17.09.2020

Nowy Napis Co Tydzień #067 / Tyrmanda porachunki z polskością

Trudno jest jednoznacznie określić Leopolda Tyrmanda: wielu poprzestaje na którejś z etykietek w rodzaju „zdeklarowany antykomunista”, „bikiniarz”, „propagator jazzu” czy po prostu „pozer”. Szczęśliwie zbiór tekstów Tyrmanda Porachunki osobiste pokazuje jeszcze inne, bardziej polityczne oblicze pisarza, polemizującego ze środowiskami emigracyjnymi i polonijnymi, w których stawką jest polskość i jej przyszły kształt. Bardziej niż antykomunistą Tyrmand w tych tekstach wydaje się być nowoczesnym konserwatystą posiadającym świetny zmysł socjologiczny oraz intuicję w sferze polityki kulturalnej, której pozazdrościć mu mogą między innymi współcześni politycy.

Warto czytać Porachunki osobiste jako odzwierciedlenie emigracyjnych losów Leopolda Tyrmanda, który wyjechał do Stanów Zjednoczonych w 1966 roku, nie bez problemów paszportowych. Choć do tomu zbierającego bardzo różne artykuły nie jest dołączony żaden wstęp krytyczny (a szkoda! Ciekawe byłoby zwłaszcza wprowadzenie historyka idei), to wiele sugeruje już przelotne spojrzenie na tytuły pism, z których pochodzą przedruki. Tom otwiera głośny artykuł, od którego wzięła się cała nazwa zbioru, a opublikowany przez Tyrmanda na łamach „Kultury” paryskiej w 1967 roku, potem pojawiają się teksty z londyńskich „Wiadomości”, natomiast zbiór zamyka artykuł opublikowany już po angielsku na łamach intelektualnego żydowskiego pisma „Commentary”– ten ukazał się na dwa lata przed śmiercią pisarza w 1985. To bardzo symboliczna droga życiowa i polityczna, wynikająca w dużej mierze z konsekwentnego antykomunizmu i niechęci do rewizjonizmu popaździernikowego, suflowanego „Kulturze” przez Juliusza Mieroszewskiego.

Dodajmy dla porządku: „Kultura” Jerzego Giedroycia nieprzypadkowo miała siedzibę w Paryżu – redaktor naczelny chciał uniezależnić się od wpływu środowiska emigracji londyńskiej, postrzeganego przez niego jako hermetyczne, zbyt separatystyczne w stosunku do PRL, myślące schematycznie i skupione przede wszystkim na przeszłościM. Szczesiak, G. Łukomski, Dziennikarstwo ludzi „Kultury” na tle innych ośrodków polskiej myśli politycznej [w:] „Kultura” paryska. Twórcy, dzieło, recepcja, red. I. Hofman, Lublin 2007.[1]. Rafał Habielski mówi więc o dwóch emigracjach: niezłomnych z Londynu i środowiskuMaisons-Laftte, przy czym to ta druga miała zdecydowanie większy wpływ na opozycję w krajuR. Habielski, Dokąd nam iść wypada. Jerzy Giedroyć. Od „Buntu Młodych” do „Kultury”, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2006.[2]. Dla skrupulatności dodać należy, że trzecim głównym ośrodkiem myśli polskiej emigracji było Radio Wolna Europa dowodzone przez Jana Nowaka-Jeziorańskiego, ale z tej strony Tyrmanda spotkały raczej nieprzychylne opinie, o czym za chwilkę. Sam pisarz był więc początkowo częścią dwóch głównych polskich środowisk emigracyjnych, następnie zerwał relacje z jednym z nich i zaczął publikować po angielsku w najważniejszych pismach amerykańskich, w tym w „New Yorkerze” i „New York Timesie”. Jak to się stało?

Dandys czy moralista?

Czytając teksty Tyrmanda z tego zbioru i konfrontując je z jego czynami, można odnieść wrażenie, że konsekwentnie realizował pewien program moralny skrojony na polskiego emigranta. Zarzuca mu się, że o ile w okresie przedemigracyjnym był arbitrem elegancji i dandysem szydzącym z władzy, o tyle po wyjeździe z Polski stał się moralistą, surowo oceniającym wszelkie przejawy politycznego oportunizmu. Tymczasem pisarz realizował po prostu pewien program polityczny napisany przez siebie i dla siebie, obliczony na przekazanie doświadczenia życia w komunizmie Zachodowi. Czy nie o to chodziło również „Kulturze”? Otóż, zdaniem Tyrmanda, nie do końca. Nieprzypadkowo swój tekst rozliczeniowy z komunizmem zatytułował Porachunki osobiste, podkreślając indywidualną perspektywę politycznie ubezwłasnowolnionej jednostki, opierając się na własnym doświadczeniu i powszechnie podzielanych przekonaniach, a nie na badaniach – w innym swoim tekście wyjaśniał, czemu ta dyletancka perspektywa jest najbardziej wartościowa w kontekście komunizmuL. Tyrmand, Z notatnika dyletanta [w:] tegoż, Zapiski dyletanta, Kraków 2018.[3]. Swoją drogą, Tyrmand chętnie używał w swojej twórczości rozliczeniowej formy – dość przypomnieć Życie uczuciowe i towarzyskie oraz słynny Dziennik 1954, które to dzieła również były pamfletami na środowisko, socjologicznie obnażając miałkość komunizmu korumpującego ludzkie charaktery.

Także wspomniany słynny artykuł z „Kultury” jest bardzo prywatnym rozrachowaniem się z podłościami systemu premiującego służalczość, lizusostwo i inne liche cechy ludzkie, z nieprzewidywalnością władzy, z codziennymi poniżeniami mieszkańca Polski (bo nie obywatela), zjadliwie zilustrowanymi przez Tyrmanda arbitralną procedurą przyznania paszportu. To jednak nie wszystko: pisarz z nazwiska wymieniał osoby budujące swój kapitał moralny na skrusze wyrażonej na fali odwilży popaździernikowej, co jego zdaniem pozbawiało je społecznej i moralnej legitymacji do dołączenia do okopów niezłomnej krajowej opozycji. Krytykował wymówki artystów angażujących się w stalinizm (że „musieli”, że „nikt nie był lepszy”, „każdy tak robił”) – Tyrmand uznawał je za czystej wody kłamstwa oportunistycznych intelektualistów na użytek wygodnego moszczenia się w systemie. Jego wrogiem stał się Jan Kott, krytyk i szekspirolog, „podręczny święty”, symbol ideologicznej i moralnie odrażającej wolty, dzięki której po zmianie poglądów (w której szczerość Tyrmand powątpiewał) w jego politycznej sytuacji nic się nie zmieniło – wciąż mógł bez problemów wyjeżdżać na Zachód i relacjonować sytuację w Polsce francuskim egzystencjalistom, w tym swojemu przyjacielowi Sartre’owi. Dostało się również Andrzejowi Kijowskiemu, „jednemu z tych odważnych, którzy zaczęli głośno i dzielnie protestować, kiedy już było wolno i nic za odmienność nie groziło”, Aleksandrowi Fordowi, Iwaszkiewiczowi – wszyscy oni byli skażeni jakąś formą kolaboracji, na którą wielu zwykłych ludzi w Polsce, zdaniem Tyrmanda, nigdy by nie poszło.

Mimo że artykuł został opublikowany na łamach „Kultury”, to już wtedy wyraźnie rysowała się odmienność poglądów środowiska paryskiego i Tyrmanda. Niedługo po publikacji Porachunków osobistych na falach Radia Wolna Europa odbyła się dyskusja na temat tekstu z udziałem między innymi Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Józefa Czapskiego i Konstantego Jeleńskiego, w której rozmówcy bronili Jana Kotta, zarzucając Tyrmandowi „zawiść i nienawiść do wybitnych”L. Tyrmand, Smutno mi Boże – kiedy na Zachodzie…, „Kultura” 1967, nr 9 (239), s. 72.[4]. Zamieszczony w Porachunkach opis Kotta został zinterpretowany jako krytyka wszystkich intelektualistów, którzy w 1964 podpisali List 34 sprzeciwiający się cenzurze. Tyrmand napisał do tej dyskusji polemikę (niewłączoną do omawianego tu zbioru), w której z kolei ostro atakował „panów z emigracyjnej loży” broniących rewizjonistów, przypisując im sprawczość polityczną. Zdaniem pisarza Październik wydarzył się dzięki biernemu oporowi społeczeństwa, a nie na skutek działań inteligencji, otrzeźwiałej dzięki Poematowi dla dorosłych Ważyka. Innymi słowy, Tyrmand odmawiał inteligencji kierowniczej roli w społeczeństwie – uważał, że ona albo nie rozumie komunizmu, albo czerpie z niego profity. Środowisko „Kultury” miało zaś zupełnie inne podejście — Giedroyc uważał, że mimo że robotnicy są warstwą społeczną najbardziej wrogą komunizmowi, to nie mają oni liderów. Tych musi im zapewnić inteligencja, uformowana przez idee i cele polityczne ukute na łamach „Kultury”.

Poszło o rewizjonizm

To jednak tylko część napięć, jakie zaczęły się rysować między Tyrmandem a „Kulturą”. Jeszcze w 1968 roku Giedroyc odmówił przedrukowania tekstu z „New York Timesa”, w którym Tyrmand symbolicznie zrzekł się obywatelstwa polskiego w proteście przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. W liście z tego samego roku Giedroyc wyjaśniał Tyrmandowi swoją decyzję:

 

Wbrew zapewne Pana intencjom przeciętny czytelnik może wyciągnąć wnioski, że uważa Pan, że postępowanie Gomułki przekreśla cały wielowiekowy dorobek czy historię Polski. Z Pana oświadczenia wynika identyfikowanie reżimu ze społeczeństwem, co jest, łagodnie mówiąc, nieścisłe […]. Obawiam się, że jest Pan już bardzo oddalony od rzeczywistości krajowej przez pobyt w USA i włącza się Pan nieświadomie w kurs dominujący w prasie amerykańskiej. Moja taktyka musi polegać na normalizowaniu stosunków […]. Ale artykuły w rodzaju Pańskiego są niepotrzebnym dolewaniem oliwy do ogniaJ. Giedroyc, list z 10 września 1968 roku, cyt. za: S. Mrożek, L. Tyrmand, W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965–1982, wstęp i opracowanie D. Pachocki, posłowie T. Nyczek, Wydawnictwo Literackie 2017.[5].

 

To tu widać było rozejście się ideologiczne „Kultury” i Tyrmanda: normalizacja stosunków z krajem oraz wsparcie udzielane przez Maisons-Lafitte rewizjonistom oznaczało dla Tyrmanda pożegnanie z pismem Giedroycia. Doszła do tego odmowa publikacji tekstu Socjalizmczyli pewność (załączonego do omawianego zbioru), w którym Tyrmand ponownie atakował polską Nową Lewicę na emigracji. Zarzucał jej błąd kardynalny: że promocję kursu na socjalizm z ludzką twarzą opiera ona nie na tekstach pisanych w kraju, ale na rozmowach, i to nie z robotnikami czy chłopami, ale z inteligencją, która może pozwolić sobie na wyjazd z kraju i swobodne pogaduszki o komunizmie.

Były zresztą i inne problemy: Tyrmand czuł się niedoceniony przez Giedroycia, w liście z 13 września 1968 pisał do niego:

Boję się, że w moim przypadku nie potrafił Pan wyrobić we mnie przekonania, że Panu naprawdę na mnie zależy […]. Niestety nie starał się Pan we mnie zbudować tego poczucia wartościowościTamże.[6].

Pisarz spodziewał się, że redaktor mógłby uczynić go korespondentem „Kultury” na Stany Zjednoczone. Poczynił nawet kroki, by tak być postrzeganym: Tyrmand był odpowiedzialny za wydanie antologii tekstów „Kultury” po angielsku na rynek USA, jednak Giedroyc nie był zadowolony z efektów współpracy. Uważał, że Tyrmand zmarnował temat i promował bardziej siebie niż środowisko – na wewnętrznej okładce wydania znajdowało się zdjęcie nie kogo innego, jak Tyrmanda. Pisarz tłumaczył, że tak właśnie trzeba robić w Stanach: indywidualistyczne podejście wymaga, by promować teksty jako te, które podobają się Leopoldowi TyrmandowiWspomnienie Agnieszki Osieckiej, August Bęc-Walski w przepoconym podkoszulku [w:] M. Urbanek, Zły Tyrmand, Iskry 2020.[7].

Nie wiadomo, które wydarzenie przelało czarę goryczy – dość powiedzieć, że po publikacji około dziesięciu artykułów kontakt Tyrmanda z „Kulturą” urwał się na dobre. Dariusz Gawin widzi w tej zapomnianej dziś dyskusji początki sporu o kształt polskiej lewicy, która ostatecznie zaakceptowała postawę rewizjonistyczną, utożsamiała prawicowość z wstecznością, cywilizacyjnym anachronizmem, ślepym tradycjonalizmem, i bezwzględnie stawiała na ideę socjalistyczną rozumianą jako postępową opcję, oderwaną od praktyki PRLD. Gawin, Kultura paryska wobec „prawicy” – Mieroszewski, Kisielewski, Tyrmand [w:] Temat polemiki: Polska, red. J. Kloczkowski, OMP 2012, https://teologiapolityczna.pl/dariusz-gawin-kultura-paryska-wobec-prawicy-mieroszewski-kisielewski-tyrmand-2#_ftnref10[8]. To jednak temat na inny tekst, tu tylko trzeba dodać, że Tyrmand związał się odtąd buntowniczo z „niezłomnym Londynem” i skupił się na analizach amerykańskiej Polonii.

To również bardzo ciekawa rzecz: „Kultura” zdecydowanie więcej miejsca poświęcała emigracji londyńskiej, politycznej (a więc potencjalnie sprawującej rolę kierowniczą), ale o Polonii amerykańskiej, znacznie liczniejszej, będącej w dużej mierze potomkami migrantów ekonomicznych z przełomu XIX i XX wieku, wspominała sporadycznieA. Horolets, J. Bielecka-Prus, Strategie wykluczania w reprezentacjach polskiej emigracji na łamach paryskiej „Kultury” (1947–2000) [w:] Polskie sprawy 1945–2015. Warsztaty analizy dyskursu, red. M. Czyżewski, A. Horolets, K. Podemski, D. Rancew-Sikora, Warszawa 2017.[9]. Tyrmand wszedł więc na teren przez Paryż dość niezbadany, co do którego miał określony plan: chciał włączyć amerykańską Polonię w szeroko rozumianą kulturę amerykańską.

Tyrmand w Ameryce

Teksty Tyrmanda o Stanach i Polonii z „Wiadomości”, zamieszczone w omawianym tomie, są zaskakująco świeże i świetne konstrukcyjnie. Pisarz posiadał wielki zmysł obserwacji, wiele jego uwag jest nasyconych socjologicznie, chętnie robił typologie różnych kulturowych zjawisk. Nakładała się na to jego nieukrywana fascynacja Stanami – pisał, że cywilizacja amerykańska, „najpotężniejsza cywilizacja współczesności”, jest bardzo atrakcyjna, ponieważ zawsze daje kolejną szansę (rzecz, zdaniem Tyrmanda, nie do pomyślenia w Europie). Autor Porachunków osobistych twierdził, że jest to kultura obecnie najbardziej uniwersalna – pisał, że „krzywdy i cierpienia Amerykanina stają się własnością świata”. Oczywiście, Tyrmand dostrzegał również i ciemne strony Stanów Zjednoczonych, uosabiane przez młodsze pokolenie, „zatrute filozofiami nihilizmu i bezsensu, tanich naskórkowych metafizyk, moralnego indeterminizmu”, które z dużym dystansem podchodziło do krytycznych uwag pisarza wygłaszanych pod adresem komunizmu w trakcie jego wykładów na amerykańskich uniwersytetach.

Dowartościowanie kultury amerykańskiej prowadziło go do wypracowania programu dla Polonii amerykańskiej, która do tej pory źle pojmowała swoją rolę w Stanach. Tyrmand chciał, by polskość była stałym elementem amerykańskiego pluralizmu, stała się jedną z wielu mniejszości budujących tożsamość amerykańskiej różnorodności. Stwierdzał, że największa emigracyjna organizacja, Kongres Polonii Amerykańskiej, nie potrafi wykorzystać swojego potencjału i spala się w efektownych i doraźnych inicjatywach, takich jak procesy sądowe o zniesławienie narodu polskiego (och, jak bardzo to brzmi współcześnie!). Oceniał te zachowania jako wyraz nadmiernej polskiej emocjonalności, zbytniego przywiązania do kolorowych form, wzbudzających zaledwie uśmiech Amerykanów. Tyrmand w zamian proponował swoją politykę kulturalną: jego zdaniem, Polonia, na wzór żydowskiej diaspory, powinna założyć swoje pismo polityczno-społeczne i na jego łamach przybliżać twórczo i umiejętnie polskie tradycje. Pisarz trafnie wskazywał, że kultura amerykańska docenia cierpienie, dowodził więc, że godne znoszenie trudów, praktykowane przez Polaków na emigracji dla zachowania wewnętrznego poczucia godności, spotkać się może tylko z niezrozumieniem Amerykanów. Tyrmand apelował więc o przerobienie cierpienia polskiego, stworzenia z niego uniwersalnego tematu literackiego, który łatwo mógłby zostać doceniony w Stanach; za wzór stawiał tu żydowskich pisarzy w rodzaju Philipa Rotha czy Saula Bellowa, co do których amerykańskości nikt nie miał wątpliwości. Ostatecznie to był cel Tyrmanda: dać amerykańskości to, co najbardziej polskie, albo inaczej – rozgościć polskość w amerykańskości.

To zadanie również nie do końca się powiodło. W jednym z listów do Sławomira Mrożka Tyrmand pisał więc, że:

[…] istota polskości polega na jakiejś impotencji […]. To jest właśnie ta polsko-żydowska, nadwiślańska impotencja: zawsze coś zrobią nie tak, z reguły im nie wyjdzie, rozmaże się, popierdoli. I to wszystkoList Tyrmanda do Mrożka z 25 listopada 1968 roku [w:] W emigracyjnym… [10].

Wprawdzie założył wreszcie pismo „Chronicles of Culture”, wydawane przez The Rockford Institute w stanie Illinois, jednak, zdaniem chociażby Zdzisława Najdera, „stawiało [ono] bardzo dobre pytania, ale odpowiedzi dawało na poziomie szkolnym”Wspomnienie Zdzisława Najdera, Spowiedź dziecięcia wieku [w:] Zły…[11]. Coraz więcej uwagi poświęcał rewolucyjnym przemianom w Stanach, które uważał za niszczące amerykańską kulturę; napisał też po angielsku książkę Cywilizacja komunizmu, odrzuconą przez „The New Yorkera” ze względu na po prostu słabą jakość dzieła. Sam Kisielewski zżymał się na Tyrmanda za tytuł, bo przecież komunizm nie mógł wytworzyć żadnej cywilizacji.

Rozgoryczony brakiem zmian w swoim środowisku i otoczeniem przez Polonię, która go nie do końca rozumiała, Tyrmand chciał przerzucić się całkiem na pisanie tylko po angielsku. Żalił się Mrożkowi, że „pisanie rzeczy ważnych po polsku jest jakoś mało ważne i niczego donikąd nie wnosi, zaś pisanie rzeczy mniej ważnych po angielsku daje mi jakieś prawo udziału w czymś poważniejszym”List Tyrmanda do Mrożka z 11 października 1968 roku [w:] W emigracyjnym…[12]. To dlatego niestrudzenie wysyłał swoje teksty do amerykańskich magazynów, zresztą nagradzających go o wiele hojniej niż „Kultura” (dla porównania: za artykuł o swojej podróży po Stanach dostał zawrotną kwotę pięciu tysięcy dolarów, a Giedroyc był w stanie zapłacić najwięcej pięćdziesiąt). Zamknięcie więc zbioru emigracyjnych pism angielskim tekstem o konferencji na temat spraw polskich odbywającej się w Berlinie Zachodnim, a napisanym dla żydowskiego intelektualnego magazynu „Commentary” jest bardzo wymowne. Także w nim pisarz wyrażał rozgoryczenie nie tylko względem Zachodu, który ciągle nie potrafił i nie chciał Polski zrozumieć, ale też krytykował polską ideologiczną bezradność wobec komunizmu. Tyrmand zwracał uwagę na wielką rolę, jaką w Polsce odgrywa inteligencja, do której sam przecież należał, i która dla zachodnich ekspertów była tworem niezbadanym i nieliczącym się przy planowaniu polityki względem państw za Żelazną Kurtyną. Powracał jego dawny argument, że lepszy socjalizm nie istnieje, a robotnicy stojący za „Solidarnością” w rzeczywistości chcą amerykańskiego kapitalizmu. Zmiana języka publicystyki politycznej z polskiego na angielski nie przyniosła jednak refleksji nad zmienionym audytorium: polski moralista-inteligent nie miał już adwersarza, który mógłby mu odpowiedzieć, a jego teksty stały się egzotyczną ciekawostką pozostającą na uboczu amerykańskiej kultury.

L. Tyrmand, Porachunki osobiste, Warszawa: Wydawnictwo MG, 2020.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Katarzyna Krzyżanowska, Tyrmanda porachunki z polskością, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 67

Przypisy

    Powiązane artykuły