23.12.2020

Nowy Napis Co Tydzień #081 / Przeklęty pisarz na Nowym Świecie i Long Island

Napisałem książkę, którą chcieli przeczytać wszyscy – i ci, którzy się z niej ucieszyli, i ci, którzy pomiatali. W zamian za to, że napisałem, ci, którzy się na tym znają, odmówili mi tytułu pisarza. To samo powiedzieli o mnie inni pisarze. Postanowili, że odtąd nie będzie mnie w ich antologiach i wyobrażeniach o literaturze. Nic nie mogę na to poradzić. Mogę tylko żywić cichą nadzieję, że kiedy ich nazwisk nie będą już rozeznawać nawet bibliotekarze, ja będę ciągle czytany na plażach i z kasetek szkolnych.

Ta dość smutna refleksja, zatytułowana Kondycja własna, zawarta w maszynopisie Z notatnika dyletanta, doskonale pokazuje – niczym w soczewce mikroskopu – twórczą pewność, biograficzne zakręty, czarną rozpacz i świetlistą nadzieję, te wszystkie sprzeczności i oksymorony związane z postacią Leopolda Tyrmanda (1920–1985).

Przez całe nieomal dorosłe, pisarskie życie rozpoznawalny jako autor jednej – niezbyt przez siebie samego cenionej – powieści pod tytułem Zły (która pozwala mu zdobyć sławę celebryty na miarę swoich czasów i wyzwolić z nieustannej zapaści finansowej), zmagał się z poczuciem niespełnienia. Tyrmand – bohater PRL-owskiej popkultury, a później ktoś w rodzaju ikony masowej wyobraźni. Ustrój powszechnej szczęśliwości trwał, potem się stopniowo, kawałek po kawałku rozpadał i rozmywał, a autor Złego – wraz z każdym kolejnym wznowieniem – wciąż istniał tylko jako nostalgiczny bard powojennej, „szemranej” Warszawy. Kolorowe skarpety i fantazyjne krawaty stały się jednym z gadżetów (obok papierosa w ustach Hłaski), które opisywały magiczny świat literackiej stolicy lat 50., tak naprawdę niewiele mówiąc o samym pisarstwie. Stał się więc Tyrmand legendą jednej książki, a przez swój bardzo specyficzny sprzeciw wobec PRL – używając terminu jeszcze z francuskiego fin de siécle’u, który przypadłby mu z pewnością do gustu – będąc pisarzem przeklętym i w znacznym stopniu niedocenionym, stał się przede wszystkim pisarzem nieznanym. Czytelnikom zainteresowanym postacią autora Życia towarzyskiego i uczuciowego (kolejnej książki „przeklętej” i obłożonej zakazem cenzuralnym z powodów tym razem obyczajowych) oraz pasjonującym się – na swój sposób artystycznym – klimatem czasów „późnego” Bieruta i „wczesnego” Gomułki jest coraz łatwiej. Mają oni do dyspozycji biografię Zły Tyrmand (1992) Mariusza Urbanka, której uzupełnione o kilkanaście nowych relacji wydanie ukazało się pół roku temu nakładem Iskier,  dwie biografie autorstwa Marcela Woźniaka – Leopold Tyrmand. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie (MG, 2016) i Tyrmand. Pisarz o białych oczach (Marginesy, 2020), a nawet głośny filmu Pan T. (2019) Marcina Krzyształowicza. Przygodę z twórczością i biografią pisarza proponowałbym jednak zacząć od Alfabetu Tyrmanda w wyborze i opracowaniu Dariusza Pachockiego.

Film, jak wiadomo – tu ironicznie przywołujemy jeden z najsłynniejszych cytatów – jest najważniejszą ze sztuk. Renesans zainteresowania postacią Leopolda Tyrmanda jest – co naturalne – niewątpliwie związany z premierą Pana T. Jednakże arthousowy obraz Krzyształowicza, mimo niewątpliwie zabawnych scen cameo z udziałem Leszka Balcerowicza, Wojciecha Manna i Kazimierza Kutza oraz chyba ostatniego na szklanym ekranie epizodu Jana Nowickiego, jest zbyt kinofilską biografią, aby posłużyć jako prosta wykładnia twórczości i życiorysu pisarza. Tu wkraczamy w świat Alfabetu…, który – dzięki swemu przejrzystemu układowi haseł – pozwala wniknąć właśnie w materię filmową (nie zapominajmy, że Tyrmand był scenarzystą socrealistycznego, ale na swój sposób dobrego obrazu Trzy starty z debiutancką rolą Zbigniewa Cybulskiego), zrozumieć wiele symbolicznych scen, które, nawiązując do stylistyki Nowej Fali, zwłaszcza czeskiej tuż po 1968 roku, tworzyły z postaci kreowanej na ekranie przez Pawła Wilczaka figurę dość enigmatyczną. Jednym z najważniejszych wątków filmowej biografii pana T. jest inwigilacja, donosicielstwo, swoisty dziwaczny układ mistrz-uczeń między Tyrmandem a śledzącym go adeptem sztuki literackiej. Dopiero jednak Alfabet… pozwala nam odkodować i zrozumieć skomplikowaną ekranową relację. Stąd moja uwaga o Alfabecie... jako rodzaju tyrmandowskiego elementarza, który pozwala rozpocząć podróż po meandrach twórczości pisarza. A jako ekranowo-książkowy appendix potraktujmy uwagi o Filipie i jego polskiej edycji (z Alfabetu…), bo literacka kreacja bohatera jest niczym innym jak papierowym porte-parole filmowych przypadków Pana T.

W bogatej warstwie ikonograficznej publikacji odnajdujemy słynne zdjęcie Tyrmanda na tle ceglanej ściany (być może w Nowym Jorku, być może w Chicago), z boku widać charakterystyczny fragment zabudowy amerykańskiego miasta, nad głową autora Złego widnieje szyld informujący o otwarciu „parku” (cokolwiek by miało to znaczyć) przez całą dobę. Tyrmand nosi charakterystyczny wzorzysty krawat, jedną nogą symbolicznie coś wskazuje, ma ironiczny, ale i zafrasowany wyraz twarzy. Ta ambiwalencja, niejednoznaczność przedstawienia, dobrze oddaje charakter książki, stosunek pisarza do Ameryki i świata, a z drugiej strony stosunek i opinię świata o Tyrmandzie. Twórca Filipa jest postacią tak niejednoznaczną, również etycznie (lub na taką się kreuje) i faktograficznie migotliwą, że próba biografii obiektywnej może wydawać się przedsięwzięciem karkołomnym. Stąd ciekawym, a być może jedynym możliwym sposobem na uchwycenie prawdy jest metoda kalejdoskopu, abecadła. Jest w tym coś staroświeckiego, XIX-wiecznego, artystowskiego. Sam Tyrmand według tej zasady skonstruował Zapiski dyletanta, odwołując się do oświeceniowych i neoklasycznych leksykonów, które podziwiała Francja, a jak wiadomo z narodów i miast europejskich pisarz najbardziej kochał Paryż. Materią dla Dariusza Pachockiego jest pierwotna wersja rękopisu Dziennika 1954 przechowywanego w Instytucie Hoovera (notabene wydrukowanego wreszcie na przełomie października i listopada tego roku bez późniejszych skreśleń), notatniki niedokończonych książek, wywiady, felietony z paryskiej „Kultury”, ale i kwerendy z archiwum IPN zawierające notatki służbowe funkcjonariuszy.

Dzięki Alfabetowi… zmienia się również nasza skala oceny – Tyrmand nie jest już tylko „poetą sprzeciwu”, antykomunistą, ale zaczyna przypominać nonkonformistycznych bohaterów francuskiej Nowej Fali. Chociaż pewnie – jako pasjonat kultury amerykańskiej – z taką oceną by się nie zgodził i wolałby etykietę antysystemowego beatnika. Ten nonkonformizm przejawia się często w zachowaniach (i przede wszystkim notatkach), które instynktownie odbieramy ambiwalentnie, jako rodzaj prowokacji. Zapis doraźnych emocji, które nie przystoją arbitrowi smaku i elegancji. Tak staje się z hasłem „Kobiety” („[…] myśli tylko własnymi normami i kategoriami. Stąd kobieta jest zawsze w porządku wobec samej siebie. Tym samym – rzecz jasna – pojęcie lojalności jest kobiecie całkowicie obce. Wypływa stąd smutna prawda, iż nawet zdradzając, kobieta żywi nader często głębokie przekonanie, że czyni to w imię interesów zdradzanego”), które zostaje zbudowane na balansujących wokół granicy dobrego smaku dialogach z kina noir, nie wiem czy prawdziwej czy szermowanej rozpaczy, odbiciu, dalekim echu prozy będącej skrzyżowaniem Chandlera, Hemingwaya z Henry Millerem. W realnym literackim świecie to zdanie spodziewalibyśmy się odnaleźć na stronach utworów Marka Hłaski. Jest w każdym razie w tych epizodach leksykonu pewien zgrzyt. To zagadnienie „kwestii smaku”, które wystąpi później w liryce Zbigniewa Herberta, opisanego przez Tyrmanda w następujących słowach: „Pogoda, z jaką Zbyszek znosi tę mordęgę po ukończeniu trzech fakultetów, przypomina hagiograficzne przypowieści z pierwszych wieków chrześcijaństwa”.

Mimo swej „amerykańskości”, arcyciekawego epizodu współpracy z „New Yorkerem”, a później konserwatywną prasą Środkowego Zachodu, to właśnie kilkanaście lat w powojennej Polsce – od pierwszych prób dziennikarskich (interesujące są zwłaszcza konstatacje dotyczące „Tygodnika Powszechnego”, Jerzego Turowicza, jako pogodnego melancholika i Stefana Kisielewskiego – felietonisty, który mógłby podbić świat anglosaski), kontestacji systemu i biedy, do kosmicznego w swym wymiarze sukcesu Złego, aż po wyrzucenie poza nawias literackiej społeczności oraz zakaz druku – stworzyło szkielet, najobszerniejsze i najbardziej frapujące urywki Alfabetu Tyrmanda”. Niewiele haseł dotyka czasów wojny, która była najbardziej literacko-filmowym okresem w życiu pisarza. Pobyt w więzieniu NKWD, ucieczka z transportu, konfabulacja i zamiana tożsamości, podszywanie się pod francuskiego obywatela, obóz w Norwegii. Oto materiał na przebojowy serial. Poza wstawkami fabularnymi, a nawet zamkniętą fabułą, artysta w zapiskach prywatnych i wywiadach – jak się wydaje – niechętnie do tego wracał. Znakomity jest Tyrmand w swych spostrzeżeniach i skrawkach esejów, gdy przeistacza się w obserwatora ludzkich zachowań. Nieomal jak antropolog prowadzi badania nad zbiorowym fenomenem „chuligaństwa”, stawiając tezę, że jest to jeden z nieodzownych i przydatnych składników systemu. Z równą bezwzględnością ocenia ludzi. Chwali Witolda Gombrowicza („Mam wrażenie, że w historii literatury, nie tylko polskiej, pisanej za jakieś pięćdziesiąt lat, Gombrowicz otrzyma pełne dziewiętnaście stron”), Kisielewskiego. Niezwykle trafnie oddaje egzystencjalne rozedrganie Hłaski („Chciał być kochany przez każdego, wdzięczył się, krygował i dopraszał miłości. Chciał ją także dawać, a przynajmniej święcie wierzył, że chce. Roztaczał kokieterie i uroki, którym nie można było nic przeciwstawić”). Jest pobłażliwy i ironiczny wobec „wielkopańskich” i sprytnych wolt Jarosława Iwaszkiewicza („On siedzi w samym oku cyklopa, ale to nie jest facet, na którym można by się oprzeć”). Niesprawiedliwie ocenia Wandę Jakubowską (mam tu na myśli jej wymieniane we wszystkich leksykonach X Muzy arcydzieło Ostatni etap). Nie ma litości w ocenach Jana Kotta, Aleksandra Forda i Zygmunta Kałużyńskiego. Ten ślad animozji widzimy potem w każdej z biografii pisarza, w relacjach przywoływanych przez świadków epoki. Tyrmand nigdy nie jest letni. Albo kocha, albo nienawidzi. Czytając fragment o Marku Hłasce, zastanowić się możemy, czy nie jest to przypadkiem autoportret.

Jest wreszcie w tym osobistym Alfabecie… literat jako drapieżny socjolog, kronikarz powojennej Warszawy, nie z oficjalnej prasy i radia, ale z kart Złego. I w tych momentach jest zdecydowanie najlepszy, ociera się nieomal o gatunkową doskonałość, pisząc o jazzie, misternie tkając historię „ciuchów”:

Po trzech latach handel „ciuchami” stał się na pewno doniosłą gałęzią naszej ekonomiki. […] Natomiast jego wpływ kulturowo-psychiczny, czyli nadbudowa – mówiąc po stalinowsku – ma po dziś dzień liczną „publicity”, pisze się o nim i dyskutuje dość namiętnie. Chodzi mianowicie o to, że „ciuchy” płyciej traktowane stanowią modę, zaś głębiej i poważniej – są fermentem plastycznym w dzisiejszej kulturze komunistycznej Polski.

Leopold Tyrmand był z pewnością eleganckim erudytą, ale również niepokojącym wyrzutem sumienia dla wielu pisarzy i publicystów, którym udało się zaistnieć już w latach stalinizmu, a potem trwać nieomal do końca wieku, za cenę mniejszych albo całkiem sporych kompromisów. Parafrazując opinię o Gombrowiczu – w historii literatury zasłużył na solidne dziesięć stron.

L. Tyrmand, Alfabet Tyrmanda, Wydawnictwo MG, Warszawa 2020.

okładka

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Chmielewski, Przeklęty pisarz na Nowym Świecie i Long Island, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 81

Przypisy

    Powiązane artykuły