06.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #061 / Lubelski lipiec 1980 roku

W moim zakładzie panowały złe warunki BHP. W sklepach szalała drożyzna, a w zakładowej stołówce po podwyżkach nie stać mnie było na schabowego. Nikt nie protestował, bo ludzie się bali. Można było mieć dość życia w głodzie i kłamstwie, ale trzeba było sobie odpowiedzieć na pytanie, czy narazić siebie i swoją rodzinę na więzienie. Wiedzieliśmy, co było w Radomiu w 1976 roku. W Lubelskich Zakładach Naprawy Samochodów zdecydowaliśmy w dwóch brygadach, że jesteśmy gotowi na strajk. Były to brygady na wydziale blacharni: Stasia Zalewskiego i Rysia Kuczery. Baliśmy się. Naprawdę to poczucie strachu przełamała wiadomość o rozpoczęciu strajku w WSK Świdnik. I za przykładem Świdnika nasze dwie brygady zastrajkowały, żądając podwyżek i poprawy warunków BHP.

Postulat dotyczący warunków pracy był całkiem zwyczajny. Pracujący na wydziale blacharni robotnicy po ukończeniu zmiany byli strasznie ubrudzeni, a do umycia dostawali szare mydło i lniane ścierki. W tym samym czasie pracownicy umysłowi otrzymywali pachnące mydło i ręczniki frotté, co dodatkowo denerwowało ludzi. Po krótkim czasie strajkował już cały wydział blacharni, do którego dołączyła reszta załogi – dwa tysiące ludzi.

W tamtym czasie zakłady naprawcze pracowały na dwie zmiany. Po godzinie 14 przybyli na drugą zmianę robotnicy, którzy dołączyli do trwającego już od rana strajku. Przez dwa dni nikt z nami nie rozmawiał. W tym czasie robotnicy w większości grali w karty, słuchali zachodnich radiostacji, rozmawiali o postulatach, które należy przedstawić władzom. Spisaliśmy żądania. Znalazła się też niewielka garstka łamistrajków, którzy na polecenie dyrekcji namawiali innych do przerwania protestu. Dopiero trzeciego dnia przybyli z Warszawy dyrektorzy Zjednoczenia Motoryzacji i zgodzili się na rozpoczęcie rozmów z przedstawicielami załogi. W tym celu w hali montażu zebrała się cała załoga i wybrała 33-osobową delegację – po trzy osoby z 11 wydziałów.

Na miejsce gdzie miały się toczyć pertraktacje, władze zaproponowały świetlicę w biurowcu. Aby się do niej dostać, należało przejść przez cały teren zakładu, a potem jeszcze po schodach wejść na drugie piętro, gdzie już na nas czekali dyrektorzy LZNS-u, dyrektorzy ze stolicy i jacyś inni przedstawiciele władzy (najpewniej z SB i Komitetu Wojewódzkiego PZPR). W tej wędrówce na miejsce obrad wielu delegatów po cichu wymykało się z grupy idących na rozmowy. W końcu na spotkanie dotarło nas tylko osiemnastu. Ludzie się strasznie bali. Nie ma co się dziwić, bo idąc na pertraktacje, byliśmy prawie pewni aresztowania. Prowadzący negocjacje dygnitarze straszyli: „pojedziecie na białe niedźwiedzie”, „zostaniecie wyrzuceni z pracy z wilczym biletem”, a nawet straszyli karabinami ustawionymi na pobliskim wiadukcie, z których mogą zacząć strzelać, jeżeli natychmiast nie przerwiemy strajku. Byliśmy tak zdeterminowani, że jakoś przemogliśmy strach.

Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy po godzinnej przerwie przyjęli na piśmie listę naszych postulatów, obiecując natychmiastowe ich rozpatrzenie i wykonanie. Niestety, zadowoleni samą obietnicą spełnienia żądań, nie wymogliśmy podpisania uzgodnionego wspólnie protokołu z prowadzonych rokowań, jak zrobiono to w Świdniku. Było to naszym wielkim błędem, który wynikał z niewiedzy i z zadowolenia z sukcesu. I tak do dzisiaj nie wiem, co się stało z przekazanym władzom pismem.

W tamtym czasie przeciwstawienie się władzy dawało autorytet. Od momentu zakończenia rozmów i szybko spełnionych postulatów uczestnicy rokowań byli traktowani przez całą załogę zakładu, a nawet przez dyrekcję jako naturalni przedstawiciele pracowników zakładu, chociaż spełniono tylko część żądań: podwyższono płace, powrócono do dawnych cen żywności w zakładowej stołówce, a wszystkim pracownikom zakładu wydawano takie same mydła i ręczniki. Nasz sukces był oszałamiający!

Strajk 10 lipca 1980 roku w LZNS-ie był pierwszym strajkiem w Lublinie, za którego przykładem zastrajkowała większość fabryk w całym mieście. Jednak najbardziej spektakularny był strajk kierowców MPK, który zmusił mieszkańców Lublina do pieszego udawania się na miejsca pracy. A strajk w Państwowym Transporcie Handlu Wewnętrznego (firma zaopatrująca sklepy w artykuły żywnościowe) spowodował przyłączenie się do strajku pracowników handlu. Nikt się z powodu niedogodności warunków życia nie obrażał, atmosfera była taka świąteczna, a idący na piechotę ludzie uśmiechali się do siebie. Było takie szczęśliwe poczucie siły, bo strajk komunikacji był bardzo widoczny, namacalny, a w telewizji – cisza. 18 lipca do strajku przyłączyli się kolejarze i zatrzymali pociągi. Wiadomość o przyspawanych do szyn lokomotywach rozeszła się szybko po kraju i zastopowała kursy prawie w całej Polsce. Przywódca strajków kolejarzy Czesław Niezgoda został pierwszym przewodniczącym lubelskiego MKZ-tu.

Bohaterem tamtych wydarzeń z lipca 1980 roku był Michał Wroński, przywódca strajku LZNS-u, pracownik narzędziowni. Wroński, aresztowany w stanie wojennym, siedział w więzieniu w Hrubieszowie, a w końcu zmuszono go do emigracji. Innym przywódcą byłem ja – a po utworzeniu NSZZ „Solidarność” zostałem członkiem prezydium KZ NSZZ „Solidarność” i delegatem na zjazd regionalny w Świdniku. Tuż przed obchodami 40. rocznicy wydarzeń lubelskiego lipca dotarła do nas wiadomość o śmierci Alfreda Bondosa, jednego z ostatnich jeszcze żyjących przywódców strajków w WSK Świdnik i bohatera podziemnej „Solidarności”.

Do dziś trudno powiedzieć, dlaczego to się udało, bo strach był naprawdę wielki. Dopiero po wyborze kardynała Wojtyły na papieża ludzie nabrali trochę odwagi. Prawie we wszystkich warsztatach i kantorkach czytano „bibułę” lub zakazane przez cenzurę książki, jak Dzieje sprawy Katynia Leopolda JerzewskiegoPseudonim Jerzego Łojka.[1] czy Rewolucja bez rewolucji Leszka Moczulskiego. Mimo zagłuszania słuchano Wolnej Europy. Nielicznym robotnikom zdarzało się chodzić na tak zwane wykłady historyczne znanego z odwagi ks. profesora Mieczysława Brzozowskiego i profesora Ryszarda Bendera. Bardzo popularnym i lubianym profesorem był Adam Kersten z UMCS, który o sobie mówił: „Jestem socjalistą i Polakiem narodowości żydowskiej”. A potem przyjechał do Polski papież! I tak doczekaliśmy się roku 1980.

Kiedy władze po raz kolejny podniosły ceny, to nawet kotlet w pracowniczej stołówce był nieosiągalny. Wtedy na spokojnej, jakby się wydawało, Lubelszczyźnie doszło do strajków. Na czele stanęli przeważnie ludzie urodzeni już po wojnie. Nie pamiętali straszliwych lat 40. i 50. A poza tym z „bibuły” było wiadomo, że nie należy wychodzić na zewnątrz zakładu – tak pisał „Robotnik”.

Lipiec to był początek. We wrześniu, po przystąpieniu do ogólnopolskiej „Solidarności” większość lipcowych aktywistów została wybrana do fabrycznego zarządu Związku, a niektórzy zostali delegatami na zjazd regionalny. A pierwsza decyzja Tymczasowej Komisji Zakładowej dotyczyła wmurowania tablicy upamiętniającej lipcowe strajki oraz postawienia krzyża. Był on trzy razy wyższy niż ten z lipca, usunięty zaraz po strajku.


Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Ryszard Blajerski, Lubelski lipiec 1980 roku, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 61

Przypisy

    Powiązane artykuły