03.06.2021

Nowy Napis Co Tydzień #103 / Poczekalnia do przyszłości

Niezaprzeczalnie na polskim rynku wydawniczym trwa wschodnioeuropejskie poruszenie. W ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy dostaliśmy do rąk szereg rewizjonistycznej i niezwykle ważnej literatury, w której wątki ukraińskie powracają z symptomatycznie dużą częstotliwością. Nie da się ukryć, że jest to wciąż paląca kwestia w polskim dyskursie publicznym. Wysyp książek dotyczących sporów historycznych na tle klasowym wynika z potrzeby domknięcia napoczętych polsko-ukraińskich dyskusji i przekierowania narracji zawłaszczanej przez politykę na tory bardziej bezstronnych dociekań. Koniunkturę na opowieści z pogranicza satysfakcjonująco zaspokajały ostatnio świeże książki historiograficzne, takie jak Ludowa historia Polski Adama Leszczyńskiego, Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich Michała Rauszera czy Śladami Szeli, czyli diabły polskie Piotra Korczyńskiego. Obok nich pojawiły się też długo wyczekiwane przekłady dzieł Larry’ego Wolffa (Idea Galicji, Wynalezienie Europy Wschodniej), a także realizacje beletrystyczne, z których najsłynniejsza to nagrodzona Nike Baśń o wężowym sercu Radka Raka.

Jak na tym tle wypada Pogranicze wszystkiego. Podróże po Wołyniu Natalii Bryżko-Zapór? Nowa pozycja z serii Sulina wydawnictwa Czarne wyrasta z pola tekstów odkrywającychpogranicznym kotle narodowościowym istotęwielowiekowej historii konfliktów polsko-ukraińskich. Autorka nie ogranicza się do dawnych lat i odszyfrowuje współczesne znaczenia wpisane w pooraną bruzdami ziemię. Jej książka jest próbą zapisania „na gorąco” codziennych doświadczenia mieszkańców Wołynia. Mnogość wątków składa się na pewną propozycję wołyńskiego kompendium – być może trochę problematycznego ze względu na zakres tematów. O tym jednak nieco później. Tytuł książki jest o tyle adekwatny, że autorce faktycznie zależy na dotknięciu po trochu „wszystkiego”.

***

A „wszystko” zaczyna się od mitu. Przekraczając ukraińską granicę, Bryżko-Zapór wstępuje w krainę zbudowaną na kresowym fantazmacie, o której nie da się mówić bez – nawet mimowolnego – sytuowania się względem narosłych przez lata opowieści o pograniczu. Żeby poradzić sobie z tak skomplikowaną materią, należy – po pierwsze – ciągle negocjować zakres niezbędnych uogólnień, od których nie da się uciec, jeśli chce się zachować komunikatywność reportażu rozpisanego na ograniczoną liczbę znaków i obserwatorskich perspektyw. Po drugie – korygować własną reporterską pozycję wobec badanych kwestii oraz spotykanych po drodze rozmówców, żeby uciec od stereotypowych założeń i niepewnych wstępnych hipotez. W Pograniczu wszystkiego autorka obiera świadomą drogę do uniknięcia tych zagrożeń. Jej strategią jest wybór możliwie neutralnego języka – przezroczystego stylu, który miałby ułatwić spełnienie postulatu obiektywności.

Jej gest to radykalne odejście od Szczerkowego modelu pisania o Ukrainie, w którym osobowość narratora-podróżnika jest nadrzędną wartością wpisaną w tekst. Ale mimo że Bryżko-Zapór decyduje się na doprowadzenie do ekstremum zasady reporterskiej przezroczystości, jej pozycja nie jest pozbawiona krzywdzących ograniczeń subiektywizmu. Mam tu na myśli przede wszystkim selekcję tematów. Autorka celuje w szeroki horyzont wołyńskich problemów, więc czytelników zalewa fala informacji i nazwisk (niemal każdy z niespełna siedemdziesięciu rozdziałów odkrywa nowe wątki oraz bohaterów). Jednocześnie podzielenie całości na sześć części sugeruje pewną emblematyczność selekcji. Tymczasem wśród rzeczywiście ważkich i istotnych zagadnień gubi się przyziemność tutejszych ludzi oraz fakt, że ich życie nie jest przepełnione wydarzeniami z pierwszych stron gazet. W trakcie lektury zaczynam odnosić wrażenie, że raczej odbywam skróconą podróż po najistotniejszych (z perspektywy Zachodu) problemach całej Ukrainy niż po zagadnieniach specyficznych dla wyróżnionego w tytule regionu.

Zresztą mieszkańcy – gdy są dopuszczeni do głosu – potwierdzają swoje oddalenie od wielkich spraw tego świata. Tu „nikt nie ma do tego głowy”, jak sami kilkukrotnie przekonują, a za ich słowami stoi dwojaki argument. Z jednej strony, otoczeni powszednimi problemami, nie chcą wracać do minionego, a z drugiej – niewielu posiada taki umysł, żeby objąć rozumem meandry polityki, biznesu i historii. Na skomplikowanie wołyńskiej rzeczywistości składają się nie tylko przemilczane zdarzenia z wojennych lat, ale też równie pogmatwane współczesne losy państwa. Podczas gdy w centrum reportażu odbywa się wielkie poszukiwanie prawideł rządzących światem bohaterów, oni sami, zepchnięci na margines, z uporem starają się od tych uwarunkowań emancypować – nie mając zbyt dużo miejsca na przedstawienie własnego świadectwa.

Jeśli już przekierowuje się na nich optykę, to zbyt często do głosu dochodzi specyficzna perspektywa reporterki, która premiuje wątki związane z niegdysiejszą polskością zachodnich rubieży Ukrainy. Paradoks polega więc na tym, że spod przezroczystej – czyli, zdawałoby się, bezstronnej – narracji wyłania się silny w swej decyzyjności podmiot mówiący. W nieuważnej lekturze trudno z gęsto utkanej siatki reportażu wyłuskać momenty, w których następuje zawłaszczenie opowieści przez polskocentryczną perspektywę. Wszak neutralny język jest obietnicą obiektywizmu, a oddawanie raz po raz głosu samym mieszkańcom odwiedzanych terenów daje poczucie budowania przekonującego przekazu o Wołyniu. Ale to tylko złudzenie, które w niektórych momentach pobrzmiewa wręcz echem orientalizujących narracji zakorzenionych w sielskich obrazach literatury Andrzeja Kuśniewicza albo we wspomnieniowej Pożodze Zofii Kossak-Szczuckiej. W kontrze do tekstów z ubiegłego wieku autorka przynajmniej stara się zrozumieć perspektywę swoich rozmówców, lecz czasem zapomina, że to prosta droga do formułowania zbyt zdecydowanych sądów.

***

Dlatego też Pogranicze wszystkiego najlepsze jest wtedy, kiedy na krótkie chwile rezygnuje z zachowawczej struktury dziennikarskiego raportu (nie wyzbywając się przy tym głównej zasady non-fiction) i zaskakująco przemienia się w historie napędzane prawidłami gatunków bliższych fikcji. Kiedy, na przykład, opisując potyczki na najwyższych szczeblach władzy państwowej, autorka zwraca się ku ramom formalnym thrillera politycznego. Lub gdy proces dochodzenia do władzy miejscowych oligarchów przypominać zaczyna opowieść gangsterską. Albo kiedy machinacje przemytników bursztynu nabierają nieco westernowego sznytu.

Wówczas dopiero w pełni przekonujemy się o wyzwalającej sile narracyjnej wolty. Przestępcza rzeczywistość wydobywców surowca, której Bryżko-Zapór poświęca istotną cześć książki, wyjątkowo gładko wpisuje się w matrycę westernu. Symptomatyczne są zwłaszcza obawy lokalnych mieszkańców wobec niemożności legalizacji procederu: „Byłoby lepiej – mówiono na Wołyniu – żeby nawet z przekrętami, ale jednak w sposób w miarę cywilizowany czerpać z przyrodniczych dóbr, z minimalną choćby korzyścią dla mieszkańców i lokalnych firm”N. Bryżko-Zapór, Pogranicze wszystkiego. Podróże po Wołyniu, Wołowiec 2021, s. 230.[1]. Moralny akcent domyślnie przesuwa się w tej części świata z pełnej uczciwości na uczciwość ograniczoną przez zastane warunki. Przy tak przetworzonym na współczesną modłę etosie Dzikiego Zachodu jaskrawo manifestują się obawy mieszkańców o bezpieczeństwo ich rodzin oraz staje się zrozumiała stawka towarzysząca wyborom kolejnych tutejszych „szeryfów”.

Wspomniane przeze mnie wcześniej mityczne tło opowieści sprawia, że w jeszcze innym fragmencie książki dochodzi do głosu dykcja bliska gatunkowi legendy. Tym razem to fantastyczność materii słownej, kontrastująca z tutejszą codziennością, ma ilustrować pewne prawdy o Ukrainie. Jak na dłoni widać, że przywoływane przez Wołynian „mary”, „łycha” i „didki” są niespełnioną obietnicą przestrzeni mitycznej, ale mitycznej na sposób bajkowy. Tymczasem wszystkie diabły oraz zjawy migrują tu w dziedzinę realności, wstępując w oligarchów i polityków. Bryżko-Zapór konfrontuje więc dwie wizje, z których tylko jedna doczekała się spełnienia. Kraina marzeń, „natchnienie bajarzy i mistyków”Tamże, s. 19.[2], była od dawna brutalnie wypierana – przez mitologię wojny i komunizmu, a później kapitalizmu oraz władzy. Włączenie legend oraz przypowieści w tkankę reportażu nie tylko przywołuje dawny klimat Wołynia, ale stanowi odbicie współczesnych lęków.

Muszę jednak w tym miejscu ponownie zaznaczyć, że zwracając uwagę na udane wyjątki, tylko potwierdzam istnienie reguły, którą jest w Pograniczu wszystkiego dążność do wyrugowania z podmiotu nadawczego indywidualnej osobowości. Te części książki, które uciekają od wyuczonej dykcji i eksplorują poetyki właściwe podejmowanym tematom, rzeczywiście polepszają czytelnicze doświadczenie. Ale jednocześnie utwierdzają w przekonaniu, że dominująca w reportażu językowa bezpostaciowość rzuca cień na jego bardziej udane fragmenty.

***

Najważniejszego autorskiego zamysłu upatruję jednak nie w poszczególnych wątkach, ale w tym, jak składają się w koherentną – przynajmniej pod jednym istotnym względem – całość. Reportaż Bryżko-Zapór opiera się na przekonaniu, że Wołyń to wielka siatka zależności, w której wydobycie bursztynu łączy się w prostej linii z korupcją, ta z kolei – z wysokimi urzędnikami i polityką, a w konsekwencji z zakłamanymi mediami oraz negatywnymi nastrojami społecznymi. Ostatecznie splata się zaś z burzliwą historią regionu. W narracji autorki teraźniejszość łączy się z przeszłością w nierozerwalną całość i świadczy o tragizmie tutejszego doświadczenia.

Bo Bryżko-Zapór widzi Wołyń jako posttraumatyczne miejsce pamięci, którego trauma jest nadal aktualizowana – zarówno przez nieudolną władzę, jak i bardziej bezpośrednio, przez napływ weteranów powracających z wojny w Donbasie. To przeklęta ziemia, rozlewająca swoją traumę coraz szerzej, wraz z postępem rosyjskiej propagandy i nieprzepracowanej przeszłości. Oddając głos tym, którzy mieszkają wśród mogił kilku narodów, reporterka stara się rekonstruować wieloletnie krzywdy, które w jej mniemaniu nie dają się opisać inaczej niż poprzez opowieść polifoniczną, dotykającą wszystkiego, o czym tylko można napisać. Dla jednych będzie to nadmierna kakofonia, dla innych uzasadniona kompleksowość.

W tym ogromie daje się ostatecznie odnaleźć nowe perspektywy napawające nadzieją na wyleczenie przynajmniej części historycznych traum. Z polskiej perspektywy, która wyraźnie jest dla autorki ważna, dużą zasługą w kwestii narracji wokół wołyńskich zbrodni jest wyłuskanie z wielogłosu Wołynian powtarzanej w różnym kształcie frazy: „chcemy z wami rozmawiać o wspólnej tragedii”.

Otwarty na porozumienie głos dołącza do szeregu tekstów przywoływanych przeze mnie na wstępie. Pogranicze wszystkiego, mimo jego kompendialnej wartości, dobrze czytać w ich towarzystwie. Traktuję reporterską pracę Bryżko-Zapór trochę jako przypis do tamtej literatury – nie rewolucyjne odkrycie, lecz wielowątkowe uzupełnienie o współczesne konteksty; nie budowanie wielkich narracji, ale wypełnianie dotychczas niezasklepionych dziur w wyjątkowo skomplikowanej tkance opowieści o Wołyniu.

N. Bryżko-Zapór, Pogranicze wszystkiego. Podróże po Wołyniu, Wołowiec 2021.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Igor Kierkosz, Poczekalnia do przyszłości, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 103

Przypisy

    Powiązane artykuły