25.06.2020

Nowy Napis Co Tydzień #055 / Dyrygent

W ciszy bibliotek dzieją się czasem rzeczy zdumiewające.

Późne lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, sinawy, jesienny poranek. W czytelni głównej Biblioteki Uniwersytetu Jagiellońskiego, prawie jeszcze pustej, studenta polonistyki, wodzącego wzrokiem po półkach z tomami poezji, zajmuje pewne wyobrażenie: a co, jeśli ci wszyscy autorzy właśnie w tej chwili nawzajem się czytają? Każdy, rzecz jasna, po swojemu, jeden wolniej, drugi szybciej, ten szeptem, tamten akcentując końcowe sylaby, jeszcze inny jak w pacierzu: ledwo poruszając wargami. Jeśli tak jest – czemu miałoby nie być? – to jesiennie przyćmiona czytelnia staje się areną podobną kosmosowi, w którym obracają się ciała niebieskie – poeci, a ich wiersze emitują zróżnicowaną, przenikającą się, polifoniczną muzykę sfer.

Cztery dekady później ówczesny student, dziś bodaj najbardziej uznany polski krytyk literacki Janusz Drzewucki publikuje książkę pod takim właśnie tytułem: Muzyka sfer. To teksty o poetkach i poetach, co to, ześlizgnąwszy się wtedy z bibliotecznych półek, powędrowali ze słowem w gwiezdne przestrzenie. Dołączył do nich Drzewucki, kilku poetów nieco zapomnianych, niedocenianych, albo takich, którzy mieli pecha w drodze na wyższe półki, choć bez wątpienia z nich są.

Oto bohaterowie Muzyki sfer: Wisława Szymborska, Julia Hartwig, Urszula Kozioł, Krystyna Miłobędzka, Ewa Lipska, Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Zbigniew Herbert, Kornel Filipowicz, Jarosław Marek Rymkiewicz, Kazimierz Hoffman, Marian Grześczak, Julian Kornhauser, Leszek Szaruga, Jerzy Kronhold, Krzysztof Karasek, Leszek Aleksander Moczulski, Jan Polkowski. Osiemnaścioro wirtuozów, z których każdy inaczej posługuje się instrumentarium wyobraźni, odmienną tonację nadaje słowu, wybiera własne terytorium do wyrażania nim myśli, w innym rytmie odmierza czas, rozmaite struny poruszają ich zmysły. Jaką – mierząc się z tak rozległą, rozstrzeloną, nieokiełznaną materią warsztatowego i duchowego bogactwa – obrać metodę, by całość nie zamieniła się we wściekłą kakofonię dźwięków, lecz zagrała związaną w jeden organizm kompozycją?

Janusz Drzewucki doskonale zna członków „swojej” orkiestry – przez lata śledził ich rozwój, recenzował kolejne tomy, głównie na łamach miesięcznika „Twórczość”, z którym związany jest od 1996 roku. Przyjmuje więc postawę roztropnego dyrygenta, nie narzucającego artystom swojego widzimisię, jak Arturo Toscanini z pietyzmem oddaje treść zapisu – nie tworzy konfliktu, jest ciekawy i pokorny. Do objęcia dyrygentury przygotowany, na muzyce się zna, słowo słyszy dźwiękiem. Nieprzypadkowo w jego książce pojawiają się muzyczne konotacje. Na przykład w rozdziale o Urszuli Kozioł akcentuje, że jej poezja „jest niczym fuga, niczym suita, niczym polifoniczny kanon”, a na stronicach poświęconych Rymkiewiczowi, także melomanowi, charakteryzuje jego twórczość jako „muzyczną, eufoniczną, meliczną”.

Warto przyjrzeć się, jakich narzędzi używa autor Muzyki sfer, byśmy na wielkiej scenie poezji poczuli się nie tylko widzami, ale też uczestnikami frapującego spektaklu. 

Prostota i jasność

W wywiadzie udzielonym „Nowym Książkom” w marcu 2020 roku z okazji przyznania mu najważniejszej dla krytyka literackiego nagrody im. Kazimierza Wyki Janusz Drzewucki mówi: „Staram się pisać po swojemu […] Mam ambicję, żeby wyróżnikiem moich prac krytycznoliterackich były jasność i prostota”. Cóż za niezwykłe wyznanie w czasach, w których wymądrzanie się, przemądrzanie, lawirowanie, pseudointelektualne puszenie mylone jest z erudycją! Drzewucki kultywuje tradycję polskiego inteligenta posługującego się językiem mowy potocznej, rozmowy, polszczyzny komunikatywnej, czystej, bezpretensjonalnej (tematem takiej polszczyzny uczynił Adam Mickiewicz jeden ze swoich wykładów w Collège de France, przeciwstawiając ją „ruszczyźnie”, rozumianej wówczas jako język urzędniczych edyktów, technicznego żargonu, sztuczny, który dziś nazwalibyśmy nowomową).

Wybór języka dostępnego nie tylko uczonym, ale i zwykłym miłośnikom poezji różnych zawodów, jako narzędzia oprowadzania nas po niebosiężnej poezji współbrzmi z ideą bohaterów Muzyki sfer. „Pisze tak, jakby mówiła”, dostrzega Drzewucki, oddając głos wspomnianej już Urszuli Kozioł. Cytuje Mariana Grześczaka: „[…] pracował w żywej polszczyźnie, w żywej mowie”. Przytacza słowa Jana Polkowskiego, jak w zwierciadle odbijające Mickiewiczowską obserwację z początków XIX wieku: „Rzeczowość i czystość, jasność i bezpośredniość mowy poetyckiej miała stanowić antidotum na pokrętną mowę, a raczej nowomowę, którą posługiwali się w PRL rządzący wobec rządzonych”.

Drzewuckiego, który sam jest poetą, łączy ze swoimi bohaterami przekonanie, że ważką treść uwydatnia tylko mowa prosta, a im bardziej treść skomplikowana, tym bardziej woła o słowo wolne i żywe.

Pasja detektywa

Ponownie Biblioteka Jagiellońska, zegary cofnięte o cztery dekady, kiedy to, pamiętamy, dzieją się rzeczy niezwyczajne. Janusz Drzewucki trzyma w rękach bestseller: zbiór wierszy Tadeusza Różewicza Niepokój wydany w 1947 roku, dla powojennej literatury polskiej – podkreśli w Muzyce sfer – fundamentalny. Chce, jakżeby inaczej, zdobyć tę książkę, mieć ją na własność. Przez lata, jakie potem nastąpią, zbierze kolekcję wszystkich Różewiczowskich dzieł, w tym białe kruki, między innymi Czerwoną rękawiczkę Równinę. Wszystkich oprócz pierwszego wydania Niepokoju. Pragnienie posiadania właśnie tego zbioru podsyca zagadka: Niepokój z 1947 roku składa się z pięćdziesięciu czterech wierszy, późniejsze edycje mają ich dziesięć mniej. Dlaczego? – docieka krytyk. – Co skłoniło autora Kartoteki do skrótów, cięć? Jeszcze tylko raz zobaczy Drzewucki poszukiwany egzemplarz przez szybę na wystawie w Muzeum Literatury w Warszawie, zanim latem 2017 roku dotknie go po raz drugi. (Pożyczy mu go bratanek Różewicza, Paweł).

Esej o Niepokoju to jeden z najciekawszych i najbardziej wciągających czytelnika rozdziałów Muzyki sfer. To opowieść o detektywistycznej pasji odkrywania różnic w poszczególnych wydaniach tomu, o śledzeniu wiersza w jego stawaniu się i przeistaczaniu, jak w przypadku trzech ostatnich strof Rannego:

Rok 1947: 
„ślepe szczenię w ciemność ciśnięte / ze szczęki bólem do krwi zaciętej / ciekło skomlenie”

Lata osiemdziesiąte: 
„ślepe szczenię w ciemność ciśnięte / ze szczęki / ciekło skomlenie”

Rok 2005: 
„ślepe / szczenię / ze szczęki / ciekło skomlenie”

Czemu zatem Różewicz przystrzygał ów wiersz, w każdej wersji doskonały? Drzewucki nie poprzestaje na wykryciu zmian, niczym prawdziwy śledczy dokonuje odkrycia, wyciąga wniosek, konkluduje zwięźle, konkretnie: „Autor «Niepokoju» dąży do kondensacji obrazu”. Analityczny zmysł krytyka w całej książce owocuje zresztą odkryciami na marginesie, które marginalne nie są, otwierają w wyobraźni czytelnika szczeliny do nowych skojarzeń, sięgają sedna poetyckiego przekazu. Są zawsze rzeczowe.

O Czesławie Miłoszu: „Zdziwienie wydaje się [jego] zasadniczą kategorią poznawczą. Ten dobiegający dziewięćdziesiątki człowiek i pisarz nieustannie dziwi się światu, jego urodzie i różnorodności, jego smakom i zapachom”.

O Leszku Aleksandrze Moczulskim: „To poeta, który pomiędzy poezją a modlitwą zdążył przed śmiercią postawić znak równości”.

O Julii Hartwig: „Świat opisywany [przez nią] jest światem widzianym oczami kogoś, kto pyta: czymże jesteś, żeby osądzać swój los?”.

O Kazimierzu Hoffmanie: „Ten poeta wie, że lepiej powiedzieć jedno słowo za mało, niż o jedno słowo za dużo”.

Te i inne odkrycia celnie indywidualizują członków poetyckiej orkiestry, zwołanych po to, by zabrzmieli wspólnie pod dachem tej specyficznej sceny, jaką jest oprawiona w okładki książka. 

Słuchanie niesłyszalnego

Wybitny węgierski pisarz i myśliciel Sándor Márai uważał, że prawdziwą poezją jest dopiero to, czego nie da się przetłumaczyć na obcy język – gdy nie można znaleźć słów precyzyjnie odpowiadających oryginałowi. I chociaż mowa tu o tłumaczeniu z języka ojczystego na zagraniczny, to czyż nie jest także szczególnym przekładem sposób, w jaki nasza czytelnicza dusza i umysł przetrawiają, asymilują wiersz? Kluczowa translacja jednak dokonuje się już na etapie tajemnicy tworzenia – gdy autor dysponujący nieograniczoną możliwością doboru słów, wyłuskuje dla treści, którą pragnie wyrazić, właśnie te, a nie inne wyrazy. To z napięcia między nimi kształtuje się relacja zdolna wykreować przestrzeń niewypowiedzianego, niesłyszalnego, nadająca wierszowi aurę, która przemawia jakąś nieprzetłumaczalną, docierającą do świadomości prawdą. Drzewucki ma słuch na niesłyszalne. „Kiedy poeta milczy – pisze – to słychać, że milczy”, i sugeruje, że warto sobie zadać pytanie, czy czytając wiersze poetów, usłyszeliśmy, aby na pewno to, co nam dana poetka czy poeta powiedzieli i to, czego nie opowiedzieli, co z rozmysłem pominęli. Przytacza wręcz modelowo ilustrujący tę tezę przykład liryki Krystyny Miłobędzkiej: „każde słowo, jak i odstęp między słowami, każda linijka, jak i interlinia między nimi […] zwraca uwagę, akcentuje, że równorzędne stają się słowo i milczenie, że to, co wie, i to, czego nie wie, są w jej poezji równoznaczne”. 

*** 

Muzyki sfer można więc słuchać jak orkiestry, zanurzając się w wielogłosowy, chóralny poetycki wszechświat. Muzyki sfer można słuchać jak milczenia. Ale można się z tego dzieła także uczyć. Publikacja Drzewuckiego to profesjonalnie przygotowany wykład z dziejów powojennej poezji polskiej, jej trendów, krótszych lub dłuższych żywotów grup poetyckich (jak Hybrydy czy Nowa Fala, których reprezentanci znaleźli w książce swoje miejsce), obszarów jej zainteresowań (od intymnych, miłosnych, religijnych po polityczne, nośne społecznie, narodowo-bolesne), jej odwiecznych starć z przemijaniem i śmiercią. To również lekcja, jak uprawiać zanikającą sztukę krytyki literackiej, tej, co wywodzi się ze szkoły Kazimierza Wyki, Jerzego Kwiatkowskiego czy Tadeusza Nyczka – zanikającą, bo ubyło poważnych, zajmujących się kulturą pism, a w innych w roli pośpiesznych recenzentów obsadzani są, znający się głównie na marketingu dziennikarze. I chciałoby się, żeby pewnego poranka lub popołudnia w dowolnej uniwersyteckiej bibliotece jakąś studentkę lub studenta zaintrygowała w cyfrowym katalogu pozycja o poetkach i poetach – tych nieodgadnionych istotach wiążących słowem ziemię z niebem.

 „Muzyka sfer”

J. Drzewucki, Muzyka sfer. Teksty o poetkach i poetach, PIW, Warszawa 2020. 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Elżbieta Isakiewicz, Dyrygent, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 55

Przypisy

    Powiązane artykuły