03.09.2020

Nowy Napis Co Tydzień #065 / Solidarność, miłosierdzie, sprawiedliwość

„Solidarność” jako ruch społeczny, który doprowadził do upadku systemu komunistycznego, stała się istotnym elementem dziejów Polski i świata. Pytanie, na czym właściwie polegało przesłanie tego ruchu oraz czy nadal jest ono aktualne, wciąż porusza wielu i znajduje rozmaite odpowiedzi. Ten ważny społeczno-polityczny wymiar „Solidarności” chciałbym jednak pozostawić tutaj na dalszym planie, a dotknąć przede wszystkim sprawy bardziej podstawowej – zastanowić się, w oderwaniu od konkretnych wydarzeń historycznych i politycznych, czym jest solidarność jako fenomen relacji międzyludzkich. Będzie to próba swego rodzaju fenomenologii doświadczenia solidarności – potrzebna, aby ją odróżnić od innych podobnych czy pokrewnych zjawisk.

Czym zatem jest solidarność? Wstępnie można ją określić jako pewną formę czy też przejaw miłości. „Nie ma solidarności bez miłości”Jan Paweł II, „Pielgrzymki do Ojczyzny”, Znak, Kraków 2005, s. 1019.[1] – mówił do nas Jan Paweł II w 1999 roku w Sopocie. Potwierdzenie takiej intuicji odnajdziemy również w Katechizmie Kościoła katolickiego: „zasada solidarności nazywana także »przyjaźnią« lub »miłością społeczną« jest bezpośrednim wymaganiem braterstwa ludzkiego i chrześcijańskiego”„Katechizm Kościoła katolickiego”, Pallottinum, Poznań 1994, s. 448 [1939].[2].

Miłość, oczywiście, niejedno ma imię: jest miłość małżeńska i rodzicielska, przyjaźń i braterstwo, jest także patriotyzm – miłość ojczyzny. Katechizm wspomina o dość niesprecyzowanej i abstrakcyjnie brzmiącej „miłości społecznej”. Jest wreszcie miłosierdzie uznawane niekiedy za najgłębszą formę miłości. Choć, jak dobrze wiemy, z miłością wiążą się często silne uczucia, nie one są tutaj tak ważne jak szczególna postawa, z której wynika określone działanie. Miłość w niemal wszystkich swoich postaciach to postawa zatroskania o drugiego, wyrażająca się w konkretnym czynie. Niektóre z wymienionych wyżej form miłości wydają się bliższe, inne – bardziej odległe doświadczeniu solidarności. Dlatego warto przyjrzeć im się dokładniej.

Jako ilustracja i punkt wyjścia niech nam posłuży dobrze wszystkim znana sytuacja opisana w przypowieści o Miłosiernym SamarytaninieŁk 10, 37.[3], będąca odpowiedzią na pytanie: „kto jest moim bliźnim?”Łk 10, 29.[4], zadane Jezusowi przez uczonego w Prawie, aby doprecyzował on przykazanie miłości: „Będziesz miłował Pana, Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”Łk 10, 27; por. Pwt 6, 5; Kpł 19, 18.[5]. Odwołanie się do tej przypowieści ma dodatkowe racje, gdy staramy się zrozumieć, czym jest międzyludzka solidarność.

W słynnym kazaniu do przywódców NSZZ „Solidarność”, wygłoszonym w katedrze na Wawelu 19 października 1980 roku – które zainaugurowało cykl rozważań znany jako Etyka solidarności – ksiądz Józef Tischner przywołał dwa fragmenty Pisma Świętego, które odtąd w sposób nierozerwalny określają nasz polski sposób myślenia o solidarności. Pierwszy z nich to słowa św. Pawła: „jeden drugiego ciężary noście, a tak wypełnicie prawo Boże”Ga 6, 2.[6], drugi zaś to właśnie przypowieść o miłosiernym Samarytaninie:

„solidarność” ma jeszcze jedną stronę: solidarności nie potrzeba narzucać człowiekowi z zewnątrz, przy użyciu przemocy. Ta cnota rodzi się sama, spontanicznie, z serca. Czy zmuszał ktoś Miłosiernego Samarytanina, aby pochylił się nad leżącym przy drodze rannym? Miłosierny Samarytanin poratował bliźniego, bo taka była jego dobra wola. Cnota solidarności jest wyrazem dobrej woli człowiekaJózef Tischner, „Etyka solidarności”, Znak, Kraków 1981, s. 6–7.[7]

W drugim rozdziale Etyki solidarności, zatytułowanym Wspólnota, Tischner ponownie sięga do owej ewangelicznej przypowieści, aby poszukać w niej odpowiedzi na pytanie, jaki związek łączy zjawisko solidarności z polityką:

Oto przypowieść o Miłosiernym Samarytaninie. On także żyje w określonym społeczeństwie, w świecie określonej religii i polityki. Niemniej jego czyn jest jakby trochę poza światem – poza strukturami, które świat ludziom narzucił. Dobry uczynek Samarytanina jest odpowiedzią na konkretny krzyk konkretnego człowieka. To proste: ktoś woła o ratunek. Ranny leży w przydrożnym rowie. Jego ból ma szczególny charakter: nie jest wynikiem choroby, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, podeszłego wieku, lecz bólem z powodu drugiego człowieka. To człowiek człowiekowi zgotował taki los. Właśnie ten fakt jest ważny, to właśnie w sposób szczególny porusza sumienia i wzywa do solidarności. Nic tak nie oburza, jak rana niepotrzebna – rana, którą zadaje człowiekowi drugi człowiek. Nad chorymi operowanymi – litujemy się. Nad skrzywdzonymi – litujemy się i oburzamy zarazem. Z widoku takich bólów rodzi się szczególnie głęboka solidarność.

Dla kogo zatem jest nasza solidarność? Jest przede wszystkim dla tych, których poranili inni ludzie i którzy cierpią cierpieniem możliwym do uniknięcia, przypadkowym i niepotrzebnym. Nie wyklucza to solidarności dla innych, dla wszystkich cierpiących. Ale solidarność dla cierpiących przez ludzi jest szczególnie żywa, mocna, spontaniczna.

Czy to dotyka polityki? Owszem, ale tylko wtedy, gdy polityka jest złą polityką. Gdy polityka jest dobrą polityką, sama jest przepojona duchem solidarności. Czyż bowiem polityce nie o to winno chodzić, by tak zorganizować przestrzeń życia ludzkiego, aby człowiek nie zadawał ran drugiemu człowiekowi? Wierna samej sobie polityka jest budowaniem przestrzeni, w której mogą działać sumienia Samarytan. […] Miłosierny Samarytanin nawet nie biegnie, by pochwycić zbójców. Najpierw trzeba opatrzyć rany chorego. Zbójcami zajmą się ci, którzy stoją w pobliżu polityki. Solidarność to bliskość – to braterstwo dla porażonych. […] Solidarność stanowi szczególne więzi międzyludzkie: człowiek wiąże się z drugim człowiekiem dla opieki nad tym, kto potrzebuje opieki. Ja jestem z tobą, ty jesteś ze mną, jesteśmy razem – dla niego. My – dla niego. My, ale nie po to, by patrzeć na siebie, lecz dla niego. Co tu jest pierwsze?

Czy pierwsze jest „my”, czy pierwsze jest „dla niego”? Wspólnota solidarności różni się od wielu innych wspólnot tym, że w niej pierwsze jest „dla niego”, a „my” przychodzi potem. Najpierw jest ranny i jego krzyk. Potem odzywa się sumienie, które potrafi słyszeć i rozumieć ten krzyk. Dopiero stąd rośnie wspólnotaTamże, s. 12–14.[8].

Przytoczyłem dłuższy fragment rozważań Tischnera, ponieważ spośród znanych mi tekstów zawiera on chyba najbardziej wnikliwą analizę fenomenu międzyludzkiej solidarności. Krakowski filozof – zgodnie z formą i poetyką swego tekstu – rzuca jedynie krótkie zdania, lapidarnie wyrażone myśli, które jednak mogłyby bez trudu zostać obudowane wieloma stronicami głębokich traktatów. Wskażmy najważniejsze punkty, na które Tischner zwraca naszą uwagę.

Po pierwsze, źródłowe doświadczenie opisane w przypowieści jest uniwersalną sytuacją egzystencjalną, w której – niejako poza strukturami tego świata – może się znaleźć każdy z nas oraz która może dotyczyć i być rozumiana przez każdego niezależnie od kontekstu historycznego, kulturowego czy politycznego. Jest to sytuacja naturalnej reakcji ludzi obdarzonych sumieniem na spotkanie z cierpiącym człowiekiem, co więcej – cierpiącym, bo skrzywdzonym przez innych. To właśnie sytuacja ludzkiej biedy, cierpienia, krzywdy jest zapalnikiem, który powoduje reakcję wrażliwego, miłosiernego człowieka. Tischner, wychodząc już tutaj poza ewangeliczną przypowieść, zauważa, że powstanie wspólnoty solidarnych ludzi jest tutaj wtórne. Może ona zostać zbudowana dopiero na fundamencie bardziej pierwotnej więzi, która łączy człowieka cierpiącego z tymi, którzy usłyszeli jego wołanie o pomoc oraz odpowiedzieli na nie swoim czynem. Z tymi, którzy przestali być tylko dla siebie i stali się dla niego – którzy dostrzegli w nim swojego bliźniego.

Druga ważna myśl zawarta w zacytowanym fragmencie to postawienie pytania o relację solidarności i polityki. Tischner ma tu znakomitą intuicję – bliską skądinąd klasycznym liberałom! – polityka ma przede wszystkim organizować bezpieczną przestrzeń, to znaczy taką, w której ludzi wzajemnie by się nie ranili. Co więcej, chodzi o przestrzeń nie tylko bezpieczną, ale także przyjazną – taką, w której będą mogły działać sumienia Samarytan i nikt im nie będzie tego zabraniał. Formalne struktury dobrego państwa i dobrej polityki powinny być pozytywnie otwarte na działania tych wszystkich, którzy chcą opatrywać rany ludzi dotkniętych różnymi cierpieniami. W tym właśnie sensie polityka oraz państwo mają być przeniknięte i przepojone duchem solidarności. Nie wynika z tego jeszcze, że to państwo, jego instytucje i działania jego funkcjonariuszy same mają być solidarne – łapanie zbójców i pomoc bliźniemu to jednak coś zupełnie innego.

Jak widać, owa przypowieść stała się dla Tischnera okazją do snucia refleksji wychodzących już poza kontekst ewangeliczny, co w żaden sposób nie obniża wartości jego intuicji. Oczywiście, są to tylko właśnie intuicje i głębsze ich rozwinięcie spowodowałoby natychmiast lawinę nowych pytań i problemów. Niestety, Tischner nigdy ich dalej nie rozwijał. Idąc poniekąd jego śladami i przyjmując jego metodę „myślenia z wnętrza metafory” – twórczego odczytywania tekstu – spróbujmy raz jeszcze, ale już samodzielnie, przyjrzeć się sytuacji opisanej w archetypicznej przypowieści, a następnie podejmijmy próbę poddania jej pewnym modyfikacjom, aby lepiej unaocznić sens podstawowych doświadczeń, a także doprecyzować pojęcia, którymi posługujemy się na co dzień, usiłując wyrazić w języku potocznym to wszystko, co wiążemy z fenomenem solidarności.

Miłość a miłosierdzie

W powszechnym uzusie językowym, określonym przecież przez wielowiekową obecność w naszej kulturze owej ewangelicznej przypowieści, nie mamy żadnych wątpliwości, że to, co ów Samarytanin okazał poranionemu człowiekowi należy nazwać właśnie miłosierdziem. Czy jednak każda pomoc człowiekowi w potrzebie może być tak właśnie nazwana? Czy na przykład matka, zajmując się swym zapłakanym dzieckiem, rzeczywiście okazuje mu miłosierdzie? Czy nie jest tak, że gdybyśmy mianem „miłosiernych” nazwali ludzi opiekujących się swoimi starymi, niedołężnymi rodzicami, to mogliby oni się poczuć wręcz obrażeni takim określeniem lub przynajmniej nim zażenowani. Z pewnością woleliby, aby mówić, że to, co czynią, jest po prostu objawem ich miłości, a nie żadnym miłosierdziem.

Wydaje się więc, że miłosierdzie to szczególna forma miłości – taka, która nie dotyczy osób bliskich, a zwłaszcza tych najbliższych. Wręcz przeciwnie – miłosierdzie dotyczy obcych, tych, którzy nie należą do naszej wspólnoty. Na początku jest jakaś obcość, którą czyn miłosierdzia niweczy, odsłaniając i potwierdzając bliskość. Miłosierdzie to (od)tworzenie wspólnoty niejako od zera, wspólnoty, której nigdy nie było albo była i została całkowicie zerwana. Nie bez powodu bohaterem ewangelicznej przypowieści jest właśnie Samarytanin – ktoś, kto dla ówczesnych Żydów był kimś całkowicie obcym, wręcz wrogim, niczym Żyd dla Niemców w realiach III Rzeszy.

Podobny sens tego słowa odnajdujemy też w epoce średniowiecza, kiedy to za akt miłosierdzia uważano rycerski gest okazywany pokonanemu przeciwnikowi. Tak też właśnie – misericordia – nazywał się sztylet, którym dobijano na polu bitwy ciężko rannego wroga, aby się więcej nie męczył.

Możemy zatem stwierdzić: miłość nabiera znaczenia miłosierdzia wprost proporcjonalnie do narastającej obcości. Czyste miłosierdzie pojawia się wobec człowieka, który ma podstawy sądzić, że uznajemy go za śmiertelnego wroga. Aby unaocznić ten fenomen, warto się odwołać do polskiej literatury. Nie ma chyba bardziej dramatycznej sceny obrazującej czysty akt miłosierdzia niż ta z Krzyżaków Henryka Sienkiewicza, kiedy oślepiony Jurand ze Spychowa rozcina więzy i uwalnia swego największego wroga – oprawcę i mordercę córki, Zygfryda de Löwe. Obraz ten został przejmująco oddany w filmie Aleksandra Forda z 1960 roku pod tym samym tytułem.

Przeprowadzona wyżej analiza pokazuje, dlaczego w ewangelicznej przypowieści faktycznie mamy do czynienia z miłosierdziem. Samarytanin okazał się wobec poranionego człowieka bez wątpienia kimś miłosiernym, ale czy okazał się również solidarny? Możemy, oczywiście, stosować to drugie słowo tak szeroko, że odpowiedź okaże się pozytywna – wtedy „solidarność” stanie się synonimem „miłosierdzia”. Możemy jednak spróbować oddzielić od siebie oba te fenomeny. O ile postawa miłosierdzia jest niesymetryczna czy też jednostronna: miłosierdzie okazuje się komuś, kto może nawet nie być tego świadomy, na przykład nieprzytomnemu choremu, o tyle z solidarnością rzecz ma się zgoła inaczej. Solidarnym jest się z kimś, jest się razem – słowa „jeden drugiego brzemiona noście” sugerują pewną dwustronność (lub wielostronność), pewną symetrię, której nie sposób dostrzec w literalnie traktowanej przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie. Dlatego odwołanie się do niej przez Tischnera jest nieco wprowadzające w błąd. Aby z owej opowieści o miłosierdziu wydobyć czysty fenomen solidarności, musimy ją wzbogacić o nowe elementy.

Solidarność a miłosierdzie

Uzupełnijmy więc ten ewangeliczny obraz o jeszcze jedną osobę. Wyobraźmy sobie, że obok leżącego przy drodze pobitego i poranionego człowieka przejeżdża nie tylko Samarytanin, lecz również jadący z przeciwnej strony, na przykład Grek – też ktoś obcy w rozumieniu Żydów. Obaj zatrzymują się i ruszają na pomoc rannemu. Jeden podaje mu wodę, drugi obmywa rany, potem wspólnie – albo mówiąc wprost: solidarnie – zanoszą poranionego do najbliższej stacji pogotowia ratunkowego i solidarnie ponoszą wszystkie koszty niezbędnej kuracji. Potem rozjeżdżają się w przeciwne strony. Choć do tej pory byli sobie zupełnie obcy i nie mieli ze sobą nic wspólnego, to nawet gdyby nigdy więcej się już w życiu nie spotkali, będą nieśli w sobie pamięć doświadczenia szczególnej wspólnoty, która ich połączyła – poczucie potwierdzonej, sprawdzonej czynem bliskości czy braterstwa. Właśnie to doświadczenie precyzyjnie wychwycił i opisał Tischner (wychodząc tym samym poza dosłowną treść ewangelicznej przypowieści):

„Solidarność” stanowi szczególne więzi ludzkie: człowiek wiąże się z drugim człowiekiem dla opieki nad tym, kto potrzebuje opieki. Ja jestem z tobą, ty jesteś ze mną, jesteśmy razem dla niego. My – dla niego. My, ale nie po to, by patrzeć na siebie, lecz – dla niego. Co tu jest pierwsze? Czy pierwsze jest „my”, czy pierwsze jest „dla niego”? Wspólnota solidarności różni się od wielu innych wspólnot tym, że w niej pierwsze jest „dla niego”, a „my” przychodzi potem. Najpierw jest ranny i jego krzyk. Potem odzywa się sumienie, które potrafi słyszeć i rozumieć ten krzyk. Dopiero stąd rośnie wspólnotaTamże, s. 13–14.[9]

„Solidarność” łączy tych, którzy odpowiadają czynem na wołanie człowieka w potrzebie. To poczucie wspólnoty, która wiąże ze sobą ludzi gotowych okazać innym opiekuńczą i wspierającą miłość (tym bliskim) czy miłosierdzie (tym pozornie obcym). To jasna, potwierdzona czynem świadomość, z kim ma się w tym wspólnym działaniu do czynienia – z kimś, kto jest zdolny do miłości bliźniego, do związanego z nią wysiłku i ryzyka, do poświęcenia swoich interesów i swojego czasu, z kimś, któremu właśnie dlatego można zaufać i na nim polegać. „Solidarność” nie jest więc sama miłością, ale wyrasta na podłożu miłości. Jest wspólnotą nie tych, którzy patrzą sobie prosto w oczy i sobie samym okazują miłość, ale tych, którzy szeroko otwartymi oczami rozglądają się wokół siebie i dostrzegają innych oczekujących na ich pomoc. Jest wspólnotą ludzi, którzy pokazali czynem, że potrafią troszczyć się o drugiego i jako tacy właśnie rozpoznają się wzajemnie.

Sprawę można zresztą jeszcze bardziej wyostrzyć. Gdyby nawet poranionego nie udało się uratować albo gdyby się okazał skończonym łajdakiem, gotowym odgryźć pomocną dłoń tym, którzy ją do niego wyciągnęli, to przecież ich czyn nadal byłby czynem miłości czy miłosierdzia, a ich solidarność – solidarnością. Nie efekty się tu liczą, ale dobra wola człowieka albo – ujmując to inaczej – decyzja ich sumienia obudzonego krzykiem ludzkiej biedy. Tischner miał rację: „solidarność rodzi się z dobrej woli i budzi w ludziach dobrą wolę”Tamże, s. 7.[10] – „najgłębsza solidarność jest solidarnością sumień”Tamże, s. 8.[11]. „Solidarność” to zatem świadomość wspólnoty i zarazem rzeczywiście istniejąca wspólnota ludzi dobrej woli – ludzi, którzy wiedzą, że mają sumienie i chcą się kierować sumieniem. To wspólnota osób połączonych troską o tych, którzy potrzebują pomocy.

Wszystko to, co mogliśmy do tej pory uchwycić i wydobyć, rozważając prosty model relacji opisanych w ewangelicznej przypowieści, jest oczywiście tylko pierwszym krokiem do analiz relacji bardziej złożonych. Każdy z nas może się znaleźć w rozmaitym położeniu, może być – niekiedy nawet w tym samym czasie – pod jednym względem wezwany do udzielenia pomocy, a pod drugim względem cierpiącą ofiarą. Ci, którzy solidarnie pomagają innym, sami przecież często potrzebują wsparcia. Jak się wydaje, historia Miłosiernego Samarytanina – nawet uzupełniona i zmodyfikowana – wyczerpuje już tu jednak swoje heurystyczne możliwości wyjaśniania fenomenu solidarności.

Być może, te bardziej skomplikowane, nakładające się na siebie i powiązane relacje lepiej oddałby inny obraz: oto załoga łodzi walcząca z żywiołem: jedni wytrwale wiosłują, ktoś steruje, ktoś na dziobie wypatruje brzegu, inni jeszcze wybierają z łodzi wodę, wszyscy są wyczerpani, poranieni, ale solidarnie wykonują swoje zadania. Troszczą się o siebie wzajemnie oraz o zagrożone wspólne dobro – o los całej załogi, którą wspólnie tworzą i bez której zgodnej współpracy ich szanse przeżycia spadłyby do minimum. Tak chyba jawiłby się obraz solidarnej wspólnoty – obraz, który w dużym stopniu odpowiadał temu, co w latach 1980–1981 wydarzyło się w Polsce i co do dziś stanowi dla nas wzór oraz ideał solidarności.

Przestrzeń miłosierdzia i solidarności

Pozostaje jednak jeszcze jeden ważny element, który istotnie wpływa zarówno na gotowość ludzi do okazywania innym wsparcia i pomocy, jak i, w konsekwencji, na możliwość powstania solidarnej wspólnoty. To szerszy kontekst, w którym dochodzi lub nie dochodzi do takich działań, to kulturowa, polityczna, instytucjonalno-prawna przestrzeń, która może osłabiać bądź wspierać solidarne zachowania.

Wyobraźmy sobie najpierw przestrzeń wyjątkowo niesprzyjającą współdziałaniu na rzecz osób potrzebujących takiej czy innej pomocy, przestrzeń wręcz niszczącą – przykładem komunizm czy inne ustroje totalitarne, albo jeszcze mocniej: rzeczywistość łagru czy obozu koncentracyjnego – przestrzeń, w której wszelkie sensowne działanie na rzecz wspólnego dobra jest zakazane i surowo karane. Również w takich warunkach można oczywiście być miłosiernym i solidarnym, ale wymaga to heroizmu – trzeba się wtedy wręcz liczyć z możliwością męczeństwa. Trudno więc oczekiwać, że solidarne postawy będą w takich okolicznościach czymś powszechnym.

Wyobraźmy sobie z kolei sytuację – ot, choćby przypominającą obraz przedstawiony w przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie – kiedy instytucjonalna przestrzeń wydaje się neutralna, to znaczy gdy nie wpływa ona na nasze zachowania, tak jak gdyby jej w ogóle nie było. Wszystko zależy wtedy tylko od nas samych, od otwartości i wrażliwości naszych sumień. Jeśli jesteśmy wewnętrznie zamknięci, będziemy się zachowywali jak kapłan i lewita z owej przypowieści. Jeżeli mamy serca podobne do serca Samarytanina, może się stać zupełnie inaczej.

Przedstawmy sobie teraz sytuację dynamicznej zmiany, przejścia od przestrzeni pierwszej, tej pełnej represji, do drugiej, w której instytucjonalne restrykcje znikają i nagle pomoc innym oraz solidarne zachowania przestają się wiązać z większym ryzykiem. Gdy tylko otwiera się przestrzeń, w której sensowne dobre działanie przestaje być niebezpieczne, można oczekiwać, że przestrzeń ta natychmiast wypełni się spontanicznym wybuchem ludzkiej aktywności. To właśnie wydarzyło się w 1980 roku w Polsce. Kontrast między martwotą i beznadziejnością codziennej egzystencji w komunizmie a erupcją społecznego zaangażowania okazał się kolosalny. Zniknął lęk i wzajemna podejrzliwość, pojawiły się i upowszechniły przejawy zwykłej ludzkiej życzliwości, serdeczności, wdzięczności. Wyglądało to trochę tak, jak gdyby gdzieś w Afryce po latach suszy wreszcie spadł obfity deszcz i nagle z suchej, popękanej ziemi wystrzeliwują źdźbła roślin, wokół wybucha zieleń, wszystko zakwita. Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku sytuacja ponownie się odwróciła, przywrócono restrykcyjną przestrzeń, w której sensowna działalność publiczna znów stała się zakazana i karana. Na szczęście, przestrzeń ta nie była szczelna i choć nastał kolejny „okres suszy”, a wiele roślin obumarło, solidarne działania nie zniknęły, lecz przeniosły się do „katakumb”, kryjąc się w bezpiecznej przestrzeni Kościoła.

Przestrzeń polityczno-prawna ma niewątpliwie istotne znaczenie dla powszechności miłosiernych i solidarnych postaw. Kwitną one w przestrzeni sprzyjającej, w przestrzeni nieprzyjaznej zaś podejmują je tylko osoby gotowe na ryzyko, w sytuacji skrajnej nawet na jakąś formę męczeństwa. Dlatego warto mieć świadomość, że praca nad jak najbardziej przyjaznym kształtem instytucji, w ramach których toczy się nasze życie, jest szczególnym zadaniem i wyzwaniem. Właściwie pojęta polityka, bo o niej tutaj mowa, która polega na tworzeniu właściwych rozwiązań prawnych, może być rozumiana jako pomoc – w sposób pośredni – ludziom w potrzebie, a więc jako akt miłości i miłosierdzia, może być również bezpośrednio doświadczana przez tak umotywowanych polityków jako solidarne współdziałanie. Polityka realizowana w duchu roztropnej troski o dobro wspólne oba te wymiary – miłości i solidarności – jakoś w sobie zawiera. Ostatecznie, jest ona kształtowaniem przestrzeni, w której bez przeszkód „mogą działać sumienia Samarytan”, w której naturalna wrażliwość i ofiarność ludzi gotowych do pomocy nie czyniłaby z nich samych kolejnych ofiar.

Do tak rozumianej polityki można odnieść słowa Cypriana Kamila Norwida:

Cała tajemnica postępu ludzkości zależy na tem, aby coraz więcej stanowczo, przez wcielanie dobra i rozjaśnianie prawd, broń największa, jedyna, ostateczna, to jest męczeństwo uniepotrzebniało się na ziemiCyprian Kamil Norwid, „Promethidion”, [w:] tegoż, „Pisma wybrane”, t. 2: Poematy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1968, s. 317.[12]

Solidarność a sprawiedliwość

Na koniec warto postawić pytanie, jak powinna wyglądać owa przestrzeń, która nie przeszkadzałaby ludziom w miłosiernych i solidarnych zachowaniach, a może nawet do nich zachęcała. To, innymi słowy, pytanie o instytucjonalny kształt państwa. Czy państwo może i powinno być solidarne? A jeśli tak, to w jakim sensie?

Odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. To nie państwo ma być solidarne, ale nasze działania w jego ramach. Instytucjonalna przestrzeń państwa ma być przede wszystkim sprawiedliwa. Ma w sprawiedliwy sposób regulować ludzką wolność, oddając każdemu – stosownie do jego czynów – to, co mu się słusznie należy. Jeśli naszą wolność regulują w ramach państwa trwałe sprawiedliwe prawa i zasady, to tym samym umacnia się sfera elementarnego zaufania niezbędnego do tego, aby wspólnie podejmować solidarne przedsięwzięcia.

Dobrze zorganizowane państwo musi być sprawiedliwe, jednak – wbrew potocznemu mniemaniu – nie tylko nie powinno, ale wręcz nie może być solidarne. Nie może, ponieważ solidarności, jako zbudowanej na fundamencie miłości, nie da się rozbudzić ani urzeczywistnić środkami przymusu, których używanie należy właśnie do istoty państwa. Jak pisał Tischner: 

Solidarności nie potrzeba narzucać człowiekowi z zewnątrz przy użyciu siły. Ta cnota rodzi się sama, spontanicznie, z serca […]. „Solidarność” rodzi się z dobrej woli i budzi w ludziach dobrą wolę. Ona jest jak ciepły promień słońca: gdziekolwiek się zatrzyma, pozostawia ciepło, które promieniuje dalej bez przemocyJózef Tischner, „Etyka…”, dz. cyt., s. 6–7.[13].

Powtórzmy: to nie państwo, ale ludzie – konkretne, wolne i odpowiedzialne jednostki – mogą i powinni być solidarni. Byłoby już całkiem nieźle, gdyby państwo starało się w tym jak najmniej przeszkadzać. Jeśli sprawujący rządy pod hasłem solidarności podejmują działania nadające trosce o potrzebujących trwały kształt instytucjonalny (a więc wspierany państwowym przymusem), to ryzykują, że uczynią z solidarności jej karykaturę, czyli tak zwane państwo socjalne. Wsparcie udzielane z urzędu i okazywane nie tyle konkretnym osobom, ile grupom, które spełniają pewne ustalone ustawowo kryteria, wymaga ogromnej roztropności, ponieważ łatwo się może przerodzić w postawę, która nie bierze pod uwagę szacunku wobec wolności i godności drugiego człowieka. W ramach państwowej pomocy społecznej to, co powinno być darem, staje się w oczach „obdarowanych” czymś, co się im po prostu „sprawiedliwie” należy i za co nie mają powodu być wdzięczni. Również ci, od których pochodzą środki wspierające potrzebujących, nie mogą w żaden sposób uważać się za darczyńców. Jako ofiary wymuszonych przez państwo danin niosą w sobie raczej głębokie poczucie niesprawiedliwości. Co więcej, zorganizowana pomoc państwowa, tworząc trwałe instytucje, często utrwala chorą sytuację i czyni ją czymś normalnym, zamiast starać się ją uzdrowić. Najgorsze jednak jest to, że państwo, które usiłuje być w podobny sposób „solidarne”, zaniedbuje swoją podstawową funkcję – przestaje być sprawiedliwe. Nie tylko z tego względu, że nierównomiernie nakłada na obywateli brzemiona, aby zdobyć środki na swą politykę socjalną, lecz również dlatego, że obok ludzi, którzy nie z własnej winy znaleźli się w potrzebie, wsparcie otrzymują również ci, którzy nie chcą sobie radzić, bo w sposób wolny wybrali dla siebie taki właśnie sposób życia. W państwie sprawiedliwym ci ostatni otrzymaliby to, co im się słusznie należy, to znaczy ponosiliby wszystkie konsekwencje własnego wyboru.

To wszystko nie oznacza jednak wcale, że funkcje państwa powinny się sprowadzać wyłącznie – jak to głosi doktrynerska wizja państwa minimalnego – do roli nocnego stróża. Roztropne przyznawanie słusznych przywilejów, choćby takich, których celem będzie wzmocnienie rodziny, wcale nie musi naruszać zasady sprawiedliwości, a poczucie solidarności może wręcz wzmocnić i pogłębić. Ponadto państwo jest bezwzględnie zobowiązane do interwencji wszędzie tam, gdzie ze względu na zakres zagrożenia, jego niespodziewany i gwałtowny charakter, potrzebna jest taka skala działań oraz taka mobilizacja środków, jakiej w krótkim czasie nie będzie w stanie zapewnić nikt inny. Uprawnione interwencje państwa, wykraczające poza zakres jego normalnych działań, muszą jednak mieć charakter działań wyjątkowych, a więc z natury rzeczy tymczasowych. Po opanowaniu sytuacji kryzysowej państwo powinno się wycofać i ograniczyć, pozostawiając wolną przestrzeń dla spontanicznej solidarności obywateli i tworzonych przez nich organizacji. Istotne jest, aby pod hasłem miłosierdzia i solidarności nie były wspierane grupy pasożytnicze oraz nie powstawały struktury dewastujące moralną przestrzeń zaufania, wolności i odpowiedzialności.

Brzemiona innych gotowi jesteśmy nosić, jeśli tylko ufamy, że drugi rzeczywiście wymaga pomocy, a nie pasożytuje na naszej dobrej woli. Trudno bowiem być solidarnym z kimś, kto nas ewidentnie oszukuje czy wykorzystuje. Jeszcze trudniej, gdy cały system państwowych instytucji dyskryminuje lub wręcz karze za solidarne zachowania, a wspiera różnych „pasażerów na gapę”. I choć przejawy solidarności są oczywiście możliwe w każdych, nawet w najbardziej opresyjnych warunkach i ustrojach, to jednak istnienie systemu sprawiedliwych praw i instytucji regulujących wspólne życie wolnych osób tworzy najbardziej przyjazną przestrzeń, w której postawy bezinteresownej życzliwości – miłości, miłosierdzia i solidarności – mogą bez przeszkód swobodnie rozkwitać.

I na tym tle ostatnia już uwaga – bardzo konkretna i aktualna, odnosząca się do obecnego kształtu polskiego państwa. Czy dyskomfort, który w związku z nim wciąż odczuwamy, rzeczywiście ma coś wspólnego z zapomnieniem idei solidarności oraz zaniechaniem solidarnych działań i postaw? Spoglądając na bogactwo i różnorodność wielorakich oddolnych inicjatyw w dzisiejszej Polsce, można wręcz stwierdzić, że obecnie postaw solidarnych i solidarnego współdziałania jest całkiem sporo – kto wie, może nawet więcej niż w czasie pierwszej „Solidarności”. Największym problemem Polski wydaje się raczej to, że państwo jako instytucjonalna przestrzeń naszej wolności, ukształtowana po 1989 roku z jawnym lekceważeniem zasady prawdy i sprawiedliwościWięcej o duchowej kondycji naszego państwa [w:] Zbigniew Stawrowski, „Budowanie na piasku. Szkice o III Rzeczypospolitej”, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2014.[14], mimo pierwszych, bardzo spóźnionych prób naprawy wciąż odbiega od tej, którą można by nazwać przyjazną przestrzenią troski o drugiego człowieka. Dziś to przede wszystkim nasze państwo, poobijane przez rozmaitych rozbójników, z niewyleczonymi do końca bólami i ranami, w obliczu kolejnych wewnętrznych i zewnętrznych wyzwań i zagrożeń wymaga solidarnego współdziałania. Najwyższy czas, abyśmy to wreszcie dostrzegli, przestali podrygiwać w chocholim tańcu i zamiast wciąż ranić się wzajemnie, wspólnie zatroszczyli się o zdrowie naszej wspólnoty.

 

Wrzesień 2014 r.

 

 

Solidarność, miłosierdzie, sprawiedliwość, „Teologia Polityczna” 2017–2018, nr 10, s. 41–49. Skrócona wersja tego tekstu pod tytułem Przestrzeń dla Samarytanina ukazała się w: „Plus Minus” („Rzeczpospolita”), 31 października 2014.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Zbigniew Stawrowski, Solidarność, miłosierdzie, sprawiedliwość, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 65

Przypisy

    Powiązane artykuły