09.09.2021

Nowy Napis Co Tydzień #117 / Tradycja, która ciąży

Włochy to dla wielu polskich twórców skansen. Pisarze obcujący z włoską kulturą czują się zobowiązani przez kilkudziesięcioletnią konwencję do snucia opowieści o historii miast, interpretowania renesansowych dzieł sztuki, dociekania szczegółów urządzenia ustroju nowożytnej Wenecji (to Wojciech Karpiński). W istocie jednak zamiast esejów o sztuce i kulturze otrzymujemy teksty autobiograficzne, których autorzy, wcześniej przeczytawszy tony dzieł z czasów Grand Tour albo późniejszych klasyków, koncentrują się na odczuwaniu siebie we Włoszech. Jednocześnie pisarze ci żyją pod wielką presją, by czuć to wszystko, co wielcy artyści opisywali przed nimi, tyle że w jeszcze większym natężeniu spowodowanym ciągłym porównywaniem Włoch, w których czas się zatrzymał, z PRL, w którym czas się niemal cofnął.

To właśnie w tym sensie książka Piotra Kępińskiego zrywa z pewną tradycją literacką. Autor tłumaczy swoją perspektywę w końcowym eseju, w którym pisze:

Od niepamiętnych czasów uczestniczymy […] w powtarzaniu Włoch i zaklinaniu przeszłości wmurowanej w ściany i fontanny. Chcemy zobaczyć minione czasy zamiast tego, co jest.

Nieprzypadkowo esej ten poświęcony jest Sienie, którą Zbigniew Herbert opisywał w Barbarzyńcy w ogrodzie, zachwycając się tradycyjną gonitwą koni, palio, architekturą Piazza del Campo, ciągle żywym podziałem na contrady, dzielnice sieneńskie i piciem kawy. Dla Kępińskiego Siena jest „pipidówą”, „zadupiem” – chyba nie da się wyraźniej zakwestionować polskiego mistrza i wraz z nim całej perspektywy środowiska autorów „Zeszytów Literackich”. Jasne jest, że Kępiński nie szuka abstrakcyjnego piękna ani uniwersalnych prawd zapisanych we freskach Ambrogia Lorenzettiego. Zerwanie z tym nurtem jest jednak na tyle dramatyczne i ostentacyjne, że Kępiński idzie w zupełne przeciwieństwo Herberta i dostrzega we Włoszech niemal wyłącznie brud, smród i rozkład – fizyczny i społeczny.

Choć decyzja o zmierzeniu się ze współczesną włoską rzeczywistością z pominięciem rytualnych zachwytów nad przeszłością jest pomysłem bardzo ciekawym, to Kępiński nie do końca udźwignął to zadanie. Miałam wrażenie, że jego perspektywa to znowu krytyczne spojrzenie estety, który tym razem dostrzega nie absurdalne piękno miasteczek, ale wychwytuje wyłącznie nieznośną zapyziałość i zaniedbanie prowincji. W odwiedzanych miejscowościach ostentacyjnie dostrzega stosy śmieci piętrzące się na ulicach i produkujące uciążliwy smród, widzi zdechłe szczury na eleganckiej ulicy rzymskiej i z pewną nostalgią opisuje dawniej ekskluzywne, a dziś opustoszałe restauracje. Tylko jeden tekst dotyczy problemu społecznego, jakim jest brak asymilacji społeczności romskiej – ten artykuł wydał mi się wymuszony, bo zupełnie nie koresponduje z pozostałymi tekstami bardziej „ciekawostkowymi”, powierzchownymi i czerpiącymi z codziennej włoskiej prasówki. Rzeczywiste problemy, z którymi dziś mierzą się Włosi, u Kępińskiego się przecież nie pojawiły: nie ma tu słowa o imigrantach i uchodźcach przypływających do Włoch na łodziach, nie ma słowa o potężnym bezrobociu wśród młodych, często wyjeżdżających daleko za granicę w poszukiwaniu godnej płacy, i wreszcie – choć Kępiński uwzględnił już czasy pandemii – nie ma opisu dramatu pierwszej fali koronawirusa, niepewności, strachu i śmierci, które ona przyniosła. Epidemia przybrała u Kępińskiego kształt dość zjadliwych opisów niemrawości Włochów w wychodzeniu na balkony podczas pierwszego lockdownu, nieskoordynowanej muzyki i braw dobiegających z rzymskich balkonów. To uderzający opis: przebywając podczas pierwszego lockdownu we Florencji, zapamiętałam przede wszystkim niepokój, niepewność, strach i nieoczekiwaną solidarność społeczną, spontaniczną chęć niesienia pomocy tym, którzy byli w trudniejszej sytuacji. I chyba sami Włosi wciąż jeszcze nie są w stanie zdystansować się ani żartować z wydarzeń pierwszej fali, tak dramatycznie doświadczającej mieszkańców północnych regionów.

To wszystko sprawia więc, że spojrzenie Kępińskiego można nazwać herbertowskim à rebours. Odczucia, kategoryczne sądy i oceny autora są na pierwszym miejscu; dowiadujemy się wiele o okolicy Rzymu, w której mieszka (Flaminio) i o którą stara się poszerzyć listę miejsc odwiedzanych przez polskiego inteligenta. Kępiński jest tu pierwszoplanowym bohaterem, który co jakiś czas daje dojść do głosu „zwykłym” Włochom, raczej potwierdzającym intuicje autora niż pozwalającym zrozumieć regionalne problemy. Historie, które przytacza, brzmią jak artykuły z gazet, które nie kończą się żadną puentą – są bowiem raczej impresjami z miejsca niż zwartą narracją uniwersalizującą doświadczenie. Co z tego, że na via Veneto nie siedzą już artyści? Co z tego, że pieniądze przekazane przez Madonnę jej rodzinnej miejscowości po trzęsieniu ziemi gdzieś zaginęły? Co wynika z opisanych przez autora dążeń Sardyńczyków do przyłączenia się do Szwajcarii? Kępiński nie dociąga swoich obserwacji do końca, zostawia je, jakby był tym wszystkim znudzony. Z jednej strony pisze bardzo konkretnie i subiektywnie, z drugiej po prostu ślizga się po powierzchni, nie analizuje i nie sprawdza informacji, polegając głównie na swojej intuicji. Tym samym jego tekstom bliżej do felietonów podróżniczych niż esejów, bo autor w dużej mierze polega tu po prostu na swoich odczuciach, nie weryfikując swoich intuicji (nie sprawdził na przykład, że przecież nie tylko Włochy, ale i Polska ma instytucję zajmującą się przekładem skomplikowanych tekstów na język polski, czyli Pracownię Prostej Polszczyzny).

Sposób, w jaki traktowana jest Polska w tych tekstach, zasługuje na odrębny akapit. Można odnieść wrażenie, że dla Kępińskiego wszystko, co dotyczy Polski, jest z założenia złe, odpychające i nieprzyjemne. Pewne negatywne cechy dostrzegane u Włochów Kępiński toleruje, podchodzi do nich z ironią, natomiast polskimi zwyczajami zwyczajnie gardzi. Zresztą Polacy w jego książce pojawiają się w kilku określonych kontekstach: jako bezdomni, alkoholicy, więźniowie, katolicy i ci, którzy są w piątej zwrotce hymnu włoskiego. Opis Polaków chodzących na polską mszę w Ostii jest ignorancki. Kępiński pisze:

Dzisiaj nabożeństwo ciągnie się w nieskończoność. Wszyscy prawie cały czas klęczą, inaczej niż na mszach włoskich, na których ogólnie się stoi. Wygląda to tak, jakby chcieli za wszelką cenę przekonać Boga do siebie. Są żarliwi w stylu, który dzisiaj byśmy nazwali archaicznym. Mają w nosie, że za chwilę zaczyna się msza po włosku, a na zewnątrz już zebrali się ludzie, aby ich zastąpić.

Nastąpiło tu jakieś kompletne niezrozumienie tego, czym jest msza – nie jest ona przecież usługą, którą zamawia się na określony czas, po przekroczeniu którego nie powinniśmy irytować innych klientów swoją nachalną obecnością. Kępiński sugeruje, jakoby Polacy nie potrafili się dopasować do otoczenia (dlaczego tyle klęczą? Po prawdzie Włosi w czasie mszy klęczą tylko o jeden raz mniej niż Polacy), jakby nadużywali włoskiej gościnności i ogólnie byli mniej zaradni, skoro muszą się więcej modlić. Jak głupi i fałszywy jest to obraz – Kępiński jedynie obserwuje tę wspólnotę, ale nie chce z nią rozmawiać, nie chce dostrzec interakcji między polskimi katolikami a Włochami przychodzącymi na następną mszę. To obcy mu świat, którym najwyraźniej gardzi.

Bardzo ciekawe, że w innym eseju opisuje niedostępne turystom ogrody Watykanu, do których zaprowadził go pracujący w Stolicy Apostolskiej znajomy (czyżby duchowny?). To jeden z niewielu momentów, w których Kępiński pozwala sobie na szczery zachwyt i w którym znika jego zblazowanie – tak ekskluzywny, że dotrzeć do niego można wyłącznie dzięki protekcji. Mam wrażenie, że gardząc religijnością, Kępiński zamyka sobie drogę do poznania wielu unikatowych miejsc historycznych, nad którymi pieczę sprawują duchowni, a które – w odróżnieniu od Watykanu – są otwarte dla publiczności. Zresztą, odcinanie się od wspólnot religijnych we Włoszech uniemożliwia zrozumienie włoskiej wspólnotowości, wciąż często skupionej wokół księży, kościołów i spotkań towarzysko-religijnych. Kępiński nie jeździ do katedry w Orvieto śladami Herberta, nie zachwyca się katedrą w Sienie, nie wchodzi do palermiańskiej perły architektury – Cattedrale di Palermo, omija kościoły skalne w Materze, w których odrestaurowywane są wartościowe freski. Ten ostentacyjny gest – pomijanie miejsc religijnych – sprawia, że Kępiński gubi bardzo ważny wymiar włoskiego życia, w którym to, co sakralne, przenika się z tym, co świeckie. Dziedzictwo włoskie jest przecież bardzo mocno związane z katolicyzmem i każdy Włoch ma jakiś stosunek do religijności. Ignorując ten wymiar życia społecznego, autor traci wiele ze zrozumienia tego kraju. Choć być może dla niego jako estety kwestia rozumienia nie była aż tak istotna.

Książka Kępińskiego wciąga prostotą opowieści, ale zawodzi brakiem konkluzji i operowaniem pewnymi schematami myślowymi. Mimo że autor postawił sobie za cel zerwanie z pewnym polskim czołobitnym sposobem opisywania Włoch, jego propozycja nosi znamiona zmanierowania wywołanego przez ucieczkę od ciążącej nad nim tradycji literackiej. Choć więc kierunek eksploracji jest ciekawy, całość wydaje się niedopracowaną impresją człowieka będącego we Włoszech przejazdem, mimo że Kępiński mieszka tam już od paru dobrych lat.

Piotr Kępiński, Szczury z via Veneto, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021

grafika

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Katarzyna Krzyżanowska, Tradycja, która ciąży, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 117

Przypisy

    Powiązane artykuły