30.07.2020

Nowy Napis Co Tydzień #060 / „Solidarność”. Wiem, co przeżyłem (I)

 Stocznia, Lenin i prohibicja

Kiedy rankiem wsiadam do pociągu, w Warszawie panuje terror.

Siedzi nie tylko „młody KOR”Komitet Obrony Robotników / KSS KOR – jego historia i udział w opozycji przedsierpniowej patrz: J.M. Ruszar, „Zanim powstała »Solidarność«”, s. 203.[1], ale także Jan Józef Lipski – znany historyk literatury. Najczęściej ograniczano się do „wsadzania na dołek” dawnych walterowców, czyli Adama Michnika, Janka Lityńskiego i paru innych wychowanków Jacka Kuronia (teraz też kiblują w areszcie) oraz byłych harcerzy Czarnej Jedynki – Antka Macierewicza, Piotra Naimskiego i Andrzeja Celińskiego lub ich najmłodszych współpracowników: Ulę Doroszewską i Lutka Dorna. Poza tym jeszcze przymykano „młody KIK”, to znaczy Wojtka Ostrowskiego i Wojtka Arkuszewskiego albo Henia Wujca. Ale tym razem jest poważniej – aresztowano kilkadziesiąt osób w samej Warszawie, a w Gdańsku i Krakowie zatrzymano moich krakowskich kolegów ze Studenckiego Komitetu SolidarnościSKS – Studencki Komitet Solidarności powstał w maju 1977 roku. Jego historia i udział w opozycji przedsierpniowej, patrz: J.M. Ruszar, „Zanim powstała »Solidarność«”, s. 206.[2], w tym Bronka Wildsteina, Wojtka Sikorę i Andrzeja Mietkowskiego. Naprawdę nie wiem, kto jest, a kto nie jest na wolności, bo sprawdzanie w domach grozi wpadnięciem do „kotła”. Dominuje niepewność i strach.

Dzień wcześniej, wieczorem, w Klubie Inteligencji Katolickiej „na Kopernika”Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie powstał w 1956 roku na fali „październikowej odwilży”.[3] prezes wręczył mi trzy kartki papieru A4 i powiedział, że to jest statut niezależnych związków zawodowych. W Stoczni im. Lenina rząd prowadzi rozmowy z robotnikami – Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym – a nasz szef Tadeusz MazowieckiTadeusz Mazowiecki – działacz katolicki, najpierw w Stowarzyszeniu „PAX” (1948–1955), w którym pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego dziennika „Słowo Powszechne” (1950–1952) i współzakładał „Wrocławski Tygodnik Katolików” (w latach 1953–1955 był redaktorem naczelnym). Na przełomie 1955 i 1956 roku opuścił Stowarzyszenie. W 1957 roku został jednym z założycieli warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, pełnił funkcję redaktora naczelnego w miesięczniku „Więź”, w latach 1961–1972 był posłem na Sejm PRL z ramienia katolickiej grupy Znak. W 1976 roku podpisał list środowiska Znaku przeciwko zmianom w Konstytucji PRL. W 1977 roku był mężem zaufania głodujących w stołecznym kościele św. Marcina, którzy protestowali przeciwko aresztowaniom członków Komitetu Obrony Robotników i dalszemu przetrzymywaniu w więzieniach robotników skazanych w procesach radomskich i ursuskich. Od 1978 roku w Towarzystwie Kursów Naukowych (członek rady programowej) i Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”. W sierpniu 1980 roku stanął na czele Komisji Ekspertów w Stoczni Gdańskiej, po zakończeniu strajku był głównym doradcą Lecha Wałęsy i Krajowej Komisji Porozumiewawczej „Solidarności”, w styczniu 1981 roku został redaktorem naczelnym „Tygodnika Solidarność”. 13 grudnia 1981 roku internowany. Należał do najbliższych doradców Lecha Wałęsy i w 1988 roku został członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność”, uczestniczył w przygotowujących spotkanie Okrągłego Stołu rozmowach w Magdalence i był jednym z głównych twórców porozumienia, na mocy którego 4 czerwca 1989 odbyły się częściowo wolne wybory. 12 września 1989 roku został pierwszym niekomunistycznym premierem. Konflikt zwany „wojną na górze” doprowadził do startu Mazowieckiego przeciwko Wałęsie w wyborach prezydenckich (Mazowiecki nie wszedł do drugiej tury). Mimo obejmowania funkcji przewodniczącego partii politycznych (UD, UW) nie odgrywał większej roli politycznej aż do śmierci w 2013 roku.[4] stoi na czele grupy doradców warszawskich intelektualistów. Z naszego klubu jest tam jeszcze Andrzej WielowieyskiAndrzej Wielowieyski – działacz katolicki, ówczesny sekretarz generalny KIK-u, w 1981 roku został kierownikiem ekspertów „Solidarności” (Ośrodek Prac Społeczno-Zawodowych); od 1983 roku doradca Lecha Wałęsy, następnie członek zespołu ekspertów Krajowej Komisji Wykonawczej NSZZ „Solidarność”, a od 1988 roku współorganizator Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. W 1989 roku uczestniczył w pracach Okrągłego Stołu. Po 1989 poseł i senator, także europoseł.[5] i Bohdan CywińskiBohdan Cywiński – (z wykształcenia historyk literatury i filozof) był jednym z najważniejszych intelektualistów katolickich ówczesnej Polski, publicystą „Więzi” i redaktorem naczelnym miesięcznika „ZNAK” do 1977 roku (krakowskie środowisko zmusiło go do rezygnacji, po tym jak uczestniczył w głodówce w obronie uwięzionych). W 1971 roku wydał „Rodowody niepokornych”, które przedstawiały sposoby intelektualnej walki z zaborcami w XIX wieku, a w 1978 (poza cenzurą) książkę „Zatruta humanistyka” (analiza PRL-owskich podręczników). Jako działacz opozycji był współtwórcą między innymi Uniwersytetu Latającego (1977) i Towarzystwa Kursów Naukowych (1978), którego był wykładowcą i rzecznikiem prasowym. W sierpniu 1980 roku został członkiem Komisji Ekspertów przy Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i współredaktorem dokumentów porozumienia sierpniowego. Jeden z inicjatorów tworzenia „Solidarności”, został zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”. W latach 1981–1990 przebywał na emigracji we Włoszech, Szwajcarii i Francji, gdzie organizował pomoc dla opozycji w kraju i wydawał kwartalnik „Widnokrąg”. W wolnej Polsce zajmuje się pracą naukową – jako profesor wykładał w Warszawie (UKSW), Wilnie i Mińsku. Nagradzane prace: „Ogniem próbowane” (t. I: Warszawa 1982, t. II: Rzym–Lublin 1990), „Szańce kultur. Szkice z dziejów narodów Europy Wschodniej”, Warszawa 2013.[6], a także znani mi opozycjoniści: Janek Strzelecki (socjolog)Jan Strzelecki – profesor socjologii (Instytut Filozofii i Socjologii PAN), przedwojenny socjalista, powstaniec warszawski, przyjaciel opozycyjnej młodzieży i wykładowca Towarzystwa Kursów Naukowych, członek Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”. Od sierpnia 1980 roku doradca „Solidarności”, 13 grudnia internowany. Zmarł tragicznie w 1988 roku (ciężko pobity na warszawskiej ulicy).[7] i Bronek Geremek (historyk)Bronisław Geremek – profesor historii (Instytut Historii PAN), wybitny znawca historii francuskiego średniowiecza, z PZPR wystąpił w 1968 roku, w akcie protestu wobec inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację i antysemickiej polityki komunistów. W latach 70. opozycjonista, wykładowca Uniwersytetu Latającego i członek rady programowej Towarzystwa Kursów Naukowych. Od sierpnia ’89 doradca „Solidarności”, na I Krajowym Zjeździe Delegatów NSZZ „S” przewodniczył Komisji Programowej, stając się głównym autorem programu Samorządna Rzeczpospolita. 13 grudnia internowany, doradca zdelegalizowanej „Solidarności” i bliski współpracownik Lecha Wałęsy (w 1989 roku szef Komitetu Obywatelskiego), brał udział w rozmowach Okrągłego Stołu z władzami PRL w 1989, które doprowadziły do wyborów parlamentarnych w Polsce i powstania tak zwanego sejmu kontraktowego. Poseł trzech kolejnych kadencji. Należał do założycieli Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, Unii Demokratycznej i Unii Wolności, był przewodniczącym klubu parlamentarnego UD i UW, a od 2000 do 2001 roku przewodniczącym Unii Wolności. Od 2005 roku do śmierci należał do Partii Demokratycznej – demokraci.pl. W rządzie koalicji AWS-UW w latach 1997–2000 minister spraw zagranicznych, w latach 2004–2008 europoseł. Zginął 13 lipca 2008 roku w wypadku drogowym.[8]. Razem z kilkoma innymi doradcami tworzą Komitet Ekspertów, bo przyjechał na rozmowy wicepremier Jagielski ze swoją ekipą i może coś z tego będzie. Strona rządowa żąda przykładowego projektu statutu związku zawodowego – głównego postulatu strajkujących. Nikt już nie pamięta, jak taki statut powinien wyglądać, bo ostatnie niezależne od komunistów związki zniknęły jeszcze w latach 40., więc jest kłopot. Prawnicy warszawscy przeszukali archiwa, coś przygotowali i mam to zawieźć do Stoczni. Gdańsk był odcięty od świata, ale wiemy, co się dzieje, bo telefony już działają (zresztą mieliśmy kontakt przez telefoniczną sieć kolejową, bo PKP nie może stanąć, skoro ludzie kończą wakacje, a władza udaje, że nic takiego się nie dzieje i są tylko „przestoje w pracy”).

Że strajkuje całe Wybrzeże, wiedziałem z Wolnej Europy, której słuchaliśmy w górach podczas zakonspirowanej narady redakcji „Spotkań” – Niezależnego Pisma Młodych Katolików. Dlatego rozjechaliśmy się po Polsce, a ja jestem w Warszawie.

Nie nocowałem w domu.

Rano plik papierów wsadzam w buty traperki i ostrożnie zbliżam się do dworca. Rozglądam się. Esbeków jest sporo. Niektórych można rozpoznać, zwłaszcza mężczyzn. Oczywiście żaden z nich nie ma napisanego na twarzy, że jest z SB, ale jest pełnia lata, wszyscy są lekko ubrani, a radiotelefony mają wielkość cegły. Jeśli więc ktoś nie dźwiga dużej walizki lub wypchanego plecaka, a ma jakąś teczkę (i do niej gada!), to na pewno jest z branży. Nikt mnie nie zatrzymuje, więc spokojnie kupuję bilet. W wagonie panuje niby wakacyjna atmosfera, ale daje się wyczuć zdenerwowanie. Ludzie milczą. W Warsie przy bufecie można kupić piwo, a nawet zjeść jajecznicę. Klientów jest sporo, więc nikt mnie nie „wyjmie” po cichu i zdążę krzyknąć swoje nazwisko. Im dalej od Warszawy, tym rozmowy w restauracyjnym stają się swobodniejsze i ktoś wspomina o strajku. Panuje smutek i czuć niepewność – przecież to ludzie z Trójmiasta wracają do domu i wiedzą, co się działo dziesięć lat temu w czasie wydarzeń grudniowych: czołgi na ulicach, milicyjne łapanki, bicie do nieprzytomności i oficjalnie czterdzieści pięć osób zabitych, chociaż w świadomości mieszkańców Wybrzeża znacznie więcej.

Nagle, kiedy przekraczamy most na Wiśle koło Tczewa dzieje się coś niezwykłego: bufetowy donośnym głosem informuje: „Proszę państwa! Wjechaliśmy na teren województwa gdańskiego! Z polecenia Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego ogłaszam zakaz sprzedaży alkoholu!”. I zamyka bar.

Chce mi się płakać. Dookoła ludzie zmieniają się w jednej chwili. Nikt już nie ucieka wzrokiem, udając, że go nie ma. Przeciwnie – w rozradowanych twarzach błyszczą oczy, które szukają innych spojrzeń. Życzliwy uśmiech, ten rzadki okaz mojej młodości, nagle staje się czymś zwyczajnym. Przychodzi konduktor i informuje o sytuacji w Stoczni: mamy 21 postulatów, strajkuje sześćset zakładów, władza rozmawia. Poza Trójmiastem, od Elbląga po Szczecin prawie wszystko stoi – jakieś trzysta zakładów. Wjechałem do kawałka wolnej Polski? Moja mama opowiadała, jaka była szczęśliwa w ’44, kiedy szła do powstańczego szpitala i jak po pięciu latach spuszczonej głowy hardo rozglądała się dokoła. Teraz moja kolej? Tylko że ona miała wtedy osiemnaście lat, a ja już dwadzieścia dziewięć i od trzech lat czujnie oglądam się za siebie.

Oddałem Bohdanowi Cywińskiemu nieco zmięty statut i po chwili idę z całą grupą ekspertów do bramy stoczni. Kwiaty w kratach, portret Papieża, Matka Boska Częstochowska, narodowe flagi. Przed bramą tłum. W dyżurce bramy czekam na Andrzeja Gwiazdę, który przynosi mi przepustkę pozwalającą wejść na teren zakładu, a nawet do sali BHP. W niej tłum delegatów z zakładów pracy otoczonych chmarą zagranicznych dziennikarzy i młodych dziewczyn znających języki obce. Świat jest zaaferowany Gdańskiem i kibicuje. Co chwilę ktoś odczytuje telegramy poparcia zagranicznych związków zawodowych albo teleksy zakładów pracy przystępujących do strajku. Większość załóg deklaruje podporządkowanie się gdańskiemu MKS-owi. Polska się budzi. Nadchodzą informacje, że jakąś delegację zatrzymano po drodze, ale zakład stanął i domaga się zwolnienia. Od czasu do czasu z sąsiedniego pomieszczenia, gdzie nasi eksperci dyskutują z rządowymi, wychodzi jakiś członek MKS-u i referuje o postępach rokowań.

Na placu modły. Prowadzą dziewczyny z Ruchu Młodej Polski – Magda Modzelewska i Bożenka RybickaDeklarację założycielską RMP z 18 sierpnia 1979 roku podpisało 25 osób, większość z Trójmiasta: Aleksander Hall (nieformalny lider), Arkadiusz Rybicki, Mirosław Rybicki, Bożena Rybicka, Magdalena Modzelewska, Jan Samsonowicz, Dariusz Kobzdej, Piotr Dyk, Andrzej Słomiński, Grzegorz Grzelak, Ireneusz Gust, Zofia Kruszyńska-Gust, Zbigniew Dulkiewicz; w Warszawie: Maciej Grzywaczewski; w Łodzi: Jacek Bartyzel; w Poznaniu: Marek Jurek i Piotr Mierecki. W późniejszych latach do RMP dołączyli Jarosław Sellin, Rafał Matyja i Kazimierz Michał Ujazdowski. Członkami RMP byli również Marian Piłka i Tomasz Wołek, a wśród licealistów zaangażowanych w grupy samokształceniowe Ruchu byli między innymi Wiesław Walendziak, Jarosław Kurski i Piotr Semka. Zob. P. Zaremba, „Młodopolacy”, Arche, Gdańsk 2000; A. Mueller, „Geneza powstania Ruchu Młodej Polski”, [w:] „Studia i materiały z dziejów opozycji i oporu społecznego”, tom II, Gajt, Wrocław 1999; A. Mueller, „Działalność Ruchu Młodej Polski w latach 1979–1982”, [w:] „Studia i materiały z dziejów opozycji i oporu społecznego”, tom III, Gajt, Wrocław 2000; T. Sikorski, „O kształt polityki polskiej. Oblicze ideowo-polityczne i działalność Ruchu Młodej Polski (1979–1989)”, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2011; „Polska naszych pragnień, Polska naszych możliwości. Antologia »Polityki Polskiej«”, red. A. Wołek, A. i M. Bartyzel, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2013, dostęp w repozytorium NGOteki: https://ngoteka.pl/handle/item/286 [dostęp: 27.07.2020].[9]. Brama się otwiera i wjeżdża chłopski wóz. Nikt się nie rwie do żarcia, a po chwili przychodzą dyżurni i zabierają do stołówki chleby, worki z marchwią, główki kapusty w skrzynkach i coś jeszcze, czego dokładnie nie widzę. Porządek jest, bo wszędzie pilnują stoczniowcy z opaskami. Żadnego bałaganu. Stoję przed tablicą, na której wiszą gazety z całego świata. Jest coś po szwedzku albo norwesku – nie umiem rozróżnić. Moja znajomość angielskiego nie pozwala przeczytać „The Washington Post”, ale jakaś dziewczyna głośno czyta i tłumaczy robotnikom na żywo, że świat się obawia, czy nie posuwamy się za daleko. Jakie są granice żądań? Świat nie wie? My też nie wiemy. Z głośników słychać, co się dyskutuje w sali BHP albo przemawiają nowo przybyli delegaci z innych zakładów w Polsce. Skarbona na Pomnik Stoczniowców ’70 wypełnia się banknotami. Makieta pomnika przy stole prezydialnym strzela w górę czterema krzyżami – twardy postulatJednym z postulatów było postawienie pomnika stoczniowców poległych w 1970 roku. Projekt miał cztery krzyże stykające się ramionami, a zrealizowany pomnik ma trzy.[10].

30 sierpnia. Kryzys. Rano w Szczecinie podpisano porozumienie i strajk się zakończył bez nas. Ale od wczoraj lub przedwczoraj strajkuje już Śląsk, na którym wieszano psy, że się ociąga. W końcu ruszył, więc nasza siła rośnie. Stoją kopalnie i Huta Katowice, a na Manifeście Lipcowym zebrał się MKS. Górnicy są ważni też symbolicznie, bo to na nich liczy Gierek, „sekretarz ze Śląska”, który dziesięć lat temu skorzystał z upadku Gomułki po masakrze stoczniowców Trójmiasta. Gierek traci grunt. Bohdan mi mówi, że jest już prawie zgoda na wszystkie postulaty, nasi zaakceptowali „wiodącą rolę Partii” oraz tak zwane „sojusze”, co było warunkiem akceptacji wolnych związkówWładza chciała, żeby to była kopia formuły z konstytucji z 1976 roku: „przewodnia rola PZPR w budowie społeczeństwa socjalistycznego”. MKS oponował. Na koniec zgodzono się na formułę Tadeusza Mazowieckiego: „przewodnia rola PZPR w państwie” (w domyśle: ale nie w społeczeństwie, co implikowało, że ta rola nie obejmuje działalności nowych związków zawodowych). Podobnie było z zapisem o sojuszu z ZSRR. Temat ten wróci w tak zwanym kryzysie rejestracyjnym.[11]. Tymczasem znowu aresztowania, chyba opozycjonistów i delegacji z dalszych części Polski – informacja jest niejasna i może spóźniona, bo obława była wcześniej? Wczoraj było coś o Bydgoszczy, ale nie dosłyszałem. W sali BHP jakieś głosowania, że więźniowie muszą być zwolnieni. Jagielski kluczy, mówi, że on nic nie wie o aresztowaniach, że on przecież jest nasz, bo jest „synem robotnika i chłopa”. Ogólna wesołość trochę rozbraja nastroje, ale rośnie niepewność co do efektów rokowań. Za to nie ma już obaw, że „wejdą-nie wejdą”, chociaż ciągle są jakieś plotki o ruchach wojsk.

Zbieram starsze wydania „Strajkowego Biuletynu Informacyjnego SOLIDARNOŚĆ”, ale dawniejsze numery trudno zdobyć. Niby drukują tysiącami, ale trudno dostać jakąś ulotkę – można co najwyżej pożyczyć. W stoczniowej powielarni pracują Konrad BielińskiKonrad Bieliński – był wychowankiem Jacka Kuronia z drużyny harcerskiej walterowców. Brał udział w strajkach marcowych ’68, a w 1973 roku organizował protesty na UW przeciwko włączeniu organizacji studenckich w strukturę Socjalistycznego Związku Studentów Polskich. Od 1976 roku współpracował z KOR-em i należał (obok Mirka Chojeckiego) do głównych organizatorów Niezależnej Oficyny Wydawniczej „NOWA”. W Stoczni redagował „Strajkowy Biuletyn Informacyjny SOLIDARNOŚĆ”. Od marca do listopada 1981 roku był redaktorem naczelnym niecenzurowanego dziennika „Niezależność”, wydawanego przez Region Mazowsze NSZZ „Solidarność”. W stanie wojennym internowany 13 grudnia 1981 roku, we wrześniu 1982 zbiegł z więziennego szpitala, włączył się w działalność podziemnej „Solidarności”. Od października 1983 roku był członkiem Regionalnej Komisji Wykonawczej NSZZ „Solidarność” Region Mazowsze. W latach 1992–2000 zasiadał w zarządzie Fundacji im. Stefana Batorego.[12] i Mariusz WilkMariusz Wilk – ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie w 1977 roku zakładał tamtejszy Studencki Komitet Solidarności. Współtworzył podziemne pisma opozycyjne: „Biuletyn Dolnośląski”, „Podaj dalej” i „Tematy”. W stoczni był współredaktorem biuletynu strajkowego, a po podpisaniu porozumień gdańskich zamieszkał w Gdańsku, gdzie został redaktorem naczelnym „Solidarności. Pisma Zarządu Regionu”. W 1984 roku wspólnie z Maciejem Łopińskim i Zbigniewem Gachem (pseudonim Marcin Moskit) opublikował w Paryżu książkę-bestseller o czasach podziemnej „Solidarności” zatytułowaną „Konspira”. Aresztowany ponownie w 1986 roku pod zarzutem współpracy z przedstawicielem obcego wywiadu, wyszedł na mocy amnestii. W latach 90. wyjechał do Rosji i zdobył sławę pisarską swoimi książkami o dalekiej północy: „Wilczy Notes. Zapiski sołowieckie 1996–1998” (nominacja do Nagrody Literackiej „Nike”, 1999); „Wołoka” (nominacja do Śląskiego Wawrzynu Literackiego, 2006; finał Nagrody Literackiej „Nike”, 2006; nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia, 2006). Następnie ukazały się cztery części „Dziennika północnego”: „Dom nad Oniego” (2006), „Tropami rena” (2007 ), „Lotem gęsi” (2012 ) i „Dom włóczęgi” (2014).[13]. Krzyś WyszkowskiKrzysztof Wyszkowski – od 1977 roku współpracował z KOR-em, a rok później był współzałożycielem Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża (opracował deklarację WZZ). Przed 1980 rokiem zajmował się głównie podziemną poligrafią (razem z bratem Błażejem). W 1981 roku został sekretarzem redakcji „Tygodnika Solidarność”. W stanie wojennym internowany, w sierpniu 1982 uciekł, a po roku został aresztowany (zwolniony na mocy amnestii). Współpracował z prasą podziemną („Tygodnik Wojenny”). W maju i sierpniu 1988 roku uczestniczył w strajkach w Stoczni Gdańskiej. W wolnej Polsce przez wiele lat nękany przez Lecha Wałęsę procesami, któremu zarzucił współpracę z SB. Od 2016 roku członek Kolegium IPN.[14] wymusił ten tytuł, ale przecież to my w Krakowie pierwsi użyliśmy słowa, które robi niebywałą karierę: solidarność. Rozpiera mnie duma. Z naszego SKS-u jest tu jeszcze Grześ MałkiewiczStudencki Komitet Solidarności – patrz: J.M. Ruszar, „Zanim powstała »Solidarność«”, s. 206.[15].

O piątej po południu znowu modły – tym razem za uwięzionych. Bez uwolnienia zatrzymanych nie będzie dalszych rozmów. Huśtawka. Po prostu nie wiadomo, gdzie jest granica kompromisu. Świat nie wie, my nie wiemy, a czy wie Moskwa? Ci w Warszawie to tylko pionki. Znowu jakieś informacje ze świata od zagranicznych korespondentów, czasami śmieszne. TASS informuje, że szef amerykańskich komunistów zaatakował przywódców PZPR w moskiewskiej prasie, oskarżając ich o uległość wobec sił antykomunistycznych. Ktoś tłumaczy, że odwrotnie: poparł strajki w Polsce. Nie wiadomo, jak jest naprawdę, ale tłumaczka jednego Amerykanina uspokaja grupkę robotników, że w USA jest mniej komunistów niż strajkujących w stoczni. Wieczór 30 sierpnia kończy się niczym. Jagielski podobno poleciał do Warszawy samolotem, aby rozmawiać z Biurem Politycznym. Śpimy, gdzie popadnie, ale na szczęście nie jest zimno, choć upału nie ma. Od Bohdana wiem, że jest dobrze, ale wszystko może się rozwalić o uwięzionych. Dylemat straszny, bo stawka najwyższa. Jagielski nie chce wpisać do ugody zobowiązania wypuszczenia więźniów politycznych. Moralne zobowiązanie jest jasne, ale co robić, jak się uprze? Podpisanie porozumienia jest ważniejsze – czegoś takiego jeszcze nie było, odkąd istnieje komunizm.

Niedziela. 31 sierpnia rano. Msza świętaJedną z charakterystycznych cech strajków była natychmiastowa posługa duszpasterska oferowana w zakładach pracy przez – na ogół lokalnych – księży. Stąd się brali późniejsi związkowi kapelani. Zob. M. Wyrwich, „Kapelani Solidarności 1980–1989”, t. 1 i 2, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2007, 2017.[16]. Wcześniej spowiedź. Nie ma konfesjonałów, więc kolejka nieco oddalona, dyskretna. Spowiada się niewielu, bo to już kolejna liturgia. Ktoś mi nawet opowiadał, że w Komunie Paryskiej ksiądz wszystkim udzielił rozgrzeszenia in articulo mortis„In articulo mortis” (łac. w godzinie śmierci) – w Kościele katolickim „absolucja generalna”, czyli odpuszczenie grzechów w momencie śmierci lub zagrożenia śmiercią; czasami zbiorowa, jeśli istnieje zagrożenie życia jakiejś grupy ludzi (na przykład żołnierzy na froncie).[17]: była spowiedź powszechna, zbiorowy żal za grzechy i odpust zupełny, na koniec Eucharystia. Tutaj jak okiem sięgnąć niebieskie kombinezony. Na ich tle wyróżniają się nieliczne barwne sukienki naszych dziewcząt i kraciaste flanelowe koszule. Stoję koło czerwonego krzyża – punktu sanitarnego pielęgniarek. Czekam na komunię, bo księży jest kilku, a niemal wszyscy przystępują. Po południu sala plenarna. W „Porozumieniu” nie ma nic o aresztowanych, ale Jagielski daje uroczyste słowo, że wyjdą następnego dnia. Ścisk. Kamery, mikrofony i flesze. Wałęsa dostał jakiś gigantyczny długopis, którym wodzi po papierze, jakby miał buławę w ręku. Smukła makieta pomnika Grudnia ’70 sięga wielkiego białego orła. W lewym kącie krzyż. W prawym – odwraca głowę wielki pomnik Lenina. Dopiero teraz zauważam, że postać zaprojektowana do kolan. I że jest z gipsu.

Nie od razu można wyjść, bo przed bramą chyba tyle samo ludzi, ile w stoczni. Wieczorem ktoś mnie prowadzi na imprezę w Gdańsku. Duże, dziewiętnastowieczne mieszkanie, a każdy pokój co najmniej czterdzieści metrów. Tańczymy. Gadamy. Tłok. Wszyscy pijani ze szczęścia. Bez alkoholu, bo prohibicji nikt nie odwołał albo o tym nie wiemy.

Jak się rodzi solidarność

We wrześniowej Warszawie wre robota. Nie ma nawet spotkań towarzyskich – same organizacyjne. W KIK-u jak w ulu. Spotkanie z ekspertami wylewa się na ulicę, bo całe piętro pełne, a nawet klatka schodowa. Na oknie stoi głośnik i można się przysłuchiwać z zewnątrz.

Powstaje punkt konsultacyjny, którym kieruje Krzysztof Śliwiński i Kasia Cywińska. Kilkanaście dziewczyn odpowiada na podstawowe pytanie: „Jak założyć związek zawodowy” – niezależny i samorządny, oczywiście. Ludzie przyjeżdżają z kilku najbliższych, a także dalszych województw, bo KIK jest katolicki i proboszcz doradził, a poza tym widziano w telewizji Tadeusza Mazowieckiego jako szefa ekspertów, więc ciągną do źródła. Bardzo chcą, ale nie wiedzą jak, a może też nie bardzo wiedzą, czego chcą. Więc dostają ulotkę, kopię statutu i instrukcję samoorganizacji. Instrukcja jest prosta i ogólnikowa: trzeba powołać komitet założycielski, zebrać podpisy załogi, wyznaczyć kogoś do kontaktów z innymi zakładami w mieście, a potem zobaczyć, czy nie organizuje się komitet wojewódzki tworzony przez delegatów największych zakładów. Związki nie mają być branżowe, bo niektóre branże są słabsze, a inne mają większą siłę przebicia. Poza tym bez osłony wielkich fabryk zostaną zgnieceni! Dlatego organizacja jest terytorialna.

Przy sąsiednich stolikach funkcjonuje MKZ Mazowsze, bo dopiero w październiku dostanie małe pomieszczenie na lokal zarządu. Poza tym w samej Warszawie działacze niektórych zakładów nie mogą się zebrać w fabryce i spotkania założycielskie odbywają się na Kopernika – nagle do klubu zwala się delegacja FSO na Żeraniu. Najtrudniej mają rolnicy, więc zebrania założycielskie też tu się odbywają. Ogólnopolski MKZ obraduje przed złożeniem w sądzie wniosku o rejestrację. W połowie października schodzą się uczestnicy apelu intelektualistów z 20 sierpnia (co dało początek powstania Komisji Ekspertów) – jest ich około dwustu. Podstawowy spór: czy działać metodą faktów dokonanych, czyli maksymalnie samoorganizować się bez oglądania się na władze i na przykład omijać cenzurę (Jacek Kuroń), czy jednak praworządne państwo należy budować w miarę możności bez starć, kompromisowo, chyba że jest to konieczne, bo władza nie respektuje porozumień lub podpisuje fikcyjne ugody (Andrzej Wielowieyski). Spór dotyczy taktyki i właściwie trwać będzie do 13 grudnia.

Wszystko dzieje się naraz. Tłum interesantów się miesza. Punkt konsultacyjny obsługuje kilkaset delegacji z całego kraju. Niby jest chaos i gorączkowa praca, ale z jakąś dziwną busolą. Intuicyjnie wiadomo, o co chodzi, więc mimo deptania sobie po piętach panuje zgoda. Napięć jest więcej, niż wynika ze zwykłego podniecenia, bo władza dezorganizuje działania, zastrasza aktywnych, nie pozwala na działania samorzutnych liderów. Często dyrektorzy mówią, że porozumienie gdańskie obowiązuje tylko w Trójmieście. Dlatego rośnie fala strajków – są krótkotrwałe, bo ich głównym celem jest uznanie prawa do samoorganizacji. To są strajki założycielskie albo przygotowanie do strajku i wtedy proszą, aby przyjechać z przemówieniem. Potrzebny jest autorytet zewnętrzny, ktoś od Wałęsy albo przynajmniej od ekspertów. KIK też może być. Przyjeżdżają zdezelowanym „maluchem” albo dużym fiatem i zaciągają kogoś z nas do Łomży, Przasnysza czy Sokołowa.

Na miejscu niemal zawsze jest tak samo: największa hala fabryki, skupione twarze, porządkowi z biało-czerwonymi opaskami – chyba że już wcześniej ktoś był w stoczni i przywiózł charakterystyczny napis złożony z ludzików niosących flagę: Solidarność. Kiedy opowiadam, jak było w stoczni, kobiety płaczą, a faceci starają się trzymać fason. Potem przychodzą konkrety: co robić? Spotkanie zorganizowali na ogół młodsi, ale z szacunkiem odnoszą się do starszych robotników, zwłaszcza gdy ktoś jest przyzwoitym brygadzistą. Chętnie proponują im wejście do zarządu. Zdarza się inżynier z autorytetem, bo przyzwoity człowiek, a poza tym dobry fachowiec. On też się przyłącza, bo ma dość: niekompetencja, głupota i groteskowe zarządzanie zakładem jest nie do zniesienia. – Prawdę mówiąc, jego świadomość degrengolady jest większa i poparta twardymi danymi, bo więcej wie. Robotnicy pod pięćdziesiątkę są mniej rozgorączkowani, może nawet mają więcej obaw i zahamowań, bo mają rodziny, są bardzo zniszczeni, a przede wszystkim niektórzy mają w kościach stalinizm. Pamięć lat 50. obezwładnia – terror może wrócić, czego nie mogą zrozumieć urodzeni zaledwie dwadzieścia pięć lat temu. Poza młodzieżą najbardziej napaleni są najstarsi, zwłaszcza byli AK-owcy. Dla nich najważniejsze nie są nawet podwyżki, lecz symbole narodowe i budowanie oporu przeciw partii – to oni najczęściej mówią o nadużyciach zakładowego sekretarza czy egzekutywy POPPodstawowa Organizacja Partyjna w zakładzie pracy, kierowana przez „egzekutywę” i sekretarzy partii.[18], dodają „kotwicę” na biało-czerwonej opasce, wysuwają żądania jawnie polityczne. Czasami bywa to kłopotliwe, bo przecież udajemy, że nasze postulaty są „czysto związkowe”. Naiwna hipokryzja organizatorów „związku zawodowego wszystkich Polaków” musi się jakoś kamuflować. Poza tym cała propagandowa machina grzmi, że działają „siły antysocjalistyczne” – a to ciągle wzbudza podejrzliwość i strach.

Gorączka ma być uporządkowana, a miłość do – nie bardzo znanej – demokracji jest bożkiem nawet, a nie postulatem. Jak się coś chce przegłosować albo wybrać delegata, to musi być powołana komisja skrutacyjna i liczyć głosy, a potem sporządzić papier. Samozwańczy trybun musi przejść procedurę zatwierdzającą. Ma mieć legitymację ludzi. Wiadomo – ma być demokracja! To nas odróżnia, to nas buduje. Poza tym wszystko musi być uzgodnione, przedyskutowane – nie wolno nikomu zamknąć gęby, chyba że już tak pieprzy, że głos sali upomina, by poszedł po rozum do głowy. Zebrania prowadzone według amatorskiej demokracji są niemiłosiernie długie i splątane jak rozwalony kłębek włóczki, ale to jest czas współbycia i radości. Bo to jest święto wspólnoty, chociaż nikt tego tak nie formułuje (zresztą, kto ma czas na refleksję?). Liczy się, że nareszcie można swobodnie pogadać nie tylko w kręgu rodziny lub bliskich przyjaciół. Teraz z każdym można szczerze i otwarcie rozmawiać – przecież on jest ze mną, a nie przeciwko mnie! I co z tego, że dysputa jest zażarta, że dochodzi do kłótni, że trzeba kilka razy wałkować tę samą kwestię, a nawet przegłosować wniosek jeszcze raz, bo okazuje się, że coś niedokładnie zapisano i załoga opacznie zrozumiała sens, więc teraz żąda poprawek. Nowe głosowanie, liczenie głosów, podpisy komisji skrutacyjnej pod nowym dokumentem. To dziwne łacińskie słowo „skrutacyjna” działa uwznioślająco. Najważniejsze, że zniknął strach zawiązujący ludziom język, więc przyjemność wypowiedzenia się skutkuje późnonocnym powrotem do domu. A rano trzeba iść do roboty.

Ta chęć zaprzyjaźnienia się, a przynajmniej zbliżenia, najbardziej charakteryzuje robotników. Zauważyłem to już w „czasach KOR-owskich”, że studenci mieli więcej bliskich kontaktów i okazji do bycia razem. Kiedy po wydarzeniach radomskichCzerwiec 1976; patrz: J.M. Ruszar, „Zanim powstała »Solidarność«”, s. 202.[19] szukało się pobitych czy aresztowanych, ich koledzy nie umieli podać adresów członków własnej brygady, a bywało, że nie znali nazwisk, tylko jakieś ksywkiKontakty z robotnikami Radomia i Ursusa, a także ich rodzinami nawiązywano przed wejściem na sale rozpraw. Natomiast w innych miastach, zwłaszcza gdy informacja o represjach była spóźniona, nawiązywanie kontaktów było niemal niemożliwe. Na przykład w Nowym Targu wyrzucono z pracy około dwustu osób, ale krakowscy studenci nie byli w stanie się dowiedzieć, kto został wyrzucony. Równie trudno było w Płocku oraz innych mniejszych miejscowościach i pomoc nadchodziła z wielkim opóźnieniem.[20]. W pracy nie bardzo mieli czas na pogawędki, pracowali w różnych miejscach (w dużych zakładach różne wydziały oddalone są od siebie nawet o kilkaset metrów), a przyjaźnie ograniczały się do picia wódki w krzakach po robocie. Mówiąc uczenie, komunistyczna atomizacja klasy robotniczej była dużo poważniejsza niż na uniwersytecie. Teraz odkrywają radość bycia razem.

Połowa września. Trzeba zmienić nazwę związku, bo stare, branżowe, komunistyczne związki przekształcają się w „niezależne i samorządne”, co zamazuje obraz, dezorientuje ludzi i stara się utrzymać zasadę branżowości. Stąd powstaje nowy człon nazwy i teraz w całej Polsce używa się: Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. 17 września do Gdańska zjeżdżają delegaci Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich z całego kraju, a mecenas Jan Olszewski proponuje, aby zarejestrować jeden ogólnopolski związek. Czym jest solidarność? „Jedni drugich brzemiona nieście” – kiedy ksiądz Tischner mówi coś takiego (a słowo „brzemię” to przecież archaizm), to każdy robotnik rozumie ten język doskonale. Jest to język religii, język biblijno-kościelny, język egzystencjalnej powagi i doniosłości. Nikt tu nie kręci nosem, że wyrażenie „trąci myszką”, że trzeba „nowocześniej”! Przeciwnie – takie sformułowanie uświęca ideę.

*

Intelektualny wpływ Tischnera był naprawdę ogromny, zważywszy, że nikt przed nim nie miał przemyślanej sprawy moralnego wyzysku pracy w PRL. Duszpasterskie kontakty księdza filozofa oraz próba polemiki z marksistami spowodowały, że od lat 70. Tischner podejmował specyficzną, bo jednocześnie etyczną i ekonomiczną analizę alienacji pracy w komunizmie (po pewnej modyfikacji marksistowskie pojęcie okazało się bardzo poręczne)Moralny wyzysk pracy w komunizmie – patrz: „»Solidarność« to wspólnota etyczna. Z prof. Zbigniewem Stawrowskim rozmawia Roman Graczyk”, s. 217, Krzysztof Korżyk, „Kilka uwag o wyzwalaniu się z iluzji. Według księdza Józefa Tischnera”, s. 267.[21]. Ówczesne rozważania zostały zebrane przez jego uczniów w książce wydanej w podziemiu pod tytułem Polski kształt dialogu(1979)Józef Tischner, „Polski kształt dialogu”, pierwsze (podziemne) wydanie z 1979 roku było podwójne (wydawnictwo Krąg i Biblioteka Niezależnego Pisma Młodych Katolików „Spotkania”). W wolnej Polsce „Polski kształt dialogu” z posłowiem Jarosława Gowina wydało wydawnictwo Znak dopiero w roku 2002 roku z adnotacją, że jest „pierwszym wydaniem” (tak też błędnie podaje Wikipedia) oraz usprawiedliwieniem filozofa, że znalazł słowa krytyki wobec późniejszych sojuszników („Głośna praca ks. Tischnera do tej pory była dostępna tylko w wydaniach emigracyjnych i »podziemnych«, przez co nigdy nie weszła na dobre do publicznych debat o Polsce i Kościele. Tymczasem jest to nie tylko suma przemyśleń Autora na temat komunizmu, ale i ważny głos w dzisiejszych sprawach: roli Kościoła w życiu publicznym, etycznych podstaw liberalnej demokracji czy odpowiedzialności intelektualistów. Krytyczne analizy poglądów między innymi Leszka Kołakowskiego i Adama Michnika będą stanowić zaskakujący dla wielu czytelników punkt wyjścia do nawiązanej później przez ks. Tischnera przyjaźni ze środowiskami liberalnymi”. Patrz: https://www.znak.com.pl/ksiazka/polski-ksztalt-dialogu-ks-jozef-tischner-356 [dostęp: 17.02.2020]).[22]. W październiku 1980 roku na Wawelu ks. Tischner wygłosił kazanie podczas mszy świętej dla przywódców związków zawodowych. Stało się ono znane w całej Polsce dzięki publikacji w „Tygodniku Powszechnym”. Tak rozpoczęła się seria rozważań wydanych następnie jako Etyka Solidarności (1981)Ks. Józef Tischner, „Etyka solidarności”, Znak, Kraków 1981. Książka została przetłumaczona na wiele języków i zrobiła światową karierę w walce o prawa pracownicze.[23], w których duszpasterz rozwijał refleksję nad etycznym i antropologicznym wymiarem ówczesnych wydarzeń. Jego kazanie wygłoszone na i Zjeździe „Solidarności” zaliczono w poczet oficjalnych dokumentów zjazdowych.

Pospolite ruszenie w przedziwny sposób nawiązywało do I Rzeczypospolitej. Tradycja sprzed 300 lat nie tylko objawiała się nieustannym sejmikowaniem, „ucieraniem poglądów” na każdy temat i „przeciąganiem opornych”Terminy określające sposoby głosowania w sejmikach szlacheckich, a nieświadomie stosowane na różnych szczeblach „Solidarności”. Rozwinięty samorząd ziemski I Rzeczypospolitej powodował, że zakres uregulowań prawnych dokonywanych przez sejmiki ziemskie był bardzo szeroki. Tak zwane lauda sejmików ziemskich (uchwały, protokoły, wyroki sądu rozjemczego) uzupełniały uchwały sejmu lub normowały sprawy zlecone samorządom przez sejm. Laudum mające formę dokumentu wystawionego w imieniu senatorów i szlachty danej ziemi było oblatowane (wciągane) do ksiąg sądów ziemskich lub do ksiąg grodzkich. Do 1776 roku lauda były uchwalane jednomyślnie. Uzgadnianie polegało na „ucieraniu” stanowiska przez kilkakrotne powtórzenie głosowań i w rokowaniach, czyli nakłanianiu mniejszości do przejścia na stronę większości (przy pewnych ustępstwach). „Na Sejmie Walnym – jak pisze Gloger – posłowie, zebrani w izbie poselskiej, uważani byli właściwie tylko za pośredników w objawianiu woli sejmikowej. Nie objawiali tedy swego osobistego zdania, ale tylko zbiorowe zdanie szlachty tej ziemi, która ich na Sejm Walny wysłała. Czasem tylko upoważniano ich na przykład do głosowania tak, jak będą głosowali posłowie innych ziem, a tylko niezmiernie rzadko pozwalano im głosować według uznania własnego. Toteż sprzeciwienie się jednego posła miało znaczenie braku zgody sejmiku, którego wolę poseł ów objawiał. […] Zdrowy zmysł szlachty w wieku XVI i w pierwszej połowie XVII szukał środków do ominięcia tej ostateczności (to znaczy zasady liberum veto). Jeżeli się okazała niezgodność zdań w izbie poselskiej, większość przeprowadzała rokowania z mniejszością, ażeby ją przeciągnąć na swoją stronę, powtarzano kilkakrotnie głosowanie, przy którem zyskiwano coraz więcej głosów. Posłowie, którzy zrazu byli zdania przeciwnego, ustępując większości, przekraczali niejednokrotnie instrukcje swojego sejmiku, biorąc za to na siebie odpowiedzialność wobec braci, u których niejednokrotnie potem znajdowali usprawiedliwienie” (patrz: hasło „głosowanie”, [w:] Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska ilustrowana, Wiedza Powszechna, Warszawa 1972; także: https://pl.wikisource.org/wiki/Encyklopedia_staropolska/G%C5%82osowanie [dostęp: 17.02.2020].[24], podkreślaniem osobności, odrębności i wyjątkowości zakładu, branży czy regionu, przy równoczesnym strachu przed rozbiciem jedności związku i międzyzakładowej solidarności. Delegaci często mieli „instrukcje” swoich zakładów do wyższych instancji całkiem jak szlacheccy posłowie wożący zobowiązania na Sejm Walny, a kiedy przedstawiciele uginali się pod presją Komisji Krajowej, to po powrocie musieli się gęsto tłumaczyć. Zresztą obrady w Gdańsku śledzono pilnie i słano teleksy w trakcie obrad. Nawet nazwy poszczególnych regionów przybrały staropolskie nazwy, nieużywane co najmniej od dziesięcioleci. Bo w gierkowskiej Polsce było 49 województw. Natomiast „Solidarność” dokonywała własnego podziału administracyjnego, z reguły na większe jednostki, preferując budowanie silnej reprezentacji nad partykularyzmy lokalne. I nagle odrodziło się „Mazowsze”, „Małopolska”, „Śląsk Opolski, Dolny i Górny” – pojawiły się stare, na ogół nieużywane nazwy („Ziemia Sieradzka”, „Podlasie”), a nawet takie jak „Ziemia Sandomierska”, o której odrębności od Małopolski zadecydował testament Krzywoustego!Dzisiejsze nazwy województw nawiązują do tych z lat 1980–81 (i, oczywiście, starszych).[25]

Na studiach polonistycznych przy różnych okazjach mówiło się o trwałości szlacheckiej tradycji, z której wywodziła się spora część polskiej inteligencji („wysadzeni z siodła” z powieści pozytywistycznych i Żeromskiego), albo o przejmowaniu tej tradycji w PRL-u przez inteligentów chłopskiego pochodzenia – a teraz miałem na żywo doświadczenie rzeczypospolitej szlacheckiej, reanimowanej przez robotników. A gdy się słuchało oracji… to już czysty Pasek, Kitowicz lub Wacław RzewuskiBywał to jędrny język szlacheckich pieniaczy i awanturników w przedziwny sposób łączący się z socjalistyczną nowomową (patrz: J.Ch. Pasek, „Pamiętniki”, PIW, Warszawa 1987; J. Kitowicz, „Opis obyczajów za panowania Augusta III”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław–De Agostini, Warszawa 2003; H. Rzewuski, „Pamiątki Soplicy”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław–De Agostini, Warszawa 2004). Zresztą, niektórzy delegaci mieli życie barwne niczym Wacław Rzewuski, choć bez tak dalekich podróży i majątków.[26] z dodatkiem śląskiej gwary lub socjalistycznej nowomowy. „Dziwne materii pomieszanie”, jakby powiedział Jan Skrzetuski, który by się dobrze czuł wśród tych „towarzyszy pancernych” z zakładowego Zbaraża. A już podczas okupacyjnego strajku chłopskiego w Rzeszowie nikt nie mógł mieć wątpliwości, że „przeszłość jest to dziś, tylko cokolwiek dalej” (Norwid). Tam królował język o sto lat wcześniejszy, ufundowany na Biblii księdza Wujka i Trylogii SienkiewiczaOkupacja budynku WRZZ (Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych) spowodowana była niespełnionym żądaniem zarejestrowania „Solidarności Wiejskiej”. Walka chłopów zakończyła się sukcesem dopiero w maju 1981 roku.[27].

Do końca 1980 roku trwały zmagania w sprawach podstawowych, czyli możliwości założenia związku w zakładach pracy, choć już pod koniec października – kiedy Lech Wałęsa tryumfalnie objeżdżał południową Polskę – podstawowy zrąb struktury „Solidarności” był gotowy, tyle że geograficznie nierównomierny i nie wszędzie związek powstawał zaraz po porozumieniach gdańskich. Strajki na Śląsku trwały do początków września, bo zaczęły się później niż na Wybrzeżu, a ustępstwa na rzecz górników miały szanse dopiero po obaleniu Gierka – „śląskiego czerwonego księcia”Istnieje wiele opracowań szczegółowo opisujących wydarzenia (dzień po dniu), zarówno książkowych, jak internetowych, zob. na przykład http://www.encysol.pl/wiki/Kalendarium [dostęp: 27.07.2020].[28]. Kolejarze, aby doczekać się rozmów, musieli we Wrocławiu rozpocząć strajk głodowy jeszcze pod koniec października. Im bardziej na prowincji, tym rozgrywka była trudniejsza, bo zakłady mniejsze, a więc słabsze wobec aparatu partyjno-państwowego, który był raczej nieugięty i bardziej przestraszony (funkcjonował bliżej ludzi, więc i sprawki były bardziej „na widoku” oraz mniej anonimowe), a więc ustępował tylko przed zorganizowaną siłą. Spory najczęściej dotyczyły nieuznawania zakładowych przywódców przez dyrekcję (wybrany do władz związkowych działacz powinien otrzymywać zwykłą pensję i zostać zwolniony z obowiązku pracy na swoim stanowisku), odmowy udzielenia lokalu na siedzibę, użyczenia maszyny do pisania, telefonu i teleksu – a był to czas sprzed epoki komputerów, internetu i telefonów komórkowych. Kilka miesięcy później, jeżdżąc po Polsce jako dziennikarz „Tygodnika Solidarność”, zauważyłem, że na prowincji stosunki między władzą a działaczami są o wiele gorsze niż w Gdańsku czy Warszawie.

Na dodatek również centralna władza nieustannie prowokowała robotników nieuzgodnionymi posunięciami, bo partyjni „reformatorzy” we władzach mieli chwilową przewagę, ale chyba niewielką. Robotników walki frakcyjne niezbyt interesowały, a nawet politykujący inteligenci mieli zbyt wiele do roboty, aby zajmować się „kawiarnianą polityką” w rodzaju: co robią „gołębie”, a co „jastrzębie” w Komitecie Centralnym PZPR (tu padały nazwiska, które dzisiaj nic nie mówią, a zresztą nikt ich też nie pamięta)Przez całe lata po ’56 roku jedną z pasji towarzyskich było analizowanie układu sił wewnątrz partyjnych, najczęściej na podstawie plotek i analizy „Trybuny Ludu”. Zajmowali się tym również ludzie „poważni”. Zachowanie to – jakkolwiek aberracyjne – wynikało z całkowitej blokady informacyjnej i potrzeby jakiegokolwiek uporządkowania świata polityki.[29].

Partia sobie, „Solidarność” sobie – każdy się organizował we własnym zakresie. PZPR też zajmowała się sama sobą, ponieważ znajdowała się w stanie wrzenia – jedna trzecia „dołów partyjnych” zapisała się do „Solidarności”, a kilkaset tysięcy szeregowych członków rzuciło legitymacjąWedług ówczesnych szacunków z trzech milionów członków PZPR siedemset tysięcy wstąpiło do „Solidarności”, a sama partia stopniała po ogłoszeniu stanu wojennego o 850 tysięcy członków, w tym jedna trzecia to robotnicy (za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Polska_Zjednoczona_Partia_Robotnicza [dostęp: 17.02.2020]). Oczywiście, nie było w tym czasie danych, które można było sprawdzić.[30].

Jeśli dochodziło do większych spięć, to z powodu manipulacji przy rejestrowaniu Związku (jednostronna zmiana statutu i tak zwany kryzys rejestracyjny) albo prób uniemożliwienia niezależnych publikacji. Bo mimo utrudniania dostępu do zakładowej poligrafii namnożyło się biuletynów oraz gazetek zakładowych i regionalnych (zaczęły też napływać maszyny z Zachodu wysyłane przez związki zawodowe). „Solidarność” – mimo poparcia dziennikarzy oraz związków powstałych w gazetach, radiu i telewizji – wciąż nie miała dostępu do mass mediów, chociaż gwarantowały to porozumienia gdańskie. Pod koniec listopada cały kraj postawiła na nogi tak zwana sprawa Narożniaka – drukarza, niegdyś podziemnego, teraz związkowego, pracującego w redakcji „Mazowsza”, którego aresztowano za używanie zakładowej poligrafii (ściślej: za drukowanie instrukcji prokuratora generalnego z zaleceniami dla prokuratury, jak zwalczać prawno-karnie „Solidarność”). Obie strony potraktowały sprawę pryncypialnie, więc lokalna afera uderzająca w poligrafię Regionu Mazowsze postawiła cały kraj na nogi.

Dla nowego związku był to ważny test organizacyjny, który wypadł znakomicie. Strajk był „ostrzegawczy”, zaledwie czterogodzinny, ale przygotowano się jak na długotrwałe oblężenie. Zarządy Regionów przeniosły się na ten czas do wielkich zakładów, przygotowano zapasy, legowiska i śpiwory. Powstały instrukcje na wypadek ataku milicji i ZOMO. Najbardziej bojowo było w zakładach mechanicznych, gdzie sporo żelastwa można było wykorzystać do obrony fizycznej. Gdyby miało dojść do strajku generalnego – nie można było zrobić więcej. Pracowałem wtedy w Ursusie jako oddelegowany z KIK-u doradca do spraw oświaty i kultury (organizowałem robotniczą wszechnicę, spotkania z artystami i politykami), więc byłem na miejscu, kiedy w końcu przywieziono Janka Narożniaka z aresztu. Poczucie siły było ogromne. I jeszcze coś – samoidentyfikacja: i narodowa, i pokoleniowa. Nie ulegało wątpliwości, że to „Solidarność” jest motorem społecznego ruchu, że to ona wyznacza kryteria, ona formułuje cele, a partia jest w defensywie. A na czele krucjaty stali ludzie dwudziestoparoletni, najwyżej tuż po trzydziestce. Obok młodych robotników wśród najaktywniejszych byli młodzi inżynierowie.

Krótkie zawieszenie broni

Wbrew komunistycznym zarzutom o „ekstremizm” strona związkowa dążyła do kompromisu, na przykład w przypadku jednostronnych zmian w statucie.

Konflikt zaczął się od tego, że związek wprawdzie zarejestrowano, ale z „dopiskami” samowolnie wstawionymi przez sąd. Wrzenie w całym kraju, strajk ostrzegawczy… w końcu ugoda: odwołania do „kierowniczej roli partii” i „sojuszy” oraz „przestrzeganie socjalistycznej własności środków produkcji” Sąd Najwyższy wypchnął do aneksu dołączonego do statutu. Było to uzgodnienie między prawnikami związku i rząduOczywiście „niezależny” Sąd Najwyższy nie miał nic do gadania – ważny był kompromis zawarty przez negocjatorów.[31]. „Nikt nie przegrał, nikt nie zwyciężył” – ogłosił Wałęsa – co było powtórką sloganu ze Stoczni i tak zaklajstrowano kolejny afront, z którego związek wyszedł zwycięsko. Ukryto przy tej okazji, że – z powodów taktycznych – 10 listopada 1980 roku formalnie zadeklarowano zgodę na podległość kraju i władzę komunistów jako gwarantów sowieckiej nieinterwencji… To samozaparcie się było niemal niezauważalne, bo zgoda co do wymuszonej „zbiorowej lojalki” była właściwie powszechna, a wszyscy „myśleli politycznie” i „racjonalnie”. Wbrew medialnej histerii rozpętanej przez partyjno-rządowe media nikt przecież nie chciał awantury. „Solidarność” dokonała „samoograniczenia”, a termin „samoograniczająca się rewolucja” zrobił furorę wśród zagranicznych korespondentów oraz w rządowych gabinetach na świecie.

Po ugodowym zarejestrowaniu Związku delegaci pojechali po błogosławieństwo do interreksaW I Rzeczypospolitej, w czasie bezkrólewia, Prymas Polski był „interreksem” aż do Sejmu Elekcyjnego. W czasach komunizmu uznawano – na poły żartobliwie, na poły symbolicznie – że kardynał Wyszyński spełnia taką (nieformalną) funkcję.[32]. Kardynał Wyszyński dał wszystkim Biblię (także ateuszom), przekazał „całkowite poparcie papieża dla obywatelskiego ruchu” i wieczorem świętowano w Teatrze Wielkim, gdzie premierę miała piosenka Jana Pietrzaka Żeby Polska była Polską – najpopularniejszy szlagier na kilka następnych lat. Tak to się mieszało w kotle. Polski bigos ciągle był strawny.

Następnego dnia, 11 listopada, po raz pierwszy w życiu oficjalnie i bez przeszkód świętowałem Dzień Niepodległości. A przecież jeszcze rok wcześniej z placu Zamkowego wyprowadzałem półślepego Lutka DornaLudwik Dorn – ówczesny działacz SKS-u i bliski współpracownik KOR-u związany z Antonim Macierewiczem. W wolnej Polsce poseł kilku kadencji, wieloletni współpracownik Jarosława Kaczyńskiego (tak zwany trzeci bliźniak, który następnie stał się zaciekłym wrogiem PIS). Demonstracja wychodząca z mszy św. w katedrze św. Jana została zaatakowana podczas marszu na plac Zwycięstwa. Za „naruszenie powagi Grobu Nieznanego Żołnierza i zakłócanie porządku” na trzy miesiące aresztu skazani zostali Andrzej Czuma, Wojciech Ziembiński, a na miesiąc Józef Janowski i Bronisław Komorowski.[33], bo jak zgubił w starciu z ubekami okulary, to stracił orientację i szedł wprost na milicyjne pałki. A teraz Polska była innym krajem. Tysiące ludzi przed Grobem Nieznanego Żołnierza; porządek, szpaler dla delegacji z wieńcami, jakaś młodzież w rogatywkach i przemówienia o niepodległości, Katyniu oraz pakcie Ribbentrop–Mołotow. I nikt im nie przerywa. Milicja nie bije, tylko stoi z boku i udaje, że pilnuje porządku. A co najważniejsze: ktoś się upomina o siedzącego w więzieniu MoczulskiegoMoczulski jeszcze w latach 70. współpracował (pod pseudonimem) z „Więzią” Tadeusza Mazowieckiego, ale od kiedy poszedł swoją drogą (najpierw organizując konkurencyjny dla KOR-u Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, a następnie KPN – Konfederację Polski Niepodległej, która oficjalnie uważała się za partię polityczną i jawnie żądała niepodległości!), był zwalczany przez lewicę, a Adam Michnik w prywatnych rozmowach sugerował, że jest on ubeckim agentem). Jedną z plam na honorze „Solidarności” była wybiórcza obrona „elementów socjalistycznych”. Moczulski został zwolniony dopiero 6 czerwca 1981 roku (na skutek akcji Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania i osobistej interwencji prymasa Wyszyńskiego). Przy jednej z najpotężniejszych central regionalnych, MKZ Mazowsze, powstaje Komisja Interwencji. Kierują nią Zofia i Zbigniew Romaszewscy, którzy od 1977 roku nieprzerwanie badają nadużycia władzy, represje i wszelkie formy łamania praw ludzkich. Podobne komisje – pod ochroną „Solidarności” – powstają w innych regionach. W grudniu 1980 roku w Gdańsku przy KPP powstaje Komitet Obrony Więzionych za Przekonania (przewodniczącym zostaje Aleksander Hall z RMP).[34].

Taka mniejsza lub większa szarpanina trwała do Bożego Narodzenia, choć akcja Kościoła i odsłonięcie pomnika Grudnia ’70 już wcześniej poprawiły atmosferę. W niedzielę przed 17 grudnia 1980 roku we wszystkich kościołach modlono się o narodową jedność, pokój i suwerenność ojczyzny, kiedy pogłoska o planowanej inwazji sowieckiej wydawała się bardzo realna, a prezydent Reagan publicznie ostrzegał Sowietów przed interwencją w Polsce.

17 grudnia – rocznica masakry z 1970 roku, a dzień wcześniej odsłonięcie Pomnika Poległych Stoczniowców. Spektakl pod pomnikiem, wyreżyserowany przez Andrzeja Wajdę (ówcześnie lidera buntu artystów filmu i teatru), inaczej przeżywano na miejscu, a inaczej w całym kraju. Przed bramą Stoczni – ciągle imienia Lenina! – stoją trzy gigantyczne krzyże, a poniżej odbywa się uroczystość „narodowego pojednania”. Są „wszyscy”, „cała Polska”, to znaczy: robotnicy, inteligenci, chłopi, studenci, uczniowie, kler, mieszkańcy Trójmiasta i delegaci z każdego zakątka kraju, a także komuniści i Ludowe Wojsko Polskie. Krzysztof Penderecki napisał specjalny chorał Lacrimosa, a Daniel Olbrychski – czyli Kmicic i Azja Tuchajbejowicz w jednej osobie – wyczytuje listę 27 zabitych robotników, po czym 150 tysięcy ludzi po każdym nazwisku skanduje: „Jest z nami!”.

Stojąc w tłumie, mało co widzę. Dochodzi głównie dźwięk z głośników. I dopiero w telewizyjnej relacji obejrzę rzecz najdziwniejszą, ale symboliczną: kardynał Macharski odprawia mszę świętą, w której – trochę speszeni – biorą udział przewodniczący Rady Państwa (taka PRL-owska wersja „kolektywnego prezydenta”)Nazywał się Henryk Jabłoński.[35], sekretarz wojewódzki i wojewoda, a także jacyś admirałowie – przedstawiciele Ludowego Wojska Polskiego, które 10 lat temu zjawiło się pod tą bramą i dokonało masakry! Znany francuski korespondent rozczulał się potem w KIK-u na temat „historycznego kompromisu”Bernard Guetta – korespondent „Le Monde”, był jednym z najbardziej przemądrzałych dziennikarzy zagranicznych; znał się na geopolityce i uwielbiał pouczać.[36]. Pierwszy sekretarz Tadeusz Fischbach chyba dość szczerze mówił, że tragedia powinna nas łączyć, a nie dzielić, aby nie było powtórki z Grudnia ’70. Można mu było wierzyć. Pamiętałem, że w sierpniu był bardzo pojednawczy i nie chciał, by wojsko pacyfikowało strajki i strzelało do ludziTadeusz Fischbach popadł w niełaskę i przestał być i sekretarzem PZPR w Gdańsku, ponieważ nie popierał wprowadzenia stanu wojennego. Dostał synekurę w ambasadzie PRL w Helsinkach, aby wrócić do polityki po 1989 roku.[37]. Ale co do „ludowego” wojska, to nie miałem złudzeń. Znałem je dobrze i to od podszewkiWcielony po studiach jako podchorąży, po degradacji do stopnia szeregowego, w latach 1978–79 odbywałem zasadniczą służbę wojskową w 36. Pułku Piechoty Zmechanizowanej w Trzebiatowie (zob. J. Ruszar, „Czerwone pająki. Dziennik żołnierza LWP”, IPN, Warszawa 2017).[38].

Koniec fragmentu pierwszego.

Część druga wspomnień ukaże się w następnym wydaniu tygodnika 6 sierpnia 2020 roku.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Józef Maria Ruszar, „Solidarność”. Wiem, co przeżyłem (I), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 60

Przypisy

    Powiązane artykuły