20.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #063 / Od pandemii prac bez sensu do buntu klas opiekuńczych?

„Czy Twoja praca daje światu coś sensownego?” – pytanie, które legło u podstaw głośnej książki Davida Graebera nabiera nowego znaczenia w czasach globalnej pandemii koronawirusa. Amerykański antropolog i aktywista anarchistyczny zaczął je stawiać w czasach, w których z jednej strony dojrzewał bunt przeciwko nieprzyzwoitym benefitom czerpanym przez bankierów, a z drugiej wśród szerokich rzesz niezamożnej większości postępowała tak zwana prekaryzacja pracy i życia jako takiego. Jak to możliwe, że grupy, które nie tylko nie przyczyniają się do powszechnego dobrobytu, ale wręcz żerują na dobru wspólnym, wynagradzane są bajońskimi sumami? Zaś ci, którzy wykonują prace fundamentalne dla przetrwania społeczeństwa, często niewdzięczne i ciężkie, wtrącani są w pętle zatrudnienia tymczasowego, niestabilnego dochodu, zadłużenia i depresji? Takie pytania pomogły postawić ruchy społeczne, które wypełzły na place i ulice miast po kryzysie gospodarczym w 2008 roku i wraz z jego kolejnymi aktami w postaci arabskiej Wiosny Ludów, europejskiego kryzysu zadłużeniowego czy akcji Occupy. Ale pomiędzy przeciwstawnymi biegunami spasionych mrówkojadów i niedocenianych robotnych mrówek, pomiędzy osławionym 1% najbogatszych a 99% „zwykłych ludzi” lokują się przecież rozmaite grupy społeczne. Opublikowany najpierw w formie eseju wiosną 2013 roku, a następnie rozwinięty do rozmiarów książki pięć lat później, głos Graebera okazał się interwencją, która była jak włożenie kija w mrowisko.

Zastanawiając się, początkowo jedynie intuicyjnie, nad tym, do jakiego stopnia rozpowszechniony jest fenomen określony przez autora jako bullshit jobs i jakiego rodzaju uczucia musi on wywołać u tych, którzy w ten proceder są bezpośrednio zaangażowani, Graeber odnalazł czuły punkt współczesnego skorporatyzowanego kapitalizmu. Postawiona przez niego wyjściowa hipoteza, zgodnie z którą „w naszym społeczeństwie mamy pełno nieprzydatnych prac, o których nikt nie chce rozmawiać”D. Graeber, Praca bez sensu, tłum. M. Denderski, Warszawa 2019, s. 9.[1] – prac bezużytecznych, postrzeganych w ten sam sposób nawet przez tych, którzy sami je wykonują – spotkała się z szerokim oddźwiękiem i akceptacją wśród pracowników z całego świata. Na esej Graebera w tonie nie tylko afirmatywnym, ale i auto-terapeutycznym odpowiedzieli przedstawiciele rozmaitych branż i zawodów w rodzaju pracowników działów human resources, zajmujących się wymyślaniem głupkowatych zabaw, w których nikt w firmie nie chce brać udziału; wszelakich etatowych twórców zawiłych raportów, malarzy tabelek i wykresów, których nikt nigdy nie przeczyta; albo recepcjonistów z biurowców, których nie odwiedza nikt z zewnątrz. Wszyscy oni czuli, że gdyby jutro ich praca miałaby zniknąć, nie miałoby to najmniejszego znaczenia dla nikogo i niczego poza nimi samymi. Prawdopodobnie nikt inny by tego nawet nie zauważył. Postanowili to skrywane dotąd w zawstydzeniu, wypierane ze świadomości poczucie wyrzucić z siebie i zwierzyć się ze swojego położenia w wiadomościach wysyłanych autorowi eseju. Tym samym dostarczyli Graeberowi materiału na książkę.

To szeroko podzielane poczucie, co do znikomego sensu wykonywanej pracy, skłoniło Graebera do ściślejszego zdefiniowania bullshit job, do wyznaczenia jej najbardziej typowych rodzajów, ustalenia przyczyn, dla których zjawisko to zyskuje na znaczeniu, a także powodów uniemożliwiających postawienie go w kategoriach problemu politycznego do rozwiązania. Chociaż polskie wydanie książki miało miejsce jeszcze w roku ubiegłym, to nowe okoliczności – pandemia koronawirusa – czynią jej lekturę jeszcze bardziej aktualną i politycznie nośną. Szkoda jedynie, że angielski tytuł Bullshit jobs, przez który przebijały frustracja i oburzenie, został w polskiej wersji stępiony do ugrzecznionego Praca bez sensu. Przyznać trzeba, że tłumacz i wydawcy nie mieli w tym wypadku łatwego zdania, ponieważ używana przez polskich milenialsów „gównopraca” występuje u Graebera pod osobnym terminem shit job i odnosi się do nieco innego zjawiska – pracy na fatalnych warunkach, a nie pracy bezsensownej nawet według tych, którzy ją wykonują. Ale można było przy poszukiwaniu polskiego odpowiednika wykazać się odrobiną translatorskiej inwencji. Na przykład umieścić w tytule „pracę-ściemę”, jak też bywa tłumaczona bullshit job, albo – pozostając przy skojarzeniach fekalnych, a jednocześnie na gruncie slangu młodzieżowego – „pracę z dupy”. Biorąc pod uwagę, że wydawca książki, „Krytyka Polityczna”, stawiała sobie za cel przynajmniej kiedyś „przesuwanie dyskursu”, taki bardziej kreatywny wybór tytułu byłby więcej niż uzasadniony. Jednak i bez niego tom ten nabiera obecnie politycznych rumieńców.

Wielu komentatorów zauważyło w ostatnich tygodniach, że wprowadzane na całym świecie w odpowiedzi na epidemię lockdowny gospodarek, które powodują „uzdalnianie” pracy, stanowią potwierdzenie diagnoz GraeberaBullshit Jobs in an Age of Coronavirus, https://7amkickoff.com/index.php/2020/03/28/bullshit-jobs-in-an-age-of-coronavirus/ [dostęp: 12.07.2020].[2]. Portal „Politico” w maju opublikował tekst autora pod wymownym tytułem: Lekcje z koronawirusa: nie wszystkie prace są bez sensu. Ale twoja być może takD. Graeber, Lessons from coronavirus: not all jobs are ‘bullshit’. But yours might be, https://www.politico.eu/article/lessons-from-coronavirus-covid19-confinement-crisis-not-all-jobs-are-bullshit/ [dostęp: 12.07.2020].[3]. Pisał w nim, że koronawirus pokazuje nam, bez których prac rzeczywiście nie możemy się obejść, a które bez problemu dla pomyślnego funkcjonowania społeczeństwa mogłyby zniknąć albo przynajmniej zostać okrojone do paru czynności niewymagających siedzenia przez osiem godzin w biurze, uczestnictwa w nic niewnoszących spotkaniach czy zapełniania niekończących się stosów segregatorów. Jak zauważył Peter Bolton, sytuacja ta stwarza szansę na zmianę szerszej społecznej percepcji na temat sensowności poszczególnych prac, ich wartości użytkowej i niesprawiedliwego podziału bogactwaP. Bolton, The coronavirus pandemic might have a silver lining. People might wake up to what’s really important, https://www.thecanary.co/global/world-analysis/2020/04/29/the-coronavirus-pandemic-might-have-a-silver-lining-people-might-wake-up-to-whats-really-important/ [dostęp: 12.07.2020].[4]. Jednocześnie tak bezprecedensowe, masowe w swojej skali obrócenie rzesz pracowników w swego rodzaju cyfrowych chałupników, pracujących z domu, za pośrednictwem komputerów, telefonów i aplikacji, grozi przyrostem bezsensu i to nawet w przypadku części tych prac, które dotychczas uchodziły za głęboko sensotwórcze.

Pandemia pozwoliła nam przekonać się o istnieniu tych grup pracowników, których Graeber określa jako essential workers (pracownicy niezbędni). Często niezauważani, bo pracujący z dala od widoku publicznego – w magazynach, za kuchennymi drzwiami, w mijających nas ciężarówkach – znaleźli się na pierwszym planie, gdy trzeba było ustalić, jakie grupy muszą pozostać zawodowo czynne w warunkach epidemii. To także ci wszyscy, którzy nie wytwarzają namacalnych produktów, ani nie biorą udziału w biciu rekordów wzrostu gospodarczego mierzonego wskaźnikiem PKB, pracownicy odpowiedzialni za reprodukcję społecznego dobrostanu – relacji międzyludzkich opartych na trosce i solidarności. To zadanie spełniane przez tych, których Graeber nazywa „klasami opiekuńczymi”. Mieszczą się w ich ramach zwłaszcza mocno sfeminizowane i dewaluowane pod względem zarobkowym pielęgniarki, nauczycielki, przedszkolanki, opiekunki, kasjerki. To ci wszyscy, którzy za swój trud dostają raczej kwiaty, odznaki i oklaski niż premie – tweetował niedawno autorhttps://twitter.com/davidgraeber/status/1254413681498226689 [dostęp: 12.07.2020].[5].

Tymi, którzy inkasują ogromne premie są natomiast ci sami, których przerwa w pracy lub jej okrojenie w trakcie pandemii nie sprawiły, że jako społeczeństwo czegoś istotnego nam zabrakło. Niczym okres postu, zawieszenia normalności i obowiązujących powołań, pracownicy odesłani na home office mieli dużo, być może aż przytłaczająco zbyt dużo czasu na zastanowienie się, czy to, co robią na co dzień sprawia, że są naprawdę potrzebni. Potrzebni innym, a nie tylko szefom, którzy czerpią z ich pracy zyski. Świat załamałby się bez pracowników służby zdrowia, wytwórców środków ochronnych i zatrudnionych w transporcie – i w niektórych krajach i regionach, w których brakowało łóżek, respiratorów, maseczek czy personelu medycznego faktycznie się przecież załamał. Obszedł się za to bez większych problemów bez korporacyjnych analityków public relations, sprzedawców ubezpieczeń z call centers, czy asystentek prowadzących terminarz swojego przełożonego, któremu wyłącznie jego egocentryzm nie pozwala na to, by zajmował się tym sam.

Zewsząd płyną głosy, że pandemia będzie oznaczała nowe rozdanie dla relacji między kapitałem a pracą. Nie tylko dlatego, że wymusi je gospodarcza recesja i opór zubożałych ludzi pracy. Istotne przewartościowania dokonują się już teraz, w związku z reżimami sanitarnymi, którym podlega praca. Załamanie się dotychczasowych sieci logistycznych (łańcuchów wartości), testowanie i wdrażanie nowych modeli i technologii mierzenia i nadzoru pracy zdalnej, wypróbowywanie zapośredniczonych cyfrowo form kooperacji, zaprzęganie przestrzeni domowej, sprzętu osobistego i czasu wolnego do pracy w ramach home office – te i wiele innych trendów wyznaczają zmienione współrzędne dla zaistnienia antagonizmów klasowych.

Pojawia się wprawdzie nadzieja, że w tym post-pandemicznym świecie nastąpi pewnego rodzaju zwrot ku pracy opiekuńczej, który skutkował będzie jej dowartościowaniem. Stanie się tak nie tylko pod wpływem rosnącego poczucia, że dekady neoliberalnej polityki oszczędności na usługach publicznych i sieci zabezpieczeń socjalno-bytowych zaszły za daleko, co pomógł nam wreszcie zobaczyć koronawirus. Drugim powodem będzie właśnie wzrastająca wśród pracowników refleksja, że nie chcą ugrzęznąć w pracy-ściemie, a zatem w ich interesie leżą inwestycje w klasy opiekuńcze.

Sama ta refleksja jednak nie wystarczy. Nie jest przecież tak, że nie była ona obecna przed pandemią i trzeba było dopiero jakiegoś spektakularnego zwrotu, żeby pracownicy przejrzeli na oczy i zrozumieli, co jest w życiu naprawdę ważne. Aspiracje do bycia i pracowania dla dobra innych są bardziej rozpowszechnione, niż moglibyśmy podejrzewać. Problem w tym, że pozostają one strukturalnie niezaspokojone. Na kartach książki Graebera poznajemy osobiste historie pracowników, którym marzy się praca związana z wychowywaniem dzieci, opieką nad chorymi i zwierzętami, czy działalnością kulturalną na rzecz swojej społeczności, ale jednocześnie zdają sobie sprawę, jak często warunki, na jakich jest ona świadczona, nie pozwalają na godne życie. Mając do wyboru z jednej strony trzy ćwiartki etatu w oddalonych od siebie szkołach publicznych, życie w stresie od zlecenia do zlecenia w organizacjach pozarządowych, czy przedłużające się staże w instytucjach, a z drugiej porządną wypłatę i benefity w zagranicznej korporacji, ponadprzeciętne stawki za szkolenia edukacyjne w firmach czy ciepłą posadkę w molochu, w którym nikt nie zwróci uwagi na nasze zbijanie bąków, wybierają w końcu oferty z tej drugiej grupy. Bezpieczeństwo materialne i psychiczne wymieniają w zamian za rezygnację z osobistych aspiracji, z dążeń do bycia społecznie użytecznym i z marzeń o lepszym świecie. W wielu przypadkach po jakimś czasie przypłacają to ogólną utratą chęci do życia, obniżoną samooceną, wyrzutami sumienia.

Zanim więc damy się uwieść podnoszącym na duchu narracjom, w rodzaju tych, że pandemia pozwoliła nam na moment się zatrzymać i zmienić w życiu priorytety, że zrozumieliśmy, że są rzeczy ważniejsze niż pieniądze, że czasem lepiej #zostaćwdomu i zatroszczyć się o słabszych, trzeba zrozumieć, że podobne przewartościowania priorytetów życiowych mogą zrealizować się przede wszystkim wśród tych, którzy dysponują jakimś przywilejem, co do tego, gdzie, z kim, nad czym, a przede wszystkim „za ile” chcieliby pracować. Aby tym potrzebom związanym z pracą dać możliwość realizacji, trzeba je sobie wywalczyć – w wyniku zbiorowego, a nie tylko indywidualnego przebudzenia.

A to może okazać się – to scenariusz pesymistyczny – jeszcze trudniejsze niż wcześniej. Post-pandemiczna recesja będzie sprzyjać argumentacji, że „to nie czas na bezpieczeństwo socjalne, teraz trzeba zaciskać pasa”. W jednym z podcastów Graeber zauważył, że cała używana przez polityków retoryka wokół pilnej potrzeby „otwarcia gospodarki” opiera się na założeniu, że tym, co funkcjonowało w trakcie pandemii nie była gospodarka, ponieważ celem tej ostatniej jest generowanie wzrostu gospodarczego, a nie zaspokajanie potrzeb społecznychWhat does the coronavirus pandemic reveal about ‘essential work’?, https://www.aljazeera.com/podcasts/thetake/2020/06/coronavirus-pandemic-reveal-essential-work-200612152715097.html [dostęp: 12.07.2020].[6]. Z perspektywy Graeberowskiej należałoby udzielić repliki, że to właśnie wirus pomógł nam zrozumieć, gdzie jest „realna” gospodarka.

Jednak w warunkach otwierania „normalnej” gospodarki za wszelką cenę znów premiowana będzie przede wszystkim troska o siebie – łapanie się tej pracy, która jest. Przyszłość jest dziś jeszcze bardziej niepewna z uwagi na to, że być może – odpukać – część prac, która dotąd była przedmiotem marzeń tych, który chcieliby wyrwać się ze swojej pracy-ściemy – doświadczy „odsensownienia”. W parze z nim może iść kolejna fala tak zwanej „uberyzacji” pracy, czyli przerzucenia kosztów i ryzyka na elastycznie najmowanych i pozbawionych praw pracowniczych zewnętrznych podwykonawców, być może z własnym domowym biurem, komputerem osobistym i całą resztą. „Po co nam etaty i przestrzeń biurowa, skoro pandemia pokazała nam, że tyle rzeczy można robić z domu, a my mamy jak sprawować nad tym wszystkim kontrolę?” – mogą powiedzieć najbardziej „innowacyjni” przedsiębiorcy, a także politycy, którym marzy się tanie państwo oparte na cyfryzacji.

Koronnym przykładem jest tu edukacja zdalna. Upowszechnienie e-learningu we wszystkich rocznikach uczniowskich i wśród studentów oznacza, że przeprowadzono w krótkim czasie olbrzymi eksperyment społeczny, na który w normalnych warunkach nie byłoby zgody ani rodziców, ani uczących się, ani nauczycieli. Eksperyment ten interpretować można jako swoiste „przysposobienie” – tak przyszłych pracowników, jak i obecnych zatrudnionych w oświacie i szkolnictwie wyższym – do realiów typowych dla bullshit jobs. Wygłaszanie wykładu przed monitorem, nie mając pewności, czy ktoś w ogóle znajduje się po drugiej stronie, albo wykonywanie zadań, co do których nie mamy pewności, czy prowadzący faktycznie się z nimi zapozna i udzieli nam jakiejś informacji zwrotnej, to doświadczenia, które pokazały zaangażowanym w nie stronom, jak łatwo żywe doświadczenie poddaje się „uzdalnieniu” i – w niektórych przypadkach – „odsensownieniu”.

To od postulowanego przez Graebera „buntu klas opiekuńczych” zależeć będzie, zwłaszcza w aktualnym kontekście, jak wiele prac bez sensu zbliży się do tych, które bywają przedmiotem zazdrości. Scenariusz przeciwstawny zakłada niestety, że będziemy mieli do czynienia z procesem przeciwstawnym – zagrożone będą coraz bardziej ostatnie bastiony pracy ciągle dającej jeszcze poczucie nie bycia zbędnym.

D. Graeber, Praca bez sensu, tłum. M. Denderski, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2019.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Łukasz Moll, Od pandemii prac bez sensu do buntu klas opiekuńczych?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 63

Przypisy

    Powiązane artykuły