17.06.2021

Nowy Napis Co Tydzień #105 / Co to za maszyneria? O „wsobnych maszynkach” Anny Matysiak

Rzut oka na maszynkę

Nieco ponad roku temu, na chwilę przed pierwszym lockdownem, felerną wiosną 2020 roku (lub ZOZO), w trzydziestym dziewiątym numerze „Nowego Napisu Co Tydzień” pisałam o najnowszej – wówczas – książce Anny Matysiak Tiergarten.

Upłynął rok, mamy felerną wiosnę roku 2021 (lub ZOZI), a ja dla „Nowego Napisu Co Tydzień” ponownie piszę o najnowszej książce Anny Matysiak – tym razem są to wsobne maszynki. Poetka późnego debiutu od Czułości liter, które ujrzały światło dzienne w 2015 roku, w oszałamiającym tempie wydała kilka kolejnych książek; wsobne maszynki są już piątą. Jej wiersze szybko zyskały uznanie czytelników i krytyków, a autorka doczekała się między innymi Wawrzynu Literackiego za Tyle nieznanych ryb nominacji do nagrody poetyckiej im. Kazimierza Hoffmana „KOS” za Tiergarten.

Nie wiem, jaka „wsobna maszynka” odpowiada za takie tempo twórczości, ale efekty jej pracy są coraz ciekawsze i coraz bardziej niejednoznaczne.

Choć Matysiak właściwie od początku porusza się wokół tych samych motywów, efekty jej poetyckich poszukiwań ewoluują.

Choć maszynka pracuje na przyjętych na stałe zasadach, w niezmiennym rytmie, każdy kolejny schodzący z taśmy produkt wygląda inaczej niż poprzedni.

Choć nie zmieniają się tematy, problemy i główne osie zainteresowań, Matysiak zawsze udaje się zaskoczyć czytelnika.

Poetycka maszynka Matysiak nie podlega prawom fabryki i mimo że korzysta z gotowych form, każdorazowo nagina je dla własnych potrzeb. Zresztą bliżej mimo wszystko tej fabryce do materii ożywionej, z jej zdolnością do rozmnażania, mutowania, popełniania błędów. Maszynka jest na poły biologiczna, na poły mechaniczna, i konstruując świat wiersza, czerpie z obu tych obszarów. W jaki sposób? Temu za chwilę spróbujemy się przyjrzeć bliżej.

Potencjał maszynki i wiersza oraz chitynowe pancerzyki

Matysiak z tomu na tom mówi coraz mniej. Jej fraza nieustannie się kurczy, wiersz potrafi się ograniczyć – literalnie – do dwóch czy trzech słów; takich przykładów znajdziemy we wsobnych maszynkach kilka. Nie wiem, czy każdy pomieszczony w książce tekst da się w ogóle określić słowem „wiersz”, które to określenie zdaje się równocześnie i niewystarczające, i na wyrost. Zanim maszynka poetyckiej mowy nabierze rozpędu, a razem z nią czytelnik, tekst urywa się, zostawiając sensy w niedopowiedzeniu, de facto ich nie produkując. wsobne maszynki bardziej niż czymkolwiek innym są zapisem potencjału i to z kilku powodów.

Po pierwsze potencjał wynika ze wspomnianego wyżej niedopowiedzenia. Jego realizacja należy do odbiorcy, jest od niego uzależniona. Brak działania – czyli w tym przypadku aktu lektury – musi skutkować zmarnowaniem zasobu, spisaniem wiersza na straty.

Po drugie dlatego, że maszynki produkują coś nowego, nieznaną do tej pory jakość domagającą się zaistnienia. Jej powołanie do życia jest na razie jedynie możliwością, stąd nieustannie testowanie, sprawdzanie, sondowanie, badanie, namysł nad tym, co dzieje się w procesie twórczym. Bardzo ciekawie pisał o tym Jakub Skurtys:

Gdybym miał opisać jeden, węzłowy problem dla tego tomu, byłaby nim […] z pewnością perspektywa życia: opowieść o czymś […], co próbuje zaistnieć, narodzić się i wyjść z oceanu możliwości. Dlatego tom otwiera wiersz definitywny – „wydarzyło się”, który niby ma wspomnieniowy charakter mierzenia się z traumą […], ale na tle całej książki jego puenta „mogłam jeść” jest dopiero zapowiedzią narodzin podmiotu jako nowej formy istnienia. Przez kolejne teksty prowadzi nas bowiem korowód stawania się czymś innym, prób zaistnienia właśnieJ. Skurtys, O  czym śpiewają mechaniczne aksolotle (Anna Matysiak: „Wsobne maszynki”), http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=406&artykul=8192&kat=17 [dostęp 25.04.2021].[1]

Tym bardziej w tym kontekście należy mówić o potencjale, że opisywana przez Skurtysa „próba zaistnienia” nie jest skonkretyzowana. Nie wiemy właściwie, co powstaje. Może być to nowy organizm, ale równie dobrze jakaś nieznana forma istnienia, zbliżona bardziej do maszyny niż człowieka. Matysiak dokumentuje próby wyłonienia się z chaosu jakiegoś tworu, ale nie wiemy ani czym on jest, ani czy faktycznie zostanie powołany do bycia. Te teksty w ogóle wydają się funkcjonować na pograniczu bytu i niebytu, jakby autorka nie mogła się ostatecznie zdecydować, czy słowa powstają i układają się w jakąś całość, czy na razie formują wyizolowane, rozproszone, nieczytelne komunikaty. Jest w tym coś urzekającego.

Po trzecie wreszcie maszynki jako elementy zdolne do (re)produkcji prymarnie zawierają w sobie potencjał (s)twórczy. Na tym poziomie biologia spotyka się z techniką, a Matysiak udaje się nawet znaleźć konkretny element łączący te odległe, zdawałoby się, światy. Są nim blaszki.

Motyw blaszek – czasem pancerzyków, chitynowych pierścieni – powraca we wsobnych maszynkach wielokrotnie. Blaszka jest tym, co chroni i skrywa. Musi być wytrzymała, a równocześnie elastyczna. W przyrodzie odsyła przede wszystkim do świata owadów i z tego kontekstu korzysta Matysiak, w wierszach znajdziemy więc między innymi osę czy „mateczkę szerszeń”. Owadzi pancerz zasłania to, co delikatne, czułe, podatne na zniszczenie. Autorka mówi wprost w tekście zatytułowanym aufhebung: „składam się w ostateczności / z uchylenia / blaszek”. Pisanie jest właśnie takim procesem uchylania blaszki, zaglądania pod nią, do tego, czego nie chcemy lub boimy się pokazać. Troska o to, co wrażliwe, przekracza biologię, materię i życie w jego organicznej formie. Maszynka pod blaszką też skrywa elementy odpowiadające za jej działanie; może napęd, może włącznik. Wsobna maszynka – co można interpretować jako nasz organizm – chroni wewnętrzne procesy, uczucia, myśli. Nakierowana do wewnątrz, nastawiona na osłonę za wszelką cenę, przyjmując rolę pancerza, skazana jest na samotność (samotność wsobnej maszynki). Potencjałem jest to, co schowane pod blaszką. Rozwój wymaga zniszczenia tego, co chroni. Ten proces to cierpienie, powstanie nowego kosztem starego. I również w tym obszarze technika spotyka się z biologią.

Ludzkie i nieludzkie

Anna Matysiak opatrzyła wsobne maszynki podtytułem: (różnica i powtórzenie). Znajdziemy w nich między innymi taki tekst, zatytułowany moi serdeczni znajomi i sprzymierzeńcy:

tu jest różnica
a tędy się powtarzam
kwiatku.
gwiazdeczko.

Jest to właściwie bardzo zwięzły zapis reguł rządzących tworzeniem (stwarzaniem). Z jednej strony bowiem musimy mówić o kopiowaniu tego, co jest, korzystaniu z już dostępnych zasobów. Z drugiej – nie możemy jedynie duplikować treści, jeśli chcemy powołać do istnienia coś nowego. Powtórzenie decyduje o ciągłości, różnica decyduje o zmianie, ewolucji.

Najnowsza książka Anny Matysiak to ciekawy głos wśród coraz częściej pojawiających się poetyckich książek skoncentrowanych na tym, co „nieludzkie”, a przynajmniej nie całkiem ludzkie (lub – jak chce Skurtys – „postludzkie”). Autorka, poszukując punktów stycznych między maszyną a człowiekiem, nie wychodzi poza ludzką perspektywę, co uważam za największą zaletę tej książki, bowiem tylko taka perspektywa jest nam dana. W nieludzkim doszukujemy się ludzkiego i jest to – cóż – najzupełniej ludzkie. wsobne maszynki to właściwie poetycka pareidolia. Patrzymy na maszynę i widzimy siebie. Patrzymy na gwiazdy i widzimy siebie. Nasz punkt widzenia z przypadkowych szczegółów tworzy znane, oswojone formy. Poznanie opiera się na ciągu skojarzeń – indywidualnych, lecz równocześnie dzielonych z innymi.

Anna Matysiak i jej wsobne maszynki, z którymi świetnie korespondują ilustracje Grzegorza Wróblewskiego, to książka, którą możecie przeczytać w kilka minut, ale która zostanie z wami na długo i będzie się domagała zrealizowania zawartego w niej potencjału. Warto uchylić blaszki i wpuścić te wiersze do środka. Mówiłam, że określenie „wiersze” nie do końca przystaje do tekstów pomieszczonych w tomie. Namysł nad formalną przynależnością tych utworów zostawiam jednak w zawieszeniu; niech to będzie niezrealizowany potencjał tej recenzji. Dla potrzeb mojej lektury to określenie wystarczające; tak oswajam to pisanie, może powołujące coś poetycko nowego. Niezależnie od rozstrzygnięć rodzajowych wsobne maszynki to bardzo ciekawa, intrygująca propozycja, która zostawia z mnóstwem pytań oraz niejasności. Powtórzenie różnicuje się w jednostkowym doświadczeniu. Sprawdźcie, czym wsobne maszynki są dla was.

A. Matysiak, wsobne maszynki, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2020.

okładka

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Anna Mochalska, Co to za maszyneria? O „wsobnych maszynkach” Anny Matysiak, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 105

Przypisy

    Powiązane artykuły