23.04.2020

Nowy Napis Co Tydzień #046 / Wilno Tyrmanda

Historia uczy, że jeszcze nikogo i niczego nie nauczyła. Brzmi jak truizm, a jednak biografia Leopolda Tyrmanda – pisarza 2020 roku w Polsce – pokazuje, że historia nie tylko bywa nieznana, ale zasysa niczym czarna dziura także to, co prawdziwe. Tak jak wojenne dzieje Tyrmanda. Jak było z nimi naprawdę?

*

Rok 2015. Pracuję nad biografią Leopolda Tyrmanda. Punktem wyjścia do książki jest moja praca licencjacka pod tytułem Jak tworzono wizerunki Leopolda Tyrmanda. Konstatacją z niej płynącą jest konieczność przejrzenia amerykańskich archiwów autora Złego. Dzielę zatem życiorys pisarza na dwadzieścia cztery epizody, posegregowane głównie przez chronologię poszczególnych etapów jego życia. Wyjątek stanowią jego najważniejsze książki i rodzina. Nad biurkiem wieszam mapę Europy, kupioną w sklepie papierniczym. Sądzę, że – niczym Almagest – pomoże mi rozrysować wędrówki Leopolda Tyrmanda po świecie. O ile którekolwiek z nich naprawdę miały miejsce.

Rozdział Szeryf z Trębackiej, drugi w książce, traktuje o dzieciństwie urodzonego w 1920 roku Lolka, jak nazywają go przyjaciele. W latach 30. XX wieku najdalszą wycieczką, na jaką wypuszcza się Tyrmand, jest budująca się Gdynia. Pisarz przez lata będzie nosił w sobie sentyment do morza i marynistycznych przygód rodem z powieści Jacka Londona. W 1985 roku wybierze się na urlop na Florydę, gdzie na plażach Fort Myers są podobno najpiękniejsze zachody słońca. Ten amerykański okaże się ostatnim.

Rozdział trzeci, to Architektura wnętrz własnych. Traktuje o wyjeździe Poldka na studia w Paryżu. Stypendium załatwia sobie sam. Pomagają mu w tym umiejętności rysownicze i niezłe oceny na maturze zdanej w Gimnazjum im. Kreczmara na ulicy Wilczej w Warszawie, które – w przeciwieństwie do starszego o kilka lat Słonimskiego – z powodzeniem kończy.

Sławomir Mrożek wiosną 1985 roku napisze:

[…] Te Leopoldowe studia w Paryżu nie były takie, jak niegdyś wojaże Jana Kochanowskiego do Padwy, czy później Bronisława Malinowskiego do London School of Economics. Ani nawet takie, jak wysyłanie do tegoż Paryża czy do Brukseli żydowskich synów z Polski przez ich zamożne rodziny.

Tekst Mrożka ukaże się w emigracyjnym piśmie „Puls”. Upłynie trzydzieści lat, nim do szerokiego grona czytelników trafią Mrożkowe dzienniki, a wkrótce i edycja jego listów pisanych z Tyrmandem. Okaże się, że obaj literaci pozostawali w bliskiej przyjaźni przez lata. Historia literatury współczesnej nie odnotuje tego jednak ani w latach 80., ani w latach 90., ani na początku XXI wieku. Rzecz charakterystyczna dla wielu emigracyjnych losów: niepamięć.

*

Rok 1938. W Paryżu ścieśniony horyzont ulicy Trębackiej rozrasta się aż po Sekwanę, gdzie miasto pulsuje jazzem, modą i miłością. Lolek udziela korepetycji, z zarobionych drobniaków starcza mu na fasolę z frytkami. Zachwyca się A-tisket, a-tasket Elli Fitzgerald, idzie też na pierwszy koncert jazzowy. Gdy wygrywa drużynowo akademickie mistrzostwa w koszykówkę, nagrodę wręcza mu słynny Le Corbusier. Tyrmand wspomina to zdarzenie w swoim tekście dla „Tygodnika Powszechnego” w 1950 roku, kiedy opisuje architekturę MDM. Dwa lata wcześniej ponownie spotkał Le Corbusiera na światowym zjeździe intelektualistów we Wrocławiu. Podobnie, jak Picassa i Szołochowa.

Rozdział Ostatni mecz, to wakacje 1939 roku. Tyrmand wraca wówczas na wakacje do Polski przepełniony melodią wielkiego świata. Polska wygrywa 4:2 z Węgrami w piłkę nożną, mecz oglądają wspólnie z Kazikiem, kolegą z gimnazjum Kreczmara. Obaj na zawsze pozostaną na maturalnym zdjęciu uśmiechnięci, gotowi na podróż w prawdziwe, dorosłe życie.

Lata 90. XX wieku. Jeden ze szkolnych kolegów Tyrmanda opowiada Mariuszowi Urbankowi, jakoby Tyrmand miał przed wojną inne nazwisko. Historia ta powracać będzie w wielu pytaniach, jakie zadadzą mi dziennikarze, gdy wydam w 2016 roku biografię Tyrmanda. Tak poznam jednego z dziennikarzy, który odkrył, że ów kolega Tyrmanda sam miał niegdyś… inne nazwisko.

Rok 2016. Docieram do papierów, które nie pozostawiają wątpliwości: spis uczniów z Gimnazjum Kreczmara jednoznacznie mówi o uczniu, Leopoldzie Tyrmandzie. Jednocześnie, książka telefoniczna podaje, że przy Franciszkańskiej pracuje w  1935 roku Mieczysław Tyrmund. Badania nad historią rodziny rozwikłają wkrótce zagadkę: samogłoski w czasach ręcznego pisma przekręcano nagminnie.

Dorosłość zaskakuje Tyrmanda wczesnym rankiem 1 września 1939 roku.

Jego rodzice, Maryla i Mieczysław, zostają w Warszawie. Jeszcze nie wiedzą, że właśnie rozpoczyna się najkrwawszy rozdział w historii XX wieku i że w ich genealogicznym drzewie za sześć lat nie zostanie praktycznie nikt. Trafią do warszawskiego getta, a w 1942 roku wywiezieni zostaną do obozu Majdanek. Tam, na wielkim placu, Mieczysław zobaczy Marylę ostatni raz, by chwilę potem trafić do mieszczących się po prawej stronie obozu niskich baraków z komorami gazowymi.

A Lolek? We wrześniu 1939 roku ucieka na Wschód. Przez Brześć i Lwów dociera do Wilna. „Wilno nasze, a my Rosjan”, mówią miejscowi, gdy sowieckie wojska zajmują Litwę.

Jest rok 2015. Po nitce do kłębka trafiam na wzmiankę o Tyrmandzie w wileńskich archiwach KGB. Kustosz odpisuje ze śmiertelną powagą: „It is a criminal case…”

Jednocześnie, rekonstruuję zdarzenia z opisów, dzienników i wspomnień.

Rok 1940. Tyrmand mieszka z Leszkiem Zawiszą przy ulicy Portowej 22 w Wilnie. W garderobie urządzają sobie sparingi bokserskie. Lubią wileński dom doktorowej Kiakszto, mieszkają w nim aktorzy, artyści, dyrektor teatru. Dla Leopolda Tyrmanda nie jest to pierwsza, zagraniczna wyprawa. W 1940 roku nie wie, że może się wkrótce okazać ostatnią.

Rok 2019. Program telewizyjny, w którym jestem gościem wspólnie z historyczką, Joanną Siedlecką. Zajmuje się Herbertem, Kosińskim i pisarzami niszczonymi w przeszłości przez bezpiekę. Na temat Tyrmanda ma takie samo zdanie, jak ja. W przeciwieństwie do dziennikarza, który dopytuje:

Dlaczego Tyrmand nie rozliczył się ze swojej przeszłości?

Ależ rozliczył się. Ma pan przez sobą książkę.

Dlaczego Tyrmand nie rozliczył się, skoro tak piętnował komunizm…

Ależ ma pan napisane…

Rozmowa przybiera dziwny obrót. Okazuje się, że historia uczy, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Konserwatywni, światli dziennikarze wciąż wietrzą w biografii Tyrmanda spisek, choć mają przed sobą fakty, zdjęcia, akta sprawy. Może nie czytali przed wejściem na wizję?

Dochodzę w trakcie nagrania do wniosku, że wciąż w 2019 roku szukamy formuły o tym, jak o Tyrmandzie rozmawiać. Póki co jednak żadna z formuł się nie sprawdza, bowiem w każdym wypadku – krótkiej notki prasowej, artykułu wspominkowego, programu publicystycznego – wszyscy wracają do tych samych klisz, do historii takich, jak ta o innym przed wojną nazwisku. Lub do tej o kolaboracji Tyrmanda z Sowietami.

*

Zima 1940 roku jest bardzo sroga. To dlatego Lolek dostaje szalik od niedawno poznanego Franciszka Walickiego. Za szesnaście lat zorganizują pierwszy w Polsce festiwal jazzowy, zaś za czterdzieści siedem – Franek posądzi Lolka o współpracę z Sowietami. W 1987 roku Tyrmand nie będzie mógł zaprzeczyć, tak jak nie mogą zaprzeczyć inni zmarli z cmentarza pod Nowym Jorkiem. Walicki opowie na łamach „Jazz Forum” oraz „Odry”, że jego kolega, Lolek Tyrmand, pisał zaciekłe felietony do „Prawdy Komsomolskiej”. „Ojciec big-beatu” pokusi się nawet o wyprawę na Białoruś, by odszukać dawnego redaktora naczelnego radzieckiej gazety. Na łamach „Odry” Franek Walicki doda, że co prawda słyszał po tym, jak Tyrmanda aresztowano, że to „poważna sprawa i lepiej się nią nie interesować”, ale nie drąży wówczas – podczas wojny – tematu. W 1987 roku zaś stwierdza, że nigdy potem z Tyrmandem o tym nie rozmawiał. A może to Tyrmand nie mówił mu wszystkiego?

Wiosna 2016. Docieram do archiwum KGB i NKWD w Wilnie, przy ulicy Giedymina. Ponieważ w instytucji jest remont, do czytelni wchodzę bez okazania żadnego dokumentu tożsamości. Otwieram teczkę Tyrmanda. Papiery spisane są po rosyjsku i po litewsku. W jednej z kopert ze zdziwieniem odkrywam legitymację studencką Tyrmanda. A potem akta:

Wilno, 15.04.1941

Tyrmand jest jednym z dowódców polskiej młodzieżowej nielegalnej kontrrewolucyjnej organizacji. Prowadzi aktywną działalność w celu zwerbowania młodzieży do organizacji. Rozpowszechnia nielegalną literaturę organizacji. Udostępnia swoje mieszkanie na spotkania przywódców organizacji. Na jednym z nich Tyrmand występował i żądał aktywnych działań w walce z władzą sowiecką na Litwie o niepodległość byłej kapitalistycznej Polski.

W 1940 roku to Zawisza postanawia wciągnąć Lolka do pracy w konspiracji. Tyrmand, wciąż posiadając legitymację studenta studiów humanistycznych, dorabia jako felietonista w „Prawdzie Komsomolskiej”. Kolega Franek Walicki również w tej gazecie pracuje jako rysownik, ale o podwójnym życiu kolegi nie wie. Po latach poda konkretne liczby, ile Tyrmand tekstów napisał. Sprawdzam. Żaden z tekstów nie jest podpisany. Podobno taki był wówczas zwyczaj. Kto teksty redagował, kto był ich autorem? Tego już się nie dowiemy. Dowiedzieć się jednak możemy czegoś innego.

W roku 1940 Tyrmand wstępuje do jednego z polskich oddziałów niepodległościowych. Wydają w nim gazetkę „Za naszą i waszą wolność”. W niektórych wywiadach czytam w  2015 roku, że Tyrmand złożył przysięgę na ręce Juliana Kulikowskiego ze Związku Walki Zbrojnej – później pułkownika w I Oddziale Organizacyjnym Komendy Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej. Tyrmand w Porachunkach osobistych pod koniec lat 60. napisze, że „spał na powielaczu” i wykradał z „Prawdy Komsomolskiej” czcionki. Nieprzychylni Tyrmandowi podważą tę wersję, twierdząc, że w tamtych czasach była w gazetach inna technika druku i że wersja Tyrmanda, to fikcja.

Pismo „Za Naszą i Waszą Wolność” było pismem Okręgowego Biura Informacji i Propagandy ZWZ i było adresowane głównie do młodzieży – mówi mi Radosław Butryński. Jest redaktorem naczelnym portalu Dws-Xip.pl. – Także przynależność organizacyjna wspomnianych przez pana trzech młodzieńców (Tyrmand, Zawisza i Korniłowicz – przyp. M.W.) nie budzi wątpliwości. Poza tym Okręg Wileński był dość wyjątkowy, ponieważ już na początku okupacji wszystkie większe i mniejsze organizacje niepodległościowe podporządkowały się najpierw Służbie Zwycięstwu Polski, a następnie Związkowi Walki Zbrojnej. Celem było ujednolicenie oporu na Wileńszczyźnie i działanie pod jednym kierownictwem. Początkowo płk Julian Kulikowski działał na Wileńszczyźnie bez kontaktu z ZWZ. Od marca 1940 stał na czele niezależnej organizacji pod nazwą Liga Wojenna Walki Zbrojnej, która została podporządkowana ZWZ dopiero jesienią 1941. I nie muszę chyba dodawać, że na Wileńszczyźnie był to wyjątek. Po wcieleniu LWWZ został mianowany szefem sztabu Okręgu Wilno ZWZ. Biorąc pod uwagę, że byli oni aresztowani przez NKWD, to jasnym jest, że przed lipcem 1941, a więc wtedy, kiedy płk Kulikowski nie był oficerem ZWZ, a komendantem LWWZ. Ta organizacja działała dość krótko i to w czasie okupacji sowieckiej. Dokumentacja wytwarzana za czasów tej okupacji jest żadna lub bardzo mizerna. Tak naprawdę do dzisiaj niewiele się o niej wie. Według mnie Tyrmand został wciągnięty przez Babinicza do LWWZ. Czy do organizacji niepodległościowych wcielano młodzież? Oczywiście, że tak. Było to bowiem środowisko bardzo dynamiczne, chętne do działania i patriotyczne. Armia Krajowa, w założeniu organizacja wojskowa stricte kadrowa, także to robiła. Najlepsze oddziały Kedywu Komendy Głównej, czy też Komendy Okręgu Warszawa ZWZ-AK tworzone były z młodzieży harcerskiej (Batalion  „Zośka”, czy też  „Parasol”).

Tutaj tropy zaczynają się łączyć. Kontaktem w Wilnie w 1940 roku jest niejaki Babinicz. Jego nazwisko od początku brzmi niewiarygodnie, bo jak z Sienkiewicza.

„Pracuję w wywiadzie, nie polskim wprawdzie, lecz sprzymierzonym – mówi im. – Więc mogę wyrobić odpowiednie papiery. Ale na to będę potrzebował czasu”.

Jest ich trzech, obok Lolka i Leszka jest jeszcze Andrzej Korniłowicz. Przerzucają drobne paczki, załatwiają wyjazd poszukiwanego szpiega, szmuglują towar. A obok tego odbywają sparingi bokserskie w garderobie – pomieszczenia na poddaszu domu doktorowej Kiakszto przy Portowej 22 są spore. Robota przyprawia ich o dreszcz emocji, ale wielka wojna rozgrywa się gdzieś daleko. Babinicz przychodzi ich raz odwiedzić. Czy im pomoże – tego nie mówi. Wkrótce zaprasza ich do siebie, dzień przed Wielkanocą 1941 roku. Ich uwagę zwracają wojskowe buty pracującej w domu służby.

Po powrocie na Portową przezornie zakopują niektóre książki w ogrodzie na tyłach domu. Mają nosa – w nocy dochodzi do nalotu.

Buty łomoczą na schodach, po chwili otwierają kopnięciem drzwi na pierwszym piętrze. Rewizja i świecenie latarkami po oczach. Żołnierze szukają materiałów obciążających chłopaków. Na środku biurka stawiają znalezioną w pokoju małą, amerykańską flagę.

Do Lolka idzie właśnie Janka, znajoma aktorka z wileńskiego teatru. „Wspinałam się do domu, gdy minął mnie patrol NKWD” – powie po latach Mariuszowi Urbankowi w książce Zły Tyrmand. Jej wspomnienia okażą się kluczowe.

Trzech muszkieterów trafia na Łukiszki. Wiedzą jedno: wsypał ich Babinicz.

W więzieniu spędzają trzy miesiące. Ciągłe przesłuchania, spanie przy świetle, zastraszanie. Tyrmand ma podobno dostać wyrok dwadzieścia pięć lat. Zawisza po latach wspomni o ośmiu. W archiwach KGB informacji o konkretnym wyroku brak. Wiadomo, że gdy w czerwcu 1941 roku do Wilna wkraczają Niemcy, więźniowie ruszają transportem na Wschód. A stamtąd się nigdy nie wraca. Po latach Tyrmand napisze:

Więzienie, zwłaszcza w totalizmach, polega przede wszystkim na strachu, że mogą ze mną zrobić co chcą, a ja nie mogę nic, ani bronić się, ani argumentować, ani uciekać. Przebywałem kiedyś w Wilnie na Łukiszkach; byłem młody, siedziało mi się znakomicie, gdyż walka o jakieś święte sprawy wydawała mi się jeszcze wartością samą w sobie, ale wybuchł tam tyfus i zrozumiałem, jak bardzo odmówioną mam szansę ratunku, ja ubezwłasnowolniony.

Muszkieterowie uciekają ze zbombardowanego pociągu, wkrótce ich drogi się rozchodzą. W Wilnie powstaje getto, Niemcy rozstrzeliwują Żydów w Ponarach. Tyrmand ucieka i ukrywa się z innymi Polakami.

Po wojnie życzliwi ludzie plotkują o rzekomej współpracy Tyrmanda z Sowietami. O jego prawdziwej wojennej historii – nie wiedzą. Ciężko, żeby Tyrmand opowiadał o wojennej konspiracji albo o tym, że w obozie koncentracyjnym w Oslo siedział z obecnym (w latach 50.) premierem Norwegii.

Kiedy Lolek w latach 50. idzie korytarzem w jednym z budynków ministerialnych, z naprzeciwka nadchodzi… Babinicz. Mężczyzna udaje, że go nie zna. Jak się okazuje, obaj są członkami Związku Literatów Polskich.

W latach 60. MSW zakłada Babiniczowi teczkę. Na początku XXI wieku u Joanny Siedleckiej przeczytamy o Babiniczu:

Do 1937 roku mieszkał w 14 miejscowościach. W latach 1923–1925 podejrzewano go o szpiegostwo na niekorzyść Polski. Był przez pewien czas konfidentem policji. […] W archiwach Oddziału II MSW figuruje jako agent gestapo. Z listu ambasadora RP w Moskwie, prof. Kota, z roku 1941 wynika, że Polacy z Wilna podzielali zarzuty o szpiegostwo Babinicza na rzecz Niemiec, denuncjowanie Polaków i wydawanie ich w ręce gestapo. W 1940 został zdemaskowany przez władze radzieckie i przewerbowany. […] W 1955 jego sprawę przedstawiono do decyzji Departamentu III Julii Bristigerowej, przekazała ją jednak do archiwum.

Babinicz umiera na zawał w 1969 roku. Po latach wdowa po nim w liście do autora Złego Tyrmanda zapewnia, że nic z tych rzeczy nie jest prawdą.

Spotykam w 2017 roku Joannę Siedlecką na korytarzu Polskiego Radia, idziemy na nagranie do Chuligana Literackiego „Trójki”.

– Żona Babinicza twierdzi, że był niewinny – mówię.

– Żona, dobre. On miał trzy żony! – odpowiada Joanna Siedlecka.

Zawisza zostaje w latach 70. profesorem architektury na uniwersytecie w wenezuelskim Caracas. W jednym z listów do Tyrmanda spyta: Czyli co? Już chyba nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę.

Tyrmand umiera w 1985 roku, oglądając – jak się rzekło – zachód słońca. W 1987 Franciszek Walicki opowiada na pewnym spotkaniu w „Hybrydach” o współpracy Lolka z „Prawdą Komsomolską”. O działalności konspiracyjnej – nie wspomina. W 2017 roku słyszę, że ktoś chce wydać teksty z tej gazety. Wybucham śmiechem i mówię, że to szukanie sensacji.

*

W 2016 roku poszukuję dokumentów, które pozwoliłyby ustalić, jak z Tyrmandem było naprawdę. W archiwach KGB odnajduję teczkę Lolka. Są akta, są sprawozdania z przesłuchania. A wreszcie – jest niepodległościowa gazeta, którą miał wydawać. W rubryczce z nazwiskami osób przeglądających papiery, zauważam świeży wpis: „Babinicz”, a obok data: 2014.01.24.

Blednę. Czy to możliwe, że ta szpiegowska historia wciąż trwa? – pytam siebie.

Szukam domu przy Portowej 22, ale taka ulica już nie istnieje. W jej miejscu biegnie Pamenkalno Gatve, obok Tauro Gatve, gdzie mieszkał Miłosz.

Numerację zmieniano wielokrotnie, więc odwiedzam kolejno blisko dwadzieścia domów. Mam w pamięci słowa Janki Balukiewicz o „wspinaniu się do domu”. Ale co to oznacza? Że po schodach? Po wzgórzu? Po płytach?

Do ostatniego z domów prowadzą wąskie schody, zachodzę tam bez większej nadziei. Na elewacji – numer 32. W środku – wykusze, dębowa biblioteka, luksfery i szklane, rozsuwane drzwi. Mieści się tam Dom – Muzeum Rodziny Venclova. To tam od 1945 roku mieszkali słynni litewscy pisarze – Tomas i jego ojciec, Antanas.

„Nikt tu podczas wojny nie przebywał. Właściciel, doktor Kiakszto został wywieziony z Wilna, gdy wybuchła wojna – zapewniają dziewczyny pracujące w fundacji”.

Siadam w aucie na parkingu, gotów do odjazdu. Towarzyszy mi uczucie małej porażki. Dom wydawał się na wyciągnięcie ręki, powinien być gdzieś tutaj. Dwa dni po powrocie do Torunia jeszcze raz włączam plik ze wspomnieniami Leszka Zawiszy. Tymi o sparingach bokserskich i Babiniczu. W jednym z akapitów czytam: W dolnym pokoju mieszkała doktorowa Kiakszto…

Jakaś straszna myśl fermentuje mi w głowie. Nie, myślę. Nie mogłem być aż tak nieuważny. Przekopuję gorączkowo papiery, to blednąc, to pęczniejąc do czerwoności, aż wreszcie mam pewność. – To ten dom! – krzyczę z podniecenia.

Natychmiast piszę do Justyny z Domu Venclovów. Nie wierzy mi, więc wysyłam wspomnienia Zawiszy, wrzucając je do translatora Google.

Tak oto przecinają się ścieżki dwóch pisarskich historii. Tyrmanda, o którym nie wiadomo było, gdzie mieszkał oraz Venclova, który nie wiedział, kto mieszkał w jego domu przed nim.

Historię Tyrmanda, Babinicza i archiwów opisuję w książce Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. W Domu Venclovów organizujemy w listopadzie 2016 roku spotkanie, przychodzą wykładowczynie z Centrum Polonistycznego, Polonia.

W kącie książkę przegląda litewski archiwista. Pod koniec lektury rozdziału o Wilnie, wybucha śmiechem.

„Babinys! – krzyczy. – To nie Babinicz przeglądał niedawno te archiwa, tylko Babinys. To mój kolega, pracuje w tym archiwum”.

Wszyscy się śmiejemy z tej historii, która jest równie nieprawdopodobna, co autentyczna.

*

Październik 2019. Konferencja na Uniwersytecie Wileńskim. Po moim referacie o związkach Tyrmanda z Wilnem odzywa się dwóch naukowców.

Czemu Tyrmanda nie rozstrzelano za pisanie do „Prawdy Komsomolskiej”? – pyta starszy profesor.

A ja bym się upierał – mówi drugi naukowiec, młodszy – że Tyrmand jednak mógł podczas wojny lewicować. Dotarłem do listów Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Borejszy. Wynika z nich, że Iwaszkiewicz pomagał załatwić Tyrmandowi pokój w YMCA w 1947!

Chodzi o pokój w domu przy Konopnickiej 6, w którym Tyrmand zamieszkał po wojnie.

Oczywiście nie czytałem tego, co pan – mówię – ale zapewniam, że Tyrmand nie lewicował.

Po konferencji dowiaduję się, że pierwszym z pytających był profesor Tadeusz Bujnicki. Jego ojciec Teodor, założyciel grupy „Żagary”, był w 1940 roku redaktorem kolaboracyjnego pisma „Prawda Wileńska”, które później zostało wznowione w 1944 roku. Armia Krajowa wydała na Bujnickiego wyrok śmierci, który został wykonany w listopadzie 1944 roku.

Drugi z naukowców, to doktor Grzegorz Bąbiak. Wydał książkę Na rogu Stalina i Placu Trzech Krzyży. Listy do Jerzego Borejszy 1944–1952. Zamawiam książkę i kilka dni później czytam ów list. Wynika z niego, że Iwaszkiewicz zapytuje w liście Borejszę o możliwość załatwienia kwatery dla jakiegoś młodego twórcy (nie literata). O tym, że chodzi o Tyrmanda, mówi jedynie przypis.

Zastanówmy się chwilę nad przyczynkiem do tych poszukiwań. Po pierwsze, załatwienie ciasnej klitki, po drugie – przez samego Iwaszkiewicza (o ile wiem, pozycja obowiązkowa w lekturach szkolnych do dziś), który miał być polskim kandydatem do literackiej nagrody Nobla w 1965 roku, po trzecie – przez Iwaszkiewicza, z którego córką, Marysią, Tyrmand się krótko umawiał i która to córka zakładała kawiarnię w wydawnictwie „Czytelnik”, w którym:

Borejsza był prezesem,

– Tyrmand po odwilży w 1956 roku wydał Złego,

doktor Bąbiak wydał swoją książkę.

Co ten łańcuch dedukcyjny ma wspólnego z lewicowaniem Tyrmanda – do teraz nie mam zielonego pojęcia. Tezę tę jednak rzucił uznany naukowiec, na plenum, podczas konferencji. I znów przypomniała mi się konstatacja, że historia uczy, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła.

*

Styczeń 2016. Rozmawiam z szefem Archiwum Emigracji jednego z uniwersytetów.

– Tyrmand był komunistą! – krzyczy.

– Jak to? – pytam.

– Wydał książkę w „Czytelniku” tak? „Czytelnik” był wydawnictwem państwowym, tak? A państwo mieliśmy komunistyczne, tak? No! Więc Tyrmand był komunistą!!

Uśmiecham się grzecznie i wychodzę. Trochę mi niezręcznie się z nim spierać, bo jest starszy, ma wyższy stopień naukowy, a ja nieopatrznie przyszedłem w dresach. Przecież ci wszyscy badacze Tyrmanda, to docenci i profesorowie. Jakim prawem miałbym sądzić, że wiem lepiej, jak opisać historię, która nikogo nie…

*

Listopad 2019. Nagranie programu telewizyjnego.

„To jak było z tym fałszywym nazwiskiem Tyrmanda? Podobno już przed wojną nazywał się inaczej?” – pyta dziennikarz z iskrami w oczach.

Uśmiecham się ponuro i zaczynam tłumaczyć od nowa. Ale jak tłumaczyć czyjeś życie w formule programu krzyżowego ognia pytań?

Prowadzący zaczynają się znów spierać. Program nagrywany jest „do puchy”, ale nagranie idzie w czasie rzeczywistym, bez cięć. Podnoszę ostrożnie rękę i mówię: „Proszę, nie krzyczmy”.

Kiedy wydałem w 2016 roku biografię Tyrmanda, zadzwoniłem po jakimś czasie do Barbary Hoff, drugiej żony pisarza. Odpowiedziała z rozbrajającą szczerością:

– Pan to go musiał nie lubić!

– Kto jak kto, ale ja? – spytałem zdumiony. – Dlaczego pani tak sądzi?

– Bo pan go cały czas w tej książce tłumaczy z czegoś i broni. A jego nie ma z czego tłumaczyć, bo on nikomu niczego złego nigdy nie zrobił!

Im więcej czasu mija od tej rozmowy, tym lepiej rozumiem panią Basię.

*

Lata 90. W książce Zły Tyrmand dawni znajomi pisarza kreślą jego pośmiertny portret. Opowiadają o człowieku znanym im do 1965 roku włącznie, kiedy wyjechał z kraju. O amerykańskich losach w krótkim rozdziale opowiada tylko wdowa, Mary Ellen Tyrmand.

Przyjaciele opowiadają zatem o Lolku, który miał przybrane nazwisko. O Lolku, który opowiadał dziwne historie o wojnie. O Lolku, który niby był kelnerem u Niemców i że podobno udawał Francuza podczas wojny. Kazimierz Koźniewski chwali się, że to on namówił Tyrmanda na zrobienie ze Złego powieści, a nie komiksu. Inni dodają: Tyrmand był oportunistą, ale na pokaz. Niczym za ten swój oportunizm nie płacił.

Lata 60. Wychodzi powieść Filip Tyrmanda. Mały nakład, szybko ginie w pamięci. Stefan Kisielewski, przyjaciel Tyrmanda, przez lata będzie jednak powtarzać, że to najlepsza książka Poldka. W Filipie autor opisuje losy niejakiego Filipa Vencela, który podczas wojny ucieka z Wilna, ukrywa się na granicy Litwy i Białorusi, w końcu wyrabia sobie lewy paszport i ucieka na roboty do Niemiec. Żyd biegnący do paszczy lwa.

Lata 70. Drugi mąż Barbary Hoff, Robert, podczas remontu mieszkania wyrywa ze ściany kable, przez które SB podsłuchiwała ich przez lata. Wiedzą, że to nie przypadek. Dziesięć lat wcześniej ojca Basi znaleziono powieszonego w celi. Nie było sekcji zwłok, a za oficjalny powód podano samobójstwo tego cenionego mecenasa. Gdy Tyrmand próbował prowadzić śledztwo na własną rękę, SB zaczęła deptać mu jeszcze bardziej po piętach. Tak, jak Basi. Podczas wyjazdu do USA ma za sobą ogon: służbom nadaje na nią sam Broniarek słynny polski dziennikarz.

Druga dekada XXI wieku. Joanna Siedlecka dociera do akt IPN, z których wynika, że przeciw Tyrmandowi sprawy operacyjne toczono w Polsce już od 1945 roku. Jednym z najgorliwiej donoszących na Tyrmanda był… Kazimierz Koźniewski. A także Roman Waschko. Ten drugi jest nawet na okładce drugiego wydania Złego Tyrmanda. Na tle ściany, w której zapewne tkwiły kable z mikrofonami.

Luty 2016. Archiwa Hoovera w Palo Alto w Kalifornii. Z ostatniego pudła z papierami Tyrmanda wygrzebuję niepozorny blankiet. To fałszywy dowód osobisty wystawiony w listopadzie 1941 roku na pograniczu Litwy i Białorusi. Leopold Tyrmand, pochodzenia francuskiego, wyznania rzymsko-katolickiego.

Listopad 2019. Rozmawiam przez telefon z badaczem osmiańszczyzny. To tereny na granicy Litwy i Białorusi.

– Skąd pan to ma?! – krzyczy do słuchawki. Wysłałem mu dowód osobisty Tyrmanda.

– Nie uwierzy pan, ale z Kalifornii. Co pan może o tym powiedzieć?

– Zna pan Filipa?

– Oczywiście.

– Ja też. Mam go właśnie otwartego na kolanach. Proszę pana, nazwiska, które Tyrmand opisuje w książce zgadzają się z rzeczywistością. Nazwiska dowódców z tego regionu.

– A czy blankiet jest prawdziwy?

– Tak. Przedwojenny sołtys sprawował tam władzę i miał stare blankiety.

Żegnamy się serdecznie.

*

Historia uczy, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Pewien człowiek, który niechlubnie zapisał się w historii, rzekł kiedyś, że kłamstwo stale powtarzane staje się prawdą. Tak też stało się z historią o Tyrmandzie-bikiniarzu. Historię tę powtarzano w czasach nie-prawdy, stalinizm i komunizmu. Tyrmand nie opowiadał nikomu ani o żydowskich przodkach, ani o pracy w konspiracji. Pewnie sam nawet nie wiedział, że sprawa operacyjna przeciwko niemu zamknięta została dopiero w latach 60. w ZSRR. A ci, którzy opowiedzieli po latach wspomnienia o Lolku, nie mogli wiedzieć, że Tyrmand doradzał amerykańskiemu rządowi, których polskich dziennikarzy wysłać na zaprzysiężenie Kennedy’ego. Ani, że w 1982 roku wyruszył do Chin w delegację najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, której członków wybrał prezydent Ronald Reagan.

Rok 2020 będzie rokiem Leopolda Tyrmanda w Polsce. Pytanie – którego z opisanych tu Tyrmandów?

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcel Woźniak, Wilno Tyrmanda, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 46

Przypisy

    Powiązane artykuły