15.07.2021

Nowy Napis Co Tydzień #109 / Stanisława Lema i Brunona Latoura polityki natury

Jerzy Jarzębski przed kilkoma laty zwracał uwagę na istotną cechę twórczości Stanisława Lema, czyli jej otwartość na interpretację. Nie kierowała nim przy tym jednak zwykła chęć podniesienia tego pisarza do nobliwego tytułu „autora ponadczasowego”. Badacz miał raczej na względzie żywotność aporii, które futurolog rozważał na kartach swoich powieści:

[…] aktualne zdarzenia sprawiają, że teksty Lema opalizują, nabierają nowych znaczeń, dają się czytać inaczej w zależności od kontekstu – bądź zdarzeń politycznych, bądź odkryć technicznych i naukowych, bądź wreszcie zmian zachodzących w życiu codziennym, obyczajach, szeroko rozumianej kulturze epokiJ. Jarzębski, Wszechświat Lema, Kraków 2012 [e-book, brak paginacji].[1].

Jedną z takich charakterystycznych aporii jest kwestia poznania Innego. Projekt Lemowskiej fantastyki nosi znamiona etycznej i filozoficznej refleksji badającej granice między biologicznymi oraz technologicznymi determinantami życia człowieka w późnej nowoczesności. Pisarz zafascynowany był początkowo kwestią cybernetyki, dla której swój entuzjazm wyrażał już w pierwszej powieści, czyli w Astronautach (1951). Szukał sposobów takiego opisania istoty ludzkiej, kt re godziłyby dwa skrajne warunki brzegowe jej istnienia – natury i kultury. Czytając jednak Solaris (1960), Niezwyciężonego (1964) czy Głos Pana (1967), można dojść do wniosku, że z czasem Lem obrał za cel raczej zbadanie kruchych struktur, na których człowiek buduje swoje przekonanie o władzy nad naturą oraz konstruuje narzędzia obiektywnego poznania rzeczywistości. Uważam, że Lemowska etyka pozostaje ciągle aktualna w odniesieniu do rozwijanej współcześnie „ekologii politycznej”, filozoficznego i praktycznego zarazem projektu starającego się wyznaczyć nowe metody rozumienia świata jako pluriwersum.

Można wręcz rzec, że Lemowskia fantastyka naukowa w latach 60. XX wieku nie mogła odsłonić pełni swoich znaczeń. Nie posługiwano się wówczas jeszcze pojęciem posthumanizmu, a refleksja o technologii zdeterminowana była podejściem strukturalistycznym, co nie powinno dziwić, skoro dwa potężne organizmy państwowe (USA i ZSRR) konkurowały w wyścigu zbrojeń o hegemonię nad światem. Ostatnie dziesięciolecie znamionuje natomiast skierowanie uwagi na performans nie-ludzi. Wynika to, jak mi się wydaje, z narastającej świadomości niewystarczalności sankcjonowanych przez pozytywistyczną, wytworzoną jeszcze w Oświeceniu, tradycję humanizmu. Kryzysy ekologiczne i widmo nadciągającej katastrofy klimatycznej dokonują bowiem stałej rewizji panowania człowieka na Ziemi. W odpowiedzi socjologowie i filozofowie sondują możliwość nawiązania relacji z tym, co z reguły niepoznawalne, oraz proponują etyczny projekt skutecznej narracji o tego rodzaju spotkaniu.

Nowe odczytanie twórczości Lema w kontekście posthumanistycznej ekologii wydaje mi się palącą potrzebą, szczególnie w świetle wyraźnych, ale rzadko zauważanych przez uczonych relacji między tymi dwoma polami refleksjiIstnieją jednak prace, które starają się opisać stosunek twórczości Lema do posthumanizmu. Mam tu na myśli książkę Pawła Majewskiego Między zwierzęciem a maszyną. Utopia technologiczna Stanisława Lema (Wrocław 2007), o której trzeba jasno powiedzieć, że nie tylko nie spełnia swojego zamierzenia, ale stanowi przykład absolutnego niezrozumienia posthumanizmu jako formacji filozoficznej. Trudno uznać tę rozprawę za wartościowy punkt wyjścia do omówienia twórczości Lema w kontekście posthumanizmu. Autor rekonstruując poglądy krytykowanego nurtu, w głównej mierze opierał się, jak sam przyznał, na hasłach posthumanizmu i transhumanizmu zamieszczonych w anglojęzycznej Wikipedii. Być może stąd wynika jego redukcjonistyczne stanowisko, gdy stwierdza na przykład, że posthumanizm pełni funkcję „mistyczno-utopijnej ideologii społecznej, opartej na nadinterpretowanych przesłankach naukowych” (s. 220). Literaturoznawca postanowił nawet wcielić się w rolę psychologa i wydedukować mechanizmy psychiczne stojące za wyrażaniem poparcia dla posthumanizmu, wśród których prym wiedzie „nienawiść” (do ludzkości). Nie da się rzeczowo polemizować ze wszystkimi uproszczeniami i uprzedzeniami zawartymi w tej pracy, pisanej zresztą dosyć dawno temu. Dlatego też, oprócz słowa wyjaśnienia, nie wchodzę w dalszą polemikę.[2]. Z konieczności ograniczę się do drobnego wycinka tematu. Skupię się z jednej strony na powieściach Solaris Głos Pana oraz kilku eseistycznych wypowiedziach Lema, z drugiej – na rozważaniach Brunona Latoura zawartych w jego książce Polityka natury. Chciałbym przez to zestawienie wydobyć podobieństwa między tymi dwoma obszarami etycznej i filozoficznej refleksji. W tym odczytaniu szeroki, filozoficzno-literacki projekt Lema może zostać uznany za pewnego rodzaju genezę współczesnych form polityki natury. Po pierwsze, chcę podkreślić, że istnieje znaczący związek między fantastyką naukową a nową polityką natury, dzięki której ta druga, jako swoista metoda filozofii, czyni poznawczo użytecznymi konwencje i tropy literatury science fiction. Po drugie, wydaje mi się, że Lem, podobnie jak Latour, dążył do pokazywania faktu uwikłania człowieka w naturę i technologię jako wyniku rozproszonych, często nie do końca widocznych i wiadomych praktyk, a także relacji ludzkich oraz nie-ludzkich aktorów. Latour i Lem dekonstruują ścisły podział na obiektywną naturę, złożoną z rzeczywistych bytów, oraz subiektywną kulturę, złożoną z idei.

Spekuluj albo…

Tytuł tego podrozdziału, który może brzmieć złowieszczo, to w istocie parafraza tytułu książki Jona McKenziego Performuj albo… [Perform or else]. Teoretyk dostrzegł w niej, że zachodnia kultura przynajmniej od zakończenia drugiej wojny światowej jest zdeterminowana performansem – rozumianym jako wyzwanie skutecznościMcKenzie referuje zmianę paradygmatu – od dyscypliny rozumianej w kategoriach Foucaultowskiego systemu władzy i nadzoru, do performansu jako uwewnętrznionego wymogu indywidualnej skuteczności. Ujmując rzecz bardziej obrazowo: to przejście widoczne jest wszędzie tam, gdzie odchodzi się od Tylorowskiego centralnego podziału pracy na rzecz indywidualnego dążenia do innowacyjności, kreatywności itd. Zob. Jon McKenzie, Performuj albo… Od dyscypliny do performansu, tłum. T. Kubikowski, Kraków 2011. Poręczne omówienie książki, zob. J. Papuczys, Jaka piękna katastrofa, „Performer” 2012, nr 5, online, https://grotowski.net/performer/performer-5/jaka-piekna-katastrofa [dostęp: 04.01.2020].[3]. McKenzie pokazał, co kryje się za rozpowszechnionym w biznesie, technologii i zarządzaniu pojęciem „performansu”. Oznaczył tym samym pewne sposoby organizacji działań jednostki, którym powinna się ona podporządkować, jeśli nie chce wypaść poza formację uznającą performans za najwyższą wartość. Parafraza ma zwrócić uwagę na potrzebę spekulacji jako głębszej strategii myślenia w XXI wieku, gdy coraz częściej mamy do czynienia na przykład z przekształceniami środowisk naturalnych czy z ryzkiem wynikającym z zastosowania nowych technologii. Muszę też nadmienić, że o ile w ujęciu McKenziego wyzwanie skuteczności nie daje człowiekowi wolnego wyboru, o tyle spekulatywizm jest raczej zaproszeniem do praktycznej filozofii. Ta praktyka pozwala jednostce spojrzeć inaczej na społeczność i odkryć nowe relacje, dzięki którym rozwiąże ona swoje najbardziej palące problemy. Parafraza ta wydaje mi się trafiona zarówno wobec Lema, jak i Latoura. Zamiast terminu „spekulacja” pierwszy zapewne użyłby słowa „futurologia” lub „fantastyka”, drugi „irredukcja”Odsyłam w tym miejscu do rozważań Latoura zatytułowanych Irreductions, opublikowanych jako druga część książki: B. Latour, The Pasteurization of France, transl. by A. Sheridan, J. Law, Cambridge 1993.[4]; obie kategorie mają jednak według mnie to samo zastosowanie: umożliwiają wykazanie obecności niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka sprawczych elementów rzeczywistości.

Wydaje się, że tak właśnie postrzegał swoją rolę w fantastyce Lem. W eseju Fantastyka i futurologia pisał:

Nie należy tedy od razu stawiać pytań i organizować doświadczeń myślowych w czysto moralnym porządku, lecz stać się empirykiem – budowniczym światów po prostu konstruowalnych, podług całości naszej dobrej wiedzy możliwych – jako obarczonych przynajmniej pewną, niechby znikomą nawet, szansą urzeczywistnienia. […] Na wszelkie najbardziej monstrualne aberracje, na wszystkie formy okropnych czy niesamowitych eksperymentów fantastyka ta niejednokrotnie sobie pozwala – lecz na wypróbowanie, w nazwanym trybie, struktur, co mogłyby służyć za znośne mieszkania planetarne dla ludzkości, jakoś się nie zdobyłaS. Lem, Fantastyka i futurologia, t. 2, Kraków 2003, s. 331–333. Cyt. za Jerzy Jarzębski, Wszechświat…, dz. cyt., [rozstrzelenia moje – PU].[5]. 

Budowanie struktur i ich wypróbowywanie to, jak sądzę, sedno programu literackiego Lema. Dostrzec w nim można dużą wiarę w literaturę, którą autor sam często starał się (raczej prowokacyjnie) dezawuować. Ukryty w powyższym cytacie zarzut wobec fantastyki naukowej („monstrualne aberracje”) powracał nie tylko w innych wypowiedziach Lema, ale też na kartach jego powieści. W Głosie Pana narrator, Piotr Hogarth, odwiedza w gabinecie swojego kolegę po fachu Rappaporta, który zdecydował się na eksperyment „generatora różnorodności”, ponieważ ich projekt naukowy dotarł właśnie do ślepego zaułka (do czego wrócę później). Eksperyment polega na poszukiwaniu inspirującego konceptu w pudle książek science fiction. Wynik jest dość przewrotny: „Oprócz fantazji jest w nich wszystko” – stwierdza Rappaport. Narrator uzupełnia tę lakoniczną wypowiedź:

Autorzy niby-naukowych bajek dostarczają publiczności tego, czego ona pragnie: truizmów, obiegowych praw, stereotypów, dostatecznie przebranych, udziwacznionych, aby odbiorca mógł jednocześnie pogrążyć się w bezpiecznym zdziwieniu i pozostać niewytrąconym ze swojej życiowej filozofii. Jeśli istnieje w kulturze postęp, to pojęciowy przede wszystkim, a tego literatura, zwłaszcza fantastyczna, nie tykaS. Lem, Głos Pana, Kraków 2016, s. 182.[6].

Mogłoby się wydawać, że taka ostentacyjna deklaracja w książce fantastycznonaukowej to odautorski żart. Ta interpretacja nie jest bezzasadna. Eksperyment Rappaporta ma jawnie autobiograficzny charakter.

Przed paru latami – mówił Lem w 1982 roku – leżałem chory z grypą i otrzymałem od zachodniego wydawcy SF wielką skrzynkę z książkami. Brałem jedną po drugiej do ręki i robiło mi się niedobrze i czarno przed oczami. […] Nie znoszę bredni!S. Bereś, Rozmowy ze Stanisławem Lemem, Kraków 1987, s. 188–189.[7].

Zostawmy jednak na boku samosytuowanie się Lema na mapie literackiej i ograniczmy się do stwierdzenia, że postrzegał on swoją literaturę jako przeciwwagę do dzieł przemysłu kulturowego. Należy jednak podkreślić, że jego stosunek do literatury dumnie określającej się jako science fiction płynie z poczucia wyjałowienia tego gatunku. Nie spełnia on bowiem podstawowego wymogu, jaki Lem stawiał „fantazjowaniu”. Pisarzowi chodziło o odwagę i odpowiedzialność myślenia, ale i uprawomocnienie spekulacji – zbyt odległa od rzeczywistości odbiera swojemu przedmiotowi konstruktywny charakter. Gdzie indziej użył pełniejszego sformułowania na opisanie tego problemu: literaturze fantastycznonaukowej brakuje „wyobraźni socjologicznej”Tamże, s. 175.[8].

Anegdota o pudle książek science fiction czytanych podczas grypy ma dalsze rozwinięcie. Obok „bredni” Lem znalazł w skrzyni przypadkowo zaplątany romans. I, jak przyznał w rozmowie, była to jedyna lektura, która przyciągnęła jego zainteresowanie. Ujęły go proste, ale przede wszystkim realistyczne sytuacje. Ten nacisk na realizm łączy się ze stawianym przez Lema konstruktywistycznym, empirystycznym warunkiem „fantazjowania”. Autorowi Solaris w tych „niby-naukowych bajkach” brakowało głębszej struktury semiotycznej, która uczyniłaby cały układ świata przedstawionego wartościowym i, dodajmy, skutecznym. Co za tym idzie – powinnością dobrego pisarza jest dostarczanie takich opisów, które pozostają w równej mierze realne, co spekulatywne; wyrastają z obecnego porządku rzeczy, ale proponują transgresję.

Dokładnie te same funkcje spekulatywizmu (irredukcjonizmu) wykorzystuje Latour. Francuski antropolog nie odżegnywał się nigdy od inspiracji formami literackimi w prowadzeniu swoich badań. Widać to znakomicie w jego książce Aramis, or the Love of Technology (1996) utrzymanej w stylistyce kryminału. Na podstawie wielu wycinków prasowych, dokumentów i wywiadów „narrator” stara się wyjaśnić zagadkę: dlaczego projekt wybudowania szybkiej kolei miejskiej w Paryżu upadł po kilkunastu latach realizacji? Wybierając taką formę opowieści, Latour nie pragnął bynajmniej odebrać materii faktów realności:

Wręcz przeciwnie, chciałem znaleźć się możliwie najbliżej rzeczywistości, aby światy naukowe stały się jeszcze raz tym, czym były: możliwymi światami pozostającymi w konflikcie, które poruszają się i kształtują wzajemnieB. Latour, Aramis, or the Love of Technology, tłum. C. Porter, Cambridge 1996, s. IX.[9].

Nadrzędnym celem takiej strategii badawczej jest według Latoura tworzenie opisów, które będą zdolne uchwycić relacyjny charakter rzeczywistości w dobie technonauki. W obliczu kryzysu klimatycznego oraz co rusz wywoływanych w debacie publicznej kontrowersji stoimy bowiem, jako ludzkość, nie tylko przed widmem nadciągającej katastrofy, ale przede wszystkim – przed wyzwaniem opowiadania o relacji natury i kultury.

Spekulatywizm wobec tego polegałby w swym ogólnym zamierzeniu na wynalezieniu „innego” myślenia jako kontrpropozycji dla niewydajnego języka krytyki współczesnejKrytykę poststrukturalizmu jako projektu doprowadzonego do ostatecznej niemocy przedstawiają Armen Avanessian i Suhail Malik we wstępie do redagowanego przez nich tomu Genealogies of Speculation. Materialism and Subjectivity Since Structuralism, Londyn–Nowy York 2016.[10]. Jak pisali Małgorzata Sugiera i Mateusz Borowski:

Domena myślenia spekulatywnego to bowiem sfera tego, co potencjalne, choć niekoniecznie prawdopodobne w danym miejscu i czasie. Spekulowanie polega zaś na poszukiwaniu „wirtualności obecnych w konkretnej sytuacji”, a więc przyszłych alternatyw wobec obowiązującej i pozornie tylko obiektywnej doxyM. Borowski, M. Sugiera, Praktyki spekulatywne [w:] M. Borowski i in., Performanse pamięci w literaturach i sztukach, Kraków 2020, s. 340.[11]. 

Latour, bardzo ogólnie mówiąc, zarzuca obowiązującej doxie kategoryzacje elementów rzeczywistości według w gruncie rzeczy niewydajnego podziału przedmiot–podmiot, natura–kultura. Niewydajność polega na tym, że postępując w taki sposób, nowocześni są w stanie utrzymać władzę w rękach nielicznych, podczas gdy powinna ona stać się bardziej demokratyczna. Procesy technonauki reorganizujące całe kolektywy złożone z ludzi i nie-ludzi nie dają się opisać przy stosowaniu prostych podziałów i wymagają podejścia ekologicznego. Badacz dostrzega więc, że każda skuteczna aktywność opiera się na działaniu sieci rozumianej w kategoriach Deleuzjańskiego kłączaPojęcie kłącza (rhizome) zaproponowane przez Gilles'a Deleuze’a i Félixa Guattariego jest wymieniane jako inspiracja dla „sieci” w Actor-Network Theory. Oba pojęcia zmieniają perspektywę oglądu rzeczy: zamiast na jej pojedynczość, stałość i pewną ontologię każą spojrzeć na rzecz jako dynamiczny, relacyjny proces. „Rizomatyczność”, czyli „kłączowatość” definiuje ten proces jako „stawanie się” z innymi. Parafrazując Deleuze’a i Guattariego, można powiedzieć, że „jedyną jednością jest współdziałanie”. Na temat powiązań ANT i schizoanalizy zob. M. Müller, C. Schurr, Assemblage thinking and actor-network theory: conjunctions, disjunctions, cross-fertilisations, „Transactions of the Institute of British Geographers” 2016, vol. 41, is. 3, s. 217–229.[12] (a nie jak często przychodzi nam myśleć: sieci internetowejPrzypomina o tym K. Abriszewski, Poznanie, zbiorowość, polityka. Analiza teorii aktora-sieci Bruna Latoura, Kraków 2012, s. 10.[13]). Połączenie (translację) poszczególnych elementów w ramach danej sieci stabilizuje nie jakiś konkretny układ ontologiczny, lecz działanie. Teoria ta twierdzi więc, że pojedynczy aktor nie istnieje. Jeśli działa, to nigdy nie czyni tego w pojedynkę. „Działać” oznacza „działać razem”. Wynika stąd, że wchodzących w skład sieci „elementów” nie możemy dłużej rozważać, opierając się na tradycyjnym pojęciu „przedmiotu”.

Gra toczy się więc o stworzenie lepszego systemu check-and-balanceLatour używa tej metafory, gdy referuje pewną pułapkę epistemologiczną (Nowoczesną Konstytucję) zastawioną na nowoczesnych przez wzajemnie wykluczające się, ale i paradoksalnie wspierające się naukę i politykę. Zob. rozdział Konstytucja w: B. Latour, Nigdy nie byliśmy nowocześni, tłum. M. Gdula, Warszawa 2011, s. 25–72.[14], w którym, używając nowych kategorii poznawczych, bylibyśmy w stanie lepiej zarządzać kontrowersjami i kryzysami. I tak, wedle Latoura, podział na przedmiot i podmiot nie pozwala przebywać tym dwóm elementom rzeczywistości razem. Z prostej przyczyny: w ich relację wpisana jest nieodłącznie hierarchia władzy. Nowoczesna doxa głosi, że przedmioty są nieme, bezwładne, obiektywne, naturalne; podmioty są kulturalne, świadome, decyzyjne, zorganizowane, zarządzające. W związku z tym Latour proponuje taką redefinicję:

[…] przedmioty i podmioty nie mogą przebywać w swoim towarzystwie, podczas gdy ludzie i nie-ludzie to potrafią. Wystarczy, że przestaniemy utożsamiać nie-ludzi z przedmiotami i pozwolimy im na wejście w skład kolektywu pod postacią nowych bytów o niepewnych brzegach – wahających się, drgających i wprowadzających zamieszanie […]B. Latour, Polityka natury: nauki wkraczają do demokracji, tłum. A. Czarnacka, Warszawa 2010, s. 122.[15]

„Byty o niepewnych brzegach” to sformułowanie, które oddaje najbardziej frapujące Latoura cechy nie-ludzi: ryzyko, dynamiczność i sprawczość. Redefinicja ta zmierza do tego, aby zamiast społeczeństwa (ludzkiego) i używanych przez niego przedmiotów mówić o lokalnych kolektywach ludzi i nie-ludzi. Jej celem jest więc fundamentalna zmiana w rozkładzie odpowiedzialności i decyzyjności w ramach praktyk społecznych.

Nowa, „irredukcyjna” praxis, dążąca nie tyle do mnożenia bytów, ile do artykułowania ich niepewnych granic, brzmi według mnie bliźniaczo do misji, jaką przed literaturą stawiał autor Niezwyciężonego. Mam wrażenie, że metafora „bytów o niepewnych brzegach” znakomicie nadaje się do opisania losu wszelkich „twardych” dociekań naukowców Lema. W powieściach tego pisarza wszelkie mocne przesłanki, obiektywne fakty, ale też ich autorzy – pewni swego ludzie, zamieniają się z biegiem akcji właśnie w rizomatyczne, pozbawione klarownej struktury byty. Obcy sięgają kłączami w głąb człowieka, zasiewając ferment w porządku norm i wartości, którymi ludzkość od zawsze posługiwała się w opisach świata naturalnego.

Byty o niepewnych brzegach

Kontynuując ten wątek, chciałbym bliżej przyjrzeć się powieściom Solaris Głos Pana. Zestawienie tych dwóch książek wynika ze wspólnego dla nich wątku – rozszyfrowywania tajemnicy Innego, które ostatecznie kończy się fiaskiem. Co więcej, jak stwierdził Maciej Płaza, obie zorganizowane są w taki sposób, by w labiryncie wiedzy obok bohatera znalazł się też odbiorca:

[…] w Solaris, podobnie jak w Głosie Pana, ani wewnątrztekstowa, fikcjonalna empiria, ani identyfikowane podczas odbiorczej semiotyzacji konteksty kulturowe nie tworzą żadnej obowiązującej hierarchii ważności. Tekst pozostaje semantycznie wieloadresowyM. Płaza, O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, Wrocław 2006, s. 372.[16].

Podobnie opisywał to Istvan Csicsery-Ronay, który wywiódł z narracji bohatera Głosu Pana, wspomnianego Piotra Hogartha, pojęcie na nazwanie tego typu episetmicznej niepewności: „rozumowanie karuzelowe”. Obejmuje ono doświadczenie występujących w fabułach Lema naukowców, szczególnie gdy przychodzi im spotkać się z Innym. Csicsery-Ronay wyjaśnia je jako przemieszanie się porządku empirycznego (dowiedzionego metodą naukową) z porządkiem wyobraźni:

Naukowa racjonalność wymyka się z błędnego koła tak długo, jak długo ma do swej dyspozycji „fakty”. Ale – jak dobrze wie Hogarth, nawet zgłaszając swe pretensje – żadne fakty nie istnieją naprawdę poza łonem, matrycą, z której wyrastają, tj. poza racjonalnymi założeniami nauki. Kiedy uczeni napotykają zjawiska kompletnie nieznane, niemożliwe do uporządkowania – anomalie, Obcych, chaos – oni także stają się filozofami na karuzeliI. Csicsery-Ronay, Modelowanie Chaosfery: Stanisława Lema rozmowy z Obcymi, tłum. J. Jarzębski, „Teksty Drugie” 1992, nr 3 (15), s. 31.[17].

W ten sposób naukowiec zostaje niejako uwięziony w labiryncie własnych domysł w, które stopniowo determinują matrycę jego wyobraźni. Materia rozważań pod wpływem oporu, jaki przedmiot dociekania stawia ludzkiemu poznaniu, zaczyna gonić własny ogon i przestaje świadczyć o przedmiocie jako takim.

Gdy Kris Kelvin trafia na stację badawczą planety Solaris wyposażony w narzędzia epistemiczne fundujące jego egzystencjalne bezpieczeństwo, sytuacja, jaką zastaje, przypomina mu raczej „dom wariatów”, a nie dobrze zorganizowaną instytucję naukową. Choć zna każdy kąt – mieszkał przez cztery tygodnie przed wyruszeniem w podróż eksploracyjną w modelu stacji na Ziemi – to, jak informuje go rozchwiany emocjonalnie Snaut, będzie musiał zmierzyć się z tym, co zarazem znajome i obce. Ocean, nazwany tak z braku lepszej alternatywy, determinuje dziwną właściwość planety Solaris, która utrzymuje się na orbicie wokół dwóch gwiazd. Zdaje się, że celem stacji badawczej jest określenie, skąd się bierze ta dziwna zdolność przejawiania cech charakterystycznych zarówno dla materii organicznej, jak i potężnych obiektów fizykalnych. Jak się okazuje w toku akcji, Ocean ma także inną umiejętność. Na podstawie ludzkich wspomnień produkuje fantomy, które przypominają – aż do szpiku, czyli struktury komórkowej – pomyślane osoby. Jak ujął to wycofany i chłodny Sartorius w czasie jednej z dyskusji z Kelvinem i Snautem: „To nie są osoby ani kopie określonych osób, tylko zmaterializowane projekcje tego, co na temat danej osoby zawiera nasz mózg”S. Lem, Solaris, Kraków 2008, s. 164.[18]. „Gościem” nawiedzającym Kelvina niczym duch z przeszłości jest Harey – jego dawna żona, która na skutek ich kłótni popełniła samobójstwo, za co bohater zawsze obwiniał siebie. W tej sytuacji wyprawa badawcza zaczyna przypominać raczej pracę nad własną traumą. Ale implikacje są daleko bardziej złożone, bowiem naukowcy, starając się uporać z „tworami F”, jak nazywa je Sartorius, tak naprawdę usiłują zrozumieć intencje Oceanu. A jeśli już wdają się w dyskusję o intencjach, to wpadają na wspomnianą karuzelę. Czy mają do czynienia ze złośliwym demonem, kalekim Bogiem, czy to wszystko, co ich spotyka jest tylko kwestią przypadku? I jak opisywać, by nie antropomorfizować Innego?

Solaris nie tylko rozsadza logikę fizyki eksperymentalnej, bowiem, jak dostrzega Kelvin, „żadnego doświadczenia niepodobna było powótrzyć”Tamże, s. 35.[19], ale też rozbraja pancerz epistemologiczny. Fantomy są jednocześnie realne i wyobrażone, dyskursywne i naturalne. Choć Kelvin, kładąc się spać, wielokrotnie ma nadzieję, że obudzi się z tego snu, musi w końcu uznać, że wszystko wydarza się naprawdę i jednocześnie wymyka się ludzkiemu poznaniu. Takie nieznośne napięcie unieważnia stare kategorie służące nam do ustalania granic i układania porządku rzeczy. Lem dodatkowo upłynnia zagadkowe działanie Oceanu; przedmioty nie tyle oddziałują na podmioty (i odwrotnie), ile raczej wkorzeniają się w pole tego, co ludzkie. Malując to wszystko, autor nie zapomina, że człowiek jest w stanie widzieć ogrom i wzajemne powiązanie zjawisk tylko przez wąskie okno poznawcze – można powiedzieć: lufcik obwarowany dualizmami żywe–martwe, podmiotowe–przedmiotowe, naturalne–sztuczne, realne–wyobrażone.

Wobec tego za ironiczny koncept Maciej Płaza uznał zlokalizowanie biblioteki w samym centrum stacjiPor. M. Płaza, O poznaniu…, dz. cyt., s. 377–380.[20]. Nie tylko dlatego, że obecni na stacji naukowcy są znakomicie obeznani z hipotezami o Oceanie i metodami jego badania, ale przede wszystkim dlatego, że doświadczalny kontakt z istotą obcą negatywnie zweryfikował natłok ich teoretycznych rozważań. Biblioteka symbolizuje raczej Wieżę Babel, wielogłos, który dostarcza dowodów na ograniczenie ludzkiego poznania. Jego językowy charakter nijak się ma do namacalnej istoty rzeczy. Rozczarowany Kelvin kwituje rozwój wiedzy o Solaris następująco:

A potem kołowrót hipotez, odświeżanie dawnych, wprowadzanie nieistotnych zmian, uściślanie lub, przeciwnie, uwieloznacznianie jęło zamieniać tak dotąd klarowną, mimo rozległości, solarystykę w coraz bardziej powikłany, pełen ślepych uliczek labiryntTamże, s. 270.[21].

Żadne hipotezy badawcze nie są w stanie nawet zbliżyć się do zjawisk zachodzących w strefie kontaktu z Oceanem. Instytucje naukowe mogą co najwyżej uznać je za fantazję i wypchnąć za burtę racjonalizmu – w domenę histerii, jak uczyniono to z raportem Andrego Bertona, pilota, który jako pierwszy miał dostrzec modelowanie ludzkich kształtów na podstawie „materii” myśli. Skoro logikę i hipotezy badawcze trzeba było odłożyć na bok, bohater w finale postanawia nawiązać cielesny kontakt. Nie jest to jednak żadna misja eksploracyjna, ot kaprys, podbudowany silnym pragnieniem spotkania. Zakończenie pozostaje niedopowiedziane. Targany falami rezygnacji Kelvin staje wobec Oceanu bezbronny, bez naukowych presupozycji, otwarty jedynie na teraźniejsze wydarzenia i doznania. Nie ma tutaj, tak charakterystycznego dla właściwej fabuły, odczucia grozy, wściekłości czy poznawczej frustracji. Ten poetycki obraz pozostawia czytelnika z paradoksalnym poczuciem rozczarowania i pełni. Jakby Inny, ostatecznie wymykając się poznaniu, pozwolił na stworzenie realnego pomostu między człowiekiem i nie-człowiekiem.

W opisie tym Lem zrezygnował też z technologicznych neologizmów, które przecież pęcznieją od samego początku powieści. Fabuła rozwija się więc równolegle ze zmianami stylistycznymi, które wskazują na powolne „odzieranie” człowieka z jego technologicznych przedmiotów jako instrumentów gwarantujących przewagę nad Oceanem. Lem, jak zwracała uwagę Iwona Pięta, stosuje na przykład strategię „zderzenia leksemów”I. Pięta, Mimetyzm w obrazowaniu a literatura fantastycznonaukowa na przykładzie prozy Stanisława Lema, [w:] Stanisław Lem: pisarz, myśliciel, człowiek, red. J. Jarzębski, A. Sulikowski, Kraków, 2003, 188–206.[22]. Określanie Oceanu zaczyna przybierać formę wyliczenia lub zestawienia różnych terminów: „plazma”, „galareta”, „fala”, „koloid”. Ma to na celu nie tyleż dookreślenie obrazu, ile ukazanie dynamiki percepcyjnego rozdarcia między znanym i nieznanymPor. omówienie w: Maciej Płaza, O poznaniu…, dz. cyt., s. 373–374.[23].

Ten aspekt stylistyki Solaris ciekawie łączy się z realizmem spekulatywnym. Steven Shaviro zaznaczał, że celem tej filozofii jest przekroczenie dualizmu natura–kultura:

Każda filozofia, która (w ślad za Kantem) dzieli świat na dwoje, uprzywilejowując ludzki podmiot z jednej strony, i przeciwstawiając go nieludzkim przedmiotom z drugiej strony, utrwala w ten sposób bifurkację naturyS. Shaviro, Foreign Territory: The Promises and Perils of Speculative Realism [w:] Genealogies of Speculation…, dz. cyt., s. 39.[24].

Badacz uważa, że realizm spekulatywny dostarcza przydatnego narzędzia: należy sprawdzić, czy Kantowska bifurkacja, czyli podział aspektów natury na fizyczny i fenomenologiczny, zostaje zachowana czy przekroczona. W ten sposób sprawdza kolejnych filozofów na obecność bifurkacji. I tak na przykład wpływowy teoretyk ontologii przedmiotów Graham Harman zdaje ten test, gdyż twierdzi – jak Alfred Whitehead – że przedmiot jest rzeczywistością o wiele głębszą, niż na to wskazują teoretyczne i doświadczalne spotkania z nim.

Wydaje mi się, że Lem – przynajmniej w Solaris – stara się ominąć Kantowski podział na rzecz widzianą w kategoriach fizycznych i fenomenologicznych przez zanegowanie funkcji poznawczej zarówno jednego, jak i drugiego aspektu (w czym przypominałby Harmana). Poruszanie się na skali między fizycznym i fenomenalnym stanowi jego stylistyczny napęd, mający na celu wzmożenie napięcia między tym, co subiektywne i obiektywne. Podział ten wydaje się niemożliwy do utrzymania. Harey to przecież bliski fenomen, niemalże osoba w sensie ludzkim, a także „twór F”, jakiś niepojęty skutek promieniowania Oceanu. Od pierwszych akapitów autor tworzy i utrzymuje to napięcie dzięki stylistyce. W czasie lądowania Kelvin relacjonuje: „Pomarańczowe niebo w przezierniku zaszło bielmem. Jego szkło ściemniało; odruchowo skurczyłem się, na ile pozwoliły pneumatyczne bandaże, zanim, w następnej sekundzie, pojąłem, że to chmury”S. Lem, Solaris, dz. cyt., s. 8.[25]. Takich zabiegów jest w Solaris pod dostatkiem. Gra tą skalą wskazuje nie tylko na stylistyczną biegłość Lema, lecz także na to, że w samym opisie znajduje się jądro spekulatywnego rozchwiania rzeczywistości. Bohater, podmiot poznający, waha się między subiektywnym a obiektywnym. Jego usilne starania naukowego (fizycznego) wycofania na bezpieczne pozycje pierzchną pod natłokiem fenomenologiczności zjawiska. Ani jedno, ani drugie jednak nie pozwala mu spotkać się ostatecznie z realnym przedmiotem.

Inny, czyli test kultury

Głosie Pana autor konstruuje sytuację zmagania się nauki z pierwszym kontaktem z zaświatów. Kontaktem, dodajmy, który wymyka się próbom ludzkiej racjonalizacji. Fabuła to w istocie dziennik Hogartha, naukowca specjalizującego się w matematyce. Wybór tej właśnie konwencji opowiadania o tajemniczym „liście” ma głębsze znaczenie. Pozwala bowiem narratorowi na wplatanie prywatnych przemyśleń, anegdot i biograficznych wynurzeń, co ma na celu pokazanie, jak psychologia badacza determinuje poznawany przezeń obiekt. Można powiedzieć, że w stosunku do Solaris kierunek poznawania jest tutaj odwrotny. W swojej wcześniejszej powieści Lem pokazywał wsiąkanie obcej istoty w myśli podmiotu badającego, przez co kontakt wymykał się prosto pojętej relacji podmiot–przedmiot. W Głosie Pana mamy natomiast do czynienia z pozornie milczącym artefaktem, wokół którego oplata się sieć ludzkich dopowiedzeń. Piszę „pozornie”, gdyż ta praca myśli stanowi już pewną relację z obiektem, dzięki której Inny się artykułuje.

Hogarth wprowadza czytelnika w historię projektu, o którym z góry pisze, że zakończył się fiaskiem. Sygnał zarejestrowany przypadkowo przez stację astrofizyczną i po działaniach niewiele mających wspólnego z nauką trafia w końcu do specjalnie ku temu zorganizowanej instytucji, zrzeszającej ponad dwa tysiące naukowców. W toku prac, do których matematyk odnosi się ze sceptycyzmem, badacze dostrzegają, że sygnał złożony z fal neutrinowych powtarza się w zamkniętych sekwencjach. Nie do końca jednak wiadomo, czy jest zapisem wiadomości, czy raczej już jakąś formą oddziaływania. Przełom zwiastują niezależne odkrycia biofizyków i biochemików. Pierwszy zespół wykorzystując sekwencję fal neutrinowych, zsyntetyzował obcy organizm nazwany „Panem Much”. Przypomina on galaretę, która charakteryzuje się niespotykanymi właściwościami – jest jakby homeostatyczną machiną, swoistym perpetuum mobile. Przez wewnętrzne, atomowe mikroreakcje generuje energię i podtrzymuje własne istnienie. To samo, nazwane jednak inaczej, bo „Żabim Skrzekiem”, stworzyli w warunkach laboratoryjnych biochemicy. Różnica nie tkwiła tylko w samej nazwie – „Pan Much” przez to, że był większą masą „Żabiego Skrzeku”, wykazywał inne właściwości niż jego drobniejsza część.

Hogarth relacjonuje te odkrycia po to także, by przedstawić naukę jako labirynt, który staje się tym bardziej skomplikowany, im większy opór badany obiekt stawia badającemu. Rozróżnienie na „Pana Much” i „Żabi Skrzek” ma na celu ukazanie relatywizmu – zależnie od dyscypliny naukowej ten sam, zdawałoby się, przedmiot badań nabiera jakościowo zupełnie innych cech. Dlatego wiele miejsca zajmuje Hogarthowi wyzłośliwianie się między innymi na psychoanalityków, którzy sądzili, że przekładając sygnał na język symboli, mogliby uchylić rąbka tajemnicy „gwiazdowego listu” przez interpretację archetypów stojących za poszczególnymi reprezentacjami. Narracja Hogartha pokazuje wewnętrzną dynamikę sporów: wyrastania i pączkowania hipotez, ich nagłego upadku pod ciężarem kolejnych dowodów, które z kolei zostają wyparte przez inne. Finalnie, jak w bibliotece na stacji Solaris, niewiele ostaje się stałego lądu w morzu błądzenia. Gdy pewna grupa fizyków chce uznać wykorzystaną sekwencję danych za wystarczającą recepturę do stworzenia atomowego perpetuum mobile, Hogarth dostarcza im dowodu, że pomiędzy informacjami, a więc w tym, co tamci traktują jako szum, znajduje się inna informacja. To ona ostatecznie decyduje o tym, że technologii stworzonej na bazie sygnału z kosmosu nie da się użyć jako broni…

„List”, podobnie jak Ocean, to byt o niepewnych brzegach, gdyż daje się rozpoznać po tym, że waha się i wprowadza zamieszanie. I temu właśnie zamieszaniu w głównej mierze poświęcona zostaje powieść. Lem zarzucał literaturze fantastycznonaukowej brak „wyobraźni socjologicznej”, którą sam starał się uruchamiać przy opisywaniu mikroprocesów nauki w Głosie Pana. Poświęcił bardzo wiele uwagi dokładnemu przedstawieniu struktury instytucji „MaVo”; chciał scharakteryzować relacje na każdym stopniu oraz pokazać, jak interes polityczny łączył się z interesem badawczym. Opisując tak dokładnie projekt, postępował podobnie do socjologów nauki z początku lat 70. XX wieku, którzy koncentrowali się na społecznych warunkach prowadzenia badań naukowych. Lem zdawał się rozumieć te konotacje, skoro w usta swojego bohatera włożył następującą wypowiedź:

Jakkolwiek różni, połączywszy się w organizm badający „gwiazdowy list”, utworzyliśmy zespół o własnej obyczajowości, tempie, formach ludzkich relacji, z ich subtelnymi niuansami oficjalnymi, półoficjalnymi i prywatnymi – co razem wytwarzało „ducha instytucji”, ale też i coś więcej, co socjolog nazwałby najchętniej „lokalną subkulturą”Stanisław Lem, Głos Pana…, dz. cyt., s. 117.[26].

Dlatego Lemowi zdecydowanie bliżej do badaczy typu Thomasa Kuhna niż racjonalnych, matematycznych formalistów pokroju członków Koła Wiedeńskiego czy związanego z nimi Karla Poppera. Autor Struktury rewolucji naukowych również ujmował naukę jako dziedzinę wiedzy, w której nie da się jasno oddzielić tego, co kulturowe, od tego, co naukowe. Szczególnie jeśli idzie o uwikłanie ludzkiego poznania w pewne schematy kognitywne charakterystyczne dla danej kultury. Kuhn przez ukucie pojęcia paradygmatu jako historycznej i psychologicznej zmiennej skierował uwagę na same zasady gry, czyli wzorce działania w danej dyscyplinie, a także mechanizmy psychiczne odpowiedzialne za to, że dana rzecz wydaje się obserwatorowi tym, a nie czymś innym. Reguły rozwiązywania naukowych łamigłówek będzie eksplorował Lem w całej swojej twórczości. Czym są bowiem Inni w fabułach jego powieści, jeśli nie relacją między tym, co absolutnie nieznane, a projekcją obserwatora? Przypisując naukowemu poznaniu, jak we wczesnej twórczości, zbawienne rezultaty dla społeczeństwa albo ukazując ich konstruktywistyczną naturę, jak w późniejszych swoich powieściach, autor Cyberiady nieustannie krąży wokół tego zagadnienia.

O korespondencjach między Kuhnem a Lemem można jeszcze sporo napisać, jednak nie to jest właściwym tematem tego artykułu. Pragnę jedynie zwrócić uwagę, że między myśleniem obu twórców zachodzą daleko idące podobieństwa. Prace Kuhna dały początek nowemu myśleniu o roli epistemologii w nauce i w ten sposób przyczyniły się do rozwoju socjologii nauki, która stanie się macierzą późniejszych studiów nad nauką i technologią. Oryginalne refleksje Lema, ważnego członka tej wspólnoty myśli w latach 60. i 70. XX wieku, czynią z niego jednego z ojców współczesnej ekologii politycznej. Stara się ona zaproponować szerszy, sieciowy ogląd rzeczy i wykazać, że to współdziałanie wielu czynników, a nie pojedynczy aktorzy stoją za przeobrażeniami naturalno-kulturowego krajobrazu. Autor Głosu Pana poprzez swojego bohatera wpisuje taką ekologiczną perspektywę w struktury instytucji naukowej. Dostrzega usieciowione działania oraz powiązane z nimi społeczne i polityczne mechanizmy, nie mówiąc już o tych naturalnych. Wszak główną troską naukowców pozostaje zbadanie substancji, która, hipotetycznie, jest źródłem życia na Ziemi. Trudność polega na wprowadzeniu tego nie-ludzkiego, ale przecież powiązanego z ludzkim życiem elementu z powrotem do demokracji… Ostatecznie pisarz, jak jemu współcześni socjologowie nauki, „nie zajmuje się ani jak scjentyści samą nauką, ani jak hermeneuci samą kulturą, tylko stykiem i zderzeniem tych dwojga: efektem, jaki na kształt kultury wywiera uderzenie w nią myśli naukowej”P. Okoński, Materia i wartości. Neolukrecjanizm Stanisława Lema, Warszawa 2010, s. 127. Cyt. za B. Wojewoda, Człowiek w fantomatycznym świecie (Według Summy Technologiae Stanisława Lema), „Er(r)go. Teoria–Literatura–Kultura” 2018, nr 36, s. 81–82.[27].

Ćwiczenia z epistemologii

Jarzębski wspominał o rozczarowaniu, jakie opanowało autora Astronautów śledzącego rozwój nauki instytucjonalnej. „W latach sześćdziesiątych XX wieku – pisał – odkrycia nauki i techniki mogły się jeszcze wydawać domeną odrębnego państwa uczonych”J. Jarzębski, Wszechświat…, dz. cyt., e-book, brak paginacji.[28]. Pod koniec stulecia Lem zaczyna być coraz bardziej sceptyczny wobec definicji nauki jako autonomicznego zakonu. Jak twierdził Jarzębski, ta znaczona irytacją zmiana poglądów była pokłosiem wejścia nauki na „postmodernistyczny bazar”, gdzie wartości straciły swój aksjologiczny budulec, pojawiły się nowe media i internet, czyniąc z rozdzielnych kategorii jedną wielką komercyjną papkę. Centrum decyzyjne przesunęło się z gremiów uniwersyteckich do dużego biznesu, a nowe badania zyskały poklask przez osnucie wokół nich medialnej sensacji.

Spróbujmy rozpocząć tam, gdzie autor Solaris zakończył, i przekierować jego bądź co bądź trafne obserwacje w stronę pozytywnego rozwiązania, a nie antypostmodernistycznej rezygnacji. Kierunek myślenia Lema i Latoura wydaje mi się podobny; różnią się jednak fundamentalnie w jednym: to, co pierwszy traktował jako punkt dojścia, drugi uznawał za punkt wyjścia.

Gdy Latour pisze o „nowej” ekologii politycznej, nie deprecjonuje w całości dorobku tej „starej”. Zauważa jednak przepaść między jej teorią a praktyką. Ekologia polityczna w teorii konstruuje pojęcie natury w odwołaniu do złotego podziału natura–kultura, wpadając często w jakiś pseudoteologiczny dyskurs, a już z pewnością umieszczając pojęcie natury w metafizycznym uniwersum. Tymczasem, twierdzi francuski badacz, w praktyce wydobywa na światło dzienne „ryzykowne powiązania”. Należy przez nie rozumieć takie zależności, które – z punktu widzenia podziału na naturę–kulturę – powodują tylko impas. Jak pisze: „Ekologia polityczna w praktyce podważa uporządkowane klasy bytów, wskazując na liczne nieprzewidziane połączenia i brutalnie przesuwając ich pozycję względem skali ważności”B. Latour, Polityka natury…, dz. cyt., s. 51.[29]. Tłumacząc potocznie: ekologia polityczna mówi tak, jakby świat polityki składał się tylko z tego, co polityczne, świat nauki z tego, co naukowe, a świat natury z tego, co naturalne. Działając – często w imieniu teozofii natury – dowodzi natomiast, że świat nie jest uporządkowany według ścisłych kategorii, tak jak by sobie tego życzył Nowoczesny Rozum. Odsłonięcie aktorów, którzy do tej pory działali w ukryciu, pozwala uczynić kolektyw pełniejszym. Jednocześnie na jaw wychodzą „rzecznicy”, czyli „mówiący w imieniu rzeczy”, wszystkie mediacje oraz operacje pośrednie, które jesteśmy przyzwyczajeni usuwać z pola widzenia jako zbędny balast, by móc skupić się na „istocie rzeczy”. Warto rozbrajać taki arsenał retorycznych środków. Wyrażenie „istota rzeczy”, jako metafora na oznaczenie najważniejszego aspektu danego przedmiotu, już na poziomie językowym utrudnia rozpoznanie wielości tkwiącej w jedności. Dla Latoura sprawczość sieci nie daje się sprowadzić do esencji – (jednej) istoty (jednej) rzeczy.

Praktyka odsłaniania połączeń jest zatem zasługą ekologii politycznej; teraz trzeba tylko stworzyć dla niej adekwatną teorię:

Naszym zdaniem najlepszy sposób opisywania kryzysów ekologicznych polega na rozpoznawaniu obok gładkich przedmiotów rozprzestrzeniania się owych ryzykownych powiązań […]. W przeciwieństwie do swych poprzedników nie mają gładkich brzegów, dobrze zdefiniowanych esencji ani wyraźnego podziału na twarde jądro i jego otoczenie. Ta cecha właśnie sprawia, że stają się czymś w rodzaju przedmiotów nieuczesanych, wykształcają kłącza i struktury sieciowe. Poza tym ich wytwórcy nie są już niewidzialni, nie znajdują się poza polem, ale wychodzą na światło dzienne – zatroskani, dyskusyjni, skomplikowani, powiązani z innymi, wyposażeni w instrumenty, laboratoria, warsztaty, fabrykiTamże, s. 47 [podkr. oryginalne].[30].

Byty o niepewnych brzegach, o których dość dużo pisałem już wcześniej, zyskują w tym cytacie kolejne, synonimiczne określenia i dodatkową charakterystykę. Ryzykowne powiązania składają się z „przedmiotów nieuczesanych”. Ta metafora dobrze oddaje ich usieciowioną ontologię, wskazując wręcz na kłączowatość – niedającą się jasno wepchnąć w szczeliny grzebienia Nowoczesności.

Wydaje mi się, że twórczość Lema można skutecznie wytłumaczyć właśnie w odniesieniu do pojęć zarysowanych powyżej. Warto przede wszystkim podkreślić, antycypując głosy krytyczne, że pisarz poddawał się pokusie dzielenia – szczególnie na naturę i kulturę. Każdy czytelnik Summa technologiae miałby więc zapewne problem z umieszczeniem zawartych w tym eseju rozważań w obrębie pola nowej polityki natury zdefiniowanej przez Latoura. Lem uruchamia w nim swojego wewnętrznego naukowca, który, co podkreśla wielokrotnie, stara się dopasować i do metod komunikacji w nauce, i do specyficznej dla niej nomenklatury. Co więcej, kluczowe dla siebie rozważania osnuwa on na dualizmie natury i społeczeństwa, które rozwijają się zgodnie z logiką właściwych sobie trajektorii ewolucji. Choć między jednym i drugim dochodzi do tajemniczej dialektyki (rozrywającej człowieka na dwoje), to oba światy przedstawiają się raczej jako mono-natura i mono-społeczeństwo. Zasadniczo w eseju Summa technologiae Lema interesują makroprocesy ewolucyjne, które ujmuje on w odniesieniu do bardzo ogólnych tendencji astrofizyki, kosmonautyki oraz biologii ewolucyjnej, a także prognoz legitymizowanych powagą statystyki matematycznej. Prowadzenie takiego abstrahującego toku rozumowania umożliwia mu cybernetyka, którą bezkrytycznie fascynował się za młodu. Cybernetyka bowiem pozwalała na opisywanie różnych bytów jako elementów mniej lub bardziej złożonych układów. Natura i społeczeństwo przybierają dla Lema postać właśnie takich relacjiO społeczeństwie pisze na przykład tak: „Społeczeństwo trzeba traktować zarówno jako zbiorowość ludzką, jak też i jako system fizyczny”, S. Lem, Summa technologiae, Kraków 1964, s. 146.[31]. Odznaczają się homeostazą, są wzajemnie sprzężone i, co najważniejsze, zdeterminowane mechanizmem ewolucji.

Ten program teoretyczny stoi więc w zasadzie w sprzeczności z koncepcją polityki natury Latoura. Nie o to jednak tu idzie, aby ogładzić obie propozycje teoretyczne i dopasować do siebie jak dwa elementy układanki.

Unosząc się w swojej eseistyce tak wysoko nad ziemią – zapewne po to, by osiągnąć pozycję przynależną intelektualiście – Lem może konstatować wyłącznie negatywnie. A jednak jest jeden moment w Summie, który dla mnie stanowi ważny prześwit. W podrozdziale zatytułowanym Votum separatum autor wychyla się zza konwencji, którą przyjął, i nieco naigrywa się z brzytwy OckhamaCzyli reguły, która głosi, że „nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę”. W praktyce oznacza, że naukowiec powinien stosować zasadę oszczędności, trzymać się ściśle już wypracowanych terminów, a spośród dwóch teorii wybierać prostszą.[32], której poprzednio się podporządkował. Otóż stosowanie jej jest rozsądne, ale, jak stwierdza z dezynwolturą, „człowiekowi chce się czasem nie być rozsądnym”Tamże, s. 87.[33]. To miejsce oddechu, tak potrzebnego wątpienia w całym tym teoretycznym credo. O tyle istotne, że zostawiło otwartą furtkę, aby jednak oddzielić Lema teoretyka i futurologa od Lema powieściopisarza.

Podział taki pozwala bowiem ujawnić to, co Latour dostrzegł w przypadku ekologii politycznej. Lem rozczesuje w swojej eseistyce to, co w jego powieściach stanowi nieuczesane przedmioty, łączące się jak gdyby na wspak, fascynujące swoim zbiciem i ujawniające słabość każdego prostego ruchu grzebienia. Nieuczesaność manifestuje się wszędzie tam, gdzie samotny ludzki rozum zostaje obnażony ze swojej niezwyciężoności. Szczególnie zaś wtedy, gdy autor niejako bezwiednie otacza swojego bohatera technologią, której często zarysowuje długą historię, składającą się nierzadko z wyliczenia kolejnych jej elementów składowych, a nie tylko suchych nazwisk czy dat. Fakty tracą swój nieodparty urok i stają się wiązaniami daleko bardziej subtelnymi.

Hogarth wielokrotnie podkreśla, że list pełni funkcję „eksperymentalnego testu kultury”, bowiem badając sygnał z kosmosu, badający więcej mówią o samych sobie. Tylko pozornie nie ma to nic wspólnego z nauką. Czy Hogarth, ten dumny empirysta, byłby wytrwałym matematykiem, gdyby nie podrażnił go brak empatii ze strony jego wykładowcy, profesora Dilla, którego szczególną odmianę kombinatoryki nie tylko zupełnie podważył, ale wzniósł na jej prochach własny pomnik? Czy śmierć matki, obok pociągu do zła, nie uczyniła z niego sofisty i krytyka, który wszystko by wywracał do góry nogami – a więc perfekcyjne wcielenie Popperowskiego falsyfikatora? W Solaris Lem osadza swojego bohatera w nieznośnej sytuacji odgrywania traumy (samobójstwa Harey), ale przecież i na swojego czytelnika projektuje podobne zadanie. Powieść działa tutaj jak ObcyPor. I. Csicsery-Ronay, Książka jest Obcym: o pewnych i niepewnych interpretacjach „Solaris” Stanisława Lema, tłum. T. Rachwał, [w]: Lem w oczach krytyki światowej, red. J. Jarzębski, Kraków 1989.[34]. Wyobraźnia czytelnicza podąża za akcją i wchodząc z nią w relację, sama tworzy obrazy; utożsamiając się z Kelvinem, projektuje własne fantomy lub po prostu widma. Czy powiedzieć, że to książka, jak Ocean na Solaris, sprawia, że odwiedzają nas goście, to za dużo?

Właśnie ten ostatni punkt rozważań jest bodaj najbardziej frapującym przedsięwzięciem Lemowskiej prozy, która daleko przekracza wąską definicję futurologii i staje się namiastką projektu nowej ekologii. W gruncie rzeczy Latourowi nie chodziło o nic więcej. Pierwszy i najważniejszy zarazem krok ku osiągnięciu potrzebnej perspektywy to właśnie wyobcowanie się z dualistycznego i esencjonalnego oglądu rzeczywistości. Autor nie domaga się żadnej rewolucji, ale prosi, żeby spróbować spojrzeć na porządek rzeczy inaczej: „Prosimy go [czytelnika] jedynie, by nie brał tych uzasadnionych pragnień porządku i norm za ontologiczne źródło rozróżnienia przedmiotu i podmiotu”B. Latour, Polityka natury…, dz. cyt., s. 138.[35]. Wciąganiu nie-ludzi w dyskusję, rozszerzającą z zasady kolektyw, służą te opisy, które ćwiczą naszą zastaną w trybach nowoczesnej krytyki epistemologię. Wydaje mi się, że kolejne książki Lema to właśnie takie ćwiczenia. Pełne nieuczesanych przedmiotów i ryzykownych połączeń złożone światy polskiego pisarza testują ontologiczny porządek, podważają go i zostawiają czytelnika przemienionego – rozczarowanego, ale i gotowego do zmiany obowiązujących paradygmatów etycznych.

Kończąc ten esej, chciałbym jeszcze raz przypomnieć ukutą na potrzeby tego tekstu nową doxę: spekuluj albo… Wydaje mi się, że Lema i Latoura łączy właśnie to stwierdzenie. W praktyce pisarskiej autor Solaris ujawnia niedostrzegalne na pierwszy rzut oka mechanizmy psychiczne, traktując poszczególne wyobrażenia jako wynik przenikania się człowieka i Innego. Ale takiej diagnozie nie musi towarzyszyć wcale rozczarowanie. Projekt Latoura pokazuje to doskonale. Gdyby pozbawić spekulatywne opisy żalu za utraconą pełnią i władzą sądzenia, a zamiast tego prześledzić ryzykowne relacje, to ujawni się cały horyzont aktorów czekających na pełniejsze omówienie – i przez to włączenie ich w pluriwersum albo – jak to inaczej nazywał – kolektyw. W ten sposób powieści Lema nabierają nowego sensu i mogą stanowić tak potrzebne nam wszystkim dzisiaj ćwiczenie z ekologicznego myślenia.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Urbanowicz, Stanisława Lema i Brunona Latoura polityki natury, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 109

Przypisy

    Powiązane artykuły