języka angielskiego pracowników tego organu, dodam tylko, że skrót SOOAP ma związek z myciem. Dopowiem natomiast, że bohater jest strażnikiem pilnującym, aby żaden obcy z gatunku Łysych (czyli gołych, bezwłosych śmierdzących, mówiących w niezrozumiałym języku) nie przedostał się przez siatkę do tego „kraju wiecznej niedokończoności”. Szkoda, że autor nie pokusił się jednako stworzenie jakiejś nazwy, bo semantyzacja przestrzeni wpływa na wyobraźnię i pozwala snuć ciekawe tropy interpretacyjne. Dlaczego ci nielegalni uchodźcy z bliżej nieokreślonej czasowo przyszłości chcą przedostać się do tego kraju, skoro traktowani w nim będą jak gorszy sort ludzkości? Nie wiadomo.

Kurdebenek przenosi się do jeszcze bardziej piekielnego miejsca pracy – Ośrodka Integracji (w domyśle obcych, innych narodowościowo). I tam po raz kolejny przeżywa koszmar, którego skutki będą miały wpływ na resztę jego pozbawionego nadziei życia w zniewolonym świecie. Opis męczarni związanej z dostosowaniem się do nowego funkcjonowania po dotychczasowych doświadczeniach oraz pomysł z egzoszkieletem to jedna z lepszych części tej powieści.

Krytyczka literacka Patrycja Chajęcka w recenzji poprzedniej książki Jarosława Maślanka Góra miłości napisała:

 Jarosław Maślanek przyzwyczaił czytelników swoich powieści do utworów głęboko osadzonych w społeczno-politycznych realiach Polski ostatnich trzech-czterech dziesięcioleci. W utworach tych autor próbuje – nie zawsze z dobrym skutkiem – powiedzieć coś więcej o bolączkach współczesnego społeczeństwa, a przy tym znaleźć odpowiedzi na nurtujące także i jego samego pytaniaP. Chajęcka, Podwójne życie, „Twórczość” 2018, nr 11, s. 112.[1].

Tu mamy właściwie to samo, choć zmienił się kostium powieściowy. Od razu nasuwa się skojarzenie, że autor w konwencji dystopii kreśli wizję przyszłości Polski. Snuje opowieść dotyczącą tego, co stanie się z tym „krajem wiecznej niedokończoności”, jeżeli dalej w przestrzeni publicznej będzie przyzwolenie na ataki werbalne, napaści, przemoc symboliczną oraz wszechobecną kontrolę. Jakie konsekwencje może mieć stygmatyzacja „obcych”, czy rzeczywiście stanowią oni potencjalne zagrożenie dla porządku społecznego, nie zasługują na gościnę, a jedynie usystematyzowanie w kategorii jednostki liczbowej. I choć w powieści nie ma jawnych aluzji politycznych, to odpowiadając na pytanie o powody jej powstania, mam wrażenie, że wynikały one właśnie z poczucia niepokoju oraz potrzeby ostrzeżenia przed kierunkiem, w jakim zmierza współczesny świat.

Nie ośmielam się autorytatywnie oceniać – wyłącznie na podstawie Liczb ostatnich – warsztatu doświadczonego, wydającego piątą już powieść, autora. Niemniej pozwolę sobie zauważyć, że czytelnik nie miałby problemu z bardziej empatycznym wniknięciem do tego świata – bez względu na to, jaki by on nie był straszny, złowieszczy czy depresyjny – gdyby przynajmniej pozwolono mu zbliżyć się do głównego bohatera. Czy ma on jakąś rozbudowaną strukturę psychiczną, czy może raczej opisuje wszystko to, co widzi, a w środku jest wydrążony? – jeśli ma, to ledwie zarysowaną, znikomą. Szkoda, bo pożytki płynące z monologu wewnętrznego czy z rozbudowanych komentarzy narracyjnych, za pomocą których można przekazać szerokie spektrum emocji, takich jak smutek, strach, rozpacz, nienawiść, gniew, pozwoliłby odbiorcy zbliżyć się do bohatera. Tej choćby próby autoanalizy, powierzchownej diagnozy psychologicznej nie ma w powieści. Dlatego styl narracji Liczb ostatnich przypomina niestety sposób opowiadania charakteryzujący literaturę amerykańską połowy XX wieku, znaną z realizacji behawiorystycznych koncepcji człowieka. Czytamy głównie o zachowaniach, akcjach i reakcjach, bez poszukiwania głębszych motywacji. Nie przekonuje mnie to nieprzenikanie granicy widzialnego. Taka redukcja może być dobra pod warunkiem, że język jest ekspresywny i sugestywny, dzięki czemu słowa jak pąki kwiatów rozkwitają w naszej pobudzonej wyobraźni.

A czy wiemy, ile razy pozbawiony (auto)refleksyjności bohater zbuntował się wobec panujących norm? Moim zdaniem tylko raz! Jeden. Gdy próbował ratować ukochaną. Był to rodzaj buntu, który nie ryzykuje, nie szuka rewolucyjnych rozwiązań –ostatecznie jego przelotna miłość rozpłynęła się w toku akcji.

Kiedy piszę, że nie mogę porównać Liczb ostatnich z wybitnymi dziełami literatury dystopijnej, to nie tylko dlatego, że się w niej nie specjalizuję, ale również dlatego, że to nie jest dystopia bezprecedensowa. Mnie brakuje w niej elementów pozwalających zanurzyć się w powieściowym świecie jak w czarnym, bulgoczącym, śmierdzącym bagnie, w które ktoś wrzuca mnie z maską tlenową, wciąga do bezdennego oceanu, krzycząc: „Pływaj! Walcz z Kurdebenkiem o życie w szlamie nie-przyszłości! Zobacz, co cię czeka, jak będziesz obojętny!”. Tego, co wyłania się z powieści, nie mogę odczytywać jako metafory toksycznego oceanu pełnego przekształconych elementów ze strasznej, bezprecedensowej, nieodległej historii. Niewątpliwie brak teoretycznych podstaw świata, rozwinięcia jego patoideologii też nie dodaje tej powieści wartości literackiej.

Czy więc jest aż tak źle, czy nie warto docenić tego konfesyjnego intermezzo między rozdziałami, czyli znajdujących wewnątrz powieści Dzienników odosobnienia – próbki autorskiego eksperymentowania literackiego, mającego potęgować w czytelnikach poczucie samotności bohatera? Trudno powiedzieć, bo znajdziemy tam też takie zdania-przebłyski, jak: Byliśmy jak dwaj ostatni ludzie na Ziemi, nie musieliśmy się kochać, wystarczyło nam nasze towarzystwo. Wypełnialiśmy swoje życia naszymi obecnościami”.

Nie umiem stwierdzić, czy autor skutecznie „utopił tę utopię”. Jedno jest pewne – niektóre nurty dyskursu publicznego, które wracają jak echo z różnym natężeniem, mogą w przyszłości doprowadzić do tragedii, co zapewne autor chciał uświadomić czytelnikom. Bohater Maślanka odlicza do końca. Chcesz się przyłączyć, zostać jedną z liczb, czy może opóźnisz detonację bomby, która zniszczy piękno wewnętrznej różnorodności?

 

J. Maślanek, Liczby ostatnie, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

okładka książki


 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tymoteusz Milas, Polska apokalipsa obcości, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 102

Przypisy

    Powiązane artykuły